Ostatnio wzięło mnie na wspominki z czasów wczesnoszkolnych i przypomniała mi się tajemnicza historia, niewyjaśniona do tej pory.
Po zajęciach prawie codziennie chodziłam na świetlicę, a że szkoła była spora, to dzieci zostawało bardzo dużo, a wszystkie tornistry i ewentualne kurtki leżały w kącie sali, bo szatnia w takich godzinach była już zamknięta. Ja zawsze byłam straszną bałaganiarą i mój tornister wyglądał jak pobojowisko. Papierki, stare śniadanie, walające się poza piórnikiem przybory itd. to była norma. Ale któregoś dnia po powrocie do domu zauważyłam, że w tornistrze panuje idealny porządek. Wszystko było idealnie poukładane (tornister sztywny, więc nic się tam za bardzo nie przesuwało) i posprzątane, jakieś ewentualne drobniaki, które mama dawała na zakupy w sklepiku schowane do kieszonki, i nigdy nie zginęła choćby złotówka. Do tego ktoś tam wsadził butelkę z nieotwartym napojem (ja zawsze dostawałam wodę). Przeszedł mnie wtedy dreszcz, byłam dość paranoicznym dzieckiem, co zostało mi zresztą do dzisiaj... Myślałam, że to może jakiś dziwny żart, ale ta sytuacja się powtarzała dopóki rok później nie zmieniłam szkoły. Pytałam dyskretnie innych koleżanek, ale żadnej coś takiego nie spotkało. Nawet jeśli starałam się obserwować plecak przez cały pobyt na świetlicy, to zawsze się znalazł moment nieuwagi, a plecak zastawałam prawie zawsze wysprzątany. Nie mam pojęcia kto to był i dlaczego to robił, ale dziękuję bardzo, mama była bardzo zadowolona widząc poprawę w moich nawykach :D
Jakieś 11 lat temu, w wyniku choroby i nieudanej operacji, mój dziadek musiał zacząć jeździć na wózku. Na początku świetnie sobie radził, nawet prowadził samochód, ale z biegiem lat zaczął coraz bardziej marnieć.
Niewiele mam z nim wspomnień z czasów "przed wózkiem". Pamiętam kilka wycieczek, wspólne wyjście do kina czy gotowanie moich ulubionych potraw. Pamiętam też charakterystyczne szuranie nóg, słyszalne na kilkadziesiąt sekund zanim wszedł do pokoju, gdy choroba już bardzo dawała o sobie znać.
W ciągu tych ostatnich lat do dziadka przychodzili rehabilitanci, pielęgniarki, lekarze. Trzeba było założyć cewnik, słuch też pogorszył się na tyle, że powinien był nosić aparat, ale nie chciał. Z roku na rok z jego ciałem i umysłem było coraz gorzej, ale radził sobie. Czytał gazety, oglądał telewizję, pomagał w gotowaniu, sam schodził z wózka na łóżko. Moja babcia jednak bardzo się tym wszystkim stresowała, martwiła, była przekonana, że musi poświęcać całą swoją uwagę i czas dziadkowi, mimo iż miał zapewnioną opiekę. Ale ona go bardzo kochała.
Jakiś miesiąc temu dziadek zaczął źle się czuć i z wózka przeniósł się całkowicie do łóżka. Praktycznie przestał się odzywać, trzeba go było karmić, nie bardzo się ruszał. Tydzień temu dziadkowie obchodzili 62. rocznicę ślubu i podczas mszy w ich intencji modliliśmy się wszyscy o jego zdrowie.
Niestety, pięć dni później, podczas mojej wizyty, jego serce stanęło. Ratownicy przywrócili krążenie i zabrali dziadka na SOR, gdzie zmarł dobę później.
I teraz anonimowa część.
