Mam 26 lat, jestem po studiach, liceum w małym mieście. Okres licealny wspominam bez większych problemów, jednak było coś, co nie dawało mi spać po nocach. Niespełniona miłość, brzmi banalnie, powiecie - "to normalne". Byłem rok młodszy niż obiekt moich westchnień, rzadko ją widywałem, lecz wielkim plusem było to, że miała swoje miejsce w szatni niedaleko mojego. Wiedziałem od znajomych, że też jej się podobam, ale ja miałem wrażenie, że to nie moja "liga", nie miałem odwagi zagadać. Chyba trochę głupi liczyłem na to, że ona odważy się na jakiś krok. Przyszedł maj, jej matura i tym sposobem nigdy więcej jej nie spotkałem. Sam sobie wbiłem nóż w plecy.
Przekorny los sprawił, że jednak się spotkaliśmy, po latach, kiedy tylko mogłem o niej śnić. Na ślubie mojej kuzynki. Wczoraj. Przyszła ze swoim mężem i śliczną córeczką. Na weselu byłem nie dłużej niż pół godziny, nie wytrzymałem tego, usprawiedliwiłem się zatruciem, które oczywiście nie miało miejsca.
Dzisiaj po poprawinach odwiedziła mnie kuzynka ze swoim świeżo upieczonym małżonkiem i na wejściu przywitała się słowami "Rozmawiałam dzisiaj o tobie z X (moją miłością), nie uwierzysz! Powiedziała, że jako dzieciak zawsze marzyła o tym, żebyś zagadał do niej w szatni, nie wiedziałam, że się znacie! Ha, ha, komedia, prawda? Lepiej się już czujesz?".
O tak, przezabawne, przez trzy lata nie miałem świadomości, że ta dziewczyna wróciła do miasta rodzinnego i przez cały ten czas pracuje z moją siostrą w redakcji.
Chciałbym zakończyć to jakimś happy endem, ale jestem frajerem.
Długoletni związek z dziewczyną. Ja człowiek dieta, siłownia, bieganie, sport. Ona, seriale, domowe ognisko, kocyk, książka. Dogadywaliśmy się zawsze, byliśmy zgrani jak mało kto pomimo różnych totalnie sposobów spędzania wolnego czasu.
Od pewnego czasu zauważyłem, że moja K. zjada dużo ciastek, popija colą, brak ruchu do tego, no i mi dziewczyna zaczęła pęcznieć. Były płacze, że jest gruba i brzydka. Nie przeszkadza mi trochę więcej ciałka, zresztą ona zawsze była okrąglutka. Pocieszałem i pocieszałem, aż w końcu stwierdziłem, że rozpiszę jej dietę i plan treningowy. Przy czym użyłem niefortunnego stwierdzenia - 3 miesiące i będziesz mieć figurę modelki.
Zaczęła się wielka awantura, co ja sobie wyobrażam, jestem z nią tylko dla łóżka i obiadków i żeby nie być sam, że brakuje mi fit laski w domu, na które pewnie ciągle się gapię na siłowni.
Koniec końców afera rozrosła się do tego stopnia, że wkroczyły koleżanki i nastąpił zmasowany atak w moją szowinistyczną stronę. Ciało K. to jej sprawa, nikt z niej na siłę gwiazdy fitnessu robić nie będzie, amen. Skończyło się rozstaniem.
Zgadnijcie kto pół roku później wstawił na insta zdjęcie z figurą modelki po schudnięciu kilku ładnych kilogramów. I kto na Tinderze szuka "sportowego świra"?
Dawno, dawno temu miałem okazję uczestniczyć w loterii na dożynkach w pobliskiej wsi... Do wygrania były rozmaite rzeczy, nie jestem w stanie już wymienić cóż tam były za nagrody, ale doskonale pamiętam, co ja wygrałem.
Kiedy przeczytano mój numerek i dowiedziałem się, że wygrałem kozę, po prostu mnie zamurowało! Od razu myślałem co mam z nią zrobić - wracać do domu z kozą i trzymać ją na balkonie? No raczej kiepski pomysł. Koniec końców nie zgłosiłem się po nagrodę.
W zeszłym roku wprowadziła się do nas siostra męża (rozwiodła się i czekała na sprzedaż domu). Do dzisiaj żałuję decyzji, aby jej pomóc.
W skrócie - wówczas przebywałam na urlopie macierzyńskim. W domu zawsze było czysto, obiad czekał na stole. W pewnym momencie szwagierka zaczęła nas jawnie wykorzystywać.
