#v514n

Zamieszkałam trzy miesiące temu z chłopakiem. I zaczynam się sama sobie dziwić, że nie pożegnałam się z nim po pierwszych dwóch tygodniach. O co chodzi? O ciągłe wojny między nami. Według mnie facet ma absolutnie chore wymagania wobec naszego wspólnego mieszkania. Nie powiem, że nic w domu nie robi, ale o to, co uważa za standard i wiecznie mi robi awantury, że nie jest zrobione.

Wstaję wcześniej od niego. Potrzebuję więcej czasu na umycie włosów, wysuszenie ich, ułożenie, zjedzenie śniadania i makijaż. On jednak uważa, że skoro wstaję wcześniej, to mam rano więcej czasu niż on. W związku z tym nim on wstanie, powinnam ogarnąć z rana mieszkanie, czyli jeśli wisi pranie, to sprawdzić, czy coś nie wyschło i ewentualnie to zdjąć, złożyć i schować, wypakować zmywarkę, przygotować mu śniadanie (bo przecież wiem, że on nie ma czasu rano tego zrobić, a inaczej będzie musiał iść do pracy głodny) itp. Potem gdy już wstanie, powinnam pościelić wspólne łóżko, a w międzyczasie oczywiście powinnam według niego posprzątać po jego wczorajszej kolacji, bo on biedak już nie miał siły wieczorem. A skoro zanosiłam swój kubek z wodą na noc do kuchni, to powinnam sprzątnąć też po nim. Znów: „Bo wstajesz wcześniej, masz więcej czasu. No i u moich rodziców tak to działa”. I już są awantury, bo ja nie będę wstawała wcześniej, żeby ogarnąć szanownego pana i mieszkanie, tylko samą siebie. 
Potem wracamy do domu. Ja 20 minut przed nim. I już ma żal, że obiad niezrobiony, a przecież mam więcej czasu, bo przecież wcześniej wracam do domu. No pewnie, że w 20 minut max zrobię pełen obiad. I już jest obrażony i on w takim razie będzie chodził głodny. I a to tylko początek. Bo sprawdził, że część prania wyschła, a ja nadal tego nie ogarnęłam. Bo jego brudne naczynia z wczoraj dalej zdobią stół w jadalni. Potem odkrywa, że coś w lodówce jest po terminie. To moja wyłączna wina, bo on myślał, że ja będę tego pilnować. Nieważne, czy to było coś dla nas dwojga, czy coś, co jada wyłącznie on. Tak samo jak próbuje mnie zmusić, żebym tylko ja wykonywała te najgorsze obowiązki, których nikt nie lubi, bo, uwaga, ja to przecież lubię. Tłumaczę jak krowie na rowie, że nie będę wstawała wcześniej dla jego widzimisię, tłumaczę, że nie będę ciągle po nim sprzątała, tłumaczę, że ja też nie lubię tych obowiązków, więc wykonujmy je np. na zmianę. Tworzymy zespół, nie pana i służkę. I ciągle są awantury. Moim zdaniem spokojnie mogę wypakować zmywarkę po pracy itd. Już pomijając te wszystkie sytuacje, kiedy ma focha, bo miał jakieś życzenie, a ja się nie domyśliłam.
 
Tak szczerze, to zanim zamieszkaliśmy razem, to był zupełnie innym facetem. Jeszcze próbuję się z nim dogadać, ale nie widzę dużych szans. Cóż, wygadałam się.

#DGxZ7

Wstydzę się przyznać ludziom, ale chyba nie radzę sobie z życiem.