Wolałabym, żeby tej dodatkowej doby nie było. Żeby nie zabierali go do szpitala i nie dawali babci tej złudnej nadziei. Gdy patrzyłam, jak ratownicy przez 15 minut, w pocie czoła, ratują życie człowieka, który w tamtej chwili i tak był skazany na śmierć, czułam, że to nie ma sensu. Nie jestem z tego dumna, ale pomyślałam wtedy, że jeśli nie uda się go uratować, to babcia w końcu będzie mogła odpocząć
Kiedy pojechaliśmy do szpitala, właściwie się z nim pożegnać, był nieprzytomny, ale miał otwarte oczy i był zaintubowany, przez co jego usta się ruszały. Moja babcia myślała, że dziadek coś do niej mówi, tylko za cicho, by usłyszała. Błagała go, żeby do niej wrócił, bo ona go tak kocha i nie da sobie rady bez niego. Mówiła, że przecież on na nią patrzy i że skoro udało się go przywrócić do życia, to na pewno się obudzi.
Przez to mam wrażenie, że babcia straciła dziadka dwa razy.
Jakieś pół roku temu zostałam zaproszona przez chłopaka, z którym spotykałam się niecały miesiąc, na wesele. Nie znałam większości jego rodziny dlatego zależało mi, żeby na tym pierwszym spotkaniu wypaść po prostu dobrze.
Wesele sztos, piękna sala, pyszne jedzenie, super muzyka.... tylko ja niestety na moment musiałam zepsuć atmosferę.
Podczas jednego z bardziej skocznych tańców naszła mnie ochota na puszczenie bączka. Taki mały, niewinny pomyślałam - w takim tłumie i zamieszaniu panującym na parkiecie, gdzie większość była już podpita uznałam, że nikt mojego "wyczynu nie zauważy". Nie zauważyli, ale za to poczuli... Po chwili wokół rozległ się smród tak duży, że kilka osób zaczęło rozglądać się dookoła, robić krzywe miny, ktoś nawet otworzył okno.
Mój chłopak oczywiście też poczuł to co reszta i lekko zmieszany, podejrzewając mnie zapytał: "czy czujesz ten smród?, czy to TY?"... Byłam już bliska zemdlenia kiedy pojawił się on... mój wybawca. Na całe szczęście niedaleko nas była para, w której pan około 40-stki ledwo trzymał się na nogach. Był tak pijany, że właściwie przysypiał na ramieniu swojej partnerki. Wszystko spadło na niego. Jego (chyba) żona zaczęła na niego krzyczeć, że ma iść na górę spać, że zachowuje się jak świnia i robi jej wstyd. Reszta gości chyba również uznała, że to on. Jakiś chłopak pomógł tej pani zaprowadzić "mojego wybawcę " na górę. Tak oto zostałam uratowana i nie musiałam się tłumaczyć, że to nie ja przed moim chłopakiem .
Piszę to wyznanie, bo chociaż tu chciałabym przeprosić tego pana, za to, że przez moje "smrody" oberwało się jemu.
Kilka dni temu babcia mojego chłopaka obchodziła 80 urodziny. Kolejna wielka impreza, na której również spotkałam się "z moim wybawcą". Jak się okazało to bardzo sympatyczny gość. Opowiadał śmieszne żarty, dusza towarzystwa. Szczerze mi głupio, bo jego jedyną "winą" na tym weselu było to, że wypił troszkę więcej, przysypiał i nie mógł się bronić, że to nie on... :)
Nie wiem już, co robić, drodzy anonimowi.
Mam narzeczoną, bardzo ją kocham, zgadzamy się niemal we wszystkim, robimy wszystko razem, każdy uważa, że idealna z nas para. Jest tylko jeden problem, przez który nawet zaczynam się zastanawiać, czy nie odejść i przez który ostatnio ciągle się kłócimy.
Otóż ja zawsze chciałem mieć dużą rodzinę. Za młodu opiekowałem się rodzeństwem, sam wychowałem się w większej rodzinie, natomiast ona nie chce mieć dzieci wcale. Myślałem, że boi się porodu, więc zasugerowałem adopcję, ale nie! Ona po prostu nie chce MIEĆ dzieci. Twierdzi, że to nie tak, że ona nie lubi dzieci, ona po prostu nie chce, żeby były. Uważa, że to niepotrzebny wydatek, masa roboty, a ona ma ze mną inne plany na przyszłość, tj. być razem, podróżować razem, pracować razem, bawić się razem, dzielić smutki razem, zestarzeć się razem i umrzeć razem bez udziału osób trzecich, nawet dzieci.