Nigdy nie dała nam na rachunki (woda, prąd) ani na zakupy, wracała z pracy o 13 i była wykończona (przedszkolanka). Kiedy poprosiłam o pomoc w pracach domowych, zaczęła wracać z pracy i zamykać się w pokoju. Z łazienki korzystała o 22.
Zaproponowałam, aby raz w tygodniu ona sprzątała łazienkę i myła prysznic, więc.. zaczęła korzystać z wanny.
Powiedziała, że nie będzie zamiatać nawet raz w tygodniu, bo ona tylko przechodzi do pokoju. Prania też sobie nie robiła, tylko rzucała nam do kosza.
W pewnym momencie sytuacja była tak napięta, że myła tylko swój kubek, a to co było w zlewie zostawiała. Przestała z nami rozmawiać, a kiedy mąż spytał o nowe lokum - zaczęła się zamykać na klucz w swoim pokoju.
Wyprowadziła się po pół roku, w wielkim fochu. Do dziś z nami nie rozmawia, bo my czegoś od niej chcieliśmy, a ona przecież "była zmęczona i nie można od niej pomocy wymagać".
Z rodziną tylko na zdjęciu. Wstyd mi opowiadać takie historie. Niestety prawdziwe.
O depresji i społeczeństwie:
Pawła poznałam na imprezie. Zaczęliśmy gadać, parę razy poszliśmy na kawę, ale szybko zorientowałam się, że to nie mój typ i nic poza koleżeństwem z tego nie będzie. On chyba miał podobne odczucia, bo kontakt samoistnie się rozluźnił.
Jakiś czas później Paweł napisał do mnie - w wielkim skrócie - że potrzebuje pogadać, bo ma depresję, a wie, ile wsparcia niedawno okazywałam w takiej sytuacji naszej wspólnej koleżance i że można na mnie liczyć. Zapewniał, że się leczy, podał nawet nazwisko lekarki. Traf chciał, że okazała się nią moja wieloletnia znajoma, ale nie mówiłam mu o tym - znajoma na portalach społecznościowych ma zmienione nazwisko, więc sam o tym nie wiedział, a ja nie chciałam, żeby źle się z tym poczuł.
Codziennie rozmawialiśmy, czasem wychodziliśmy na kawę, ale z czasem Paweł robił się coraz bardziej natarczywy. Początkowo przymykałam na to oko, ale coraz więcej rzeczy budziło moje podejrzenia. Próbowałam się wycofać z tej coraz dziwniejszej relacji. Wtedy zaczął, grozić, że się zabije.
Czara goryczy przelała się, kiedy musiałam na kilka dni wyjechać. Napisał, że ma za sobą próbę samobójczą. Przestraszyłam się nie na żarty i wreszcie zadzwoniłam do koleżanki-lekarki. Co się okazało? Paweł nigdy się u niej nie leczył. Nigdy nie leczył się też u żadnego innego jej znajomego lekarza. Przyciśnięty przyznał się, że jak zobaczył, że dużo czasu spędzałam z koleżanką w depresji, to uznał, że to świetny sposób ma podryw.
Jak pomyślę, że takich idiotów może być więcej, to rozumiem, dlaczego są ludzie, którzy nie wierzą, że depresja to choroba.
Jestem menadżerem w maku.
W naszej restauracji pracują głównie młodzi ludzie, którzy są studentami (ja również studiuję) i przy tym totalnie sympatycznymi i inteligentnymi ludźmi.
To, z jakim chamstwem spotykamy się codziennie ze strony naszych gości, doprowadza mnie do szału.
Czy Wy, jako klienci, wychodzicie od razu z założenia, że jak mak, to pewnie debile? Bardzo trudno utrzymać mi spokój i cierpliwość, kiedy za każdym razem spotykam się z wyzwiskami i totalną chamówą, bo ktoś nie dostał ketchupu albo w coli jest lód, a miało nie być. I te wszystkie komentarze "no tak, przecież tu czytać nie umieją". Serio? Klienci w maku zachowują się jak jakieś bydło, a wobec siebie oczekują uprzejmości. Ulewa mi się słuchania tych pierdół (z których i tak później się śmiejemy, bo co nam pozostaje?). Kompletnie nie ma przecież problemu z rozwiązaniem problemu czy wymianą czegokolwiek, wystarczyłoby normalnie zgłosić pomyłkę i tyle. ALE LEPIEJ ZROBIĆ OD RAZU AWANTURĘ I WYRWAĆ JAK NAJWIĘCEJ ZA DARMO. Wyzwać od idiotów, debili, rzucić czymś, czy też rozrzucić jedzenie. Albo wytykanie palcem ludzi innego koloru czy obcokrajowców? Żenujących zachowań jest od groma. Zawsze staję w takich sytuacjach w obronie pracownika i tym samym jestem mieszany przez gości z błotem. Praca w maku (wbrew utartym stereotypom) do łatwych nie należy - wszystko w ogromnym pośpiechu, częste braki kadrowe, a przy tym duży ruch. Smutne jest, jak bardzo ludzie nie szanują pracy innych, bo przecież "to tylko mak".