Do tej pory pracowałam dorywczo, potem byłam za granicą. Wcześniej również studiowałam, ale rzuciłam to, nie widziałam sensu. Lubię pracować, nie jestem leniwa, ale nie wyobrażam sobie poświęcać na to ponad ośmiu godzin dziennie przez następne 30 lat. Tak naprawdę chciałabym mieć szczęśliwą rodzinę, chciałabym być żoną, matką, gotować obiady, zajmować się domem, sprzątać, wychowywać dzieci. Mnie to cieszy, to mnie uskrzydla (wiem, bo pracowałam jako opiekunka, gosposia, interesuję się psychologią dziecięcą, różnymi nowinkami dotyczącymi miru domowego itd.). Nie chcę być niezależna finansowo, nie chcę robić kariery (bez studiów to w supermarkecie chyba...). Nie chcę też leżeć i pachnieć. Chcę się poświęcić dla związku i dzieci, chcę zapierdzielać tak, żeby stworzyć dom przez duże D, ognisko domowe, żeby dzieci wychować (włącznie z nauczaniem domowym), a nie wyhodować. Takie mam ambicje. Dla mnie bardziej ambitne jest dbanie o dom niż robienie 8h dziennie czegoś, co nie daje mi radości. Chcę żyć pełnią życia, nie chcę wracać do domu zmęczona po pracy i zarażać tym zmęczeniem resztę rodziny, chcę te domowe obowiązki podzielić w trochę staroświecki sposób (facet w robocie, baba w domu), ale jednocześnie korzystać z życia z moim partnerem (raz na jakiś czas wycieczka, wyjście do parku – nie że cały czas w domu). Chcę przy tym pracować na pół etatu albo dorywczo, żeby mieć kontakt ze światem.

Kilka razy zwierzyłam się znajomym z tego, jakie mam marzenia, ale to było zawsze wyśmiewane. Albo traktują mnie jak pasożyta, który chce siedzieć i pachnieć, albo mają mnie za kogoś, kto nie ma własnego zdania i chce być kurą domową, podporządkować się całkowicie mężczyźnie. Jakby partnerstwo nie mogło się opierać na podziale ról: jedna osoba zajmuje się domem, a druga pracuje. I teraz już sama nie wiem... Czy to, czego pragnę, naprawdę jest takie nienormalne i nieosiągalne? Czy powinnam te marzenia porzucić i stać się kolejnym trybikiem w wyścigu szczurów? I jeśli tak, to nawet nie wiem, jak mam to zrobić. Mnie praca dla kogoś nie jara, ja muszę mieć konkretną emocjonalną motywację w formie faceta, dzieci, a nie pracować, żeby pracować. W takim trybie długo nie wytrzymam. Jestem w impasie.

#IOXnz

Moja siostra postanowiła zostać gwiazdką Instagrama. Codziennie wrzuca relacje i fotki ze swojego „fancy life”. Opowiada, jak to ciężką pracą doszła do wszystkiego. Jakie ma drogie buty, torebki, samochód hybrydowy, najnowszy IPhone. Wkleja rolki, z których wynika, jaka jest turbo bogata, piękna i najlepsza. 
Buty i torebki to podróbki od majfrendów, samochód wypożyczony, iPhone na raty itd. Praca? Nie pracuje. Dom? Moich rodziców. Niby śmiesznie... ale siostra ma 44 lata.

#g5pzC

Dom rodzinny jest w małej wsi, dawne poniemieckie tereny. Wspominam o tym, dlatego że to stało puste po wojnie, ludzie całymi rodzinami zajmowali dom przy domu.
W efekcie pół wioski to rodzina, z drugą połową mam wspólną rodzinę. Tak wyszło, że akurat w moim domu zawsze były problemy — alkoholizm ojca, bieda, przemoc. 
Reszta rodziny i wioski miała zawsze o czym plotkować, uważali się za tych lepszych. Głupio mi było z nimi rozmawiać, spotykając ich gdzieś, było widać, że traktują mnie i moje rodzeństwo z góry.
Lata mijały, w rodzinnym domu się uspokoiło, wszyscy wyszli na dobrych ludzi, każdy z nas ma nowy dom, rodziny. W tych idealnych domach i rodzinach, którym tak łatwo przychodziło nas oceniać, zaczęły wypadać takie trupy z szaf, których nic się nie spodziewał...
 
Może nie jest to dobre, ale mam jakąś satysfakcję, że w końcu to im się posypało, że to o nich plotkują, że to ich wszyscy obgadują.

#NhTBC

Moja kobieta po raz kolejny skutecznie odebrała mi chęć do jakichkolwiek romantycznych inicjatyw. Mam teraz dołek finansowy, a w mieszkaniu nie mam nawet krzeseł, ale pomimo tego chciałem coś zorganizować na mikołajki, wiec rozłożyłem na ziemi dwie poduszki do siedzenia, zrobiłem prowizoryczny stół z koszyka na bieliznę i postawiłem tam wino, dwa kieliszki, świeczkę, czekoladki i ugotowałem nam posiłek. I dostałem zje...y, że ona nie ma już 15 lat i nawet z winem nie trafiłem w jej gust. Później była jeszcze zdziwiona, o co mi chodzi i czemu się nie odzywam. Nie chce się nic.

#FX8pV

Mam dwie siostry. Kobiety znacznie starsze ode mnie, doczekały się więc mężów i dzieci. Jedna ma dwójkę, druga (póki co) jedno. Jesteśmy dość blisko trzymającą się rodziną. 
Rodzice przeprowadzili się na wieś i uwielbiają brać wnuki na wakacje. Po wyjeździe dzieci ja jako bezdzietna wysłuchuję, jakimi to moje siostry są złymi matkami, bo krzyczą, bo stresują, bo nie uczą, bo wychowały niezaradne homo sapiens itp. Reasumując, moje siostry są najgorszymi matkami świata.
Co ja robię? Siedzę i milczę, a w głowie mam wspomnienia z dzieciństwa, kiedy dostawałam od matki lanie (pasem, kablem, smyczą) za wszystko, nawet tak głupie rzeczy jak rozlanie wody z dzbanka. Wspominam opowieści moich sióstr, kiedy musiały klęczeć na grochu z wyciągniętymi rękami przez kilka godzin; jak w wieku 16 lat zniknęłam z domu na cztery dni i nikt nie zauważył mojej nieobecności; albo jak matka wyrzuciła mnie z domu w wieku 19 lat.

Jak już było wspomniane, jesteśmy bliską sobie rodziną. Rodzice się zmienili, wszystkie trzy wybaczyłyśmy im dzieciństwo. Teraz są rodzicami na medal, ale jak słucham ich wywodów na temat stresujących się wnuków, to aż gardło zaciska...

#mE5Ov

Moi rodzice dają mi dobre rady. Najchętniej te, o które nie pytam i najczęściej w temacie mojego życia związkowego.

Mój ojciec jest kompletnie niesamodzielnym alkoholikiem z depresją, którego przerasta pozmywanie naczyń, a odkurzacza nigdy w życiu nie tknął. Nie umie zrobić ani jednej czynności domowej i uparcie nie chce się nauczyć, a kiedy ktoś go zmusza, awanturuje się. W takiej postawie utwierdza go jego stara i schorowana matka, która wyręcza go we wszystkim, w czym może. Ojciec okłamuje rodzinę i chociaż wszyscy wiedzą, że pije po kryjomu, nadal się wypiera i chowa wódkę w różnych dziwnych miejscach, a potem pije sam. Pijany jeździ samochodem, nawet w takim stanie, że ledwo widzi, a i tak się wypiera. Nie pójdzie do lekarza za nic w świecie, bo jak mówi: „Nie będą ze mnie durnia robić”. Oskarża swoją żonę, że jest nienormalna, że go oczernia i traktuje jak śmiecia.
Moja mama jest w terminalnym stadium śmiertelnej choroby, o której wiedziała kilka lat przed zdiagnozowaniem, ale świadomie postanowiła się nie leczyć, bo wolała skazać się na śmierć niż spędzić kolejne kilkadziesiąt lat życia z tym pijakiem. Brzydzi się go i wstydzi.
Małżeństwo rodziców od początku było porażką, ale w ich świecie człowiek po rozwodzie traci bezpowrotnie godność porządnej osoby i staje się podgatunkiem, pośmiewiskiem. Rodzice się nienawidzą i dają sobie to odczuć codziennie, ale nie było mowy o żadnym rozstaniu.
Oboje dają mi dobre rady w temacie mojego związku. Pewnie żebym nie popełniła tych samych błędów i miała lepiej niż oni? Przeciwnie! Powinnam życie prowadzić dokładnie tak samo! Przecież kto to słyszał, żeby zrobić coś inaczej niż wszyscy wokół? No co ludzie powiedzą? Jak tak można? Przecież on jest rozwodnikiem! Jestem nienormalna! ŻYCIE SOBIE MARNUJĘ!

Jak dobrze, że oni swoje tak świetnie wykorzystali!

#5N7TB

Odkąd pamiętam, obiecywałam sobie, że nigdy nie będę taka jak moja matka, że moje dzieci nigdy nie będą musiały patrzeć na ciągle kłótnie swoich rodziców, tak jak musiałam na to patrzeć ja i moje rodzeństwo. Pamiętam ich ciągłe kłótnie i płacz mamy. To jak ją pocieszałam, mając kilka lat. 

Kiedy mój związek sypał się coraz bardziej, a kłótnie były na porządku dziennym, doszło do tego, że moja córka w wieku 3 lat pocieszała mnie tak samo, jak ja kiedyś pocieszałam swoją mamę. Moja depresja się pogłębiła, a kłótnie z mężem doprowadzały mnie do ataków paniki. Wtedy powiedziałam sobie dosyć. Przecież nie tego chciałam dla własnych dzieci. Po latach tłumaczeń doszłam do wniosku, że tego związku już nie da się uratować. Lepiej będzie, jak sama zamieszkam z dziećmi, facet nie będzie mnie co rusz denerwować, to będę spokojniejsza, szybko poczuję się lepiej. Ta, jasne.  Szybko zrozumiałam, że moje dzieciństwo odcisnęło się na mojej psychice. Ciągłe wyzywanie przez własną matkę, która nie dawała sobie rady psychicznie, robienie za terapeutę dla całej rodziny, bycie ignorowaną przez ojca, wykorzystywaną do sprzątania, gotowania i wychowywania własnego rodzeństwa.
Fakt, miałam mniej stresów, żyjąc samej z dziećmi, i mniej obowiązków (dotychczas i tak wszystko robiłam sama), ale jednak nadal odczułam nadmiar obowiązków i okropne zmęczenie psychiczne, bo nie miałam czasu nawet na toaletę, już nawet nie wspominając o jakimś odpoczynku. Najmniejszy drobiazg wyprowadzał mnie z równowagi. Nieważne, czy to zawiniły dzieci, czy ja sama. Zaczęłam krzyczeć na swoje dzieci, tak jak moja matka krzyczała na mnie, i mówić im takie same przykre rzeczy. Po czym zawsze szłam usiąść sama i płakałam nad tym, jaką jestem okropną matką i że niszczę własne dzieci, robiąc im to samo, co moja matka robiła mi. 

Porozmawiałam z byłym i doszliśmy do wniosku, że dzieci powinny zamieszkać z nim. Najbardziej nie spodobało się to dziadkom dzieci oraz naszym znajomym. Na porządku dziennym wysłuchuję ich mądrości. Co z ciebie za matka? Jak można chcieć oddać własne dzieci? Jak można nie chcieć się zajmować własnymi dziećmi? Przecież dzieci potrzebują przede wszystkim matki. Robisz im tym krzywdę... 

No cóż, osobiście uważam, że większą krzywdę zrobiłbym im, nadal mieszkając z nimi i wciąż wyładowując swoją frustrację na nich. Kocham moje dzieci i właśnie dlatego podjęłam taką decyzję, żeby dać im szansę na dobry start w życiu. Uważam, że to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Znalazłam dobrą pracę i widuję się z dziećmi kilka razy w tygodniu. Czuję się coraz lepiej, nerwy już tak nie puszczają, więc i nie krzyczę o byle co, a przede wszystkim nie ranię moich dzieci słowami, tak jak to było kiedyś.

