Zdarzyło wam się kiedyś takie mimowolne beknięcie podczas mówienia? Czasem nawet w ten sposób, że jakieś słowo wypowiadacie beknięciem? Bo mi zdarza się bardzo często po gazowanych napojach.
Dlatego nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy, aby popijać gazowaną wodę podczas prowadzenia wykładu, dodatkowo przez mikrofon. Z tego względu zamiast powiedzieć "Juliusz Cezar był...", na całą salę rozległo się "Juliusz bee - Ce -eeeee - żar - eeer". Efekt był oczywiście wzmocniony przez mikrofon, więc mój głos brzmiał dosłownie jak z samych piekieł. Cóż, moi studenci mieli ubaw na dobre 15 minut. Ja niestety nie...
Koledzy z pracy dziwią się, że z naszą pensją ok. 2500 zł latam sobie dość często po europejskich miastach. Myślą, że mam bogatych rodziców albo dorabiam na boku.
A prawda jest taka, że oprócz szukania jak najtańszych lotów i hosteli, zdarza mi się kimać po parkach lub dworcach. I taki wyjazd kosztuje mnie zwykle nie więcej niż 500 zł. Czyli tyle, ile oni wydaja w miesiącu na fajki :)
Mam ponad 20 lat i każdy mi mówi, że nie wyglądam na swoje lata. Zawsze dają mi jakieś 15 lat maksymalnie.
Od zeszłego roku w naszej parafii jest nowy proboszcz. Na jednej z pierwszych mszy mszy nowy ksiądz zbierał na tacę. Podchodzi do mnie, ja oczywiście wrzucam pieniążek, a on co? Pogłaskał mnie po głowie. Dziwnie się poczułam, ale cóż, zaakceptowałam fakt i kilkanaście razy byłam głaskana po głowie, jak reszta dzieci, za danie ofiary na tacę.
Wielkie było jego zdziwienie, gdy był u nas w domu na kolędzie i powiedziałam, ile mam lat. Od tamtego czasu tylko się uśmiecha, jak podchodzi z tacą.
Grudzień X roku. Jedziemy na święta w góry.
Był to dzień przed wigilią. Ciotki, babcie krzątają się w kuchni, więc musieliśmy iść wcześniej spać żeby nie przeszkadzać. Wszyscy zasnęli. Ja z całej gromadki siedziałam na materacu i patrzyłam przez okno wypatrując śniegu. Jako jedyna miałam swoje "łóżko''.
Słyszę kroki. Odwracam się. Widzę dziadka. Kładzie palec na usta, na znak abym była cicho. Siada obok mnie i razem oglądamy niebo. Sadza mnie na swoje kolana. Wkłada swoje grube place w moje spodenki. Dotyka mnie. Szepcze abym była cicho. Nie odpowiadam. Siedzę i czekam aż przestanie. W końcu przestaje. Szepcze, że to będzie nasza mała tajemnica, nie zrobił nic złego. Wychodzi.
Następny dzień. Wigilia. Wieczorem siadamy do stołu. Dziadek obok mnie. Jest w niebezpiecznej odległości. Czuję jego rękę na moim udzie. Nie wytrzymuję. Krzyczę żeby przestał i ma się odsunąć. Wszyscy się na mnie patrzą. Mama bierze mnie za rękę i wyprowadza z kuchni. Krzyczy na mnie, że nie dostanę prezentu. Miała rację. Idę na górę i leżę na moim materacu. Przychodzi znowu on. Szepcze, że mam nie krzyczeć, bo nikt mi nie uwierzy, mówi że wynagrodzi mi to, że nie dostałam prezentu. Wkłada rękę w pod moją sukienkę. Dotyka. Całuje mnie w policzek, wychodzi.
Nigdy nie powiedziałam nikomu o tym, bo nikt by mi nie uwierzył. Minęło od tego zdarzenia 20 lat. Przypomniałam sobie, bo dziś jest rocznica jego śmierci. Poszłam na cmentarz, bo rodzice kazali. Jego tu nie ma. Wspomnienia nigdy nie znikną. Smutne. Nie chce żeby ktoś się o tym dowiedział. Rodzice. Bądźcie czujni, bo waszym dzieciom może dziać się krzywda nawet gdy jesteście blisko nich.
Od paru lat prowadzę swój własny gabinet kosmetyczny i zatrudniam w nim 5 osób. Niedawno otworzyłam drugi gabinet i zaszłam w ciążę, więc postanowiłam wycofać się z mojej działalności w pierwszym gabinecie, jako że znałam tam już zespól i miałam do nich pełne zaufanie. Wszystkim dziewczynom dałam podwyżki i większą "władzę", ale też zaznaczyłam, że nadal ja szefuję i jak coś będzie nie tak, mają do mnie dzwonić czy pisać, a przyjadę.
Wszystko było OK, zaglądałam tam dwa razy w tygodniu i ogólnie byłam na bieżąco z zabiegami za pomocą versum (taki program do ustalania wizyt).