Nie byłam najlepszym dzieciakiem w gimnazjum. Miałam typowy okres buntu, a rozwód rodziców tylko wzmagał wszystkie negatywne emocje. Wchodziłam rodzinie i nauczycielom na głowę, robiłam dramaty i specjalnie byłam problematyczna, żeby tylko rodzice się spotykali i wspólnie próbowali jakoś mnie utemperować.
Ogarnęłam się dopiero, gdy groziło mi oblanie klasy. Bardzo dałam w kość germanistce, pyskowałam, doprowadzałam ją do furii, nie radziła sobie ze mną. Finalnie zażądała zmiany klasy i odeszła z pracy jeszcze zanim skończyłam szkołę.
Od tego czasu minęło 10 lat.
Tydzień temu byłam na rozmowie o pracę, telefonicznie przebrnęłam przez wszystkie rozmowy wzorowo. Byłam święcie przekonana, że ją dostanę. I zgadnijcie kto przeprowadzał rozmowę. Moja germanistka... Nie zadała mi nawet jednego pytania, tylko od razu zaczęła mi tłumaczyć, dlaczego sobie nie poradzę.... Facet, który siedział obok niej, bał się odezwać. Na koniec przeprosiłam za tamte lata, ale jak to ładnie stwierdziła "gdyby przepraszam wystarczyło, nie byłoby wojen"...
Rzecz działa się na pierwszym roku studiów w dużym mieście oddalonym o 200 km od rodzinnego domu. Na uczelnię poszłam razem z dobrą koleżanką, czy nawet przyjaciółką. Taka przyjaźń od podstawówki. Wynajęłyśmy też razem mieszkanie, zaraz przy uczelni. To były te czasy, kiedy mieszkanie 45-metrowe kosztowało tyle, ile teraz pokój w dużym mieście. Mimo wszystko były to i tak spore pieniądze, nawet na pół, ale rodzice obiecali płacić. Koleżanka nie miała finansowych problemów, dodam tylko, że wtedy do ręki dostawała 2 tysiące od rodziców, i to tylko na własne wydatki. Studia ją wciągnęły, ale inaczej niż mnie. Miałyśmy wspólne towarzystwo, na początku było dużo imprez, domówek, jak to na pierwszym roku. Po pierwszym semestrze miałam dość, bo zazwyczaj imprezy odbywały się u nas, jako że uczelnia blisko. Pogadałyśmy, zrozumiała, że trzeba przystopować i wziąć się do nauki.
Niestety, towarzystwo miało silniejszą moc przyciągania. Teraz to ona włóczyła się po imprezach, klubach, czasem z nią poszłam potańczyć, ale domówki odpuszczałam. Nasze relacje się popsuły. Zaczęła mieć do mnie pretensje, że z nią nie chodzę, nie chcę się napić, pobawić... Mówiłam jej, że sesja, że razem posiedzimy, pouczymy się przy piwku, ale nie chciała. Zaczęła znikać na całe noce i dnie. Pojawiała się na uczelni na kacu, albo jeszcze wczorajsza, razem z całym towarzystwem. W mieszkaniu tylko się mijałyśmy, ale o dziwo naprawdę nikogo tam nie sprowadzała i byłam jej chociaż za to wdzięczna.
Później zaczął się koszmar. Słyszałam na uczelni jak mówi, że ktoś ukradł jej torebkę na rynku. Innym razem ktoś znowu ja okradł, nawet nie zdążyła dokumentów wyrobić. Po cichu myślałam, że to raczej z jej winy - pewnie pijana zostawiła gdzieś i tyle. W końcu nadszedł ten dzień. Na uczelni poruszenie, od razu parę osób mnie zasypało pytaniami co z koleżanką. Nie wiedziałam o co im chodzi, a co ma być? Zrozumieli, że nic nie wiem. Otóż wracała pijana po kolejnej imprezie i ktoś ja napadł. Nie została zgwałcona, ale pobita, poszarpana... Jakiś taksówkarz ją znalazł. Trafiła do szpitala na kilka dni. Na szczęście nie było to nic poważnego. Bardzo bałam się do niej iść w odwiedziny, bo myślałam, że mnie znienawidzi, ale okazało się, że nic nie pamiętała.