I zanim powiecie, że mogłem o to zapytać wcześniej... No nie bardzo. My z narzeczoną znamy się od dziecka. Nawet nie zauważyliśmy kiedy to się stało, że zaczęliśmy być ze sobą tak blisko. Zawsze mówiła, że lubi dzieci, poza tym 15-latek (bo wtedy staliśmy się oficjalnie parą) raczej nie myśli jeszcze o takich rzeczach. No... Dzieci lubi, ale nie chce mieć. Na jedno też się nie zgadza, a ja nie mam zamiaru chować jej środków antykoncepcyjnych czy przebijać prezerwatyw, bo to nie o to chodzi. Kocham ją, dlatego tego nie zrobię. Jednak dzieci to coś, na czym zależy mi bardzo, dlatego powoli rozważam odejście, gdyż od półtora roku żadne rozmowy nie przynoszą efektu, tylko kłótnie typu "ale ja chcę być TYLKO z tobą!".
Czy jestem samolubny? Nie wiem, mam straszliwe wyrzuty sumienia, że w ogóle przez "takie coś" chcę odejść, ale z drugiej strony duża rodzina to moje największe marzenie, wiedziała o tym praktycznie od początku. Rozmawiałem z nią dokładnie o wszystkim. Czy się boi, że nie będzie dobrą matką, czy boi się porodu itd. Nie. Ona zwyczajnie nie chce. No a ja jej nie zmuszę, bo nie mam takiego prawa, ani nawet bym nie chciał jej zmuszać do czegoś takiego, bo to jednak niezwykle ważna życiowa decyzja. Pytałem o rady rodzinę, bliskich przyjaciół, ale zwykle słyszałem tylko "namów ją na dzieci, to taka fajna dziewczyna, co będziesz innej szukał", ale ona się nie da namówić, a nie chcę nic robić na siłę. Dlatego postanowiłem, że porozmawiam z nią dzisiaj dokładnie o tym, jak się czuję i że rozważam odejście. Nie wiem, czy dobrze robię, nie wiem, jak to się skończy i boję się tej rozmowy jak diabli. I jest mi bardzo przykro, gdyż pół życia myślałem, że będę miał z nią wspaniałą rodzinę... A tu półtora roku temu, jak zacząłem temat na poważnie, usłyszałem od razu "nie", a wcześniej temat był luźny i nie było sprzeciwów, tylko coś w stylu "zobaczymy".
Życzcie mi powodzenia.
Wracałam do domu ostatnim autobusem. Miałam około 15-16 lat. Zwykle brałam przedostatni autobus, ale tym razem się spóźniłam. W autobusie byłam tylko ja, młody kierowca i jego kolega. Oboje śmieszkowali ze sobą całą drogę.
W pewnym momencie zauważyłam, że autobus nie skręcił w moje osiedle, tylko w stronę wiosek i lasów. Na wszelki wypadek napisałam do mojego chłopaka, że coś jest nie tak. On też wpadł w panikę, bo ten autobus tamtą drogą nie jeździ. Wystraszyłam się, że mnie gdzieś wywiozą i nikt już mnie nie zobaczy.
Gdy wyjeżdżaliśmy już z miasta, przełamałam strach i podeszłam zapytać gdzie jedziemy.
Oni zauważyli moje przerażenie i spoważnieli.
- Zabieramy cię nad morze. Wzięłaś strój kąpielowy? Będziemy się dobrze bawić...
Serce mi waliło jak szalone, myślę sobie - no zgwałcą mnie... Ale mówię cichutko:
- Ja bym jednak wolała, żebyście mnie tutaj wysadzili, ja już sobie dojdę do domu, a wy jedźcie nad morze...
