#UMMGX

Parę lat temu miałem Volvo. Czarne. Do pracy ubierałem się w czarny garnitur, a że była jesień, to chodziłem w czarnym płaszczu. Ogólnie mówiąc – bardzo elegancko.

Wracałem wieczorem do domu i coś pękło w wydechu, a że warsztat był po drodze, to zajechałem. Specjalista zajrzał, pocmokał i wydał werdykt, że trzeba wymienić. Podał też kwotę, która dla mnie była nieosiągalna. Spojrzałem wtedy na niego i powiedziałem, że pracodawca tak mi się każe do pracy ubierać, bo jestem pierwszym kontaktem jego klientów, a pracuję jako ochroniarz w urzędzie i nie stać mnie na taki wydatek.

Pan spojrzał na mnie współczująco, wziął palnik acetylenowo-tlenowy, kawałek pręta i w trzy minuty zaspawał nieszczelność. Wydech był sprawny jeszcze kilka lat :D

#Z2e2e

Na kilka miesięcy przed swoją śmiercią mój ojciec zdradził mi, że nie jest moim ojcem, ponieważ od urodzenia jest bezpłodny, o czym matka nie wiedziała. Nie wiedział, kto jest moim biologicznym ojcem, ponieważ go to nie obchodziło. Powiedział, że tak naprawdę nie ma znaczenia, kto jest ojcem biologicznym. A jakby matce powiedział, że wie, to pewnie skończyłoby się rozwodem, mnie musiałaby wychować sama, nikomu by to nie służyło. 

Dało mi to wiele do myślenia. Czy dziecko musi być „moje”? Niekoniecznie, jak widać.

Po jego pogrzebie matka chciała mi powiedzieć prawdę i była w szoku, że już wiem. Gdy jej opowiedziałem powyższe, stwierdziła: „Twój ojciec to zawsze był prosty, ale przynajmniej dobry człowiek”. A mój biologiczny ojciec to „skończony idiota, co zwiał za granicę, gdy tylko dowiedział się o ciąży”.

#kvfXz

Sprzedając mieszkanie, dogadywałam się z kupującą babką co mam zabrać, a co jej zostawić, bo miałam kilka mebli, których chciałam się pozbyć, a były sprawne. Babka zasadniczo nie była zainteresowana gratisami. Z jednym wyjątkiem. Zaczęła rozważać, czy nie chce szafki z łazienki. Oglądała ją z każdej strony, a w końcu bez pytania o zgodę otworzyła. No i w ten sposób wszyscy (tj. kupująca babcia, jej syn i synowa, a także pośrednik) komisyjnie obejrzeliśmy naszą kolekcję gadżetów do zabaw w sypialni... Wszyscy taktownie, bardzo intensywnie milczeli.

#Lfr8B

Dzień Kobiet. W mediach jak zwykle mieszanka sztucznych i powtarzalnych co roku życzeń „dla naszych kochanych pań!”. Całe miasto paraduje z kwiatkami. Są wszędzie głosy, że Dzień Kobiet to relikt epoki, którego szanująca się kobieta XXI wieku nie powinna tolerować. Kobiety z kwiatkiem wyzywa się od naiwnych. Fakt, bycie kobietą zawsze było pewnym absurdem, zwłaszcza 8 marca.

