Złamałam kiedyś nogę. Jak złamana noga, to i gips. Do szkoły o kulach, bo klasa maturalna, to lepiej być niż nie być, ale najpierw przystanek autobusowy.
Stoję sobie jak co dzień, podchodzi pan menel. Pyta się o papieroska, stwierdziłam, że mam, to dam. Wyciągam paczkę, żeby się poczęstował... a pan menel ochoczo wyrywa mi całą paczkę i ucieka w siną dal.
Pozostaje się cieszyć, że nie poprosił o drobne.
Brzydzą mnie wsuwki do włosów. Nie używam ich, a gdy widzę u kogoś we włosach lub w jakimkolwiek innym miejscu, to automatycznie zbiera mi się na wymioty i muszę odejść.
Gdy byłam dzieckiem, moja mama i babcia czyściły sobie wsuwkami uszy. Bez przerwy znajdowałam w przeróżnych miejscach te wsuwki z zaschniętą woskowiną uszną. Zostawiały je wszędzie - na stole w kuchni, na wannie w łazience, na kanapie w salonie, a ja miałam odruch wymiotny, gdy na nie natrafiałam.
Pamiętam, gdy raz mama mnie czesała i założyła mi na głowę wsuwki, a gdy później je zdjęłam, okazało się, że to były te brudne, a we włosach został mi wosk. Myłam później włosy trzy razy. Do dziś brzydzą mnie one tak bardzo, że nie mogę patrzeć nawet na te czyste w sklepie.
Opowiem wam historię, o której nie wie nikt poza mną. Historię, która mimo upływu wielu lat nadal gryzie moje sumienie.
Po liceum udało mi się dostać na moje wymarzone, ale bardzo wymagające i długie studia, na których potrzebowałam 100% wsparcia rodziców. Niestety w połowie drugiego semestru mój tata ciężko zachorował, przez co pieniędzy mi nie starczało nawet na akademik. Pierwszy rok ukończyłam, oszczędzając dosłownie na wszystkim, dzięki pomocy babci, która oddawała sporą część swojej i tak już niskiej emerytury. W wakacje po praktykach czułam się okropnie. Chciałam rzucić studia i wrócić do domu rodzinnego.
Wtedy się do mnie odezwał mój kolega, którego "uczucia" odrzuciłam 3 lata wcześniej. Nie był w moim typie, zarówno z charakteru, jak i wyglądu. Zapamiętałam go wtedy jako typowego zadufanego w sobie płytkiego chłopaka. Jednak miał coś, czego wtedy bardzo potrzebowałam - pełną stabilizację. Miał własne mieszkanie, 20 minut od mojej uczelni, oraz pochodził z "majętnego" domu. Odpisałam mu. Od rozmowy do spotkania zostaliśmy parą. Udawałam zakochaną po uszy dziewczynę, która miała tylko jeden cel - mieć lżej w życiu.
Stało się, zamieszkaliśmy razem. Nie pozwolił mi się dokładać nawet do czynszu. Dzięki niemu mogłam odciążyć rodziców i nie martwić się dniem kolejnym. Mimo tego, że nie czułam do niego absolutnie nic, to starałam się być dziewczyną jego marzeń. Traktowałam ten "związek" jak pracę i wkładałam dużo energii, aby moja rola była dobrze odegrana. Rodzicom i znajomym opowiadałam o wielkim szczęściu, będąc w środku zwyczajnie wyczerpana ciągłym udawaniem. W tamtym czasie każdy zdany semestr był dla mnie podwójnym szczęściem. Nie mogłam się doczekać aż będę samodzielna i będę mogła się z nim rozstać.