Mam wyrzuty sumienia. Dzwoniła do mnie tej nocy. Nie raz, nie dwa, ale kilka razy. Odebrałam po którymś z kolei telefonie. Płakała do słuchawki, żebym po nią przyszła, że nie wie gdzie jest, za chwilę powiedziała, że jedzie autobusem, ale nie wie gdzie. Byłam zła. Słyszałam, że jest nawalona, powiedziałam jej, że śpię i na pewno nie ruszę się z łóżka, żeby jej po mieście szukać. Strasznie płakała, ja mało rozumiałam, kazałam jej wziąć taxi i przyjechać. Rozłączyłam się i poszłam spać. Ona do dziś nie pamięta, że dzwoniła. Telefon jej ukradli.
Mam dość rozległą i szpetną bliznę po oparzeniu na mojej twarzy, a dokładnie na lewym policzku i kawałku warg, przez co miałem spore kompleksy na temat mojego wyglądu w gimnazjum i zawodówce.
Dzisiaj podczas mszy w kościele jakaś dziewczyna (na oko 14 lat) patrząc na mnie powiedziała do swoich koleżanek niby szeptem, ale na tyle głośno, abym to usłyszał:
- Chodźcie gdzieś dalej, bo mi się niedobrze robi, jak na niego patrzę.
Zabolało :(
Kiedy miałam szesnaście lat, zaszłam w ciążę. Mateusz był kolegą mojego starszego brata i zawsze mi się podobał. Zrobiliśmy to na jednej z imprez, na które razem chodziliśmy. Oczywiście bez zabezpieczenia...
W tamtym okresie zawsze miałam nieregularne miesiączki, więc kiedy terminy dwóch z nich minęły, nawet się nie przejęłam. Inne objawy zwaliłam na stres spowodowanymi egzaminami i wyborem liceum. Chciałam zostać lekarzem, uczyłam się więc niemal cały czas.
Dopiero kiedy zaczęłam przybierać na wadze, przyjaciółki zasugerowały wizytę u lekarza. Zbagatelizowałam to, choć dla świętego spokoju poszłam. Lekarz potwierdził, że jestem w dziesiątym tygodniu.
Mama była załamana, chyba nawet bardziej niż ja. Mateusz oczywiście zniknął zaraz po tym, jak się dowiedział. Mama nie chciała wychowywać następnego dziecka, mimo tego, że chciałam je zatrzymać. Wybawienie przyszło w postaci mojej starszej siostry. Z narzeczonym od dawna chcieli mieć dziecko, a sami nie mogli go mieć. Kiedy zaproponowała mi, że zajmą się moim - zgodziłam się. Nie miałam raczej innego wyjścia.
Siostra jeździła ze mną na wszystkie badania i wizyty kontrolne. Kupowała ubrania ciążowe i wszystkie potrzebne witaminy. Chciała, żeby dziecko było zdrowe.
Mała urodziła się w październiku. Po porodzie nie chciałam jej widzieć, bo wiedziałam, że jeśli mi ją dadzą, nie będę w stanie jej oddać.
W tym czasie nadal chodziłam normalnie do szkoły, zdałam całkiem dobrze egzaminy, choć nie na tyle, żeby dostać się do wymarzonego liceum.
Tuż po ukończeniu gimnazjum zerwałam kontakt ze wszystkimi starymi znajomymi, którzy nieustannie twierdzili, że popełniłam błąd. Ja tak nie uważałam. Małej było lepiej z moją siostrą, która miała stabilną pracę i dom.
W listopadzie, rok później, siostra wyjechała za granicę. Tęskniłam za małą, bo do tej pory widywałam ją codziennie.
To jednak pomogło mi skupić się na moim życiu. Poznałam chłopaka, który nie wiedział o mojej przeszłości. Skończyłam liceum, dostałam się na medycynę.
Kilka lat temu wyszłam za mąż i urodziłam drugie dziecko.
Jest mi dobrze, czasem tylko, kiedy ktoś rzuci komentarz o tym jak ''siostrzenica'' jest do mnie podobna, zastanawiam się, czy nie popełniłam błędu.
Ale potem przypominam sobie, że gdybym jej nie oddała, moje życie nigdy nie wyglądałoby tak jak teraz. Nigdy nie byłabym tak szczęśliwa. I cieszę się, że jest jak jest.
Dodaj anonimowe wyznanie