Jednak po jakimś czasie jedna z dziewczyn złożyła mi wypowiedzenie. Pytałam co się stało, ale nie chciała powiedzieć, więc olałam sprawę. Zatrudniłam nową babeczkę i tyle. Potem jednak następna ze starej ekipy chciała się zwolnić, ale ona już mi powiedziała dlaczego.
Jedna z dziewczyn sama siebie nazwała pięknie managerem i wszystkim zakomunikowała, że ja ją wyznaczyłam do rządzenia, co nigdy nie było prawdą. Dziewczynom głupio było do mnie dzwonić i się pytać, czy to prawda, wierzyły jej na słowo. W głowie się nie mieści, co ta dziewucha (Karolina) wyprawiała. Mobbing to mało powiedziane! Zrezygnowała całkowicie ze swoich klientek i przerzuciła je na dziewczyny (w versum zapisywała na siebie), a ona sama krążyła po gabinetach zabiegowych i pouczała dziewczyny przy klientach, że robią coś nie tak. Potrafiła skrytykować fryzurę dziewczyny i kazać jej iść do domu umyć włosy i przyjść w innym uczesaniu. Mało tego, teksty typu "dalej, leniwa pindo, rób te paznokcie" były na porządku dziennym. Robiła im testy na temat wiedzy z zakresu pielęgnacji, z tym że była na tyle niedouczona, że błędne odpowiedzi uznawała za te poprawne. Kazała im pracować w nieludzkich warunkach, bez przerw, bo za każde odejście od klientki, nawet na szybkie siku, darła się na nie i groziła, że je wszystkie wyrzuci na zbity pysk. W pracy nie można było rozmawiać o jakichś prywatnych sprawach. Z mojego salonu zrobiła sobie obóz pracy. Klientki poodchodziły, jak słyszały jej darcie się w socjalu i ogólne czepianie się dziewczyn. Do samych klientek też potrafiła mieć teksty typu "jak coś się nie podoba, to wyp...".
Jak o tym usłyszałam, to krew we mnie zawrzała. Wywaliłam ją dyscyplinarnie z dnia na dzień, ale ciągle się zastanawiam, po co ona to robiła. Ani nie miała z tego szefowania większych pieniędzy, ani innych korzyści. Po prostu dramat. Do teraz nie rozumiem, jak można być takim człowiekiem.
Chciałam Wam opowiedzieć o pewnych świętach sprzed paru lat, które zapamiętam do końca życia.
Wychowałam się w "szczęśliwym " domu jako jedynaczka, w domu, w którym nie brakowało pieniędzy, ale brakowało rodziców i ich miłości. Wychowywały mnie niańki, bo rodziców prawie nigdy nie było w domu, a nawet gdy byli, to wiecznie siedzieli przed komputerami i odbierali telefony, bo praca, praca, praca.
Od kiedy pamiętam święta nie różniły się prawie niczym od dni powszednich: w Wigilię rodzice do późna w pracy, a na 25.12 i 26.26 szliśmy na obiad do restauracji, czasem pojechaliśmy w odwiedziny do rodziny. Nikt nie szykował specjalnych dań - zwykłe połamanie się opłatkiem, kupne ciasto, prezenty i znowu nosy w telefony i komputery.
W wieku 18 lat chciałam coś zmienić, bo zawsze marzyły mi się święta jak z TV - rodzina, śpiewanie kolęd, ta ciepła atmosfera i bycie razem. Oznajmiłam rodzicom, że przygotujemy święta u nas, zapewniłam, że ja wszystko zorganizuję i rodzice zgodzili się... ale właśnie pod tym warunkiem, że o wszystko zadbam ja.
Zaprosiłam rodzinę, miało się u nas pojawić około 15 gości. Upiekłam 2 ciasta, części dań nie musiałam gotować, bo umówiłam się z dwiema ciociami, że one przywiozą po kilka dań. Udekorowałam dom i w dniu wigilii byłam z siebie bardzo dumna. Mimo że rodzice byli w pracy do 16:00, poradziłam sobie ze wszystkim sama.
Sama wigilia była mega przeżyciem, było tak jak chciałam: szczęśliwi goście, głośno, wesoło, każdy mnie chwalił, gratulował pysznych dań i pomysłu, by spotkać się w ten dzień razem.
W końcu przyszedł czas na prezenty. Ustaliliśmy, że każdy kupuje prezenty w ramach swojej rodziny, żeby nikt o nikim nie zapomniał i żeby każdy miał prezent. Tłumacząc to jaśniej - ja z rodzicami kupujemy tylko sobie, a reszta cioć kupuje tylko swoim dzieciom i mężom.