Jednak w pewnym momencie zauważyłam dużą zmianę. Zaczął się uśmiechać, dbał o mnie, a z wbitego w pretensje chłopaka zmienił się w poważnego, zadbanego i skromnego mężczyznę. Po 5 latach udawanego związku szczerze się w nim zakochałam. Miałam szansę odejść. Żyć na takim samym poziomie jak z nim. Zostałam, wzięliśmy ślub i mimo fatalnego początku teraz bardzo go kocham. Bardzo mi wstyd za przeszłość, ale nigdy mu nie powiem prawdy.
Chcę Wam opowiedzieć moją historię.
Poznałam się z Dawidem przez pewną stronę, zakochaliśmy i zamieszkaliśmy razem. Tyle tytułem wstępu, nie chcę też przesładzać, bo każda taka historia jest cukierkowa.
1 października mieliśmy wypadek motocyklowy.
Jechaliśmy obejrzeć auto, a 10 kilometrów od naszego domu zdarzył się wypadek.
Dwa lata starszy od Dawida facet wyprzedzał na podwójnej ciągłej ciężarówkę i trafił na nas.
Dawid zginął na miejscu, a ja zaczęłam się tułać od szpitala po kliniki.
I tu zaczyna się właściwa historia.
Rodzice nie wiedzieli jak powiedzieć mi o śmierci chłopaka, z którym planowałam dzieci.
Dowiedziałam się o tym, jak pielęgniarze rozmawiali między sobą i obwiniali nas.
Traktowanie na intensywnym oddziale też nie było miłe. Przywiązywali mnie do łóżka tylko dlatego, że szarpałam za barierki - tylko w ten sposób potrafiłam zwrócić ich uwagę, bo nie potrafiłam mówić (krwiak na móżdżku = uszkodzona mowa). Myślałam racjonalnie i wszystko rozumiałam: to jak się ze mnie wyśmiewają również.
A teraz? Jestem uziemiona, ale wracam do zdrowia. Mam 22 lata i cieszy mnie nawet to, że mogę pójść do toalety zrobić dwójkę czy zwykłe siku.
Na nowo uczę się chodzić i żyć w samotności. Czasami żałuję, że wtedy w ogóle przeżyłam.
W dzieciństwie miałam pewną koleżankę Basię. Chociaż koleżanka to za dużo powiedziane, bo po prostu była to niepełnosprawna córka sąsiadki. Moja mama i owa sąsiadka się przyjaźniły, co powodowało to, że sąsiadka czasem zostawiała u nas Basię, albo celowo ją wysyłała do nas, abym mogła się z nią pobawić.
Z zabawą było jednak słabo, bo niepełnosprawność umysłowa Basi nie bardzo pozwalała na jakiś kontakt z nią. Jedyne co zazwyczaj robiła będąc u mnie, to gryzła moje lalki albo wysypywała klocki, tylko po to, żeby chodzić w kółko i je kopać. Do tego miała pewne dziwne natręctwo albo problem (?), bo zamiast załatwić się w toalecie, ona wolała w pampers (nosiła go mając wówczas 7 lat), po czym zawartość wyciągała ręką i się nią bawiła lub cokolwiek. Dlatego też kiedyś wysmarowała, za przeproszeniem, swoim gównem jakąś moją ulubioną zabawkę. Nigdy w życiu tak nie płakałam jak wtedy. Co gorsza, liczyłam na wsparcie mamy, a usłyszałam od niej, że Basia jest chora i muszę jej wybaczyć.
Matka potem dogadała się z sąsiadką, aby Basia w zamian oddała mi jakąś swoją zabawkę. No i dała, jakiegoś starego, dziurawego misia. I nie chodzi o to, że nie miała innych lub była biedna, wręcz przeciwnie. Dlatego zabolał mnie fakt, że dostałam zabawkę, którą najpewniej w ostatniej chwili wyjęto ze śmietnika. I tak oto mijał rok, drugi, trzeci, a Basia coraz częściej u nas przesiadywała. W końcu rodzicielka, po tak długim czasie zauważyła, że chowam się, gdy Basia przychodzi i unikam jakiegokolwiek kontaktu z nią. Myślicie, że zareagowała? Nie, na siłę mnie wyciągała i zamykała z Basią w jednym pokoju, po czym stwierdzała, że mam nie robić z siebie księżniczki, tylko wspomóc Basię.