Oni widząc mój strach nie wytrzymali i wybuchli śmiechem. Wytłumaczyli mi, że ostatni autobus jedzie też na przystanek za miastem, skąd odbierają ludzi z pobliskiej fabryki. Mieli ze mnie ubaw aż do mojego przystanku, a ja w życiu tak sie nie bałam.
Ostatnio poznałam moją przyjaciółkę z dobrym znajomym. Oboje bardzo dobrze się dogadują, te same zainteresowania, spokojne charaktery. Oboje samotni, pasują do siebie. Tylko że nie chcę, żeby byli parą. Z czystej zazdrości i obawy, że jak nie wyjdzie, to i nasze relacje się zepsują.
Jestem dorosłym facetem, a czasami lubię w samotności oglądać polskie komedie romantyczne i w dodatku się na nich wzruszam. Nawet tu się trochę wstydzę do tego przyznać.
Może niektórzy wezmą tą historię na poważnie, a może inni będą się śmiać, ale ja do tej pory jak kładę się spać to chowam łeb pod poduszkę i nie patrzę w stronę drzwi.
Historia działa się około 5-6 lat temu.
Miałam najzwyklejszy ,okno pod którym stało biurko, a po przeciwnej stronie w odległości 5 metrów były drzwi, cała reszta mało ważna.
Siedziałam na biurku przy otwartym oknie, patrzyłam w gwiazdy, bo była mowa że mają spadać meteoryty czy coś i prowadziłam już 4 godzinną rozmowę z przyjaciółką.
Była już 23, a światła w domu pogaszone.
Rodzice w salonie z 5-letnim bratem oglądali telewizję.
Cisza trochę jak w grobie.
W pewnym momencie odruchowo odwróciłam się do drzwi i zobaczyłam, że się uchylają na około 20-25 centymetrów.
Wtedy byłam trochę zmęczona, ale przysięgam że gdybym nie była zmęczona i w pełni świadoma, to bym spierdolila przez to otwarte okno, mimo że mieszkałam na 4 piętrze. A więc.
Zza drzwi wychyliła się "postać", w zasadzie to tylko głowa i kawałek klatki piersiowej.
Jedyne co zapamiętałam to bardzo odznaczające się rysy twarzy, brak oczu, a tylko dołeczki gdzie powinny one być. Postać była biała, wyglądała jakby połyskiwała, ale jednak się nie świeciła.
Po 10 sekundach przyglądania się zapytałam kilkukrotnie:
-Mamo?
-Tato?
-Chcesz coś?
I tak kilka razy.
Postać cały czas się na mnie patrzyła i ani drgnęła.
Ja w tamtym momencie się nie bałam, bo myślałam, że to któryś z moich rodziców chciał mi zrobić jakiś głupi żart i mnie wystraszyć. Cały moment trwał może z minutę, a po chwili postać po chwili zamknęła bardzo powoli za sobą drzwi. Ciekawe jest też to, że miałam drzwi z szybą, więc logicznie gdyby ktoś stał tak blisko, powinno było widać ciało za szybą, a nie było go widać. Po chwili wróciłam do rozmowy.
Pół godziny później poszłam do pokoju gdzie byli rodzice i zapytałam czy coś chcieli ode mnie i czy wchodzili do mojego pokoju te pół godziny wcześniej, jednak okazało się, że nikt w tym czasie się z miejsca nie ruszał.
Czym była ta postać? Co chciała? Nie mam bladego pojęcia. Nigdy więcej jej już nie zobaczyłam. Ale jestem pewna, że to były zwidy i tym jestem przerażona, i zaintrygowana w jednym.
Historia opowiedziana przez wuja. Pracował w fabryce, dojeżdżał autobusem, a żeby dostać się szybciej na przystanek, skracał sobie drogę idąc przez cmentarz. Nie tylko on zresztą, często ktoś się tamtędy przebijał.
