Miesiąc temu moja dziewczyna namówiła mnie na wakacje za granicą. Wiązało się to z lotem samolotem, czego jeszcze nigdy nie robiłem. Strasznie się denerwowałem tym lotem i w samolocie siedziałem wręcz siny ze strachu. Przed lotem wypiłem jakieś 300 ml wódki na uspokojenie, ale sprawiło to, że moje wizje przyszłości były jeszcze czarniejsze.
Start jakoś przeżyłem, a potem podczas samego lotu nie było najgorzej. Po godzinie lotu jednak samolot wpadł w turbulencje, a ja, zamroczony dodatkowym drinkiem, przeraziłem się nie na żarty. Strach ten poskutkował tym, że zesrałem się w gacie.
Spanikowałem i postanowiłem nie przyznawać się do tego, co mnie spotkało. Liczyłem, że na ciemnych spodenkach nie będzie tak widać, a po wylądowaniu szybko udam się do łazienki. Mój plan nie przewidział jednak tego, że w małej, zamkniętej przestrzeni zapach gówna rozniesie się dosyć szybko. Współpasażerowie szybko zaczęli narzekać na smród, a matki sprawdzały pieluchy dzieciom. Gdy moja dziewczyna zaczęła na mnie spoglądać coraz bardziej nerwowo, postanowiłem ewakuować się do łazienki i może spróbować się ogarnąć. Wziąłem podręczny, w którym miałem tylko kąpielówki i elektronikę i krokiem niczym pingwin udałem się do kibelka, modląc się, by gówno nie poleciało mi po nodze.
Kto był w samolocie, ten wie, że w łazienkach nie ma zbyt dużego pola manewru, ale udało mi się jakoś złagodzić sprawę. Gacie byle jak uprałem i wyrzuciłem do kosza, spodenki udało mi się odratować i upchałem je do podręcznego.
Pomimo tej akcji ratunkowej myślę, że co najmniej 80% pasażerów było pewne, że to ja się zesrałem. Resztę lotu udawałem, że śpię. Następnym razem, zanim wylecę, wezmę jakieś 30 stoperanów.
Jak byłam dzieciakiem (gdzieś w początkowych klasach podstawówki), sąsiadki próbowały nauczyć mnie grać w warcaby, jednak ja nie chciałam z nimi grać. Nigdy nikomu nie powiedziałam dlaczego. Otóż…
Gdy one mówiły „za niebicie tracisz życie”, ja słyszałam „zaj*bie cię, tracisz życie”. A ja nie chciałam tego mówić, bo w domu uczyli mnie, że przeklinanie jest nieładne.
Na studia przeprowadziłem się do innego miasta. To były czasy, kiedy modne były tzw. flashmoby, czyli że ludzie zmawiali się przez internet i potem robili coś wspólnie w miejscu publicznym, np. tańczyli. Dowiedziałem się o takiej właśnie akcji, która miała mieć miejsce akurat w dzień mojego przyjazdu. Uznałem, że to ciekawy pomysł i może okazja, aby kogoś poznać w nowym miejscu. Pojawiłem się o odpowiedniej porze w ustalonym miejscu i gdy zaczęła się akcja, zauważyłem, że stoję obok bardzo ładnej blondynki. Nasze spojrzenia szybko się spotkały, nawet przez chwilę tańczyliśmy razem. Ale na koniec odeszła do grupy dziewczyn, z którymi przyszła, a ja nie miałem śmiałości, by podejść, więc nie zamieniłem z nią ani słowa.
Przez resztę tygodnia myślałem o niej codziennie. Plułem sobie w brodę, że nie zagadałem i teraz prawdopodobnie nigdy w życiu już jej nie spotkam.
Minęło kilka dni, gdy wychodząc z pokoju w akademiku, prawie wpadłem na dwie dziewczyny. Byłem w szoku – jedną z nich była ta blondynka z flashmoba. Tym razem od razu się odezwałem, oczywiście mnie poznała. Okazało się, że mieszka w tym samym akademiku, nawet na tym samym piętrze! Miałem więc okazję ją poznać i... okazała się wredną suką. Nie wszystko złoto, co się świeci :)
Kilka lat temu pracowałam w sklepie odzieżowym znanej marki, trzeba było dwoić się i troić, żeby klient wyszedł zadowolony.
Układam ubrania i widzę, że jakaś pani stoi przy kasie, no to biegnę... Podchodząc, słyszę: „I jak tam minął dzień?”, więc ja od razu zaczynam jej opowiadać, zadowolona, bo wiadomo, że są klientki, które lubią sobie porozmawiać i zwykle są one bardzo sympatyczne.
Nagle coś mi nie gra, widzę, że pani robi wielkie oczy i patrzy na mnie z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia, a po chwili mówi: „Poczekaj, oddzwonię do ciebie” i zakłada włosy za ucho, a tam moim oczom ukazuje się słuchawka bezprzewodowa...
Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
Ta, która dawała mi szczęście, dziś jest mą udręką. Mam wszystko, czego kiedyś chciałem, a nie jestem szczęśliwy.