Może tę niezdrową pobłażliwość wobec Basi można trochę usprawiedliwić tym, że mama była wówczas pielęgniarką, więc patrzyła na to nieco z innej perspektywy. Ale jednak po czasie w końcu i ona stanęła po mojej stronie. Konkretniej kiedyś przed wyjściem z domu zauważyła, że ma po prostu ludzką kupę w środku buta. Nagle jej podejście całkowicie się zmieniło i jeszcze tego samego dnia poszła do sąsiadki, mówiąc, że już więcej Basi nie wpuści. I od tego czasu miałam spokój. A anonimowe jest to, że to ja załatwiłam się mamie do buta, celowo, bo chciałam pozbyć się Basi. Nie żałuję, tylko w ten sposób mogłam się od niej uwolnić.
Zacznę od tego, że mam świetnego ginekologa. Oprócz tego, że jest bardzo dobrym fachowcem, zawsze tryska humorem, opowie dowcip itd.
Dziś wybrałam się do niego na wizytę, ponieważ spóźnia mi się miesiączka. Badanie trwa, rozmawiamy sobie w najlepsze, nagle czuję dziwną wilgoć. Spoglądam na czerwone jak u obieraczki buraków ręce lekarza i wszystko jasne. Dostałam okres! Nie wiem, czy to wstyd czy stres, ale momentalnie… puściłam bąka. Będąc bardziej czerwona niż owe rękawiczki, zdołałam tylko wycedzić przez zęby „przepraszam”. Niewzruszony lekarz opowiedział "spoko, wszystko u pani OK, tylko mamy wyciek pod maską i trochę ulatnia się gaz".
Szkoda by mi było zmieniać lekarza, ale nie wiem, czy temu jeszcze spojrzę w oczy!
Dzień ślubu kuzyna, wstaję rano, a że staram się być fit, to podstawowe zdrowe śniadanko i woda, której dziennie piję 1,5 litra. Ślub miał odbyć się o 17:00, więc w domu wyżłopałam już ok. 1 litra. Nie pomyślałam jednak o tym, że po takiej ilości mój pęcherz może tego nie wytrzymać.
Dojechaliśmy do kościoła, ceremonia już się zaczęła, a ja czuję, że zaraz mój pęcherz eksploduje. Staram się zająć myśli czym innym, by tylko nie skupić się na tym, że zaraz poleję się w majty. Wpadłam na pomysł, że przecież mam lustrzankę i gdy będę chodzić po kościele i popstrykam zdjęcia, to zapomnę przez moment i trochę mi ulży. Myliłam się i czułam, że nie dam już rady. OK, no nic, muszę wyjść z kościoła i poszukać jakiejś toalety.
Wyszłam przed kościół i szukam, obeszłam kościół i nic, nie ma ani toalety, ani jakiegoś ustronnego miejsca, bo wszędzie ludzie i samochody. Widzę jakiegoś pana i myślę, że może on będzie wiedział gdzie jest tu jakaś toaleta. Pytam i okazuje się, że wie! Moja radość była nie do opisania. Powiedział, że znajduje się za murem 30 metrów od kościoła. Podziękowałam serdecznie i biegnę w szpilach, myśląc tylko o tym, by się wypróżnić.
Schodzę po schodach w dół i widzę drzwi z napisem "WC", gwiazdki w oczach, wybawienie, no cudownie! Wchodzę, zamykam drzwi, załatwiam się i już chcę wychodzić, gdy nagle... zamek się zaciął! No pięknie, jak pech, to pech. Panika, prawie ryczę z bezradności i już w głowie myśli, że przesiedzę tu pewnie całą noc, bo każdy będzie zajęty i nie zauważy nawet mojej nieobecności. No niestety, zostaje jedno jedyne wyjście. Wyjść górą... Miałam obawy, że mogę uszkodzić lustrzankę ojca (za którą trochę dał i która nie była w futerale). Eh, ale nie było innego wyjścia. Szpile przerzucam przez drzwi, noga na klamkę, odbicie niczym ninja, przekładam nogi i hyc, genialnie, udało się!