W tym roku Dzień Kobiet obchodzę w cieniu rekonwalescencji – kiedy to po tylu latach chodzenia po lekarzach z problemami, gdzie byłam odsyłana z nieśmiertelnym „taka pani uroda” ewentualnie „po dziecku przejdzie” lub w skrajnych przypadkach „a próbowała pani schudnąć?” (gdzie słysząc tę radę, nawet nie miałam nadwagi), trafiłam w końcu na lekarza, który wysłuchał, porządnie przebadał... tylko po to, żeby okazało się, że choróbsko faktycznie się tam czaiło. Potem operacja, wycięcie większości kobiecych narządów, które już były i tak bezużyteczne. Jak się z tym czuję? Gorzko, zmęczona, ale też czuję pewną ulgę. Lekarz zalecił mi spacery, więc przeszłam się dzisiaj, a przechodząc koło kwiaciarni, kupiłam sobie pojedynczego żonkila. Ktoś by pomyślał, że po tym, co mnie spotkało, nie powinnam „wspierać” tego idiotycznego święta. Podczas gdy ja go kupiłam z zupełnie innego powodu. Otóż te 30 lat temu mój cudowny dziadek miał taki mały psotny zwyczaj 8 marca. Wstawał rano, biegł do ogrodu babci, ucinał kilka żonkili, po czym wskakiwał do samochodu, żeby przywieźć je do nas do domu i dać je w prezencie mi i mojej mamie. Miał przy tym minę jak urwis, który wiedział, że mu się ten mały figiel upiecze, mimo że babcia pewnie go ochrzaniała co roku za zrujnowanie jej grządki z kwiatkami. I tak żonkil jest dla mnie tym wspomnieniem o dziadku i o takiej innej, bezpieczniejszej epoce. I chyba o to chodzi. Nie o puste gesty. Jednak dałabym dziś wiele za to, żeby jeszcze raz zobaczyć dziadka z tą jego psotną iskierką w oku, gdy pojawiał się u nas w drzwiach z tym bukietem świeżo urwanych żonkili.

#bxqjF

Chcę się wygadać, bo nie wiem już, czy ze mną jest coś nie tak.

Dwa lata temu rozwiodłem się z żoną po tym, jak przyłapałem ją na robieniu dobrze jej kumplowi z pracy. Sąd zdecydował, że nas syn zostanie z matką, ja widuję go w każdą środę, a w co drugi weekend zabieram go do siebie. Mały ma teraz 5 lat i są problemy. Zawsze był łobuzem, ale chociaż ja tłumaczyłem mu, co wolno, a co nie, moja była ze wszystkim mu pobłaża. Nie rusza jej, że syn w przedszkolu dokucza mniejszym dzieciom albo zwierzętom. Kiedy ja rozmawiam o tym z małym, podważa mój autorytet, bo przecież Hubi tylko się wygłupia. W efekcie moje wyjścia z synem to horror.
Dwa razy zabrałem go do kina, sam wybierał film. W obu przypadkach wyszliśmy z sali po 10 minutach, bo Hubert przeszkadzał innym i olewał moje upomnienia. Wcześniej dokładnie wyjaśniłem, jak ma się zachowywać.

Latem pojechaliśmy do juraparku. Kiedy odmówiłem mu lodów przed obiadem, zrobił scenę. Wytrącił innemu chłopcu z ręki watę cukrową. Odkupiłem małemu watę, zmusiłem syna do przeprosin i zabrałem z parku. Kiedy za karę odmówiłem kupna zabawki, celowo zsikał się w majtki. Ledwo się powstrzymałem, żeby nie dać mu wtedy mocnego klapsa.

Moja była uważa, że to moja wina, skoro rozbiłem rodzinę, a w ogóle to jestem zbyt surowy. Kiedy próbuję zwiększyć spotkania z synem, wszędzie słyszę, że 5-latek powinien być przy matce. Była żona chciałaby, żebym tylko płacił alimenty i nie kontaktował się z małym. Nie pozwolę na to.
Chciałbym się z nią normalnie dogadać, znam ludzi, którzy to potrafią.
Sam już nie wiem, czy rzeczywiście jestem złym, surowym ojcem, bo są dni, gdy mały szaleje, ale czasem fajnie się razem bawimy, dopóki nie przypomni sobie o matce.