Żonę znam tak długo, jak z nią jestem, ostatnio minęło 6 lat. Zawsze nam się układało, nie było większych konfliktów i te wady co ja w sobie sam widziałem, jej nigdy nie przeszkadzały. Bardzo długo byliśmy szczęśliwi, po ślubie zamieszkałem w jej rodzinnym domu wraz z teściami, każdy zajmuje osobne piętro i mogę rzec, że z jej rodzicami bardzo dobrze się dogaduję, a ostatnio na pewno lepiej niż z nią. Teraz mamy dziecko, które obecnie daje mi chyba najwięcej radości, ale są momenty, gdzie zostaję dobity do ziemi przez żonę i odechciewa mi się dosłownie wszystkiego. Otóż moja żona zaczęła krytykować dosłownie każdy aspekt mojego życia.
Zacznijmy od pracy. Jestem na stanowisku menadżerskim, ale w średniej firmie (70 osób), moje zarobki są dość przyzwoite, choć moja praca bardzo często mnie irytuje i niestety ciągnie się czasami do domu (czasem trzeba odebrać telefon, zalogować się tu i tam i podjąć jakąś decyzję). Oczywiście moja żona krytykuje wszystko w mojej pracy, od tego, jak nasza firma jest zarządzana, mojego przełożonego, moich podopiecznych i to, że za dużo wysiłku wkładam w swoją pracę (nie chodzi, że po pracy).
Idziemy dalej, czyli koledzy. Żaden z moich kolegów nawet nie dorasta jej do pięt (według niej oczywiście) i wszyscy są albo oblechami, albo debilami. Jak uda mi się wyrwać na jakąś kulturalną domówkę do jednego z nich raz na ruski rok, to jest dobrze, nie wspominając o zapraszaniu ich do siebie. Oczywiście ja nie powinienem na nich tracić czasu.
Hobbistycznie gram w gry, a raczej grałem, bo po każdej dłuższej sesji na komputerze lub konsoli dostaję kazanie, jak to się zachowuję jak dziecko i jestem niedojrzały, a gry, w które gram, są dla 15-latków. Kiedyś grałem też z kolegami online, ale to też ukróciła, bo „grałem sam do siebie przez komputer”. A jeszcze kilka lat temu nie miała nic przeciwko, ba, nawet był to dla niej plus, że ona też będzie miała czas na swoje serialiki, jak będę sobie grał.
Dziecko, którym, nie ukrywam, ona zajmuje się lwią częścią dnia, też może być powodem do krytyki mojej osoby. Ja uważam, że dziecko owszem, potrzebuje czułości, wspólnej zabawy, tańca itp., ale jak ono poznaje świat i porusza się samo po domu lub podwórku, to nie trzeba ciągle za nim łazić i patrzeć, czy nie zrobi sobie krzywdy. Owszem, przewróci się, uderzy w róg, ale się nauczy, tylko że jak dziecko przy mnie płacze, to ja jestem ten zły.
Podsumowując, nie wiem, co mam robić ze swoim życiem, jak wracam z pracy do domu. Na każdym kroku czeka na mnie toksyczna żona, z którą kiedyś byłem szczęśliwy i się prawdziwie kochałem. A ja chcę tylko zapewnić spokojną przyszłość mojej rodzinie.
Jestem już w wieku średnim, stosunkowo dobrze mi się wiedzie, przeszłam bardzo wiele. Opowiem Wam o czymś, co do dziś mnie smuci.
Rodzina. Zadziwiające, że najbliżsi potrafią tak wpłynąć na nasze życie. Mama moja to kobieta prosta i bardzo uparta. Wręcz taka pani Dulska. Mój ojciec nie żyje, za życia był także bardzo prostym człowiekiem, który bardzo lubił wódkę. Jest jeszcze brat – dużo ode mnie starszy – mamusi syneczek, hołubiony i wychwalany, zawsze odnosił się do mnie z pogardą.
Po latach trudnej sytuacji i szukania swego miejsca w świecie, gdy przeszłam przez bezdomność, brak pracy, poniżanie i psychiczne znęcanie przez męża, stanęłam na nogach. Sama. Bez pomocy znajomych czy rodziny. Teraz, gdy sytuację mam spokojną i stabilną, widzę, że matka nie jest zadowolona z tego, że to ja osiągnęłam wreszcie stabilizację, a nie mój brat. Kiedy z czegoś się cieszę, zaraz słyszę ironiczne komentarze matki.
Całe szczęście, że mieszkam od nich daleko i rozmawiamy tylko przez telefon. Ale i tak przykro.
Tak się zastanawiam: czy możliwy jest poważny związek pomiędzy 36-latkiem (mną) a 18-latką?
Czuję do tej dziewczyny miłość, ale pomieszaną pomiędzy miłością ojcowską i miłością do kobiety.
Wiem, że to nie jest do końca naturalne, ale byłbym chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdybym mógł zdobyć się na odwagę i powiedzieć jej o uczuciach.