Prezenty, ubrana w czapkę Mikołaja, spod choinki rozdawałam ja, wytypowana jako pomysłodawca spotkania. Miło się patrzyło na uśmiechnięte twarze każdego z obdarowywanych do momentu, aż uświadomiłam sobie, że pod choinką nie ma już żadnego prezentu, a wcześniej żadnej paczki dla mnie nie było. Ktoś zapytał "a Mikołaj nic nie dostał?", ktoś zażartował "może był niegrzeczny?", ktoś zgadywał "może prezent jest tak duży, że nie zmieścił się pod choinką i jest gdzie indziej?"... Spojrzałam na rodziców (mówiłam im o prezencie dla mnie, prezenty dla nich obiecałam kupić ja), ojciec powiedział do mamy: "myślałem, że ty coś kupisz", mama tylko wzruszyła ramionami, a mi nigdy wcześniej ani później nie było tak przykro jak wtedy. Cała magia świat prysła jak bańka mydlana. Atmosfera zrobiła się na tyle gęsta, że rodzina po pocieszaniu mnie zaczęła się ulatniać... To były ostatnie święta, jakie spędziłam z rodzicami.
Wesołych i rodzinnych świąt, kochani.
Moja koleżanka ma bardzo nadopiekuńczą matkę. Do tego stopnia, że zakazywała jej jakiejkolwiek samodzielności i uważała, że niepotrzebnie jej córka chce zdobywać jakąkolwiek edukację, skoro mają rodzinną firmę i są bogaci. Dziewczyna skończyła więc naukę po gimnazjum, nawet nie zadając sobie tyle trudu, by skończyć zawodówkę. I wtedy czar prysł. Firma jej rodziców zbankrutowała i zostali na lodzie. Koleżanka próbowała znaleźć pracę, ale przez brak wykształcenia było ciężko.
To jednak nie sprawiło, że jej mama zrozumiała swój błąd, wręcz przeciwnie. Planowała w życiu córki absolutnie wszystko twierdząc, że jest nieomylna i ona wie najlepiej. Decydowała za nią, jak ma się ubierać, co ma robić, ile makijażu może nosić... A nawet wybrała za nią suknię ślubną. Koleżanka nie miała zupełnie nic do powiedzenia w sprawie własnego wesela, ponieważ finansowali je głównie jej rodzice za ostatnie pieniądze, które im zostały po firmie.
Tak było przez lata. Matka wpychała się w każdy obszar życia mojej koleżanki i była obrażona, kiedy coś szło nie po jej myśli, na przykład córka zechciała się wyprowadzić do męża (co powinno być normalne po ślubie). Twierdziła bowiem, że jej miejsce jest przy mamie.
W końcu dziewczyna nie wytrzymała i wyjechała za granicę, gdzie nareszcie jest wolna, pracuje, kończy edukację i planuje z mężem posiadanie dzieci. Jej matka oczywiście nie rozumie dlaczego "wyrodne dziecko" uciekło od rodziny. Do dziś nie zdaje sobie sprawy, że to co ona nazywała miłością było tak naprawdę próbą ubezwłasnowolnienia.
Próbuje mnie po dziś dzień ubłagać o jakikolwiek kontakt do córki, bo przecież "to jej własne dziecko", ale moja koleżanka zabroniła mi przekazywać numer telefonu czy adres jej aktualnego zamieszkania. Twierdzi, że tak jest najlepiej, w końcu mając prawie 30 lat stała się dorosłą, odpowiadającą za siebie osobą.
Święta Bożego Narodzenia, i tak przypomniała mi się pewna sytuacja sprzed dekady.
W wigilię przyjechał do domu moich rodziców brat ojca. Nie znałam go, ponieważ tylko okazjonalnie dzwonił do ojca raz w roku, a mieszkał na drugim krańcu kraju.
Ojciec nie wpuścił go za próg domu, tylko powiedział, aby się wynosił.
Ja jako 15-latka nie mogłam zrozumieć taty, to był jego brat, a na dodatek wigilia.
Byłam zniesmaczona ojcem i okazywałam mu to. Pyskowałam, dogadywałam, mama mówiła tylko, że jestem jeszcze młoda i nic nie rozumiem, co oczywiście skutkowało moim oburzeniem.
Tata zmarł w sierpniu następnego roku. Na pogrzeb przyjechał stryj, ale zauważyłam, że zawsze ktoś z rodziny był wokół mnie i pięcioletniej kuzynki, gdy on był w pobliżu. Wręcz paranoicznie wujkowie i starsi kuzyni nas pilnowali. Oczywiście w tamtym czasie uznałam to za chore.
Dopiero mając 24 lata, dowiedziałam się od starszego kuzyna, że brat ojca siedział za pedofilię. Ojciec chciał mnie chronić, a ja w jego ostatnie święta byłam dla niego wredna.
Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić.
Mam 17 lat, rozmawiam z wymyślonymi przyjaciółmi. Tak sobie siedzę i gadam, wyrażam się, nazywam myśli, opowiadam żarty i pokazuję memy. Wyobrażam sobie reakcje i relacje z wymyślonymi ludźmi.
Czasem też, że odniosłam w czymś sukces i udzielam wywiadu. Albo że jestem 60 lat starsza i opowiadam wnukom o mojej młodości.
Pozdrawiam moje przyszłe dzieci.
Jak byłam mała, bardzo lubiłam jeść watę cukrową. Lubiłam ją do tego stopnia, że pewnego dnia postanowiłam zrobić ją sama z... waty i cukru. Niestety nie smakowała tak jak powinna...
Dodaj anonimowe wyznanie