#m8Nn9

To było kilkanaście lat temu, miałem jakieś 19 lat. Mieszkałem z rodzicami i gdy skończyłem prawo jazdy, jeździłem ich samochodem. Mama miała do mnie specyficzne podejście – zawsze mnie krytykowała, gdy pojawiały się problemy związane z moją osobą, bo chciała, żebym był najlepszy i bezproblemowy, wręcz nieskazitelny. Gdy dostałem tróję w szkole, to dawała mi szlaban (chociaż sama nie miała najlepszych ocen w szkole na wsi, gdzie się wychowała, jej średnia to ok. 3,0). Krótko mówiąc, jak coś zdarzało się nabroić, to za każdą drobnostkę mnie krytykowała. Tata też trochę, ale luźniej do tego podchodził. Poskutkowało to tym, że w szkole byłem bardzo dobry, a w życiowych sprawach nieskazitelny... Mieli się czym chwalić wśród znajomych i rodziny, ale... dzięki temu powstało u mnie przeświadczenie, żeby nie mówić im pewnych rzeczy, by uniknąć zbędnego gadania i oszczędzić sobie problemów i było też takie „co sobie o mnie pomyślą, jak się dowiedzą?”. Doszło do tego niskie poczucie wartości, tak że bałem się ich reakcji na cokolwiek i nie wiedziałem, jak się zachować w niektórych sytuacjach.

Byłem świeżo upieczonym kierowcą. Pewnego dnia pojechałem w miejsce, w które często jeżdżę i gdzie parkuję na dzikim parkingu. Po powrocie do auta zauważyłem, że może być ciężko z wyjazdem – samochody ciasno zaparkowały, trochę byłem zastawiony. Ale spróbowałem... Chwila nieuwagi – BUM!. Przywaliłem w samochód, który mnie zastawił. Nagle przyszły myśli o tym, co rodzice powiedzą... Panika, kręcę dalej, ruszam do przodu, do tyłu, doszło obtarcie. Wychodzę z auta, szybka analiza... Rozglądam się – nie ma świadków, nie ma kamer, nie ma nic. Patrzę na moje szkody i drugiego auta – „O kur**!”... I szybki odjazd. W panice odjechałem z miejsca zdarzenia, ale zaczął mnie dręczyć niepokój  – czy nie zostawiłem dowodów? A jak będzie policja? Wróciłem, ale zaparkowałem spory kawałek dalej i przeszedłem się pieszo. Obejrzałem obtarty samochód i okolice, coś leżało z mojego auta, pozbyłem się dowodu. Ukryłem się, obserwując rozwój sytuacji. Przyszedł kierowca, zadzwonił do kogoś, wezwał policję. Oni spisali protokół, a ja wróciłem do auta. 

Po powrocie do domu powiedziałem, że będę potrzebował auta przez jakiś czas. Specjalnie parkowałem na osiedlu tak, żeby auto nie było na widoku. Przez bite trzy tygodnie musiałem wymyślać wymówki, żeby tylko nie próbowali iść do samochodu. W międzyczasie załatwiałem blacharza/lakiernika i żyłem w głębokim niepokoju, że policja zapuka do drzwi. Wyrzuciłem sporą część swoich oszczędności na naprawę, ale po otarciu „prawie” nie było śladu. Sprawa ucichła, nikt się nigdy nie dowiedział. A małe ślady wytłumaczyłem „stuknięciami przy markecie”.

Z jednej strony cieszę się, że jestem geniuszem zbrodni, z drugiej czuję się ch**em, że uciekłem i nie wziąłem tego na klatę.