Gdy chodziłam do czwartej może piątej klasy podstawówki, mieliśmy lekcję o nowotworach. Pani wspomniała o nowotworze piersi i o tym, że kobiety często na niego chorują, dlatego powinny sprawdzać co jakiś czas, czy nie wyczuwają guzów.
Pewnego pięknego dnia podczas kąpieli i mycia klatki piersiowej wyczułam – OLABOGA – guza! Przypomniała mi się lekcja przyrody, więc gdy skończyłam się myć, najpoważniejszym głosem, jakim potrafiłam, przełykając łzy, powiedziałam: „Mamo, mam nowotwór piersi i mogę umrzeć. Ale nie martw się, w niebie będzie mi dobrze...”.
Mama popatrzyła na mnie z politowaniem, a ja kazałam jej sprawdzić, jeśli mi nie wierzy. Sprawdziła. To nie był nowotwór. Rosły mi piersi.
Nie mam traumy, ale mam nadzieję, że tego nie pamięta.
Trzy miesiące temu odeszła moja mama, po kilku latach walki z rakiem. Był to ciężki okres dla mnie. Mieszkam najbliżej rodziców, siostra mieszka daleko, przyjeżdża raz na rok. To na mnie spadła opieka nad mamą, bo ojciec sam nie dawał rady, do tego musiałam też zająć się domem i dwójką dzieci, 5-letnią córką i 9-miesięcznym synkiem. Mało spałam, nie jadłam, ciągle w biegu. Mąż pomagał, jak tylko mógł, ale też musiał pracować. Mama bardzo cierpiała, dlatego po jej śmierci, mimo bólu po stracie bliskiej osoby, poczułam ulgę, że już nie cierpi, że już nic jej nie boli. Jednak mój spokój nie trwał długo.
Kupiliśmy z mężem dom do wykończenia, wprowadziliśmy się niedługo po zaręczynach, a zaraz po ślubie zaszłam w ciążę.
Tata został sam. Jest to człowiek o trudnym charakterze. Kiedyś pił... duuużo pił. W zasadzie to dzień w dzień chodził pijany. Nie bił, nie awanturował się, ale wykańczał nas psychicznie. Jako dziecko bałam się go. Bałam się własnego ojca. Dopiero kiedy śmierć zajrzała mu w oczy, opamiętał się. Już nie pije, ale boję się, że po śmierci mamy zacznie...
Rodzina napiera teraz na mnie, że ja powinnam dochować ojca. Że powinnam go wziąć pod swój dach. Jestem u niego średnio co drugi dzień, zrobię zakupy, coś ugotuję na zapas, włożę do lodówki, coś posprzątam, wstawię pranie... Ojciec tego nie potrafi, nie był tego nauczony, obowiązki domowe ogarniała mama. Staram się, jak mogę, ale mam też swoją rodzinę!! Jak córka była chora, nie wychodziłam z domu trzy dni, przez co nie byłam u taty, co skończyło się telefonami od rodziny z pretensjami.
Mój mąż nie chce nawet o tym słyszeć, że tato miałby zamieszkać z nami, bo wie doskonale, jak to się skończy... Mama skakała koło niego, wszystko miał podstawione pod nos. Nic nie zrobił sam, nawet czystej koszulki z szafki nie wyjął, wszystko mama. Irytowało mnie to. Do tego jego ciężki charakter... Typ dyktatora, wszystko miało być tak, jak on chce, NIKT nie miał racji, tylko on. Dlatego, mimo że u rodziców było wystarczająco dużo miejsca, żebyśmy tam mogli zamieszkać, wybraliśmy kredyt i kupiliśmy dom, jednak na tyle blisko, żebym w razie potrzeby mogła podjechać. Kiedy przyjeżdżam z dziećmi, to cieszy się przez 15 minut, bo później dzieciaki zagłuszają mu ulubiony program z TV i już jest awaria.
Mam dom, w którym robię, co chcę, moje gniazdko, w którym czuję się bezpiecznie i pewnie wyleje się na mnie fala hejtu, bo przecież to jest ojciec, a ojca trzeba szanować, ale... ja go nie chcę u siebie!! Po prostu nie chcę, mieszkałam z nim prawie 25 lat i wiem, jakim jest człowiekiem. Bardzo często odwiedzałam rodziców, jak mama zachorowała, byłam tam prawie codziennie, żeby jej pomóc, bo ojciec się do tego nie kwapił. Moja córka jest bardziej samodzielna niż on... Co mam zrobić?
Bardzo brakuje mi pewności siebie.
Nie umiem przyjmować komplementów ani pochwal w pracy. Jak słyszę: „Dobra robota”, uśmiecham się i dziękuję, ale moje mięśnie napinają się, jakby czekały na uderzenie, jakby zaraz za tą pochwałą miało iść „ale... następnym razem przyłóż się bardziej”.
Najgorsze, że utrudnia mi to pracę. Na moim stanowisku muszę czasem tupać nogą albo wykazać trochę stanowczości i postawić na swoim. Tymczasem ja... no jestem miękką fają, inaczej tego nie nazwę.
Ktoś wie, jak sobie z tym poradzić?
Dodaj anonimowe wyznanie