Którymś razem, ciemno wszędzie, głucho wszędzie, styrany w nocy wraca i oczywiście wpadł do świeżo wykopanego grobu :D. Nieprzyjemna sytuacja, ale gorsze było kiedy obok truposz wstał i powiedział "teraz już się stąd nie wydostaniesz".
Wujek zemdlał, a ocucił go ten sam truposz, czyli lokalny pijaczek, który wpadł do grobu sporo wcześniej i sam miał problem się wydostać :D.
Od dziecka mam dziwne przeczucia. Czasem to jest po prostu niepokój, który pojawia się znikąd albo strach. Gdy pojawia się to drugie, w głowie mam tylko "coś się stanie". I wiecie co jest najgorsze? ZAWSZE się sprawdza, nigdy się nie pomyliłam.
Można uznać to za przypadek, ale to nie jest jedyna dziwna rzecz w moim życiu.
Jak miałam może z 15 lat, dwa razy śnił mi się starszy mężczyzna - ostrzegał mnie, a ja do tej pory pamiętam każde słowo, które mi powiedział. Obudziłam się rano i wiedziałam, że go znam. Po prostu to wiedziałam, jednak nie mogłam skojarzyć skąd, więc uznałam, że to pewnie jakiś aktor gdzieś z telewizji. Dopiero gdy miałam 20 lat udało mi się dobrać do albumu mojej prababci i wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy ze starego, czarno-białego zdjęcia uśmiechał się do mnie ten sam mężczyzna. Okazało się, że to mój pradziadek! Wiem, że teraz każdy myśli "pewnie widziała go wcześniej i zapamiętała twarz". Jednak nie mogłam go wcześniej widzieć. Zmarł 10 lat przed moimi narodzinami, a babcia schowała wszystkie zdjęcia i poza jego imieniem i nazwiskiem nie wiedziałam w sumie nic. Dopiero w wieku 20-stu lat gdy babcia nie może już chodzić i musiałam posprzątać jej mieszkanie, znalazłam ten album. A jego ostrzeżenia? Miał rację!
Raz w akademiku dziewczyny przyniosły karty tarota. Ot tak, stawiały dla zabawy, a że ja byłam wkręcona w temat już od jakiegoś czasu, to postawiłam karty koledze, który miał zaraz wyjeżdżać na staż za granicę. W sumie się ucieszył gdy wyszło, że wyjazd wyjdzie mu na dobre i będzie zadowolony, choć mina mu zrzedła gdy powiedziałam, że swoim wyjazdem przepłaci wieloletni związek. Uśmialiśmy się wiedząc, że to nie możliwe by się rozstał z Anką. No cóż, w połowie jego wyjazdu już nie byli razem.
Moje kumpele stwierdziły, że jestem czarownicą i sprezentowały mi karty i książki o tarocie i po jakimś czasie stawiałam tarota większości znajomych. Co do joty, każde moje słowo się spełniało. Zdrada? A jak! Nagłe wzbogacenie się? Pewnie!
Z początku było to fajne i lubiłam to, a znajomi śmiali się, że "znają czarownicę". Karty zawsze nosiłam przy sobie, aż do pewnego momentu.
Od dłuższego czasu z niewiadomych przyczyn miałam dziwny niepokój o moją przyjaciółkę. Cały czas patrzyłam na nią i czułam strach i tęsknotę. Zupełnie tak jakbym nie widziała jej co najmniej rok.
Któregoś dnia poprosiła, żebym postawiła jej karty. W dużym skrócie wyszła strata i śmierć.
Niedługo później jechała z chłopakiem na imprezę.
Nie dojechali.
Od tego czasu czuję się jak przeklęta, nie tknęłam więcej kart. Mam wrażenie, że parzą mnie i panicznie boję się swoich przeczuć, choć jednocześnie czuje, że to mój obowiązek. Zupełnie tak jakbym dostała swoje przeczucia i "rękę" do kart tylko po to by ostrzegać i pomagać innym, jednak nie potrafię. To mnie przeraża.
Dodaj anonimowe wyznanie