#ENhyp

Jestem cholernie zazdrosna o byłe partnerki swojego chłopaka i mimo że wiem, że nie bez powodu są byłymi, to nie daje mi to spokoju. Porównuję się do nich na każdym kroku, chociażby pod względem zachowania (kiedyś usłyszałam, że jego była wiecznie była uśmiechnięta i zawsze pierwsza wyciągała rękę po kłótni, a ja taka nie jestem). Od dzieciństwa leczę się na depresję i mam niską samoocenę, wystarczy błahostka czy wspomnienie o którejś eks, a ja od razu łapę doła. Jest w tym ogromna wina mojego chłopaka, ponieważ nieraz po alkoholu potrafił mi powiedzieć, że tęskni za byłą, z którą wychowywał jej dziecko i czy byłabym zła, gdyby odnowił z nią kontakt. Taka sytuacja powtórzyła się kilka razy, od tamtej pory mam paranoję i cały czas ją stalkuję na Instagramie. Aktualnie jestem w ciąży i na każdym kroku mam myśli, że pewnie jej też mówił, że ich kocha i głaskał ją po brzuchu, jestem zazdrosna, że przeżył coś takiego z inną, a nie ze mną pierwszy raz. Tak samo ostatnio w łóżku była sytuacja, gdzie powiedziałam, że jak jestem na górze, to nie da się szybciej, a on odpowiedział, że się da, ale ja nie potrafię. Zabolało.
Wchodząc w ten związek, wiedziałam, że mieliśmy tyle samo partnerów, ale potem krok po kroku dowiadywałam się, że miał też jednorazowe przygody, co mnie dobiło. Wiem, że problem leży we mnie i nie powinnam zaprzątać sobie głowy tym co było, ale nie potrafię.

#WwgdO

Mój wujek panicznie boi się lekarzy. Dosłownie panicznie – zwykłe badanie stetoskopem wiąże się u niego ze stresem, a sama myśl o pójściu do lekarza wprawia go w ogromny niepokój. Rzecz miała miejsce jakieś 30 lat temu, gdy wujek był na studiach. Coś wtedy działo się z jego sercem, więc (naprawdę nie mam pojęcia jakim cudem) babci udało się umieścić go w szpitalu.
Szpital, więc wiadomo – badania. A że problemy z sercem, to trzeba zrobić EKG (do klatki piersiowej przykleja się kółeczka, maszyna mierzy pracę serca i drukuje dłuuuuuuuuugą kartkę z wynikiem). Badanie jest w 100% bezbolesne, a pacjent powinien być podczas niego spokojny. No właśnie... Za każdym razem, gdy wujek szedł z sali chorych na EKG, to dostawał ataku paniki i stawał się niespokojny, więc nie można było wykonać badania. Wielokrotnie szedł do gabinetu, ale za każdym razem zdążył po drodze tak spanikować, że nie było sensu robić pomiaru. W akcie desperacji lekarze próbowali tłumaczyć mu jak dziecku wszystko po kolei, robili EKG „na sucho”, żeby się oswoił z tą sytuacją, a nawet zabrali go na badanie innego pacjenta, aby mógł spokojnie zobaczyć, jak to się odbywa. Generalnie cyrk na kółkach. Koniec końców, po kilku dniach jakoś to EKG zrobili. Nie wiem jak, ale szacun dla nich.
Krótko po udanym badaniu wujek został wypisany do domu i za tydzień miał umówioną wizytę u kardiologa, który miał obejrzeć wynik. Z tego powodu wujek schował bezpiecznie swój drogocenny i okupiony wagonem stresu wydruk w szafie, po czym zaczął się psychicznie przygotowywać do spotkania z lekarzem.
Oto jest – dzień wizyty. Wujek wyjmuje wynik EKG z szafy, patrzy, a tam... Olaboga! Pusta kartka, wydruk zniknął! Co zaszło?! Matko Bosko, gdzie wynik?! Po krótkim dochodzeniu wyszło, co następuje: Babcia stwierdziła, że wydruk się pogiął i wstyd iść z czymś takim do lekarza, więc co zrobiła? WYPRASOWAŁA GO. Pod wpływem ciepła z żelazka tusz „ulotnił się” z kartki, zostawiając jedynie fabrycznie naniesioną kratkę.
Rozpaczy wujka ani skruchy babci opisywać nie będę.
Ach, a gdyby kogoś to interesowało, to panikę przed lekarzami wujek odziedziczył po dziadku. W rodzinie lubiana jest historia, jak to babcia zaciągnęła dziadka do szpitala, ale ten uciekł do przyszpitalnego parku i schował się za drzewem, gdy babcia wyskoczyła do domu po piżamę dla niego. Ot, takie tam rodzinne perypetie. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie