Nie cierpię swojego ojca. Unikam go jak tylko mogę odkąd pamiętam. Najlepsze dni to te, w których nie muszę go widzieć, a przynajmniej z nim gadać. Nigdy nie traktował mnie poważnie. W życiu nie usłyszałem od niego jakiejkolwiek pochwały. Za to obelgi i krytyka są praktycznie na porządku dziennym. Wymaga, żeby chwalić go za wszystko co robi. A z jego strony wygląda to tak:
"Zrobiłeś coś dobrze? I tak jest źle, ja to zrobię lepiej".
"Umiesz coś, czego ja nie umiem? Masz się nie przechwalać, bo ja zawsze wiem lepiej i więcej niż ty".
"Coś cię boli? Ty wiesz, co to jest ból? Gówno wiesz. Ciebie nie ma prawa boleć".
Narzeka na wszystko i wszystkich, tylko nie na siebie. I hipokryzją jest to, że uczy mnie przyznawać się do błędu, lecz sam nigdy tego nie robi, bo nigdy nie jest jego wina. Oszczędza na wszystkim jak tylko może. Nie potrafi zdzierżyć tego, że chcę wyjść w jedyny dzień w tygodniu ze znajomymi. Bądź na kursy, które mam po południu - bo i tak mi się to nie przyda. Jakakolwiek nauka? I tak gówno umiem, jego zdaniem. Ma pretensje, że nikt mu nie pomaga, mimo że większość rzeczy robię w domu ja bez jego wiedzy, bo on jest zmęczony i wszystko go boli. Nie zauważa nawet tego, że gdyby nie to, że jestem na kierunku jakim jestem, to nie miałby dostępu ani do telewizji, ani Internetu. A narzeka cały czas, że to najgorszy kierunek jaki mogłem wybrać. Co ciekawe, moja rodzicielka nic sobie nie robi z traktowania mnie przez ojca.
Został mi rok do ukończenia technikum i chciałbym uciec jak najdalej stąd. Mam co prawda już trochę uprawnień i doświadczenia z pracą związaną z kierunkiem, ponieważ firma, u której miałem praktykę, zechciała mnie zatrudnić na weekendy. Niestety nie są to wysokie sumy i pokrywają praktycznie całe moje wydatki związane ze szkołą.
Bliscy wiedzą, że przeżyłam załamanie nerwowe, ale nie wiedzą dlaczego. Nigdy nikomu oprócz mamy nie mówiłam, a z nią ciężko jest mi o tym rozmawiać, wyżalić się.
Mój ojciec odwiedził mnie kilka razy w życiu (z czego jedno spotkanie przypłacił dwumiesięczną separacją z żoną), kiedy byłam jeszcze bardzo mała. Był pod butem swojej żony, którą zdradził z moją matką, a ona nienawidziła zarówno mojej mamy, jak i mnie. W dodatku był bardzo mocno niedosłyszący, wobec czego ciężko było się z nim skontaktować (miałam tylko ich numer domowy - żona odbierała telefony i mówiła, że nie ma go w domu, nie przekazywała mu wiadomości). Ostatni raz spotkałam go mając 16 lat (zupełnie przypadkowo, nie rozmawialiśmy wtedy, po prostu się zobaczyliśmy w hipermarkecie i kiedy mama powiedziała, że to tata, to wybiegł z płaczem, a on to widział). Niedługo potem trafił do szpitala i zmarł, a ja nic o tym nie wiedziałam, aż powiadomił mnie ZUS (sprawy renty). Było to dla mnie ciężkie, bo nigdy nie czułam do niego nienawiści, miałam nadzieję, że kiedyś go poznam, porozmawiam, wszystko sobie wyjaśnimy. Ale jakoś to przeżyłam, nie chciał mnie poznać, to jego strata.
Kiedy już ochłonęłam, moja mama spotkała siostrę mojego taty. I ta powiedziała jej: "Tomasz (tata) był załamany, jak leżał w szpitalu i Kasia (żona) powiedziała mu, że Ania (ja) nie chce go odwiedzić przed śmiercią".
Ta wiadomość, świadomość, że mój ojciec chciał, żebym go odwiedziła, a jego żona nic mi o tym nie powiedziała, w dodatku okłamując go, sprawiając, że umarł myśląc, że własna córka go nienawidzi, sprawiła, że przez miesiąc nie wychodziłam z pokoju, nie jadłam i snułam się płacząc. Wydałam na psychoterapeutów tysiące złotych, ale to nie pomogło. Czuję się tak bezsilna, że nie mogę już niczego naprawić i to spycha mnie na samo dno. Bo nie mogłam mu powiedzieć, że mu wybaczyłam i że rozumiem, iż wybrał swoją żonę, a nie mnie. Nie mogłam sprawić, by umarł choć odrobinę szczęśliwszy.
Boję się jeździć samochodem w trasy. Jeżdżę codziennie do pracy około 6 km i jest w porządku, ale kiedy mam jechać gdzieś powyżej 50 km, to od kilku dni chodzę nerwowy i mam biegunkę. Boję się, że zepsuje mi się samochód albo będę mieć wypadek. Z krótszym trasami nie mam tego problemu.
Dawno, dawno temu, jak byłam totalnie głupim gówniątkiem, wymyśliłam dość mizerny plan, aby zdobyć jakiegoś chłopca/ kolegę.
To były wczesne lata 90. i miałam dużo starszą siostrę. Pewnego dnia dorwałam jej pamiętnik, przeczytałam i uznałam, że "złapię" na niego jakiegoś kolegę. Paprotka w głowie, ale dobra, plan był.
Przewiązałam pamiętnik sznurkiem i opuściłam z balkonu, przywiązując go do barierki. Plan był banalnie prosty i genialny. Jakiś chłopak przejdzie obok pamiętnika, zainteresuje się nim, przeczyta (oczywiście będzie ciągnął za sznurek przy tym, dzięki czemu będę wiedzieć, że ktoś go czyta), będzie chciał poznać właścicielkę i wtedy wpadnę ja! Cała na biało. I będziemy super kolegami.
Po jakimś czasie posuchy zapomniałam o pamiętniku i poszłam się bawić, dopiero mama mi o nim przypomniała, jak zobaczyła sznurek zwisający z balkonu... bez pamiętnika na końcu......
Latałam ze 2 godziny po podwórku szukając pamiętnika, coby przypału nie było, ale nie znalazłam.
Siostra zła, bo zgubiła pamiętnik, a ja dziś po 20 paru latach sobie o tym przypomniałam, bo zobaczyłam mema z podobnym pamiętnikiem. Nie powiedziałam nikomu o tym co zrobiłam.
Jestem z rodziny wielodzietnej. Mam 16 lat i 5 rodzeństwa. Trzy siostry (9, 7 i 5 lat) oraz dwóch braci (4 i 6 lat). Jestem dużo starsza od rodzeństwa, więc to ja pomagam w domu.
Od 7 roku życia zajmuję się rodzeństwem. Najpierw były to drobnostki. Teraz są wakacje i to ja całymi dniami siedzę w domu z nimi, bo rodzice pracują. Robię wszystko, tzn. sprzątam, gotuję, karmię, kąpię, zabawiam. Nie wychodzę na dwór ze znajomymi. Jedynie na podwórko z rodzeństwem. Często zostaję nawet z nimi na noc. Nie mam czasu dla siebie. W ciągu roku szkolnego jest lepiej, bo rodzice chcą abym miała dobre wyniki w nauce i oni biorą więcej wolnego.
Niedługo będziemy się przeprowadzać do jeszcze większego domu. Słyszałam, jak rodzice rozmawiają o kolejnym dziecku. Najpierw mama będzie przez 2 lata w domu, a potem ją będę się zajmowała kolejnym dzieckiem. Jestem coraz bardziej pewna, że będzie kolejne dziecko, bo znalazłam w szafce w łazience nowe testy ciążowe. Załamuje mnie to.
Jestem, a raczej byłam nauczycielką, taką prawdziwą, z powołania. Od dziecka wiedziałam, że będę uczyć, a gdy kończyłam szkołę i każdy rozpaczał, że to koniec, to ja uśmiechałam się mówiąc, że "jeszcze tu wrócę".
Skończyłam studia, zrobiłam praktyki i dostałam wymarzony papier.
Choć na początku było ciężko znaleźć pracę, to udało mi się i to nawet w tej samej szkole, do której chodziłam jako mały szkrab, wszystko zapowiadało się pięknie. Byłam wręcz zachwycona. Tak, byłam... przez pierwsze cztery, może pięć lat.
Na początku było fajnie, dzieci do mnie lgnęły, chętnie przychodziły na moje zajęcia, a ja nie narzekałam na tonę kartkówek i sprawdzianów, więc chętnie sprawdzałam je po nocach.
Dlaczego odeszłam, czy przez dzieci? Nie.
Przez rodziców, głównie madki Karyny czy panów Sebastianów, co wpadkę zaliczyli i w dresiku na wywiadówki przychodzili.
Nie chcę wsadzać wszystkich do jednego worka, bo spora część rodziców była normalna, ale reszta...
Pielgrzymki na przerwach i wywiadówkach. Robienie awantur, bo "postawiła pani jedynkę Michasiowi". Ano postawiłam, skoro oddał pustą kartkę. Albo "Brajanek ma tyle uwag, pani się uwzięła!". Ja się uwzięłam? Naprawdę? Nie, ja po prostu miałam dość jego ciągłego siedzenia w telefonie (raz zabrałam mu komórkę, oj... najpierw pisk Brajanka, później Karyny... do tej pory na samo wspomnienie dźwięczy mi w uszach). O wszystko byłam obwiniana ja. Jedynki, uwagi - wszystko przez moją niekompetencję. Próby dyskusji z rodzicami? "Ty gówniaro masz jeszcze mleko pod nosem, nie będziesz mi mówić, jak mam dziecko wychowywać". Ręce opadały, ale to nie koniec absurdów!
Ponieważ mieszkam na wsi i tu jest szkoła, w której uczyłam, to wiadomo, każdy każdego zna. Wyobrażacie sobie, że rodzice potrafili przyjść do mnie do mojego domu i robić mi wyrzuty? Hitem było, jak na podwórku zobaczyłam stojące zapłakane dziecko, które madka podrzuciła mi "na korepetycje". Nie umawiałam się z nią, nie udzielałam korepetycji. Po prostu zostawiła mi małego pod drzwiami jak psa.
Zaczęłam się wypalać, tracić chęci do tego wszystkiego, chodziłam zdenerwowana do tego stopnia, że bałam się pójść do wiejskiego sklepu w obawie, że na kasie spotkam Karynę madkę i znów będę musiała słuchać o tym, że jestem niepoważna i ja sobie zakupy robię, a dziecko biedne siedzi i lekcje odrabia, zamiast się bawić czy grać na komputerze.
Któregoś dnia wróciłam, usiadłam w salonie i się rozpłakałam.
Naprawdę nerwowo mnie to wszystko zaczęło wykańczać. I wtedy mąż usiadł koło mnie i powiedział "A daj sobie spokój, nie męcz się, nie warto". No i miał rację, odpuściłam, dyrekcję powiadomiłam, że po zakończeniu roku odchodzę.
Dziś mam ciepłą posadkę w korpo, co prawda dojeżdżam dosyć spory kawałek, ale pracuję od do i w końcu mam święty spokój.
Kilka lat temu odwiedziłem brata i szwagierkę, którzy mieszkają w innym mieście niż ja. Plan był taki, że najpierw posiedzimy trochę u nich, napijemy się jakiegoś drinka, a później przemieścimy się do centrum miasta do jakiejś knajpy, może klubu.
Zamówiliśmy taksówkę pod ich blok, ja wsiadłem do przodu, patrzę na kierowcę i widzę przepiękną kobietę. Aż ciężko mi było uwierzyć, bo jak kilka razy w życiu zdarzyło mi się jechać z kobietą taksówkarzem, ale z reguły była to jakaś starsza, kobieca wersja typowego złotówy. Jechaliśmy 15 minut, a ja miałem wrażenie jakby to wszystko trwało 30 sekund. Patrzyłem na nią jak zaczarowany. Poza tym, że była piękna, była wygadana, z poczuciem humoru i słuchała mojego ulubionego zespołu. I świetnie prowadziła samochód. Odwiozła nas do celu, a ja dopiero po wyjściu z auta zostałem oświecony, że mogłem ją poprosić o numer, ale jak ostatni idiota tego nie zrobiłem.
Przez resztę wieczoru i nocy bez przerwy o niej myślałem, a kiedy zamawialiśmy taksówkę powrotną, miałem szczerą nadzieję, że ta piękna kobieta znowu po nas przyjedzie. Niestety, zbyt duże miasto i zbyt małe prawdopodobieństwo. Od taksówkarza z którym wracaliśmy udało mi się dowiedzieć, że w ich korporacji jeździ ok. 80 taksówek - sporo. Jednak za cel postawiłem sobie odnalezienie tej dziewczyny.
Za każdym razem, kiedy byłem u brata, zamawiałem taksówkę (specjalnie zacząłem jeździć do niego pociągiem, żeby mieć pretekst, żeby zamówić taksówkę z dworca) z nadzieją, że w końcu ona po mnie przyjedzie. Jakieś 3 miesiące po tym, jak ją poznałem, udało się. Wyszedłem z dworca, ona w tym czasie stała na postoju taxi i rozmawiała z innym taksówkarzem. Cały w skowronkach, z miękkimi kolanami podszedłem do niej, wsiedliśmy do auta i poprosiłem o odwiezienie pod adres mojego brata. Jak już jechaliśmy dłuższą chwilę, spojrzała na mnie i powiedziała - "ja cię kojarzę, ty już kiedyś ze mną jechałeś, rozmawialiśmy o Wu-Tang Clanie". Uśmiechnęła się i puściła jeden z moich ulubionych kawałków tego zespołu. Wtedy w końcu zebrałem się na odwagę i zapytałem, czy nie miałaby ochoty pogadać o Wu i innych zespołach gdzieś indziej, np. w kawiarni. Była w szoku, ale widziałem, że się oblała rumieńcem i zgodziła się.
Jest happy end, 3 lata jesteśmy razem, jednak ona do dzisiaj nie wie, jak bardzo byłem zdeterminowany, żeby ją odnaleźć.
Przez to, że w ostatnich dniach jest bardzo gorąco, to nie chciałam siedzieć w domu, poszłam do kawiarni. Siedziałam na zewnątrz przy stoliku, a obok siedziała grupka młodych ludzi w podobnym do mnie wieku.
Usłyszałam, jak jedna dziewczyna chciała zrobić żart i podejść do kogoś innego udawać, że się z tą osobą znają, żeby wprawić ją w zakłopotanie. Kiedy słuchałam dalej ich rozmowy dowiedziałam się, że dziewczyna ma na imię Ola, a jej chłopak ma na imię Michał (domyśliłam się, bo się całowali).
Potem poszłam do sklepu. Kiedy chodziłam i oglądałam jakieś ubrania, podeszła do mnie ta dziewczyna i od razu ją rozpoznałam. Jej grupka znajomych stała obok przymierzalni i się przyglądała.
Dialog wyglądał tak:
Ona: O matko! Cześć! Ale się długo nie widziałyśmy!
Ja: Olka!! Cześć!!!
Dziewczyna stanęła jak wryta i zrobiła oczy jak pięć złotych.
Ja: Co u ciebie?! Podobno teraz chodzisz z Michałem!
Przestraszyła się jeszcze bardziej. Jej znajomi też się bardzo zdziwili.
Ona: (z udawanym uśmiechem) Eeeee... tak, już od dłuższego czasu... a co u ciebie... eee... kochana?
Ja: A wszystko spoko. Ooo!! Michał też z tobą jest! Może wyskoczymy gdzieś razem?
Ona: (Przestraszona jak nie wiem, aż cała zbladła) Eeeee... wiesz co, może innym razem... he, he... no bo ja... znaczy my się teraz spieszymy.
Ja: A, no dobra, to się jeszcze Olka zgadamy.
Ona: Tak... jasne. To do zobaczenia! Cześć!
Uciekła szybko w drugą część sklepu i patrzyła jeszcze przez kilka minut z przerażeniem w oczach, czy nadal tam stoję.
Nie wiem od czego zacząć, może zacznę od początku. Mojej matce odkąd pamiętam marzyło się żebym poszła do zawodówki (teraz tzw szkoły branżowej) na kucharza uważała, że to najlepsze co mogę wybrać ja jednak nie za bardzo chcę tam iść.
Owszem lubię gotować, ale tylko w domu i nie wyobrażam sobie pracować kiedyś tak bo po prostu nie, od zawsze moim marzeniem była klasa mundurowa więc tam złożyłam papiery.
Odkąd to zrobiłam ciągle w moją stronę lecą wyzwiska niemal codziennie słyszę, że się tam nie dostanę i wyjedzie tak, że nigdzie nie pójdę. Przez to, że ciągle to słyszę zaczynam sama w to wierzyć po prostu się poddaje i nie umiem już walczyć z matką.
Mój mąż był moim pierwszym. On natomiast miał kilka dziewczyn przede mną. Dopiero po ślubie się dowiedziałam, że dwie laski, z którymi sypiał należą do jego grona znajomych i się często spotykają. I strasznie się dziwi czemu odkąd się dowiedziałam mam pretensje, że się z nimi widuje. A mnie coś skręca w środku na sama myśl, że się z nimi widuje. Starałam się z nim rozmawiać, ale zawsze bagatelizuje problem ...
Dodaj anonimowe wyznanie