W tym momencie weszła starsza babeczka, patrzy na mnie jak na debila, milcząc, a ja odparłam tylko "zaciął się zamek" i wyszłam. Cała i zdrowa, choć upocona i roztrzęsiona wróciłam do kościoła, a na weselu bawiłam się całkiem nieźle, więc tamten dzień nie był aż taki zły, choć zapamiętam go pewnie na długo :)
W odległych czasach podstawówki byłem dzieckiem bardzo aktywnym. I nie chodzi tutaj o sporty, ale o rozrabianie. Codzienne bójki to norma. Był również chłopak, z którym zawsze rywalizowaliśmy o miano największego łobuziaka. Wtedy dla mnie najważniejsza sprawą w życiu było go pokonać, by wykrzyczał, że jestem najlepszy. Byliśmy rozdzielani przez nauczyciela, co oczywiście łączyło się z uwagami. Nawet wzywanie rodziców nie skutkowało. Szarpaliśmy się dzień w dzień.
Do pamiętnego kwietnia, gdy korzystając z ładnej pogody uczniowie mieli możliwość spędzać czas przerwy na dworze.
Zauważyłem wtedy, że mój wróg również tam był, a w okolicy żadnego nauczyciela.
Podbiegłem do niego i zaczęliśmy się przepychać. W pewnej chwili poczułem, że ktoś mnie podnosi za kołnierz, tego chłopaka również. Był to woźny, który mierzył prawie 2 metry. Zaniósł nas do kotłowni i do teraz pamiętam jego słowa: "Jak jeszcze raz zobaczę was w bójce, to porwę was w nocy i zamknę w tej kotłowni, a że tylko ja mam klucze, to nikt was nie znajdzie". Po czym wyszedł na parę minut i gdy wrócił, to tylko na nas spojrzał.
Od tego czasu nigdy się nawet nie pokłóciliśmy. I obaj całkowicie przestaliśmy rozrabiać.
Za miesiąc ten kolega bierze ślub, a ja jestem jego świadkiem.;-)
Zawsze byłem straszony przez starszego brata.
Różnica między nami to 5 lat, więc gdy ja miałem 4, to on miał 9... i masę pomysłów.
Wyprowadzając się ostatnio ze starego mieszkania, wynosiliśmy wszystko. Jak i również specjalne deski ozdobne montowane do ściany na wysokości około 140 cm. I podczas ich ściągania przypomniał mi się jeden z jego dawnych pomysłów.
Deski te w miejscach kołków miały założone zaślepki wyglądające jak guziczki. I te właśnie guziczki bardzo mnie jako dzieciaka interesowały, ale ilekroć próbowałem je nacisnąć, to nie dosięgałem. Wątpliwości rozwiał mój kochany starszy brat... który gdy chciałem na niego naskarżyć rodzicom, powiedział mi, że ten guzik służy do zalewania mieszkania wodą, a że wszyscy oprócz mnie umieją pływać, to oni przeżyją, a ja nie...
Uwierzcie mi, od tego czasu nie dość, że guziczek nie był dla mnie tak interesujący, to jeszcze za każdym razem, gdy chciałem coś naskarżyć rodzicom, to brat stawał przy tej desce.
Milczałem zawsze jak grób.
Mimo wszystko kochany braciszek :)
Jak byłam mała, zawsze chodziłam z mamą do sklepu mięsnego i kładłam się na podłodze. Nikt nigdy nie wiedział czemu, a ja tylko szukałam pieniędzy pod ladą.
Dodaj anonimowe wyznanie