#SUJyZ

Mam 24 lata, za 1,5 roku wychodzę za mąż. Jestem z moim narzeczonym od 2017 r., czyli już 8 lat. Mieszkamy razem już 3 lata. Wydawać by się mogło, że małżeństwo dla nas to czysta formalność. Problem w tym, że nie dla mnie, nie jestem pewna tej decyzji. Z jednej strony jest to chłopak, z którym spędziłam na tym etapie już naprawdę szmat czasu. Zaczęliśmy chodzić ze sobą w liceum, wydaje mi się, że przez ten czas sporo się zmieniliśmy, jakby zaczęliśmy patrzeć trochę w innych kierunkach. Owszem, jest wiele rzeczy, w których się zgadzamy, dogadujemy i które robimy wspólnie, np. kochamy podróżować, lubimy spontaniczność, ale jesteśmy na innych etapach swojego życia. Ja mam dobrą pracę, gdzie dobrze zarabiam i nawet jak zmienię miejsce zamieszkania, to wiem, że w mojej branży będę dostawać dobre pieniądze, wiem po prostu, co chcę w życiu robić. On też pracuje, ale nie zarabia tak dobrze jak ja, dalej żegluje gdzieś po życiu i nie wie, co tak naprawdę chce w życiu robić. Ma plan, gdy się przeprowadzimy otwierać firmę w dziedzinie, w której jest dobry i w której się rozwija, no ale z drugiej strony skąd mam wiedzieć, czy to kiedykolwiek nastąpi. Często ma wiele zamiarów, ale po prostu nigdy nie realizuje swoim pomysłów. Wkurza mnie to, że stoi w miejscu, a ja nie dość, że pracuję na pełen etat, to jeszcze studiuję dziennie. Czuję, że mnie hamuje, że nie pozwala mi na pełny rozwój osobisty. Naprawdę nie wiem, co mam robić, bo w gruncie rzeczy to dobry chłopak, dba o mnie, jest zaradny, jestem pewna, że nigdy by mnie nie zdradził i wiem, że kocha mnie bezgranicznie. Niestety ja nie jestem chyba po postu w stanie go już tak pokochać. Na początku związku to uczucie było naprawdę intensywnie, teraz nasze drogi się bardziej rozeszły. Zaczęło mnie wszystko w nim irytować, a kiedy wytykam mu jakieś błędy, np. że mógłby się wobec mnie zachowywać inaczej, to sam mówi, że ja po prostu nie doceniam jego drobnych gestów, takich jak: odwiezienie mnie samochodem do pracy czy zrobienie kawy i śniadania i że on się o mnie bardzo troszczy. Naprawdę już nie wiem, co mam robić. W trakcie naszego związku bywały takie sytuacje podbramkowe, gdzie było blisko do zerwania, ale tylko z mojej strony. Boję się też, że on sobie nie poradzi, załamie się psychiczne. Sam mówi do mnie, że jestem tak idealna, że on wie, że już nikogo innego w życiu sobie nie znajdzie, tak bliskiego jego ideałowi. On jest po prostu pewny, że jak nie ja, to nikt inny. Naprawdę szkoda mi, że ja nie mam takiej pewności... Nie wiem, co mam robić.

#otLDy

Byłem spokojnym, zadowolonym człowiekiem, dopóki wszystko nie runęło w jednej chwili. Próbowałem uniknąć tego zdarzenia, oślepiły mnie odblaski światła, ale nie dało się zrobić więcej. Trafiłem na osobę bez prawa jazdy, pijaną i naćpaną, która po wszystkim uciekła. I wtedy, mimo tego chaosu, zachowałem zimną krew — zadzwoniłem po służby, czekałem na pomoc tyle, ile mogłem, robiłem to, czego przez lata uczyły mnie szkolenia z pierwszej pomocy, straży i ratownictwa. Ironia losu… przez lata wyciągałem innych z opresji, ratowałem ich życie i dobytek, a kiedy ja potrzebowałem wsparcia, zostałem zostawiony sam. Potem był szpital, długie leczenie i sprawy sądowe, które ciągną się jak zła bajka. Minął ponad rok, a ból wciąż wraca bez zapowiedzi, przypominając, że choć fizycznie żyję, coś we mnie się wtedy złamało.
Z czasem zobaczyłem też, jak moja duża grupa znajomych skurczyła się do kilku osób — dosłownie policzyłbym ich na palcach jednej ręki. Wielu nawet nie wiedziało, co się stało; powiedziałem im dopiero później. Niby próbuję spotykać się z ludźmi, ale często mam poczucie straconego czasu, jakby te rozmowy mnie mijały, a ja był tylko cieniem samego siebie.
Coraz mniej rzeczy potrafi mnie cieszyć, a w towarzystwie częściej milczę, jakbym był jedynie obserwatorem własnego życia. Żyję — ale wciąż czuję, że nie wróciłem do tego, kim byłem przed tamtą jedną, przeklętą chwilą.
Dodaj anonimowe wyznanie