Pod koniec maja wyprowadziłam się od rodziców do wynajmowanej kawalerki. Kawalerka znajdowała się na poddaszu i przez długi czas to pięterko było tylko moje. Na parterze mieszkały jeszcze dwie inne rodzinny.
Wyprowadzając się ze sobą wzięłam psa. Kundelek już swoje lata przeżył, więc umiał się zachowywać i pomimo tego, że często zostawał długo w domu sam (spokojnie - jeśli nie było mnie naprawdę długo, to do psa przyjeżdżała siostra), to nigdy rozpaczliwie nie szczekał ani nie wył. Większość czasu po prostu przesypiał.
Pod koniec września na "moje" pięterko zaczęła wprowadzać się kolejna rodzina. Był to akurat okres, gdzie pracowałam zdalnie, więc orientowałam się, co się dzieje w budynku i muszę przyznać, że w ogóle nie dało się poznać, że mieszkanie obok było remontowane. W połowie października wprowadzili się i na początku był spokój. Gdy pierwszy raz spotkałam się z [S]ąsiadem twarzą w twarz, zaczęła się litania - że sąsiedzi są tacy i owacy, problemy mieli, jak remontował mieszkanie, że sąsiadka z dołu wzywała policję, bo hałas, żyć się nie da, no ogólnie masakra. Puściłam to mimo uszu.
Potem spotkałam sąsiadkę z dołu, która ze śmiechem mi opowiedziała, jak S. wyzywał mnie od najgorszych, że późno wracam do domu i hałas robię, że mój pies szczeka po nocach i w ogóle go nie wyprowadzam, więc doniesie na mnie do TOZ-u. Mi do śmiechu nie było, więc gdy S. spotkałam, wytłumaczyłam mu w krótkich słowach, że jeśli ma ze mną jakiś problem, to niech rozmawia o tym ze mną, a nie z sąsiadami. Coś tam poburczał, pomruczał, niby zrozumiał.
Listopad był dla mnie ciężkim miesiącem - problemy w pracy, domu i S., który tak się uwziął, że policja pukała do moich drzwi parę razy w miesiącu. Wzywani byli, bo zakłócałam porządek/byłam agresywna/groziłam S. oraz jego rodzinie, kiedy typa w ogóle na oczy nie widziałam! Spełnił swoje groźby i powiadomił również TOZ.
W końcu nie wytrzymałam i wychodząc z domu zostawiałam telefon z ustawianym alarmem na różne godziny, którego dzwonkiem było wycie psa. Pies wył i wył, S. wzywał policję, która przyjeżdżała i nie widziała problemu, bo żadnego psa nie było - w wyniku choroby musiałam go uśpić właśnie na początku listopada. Po paru kolejnych wizytach dostał mandat za nieuzasadnione wezwanie policji i przez dwa tygodnie był spokój. Teraz znowu się uaktywnił i zapychał mi zamek w drzwiach papierem toaletowym (dorosły, dzieciaty facet!!), dzwonił ze skargą również do właściciela budynku, domagając się rozwiązania ze mną umowy.
Co jest w tym anonimowego? Ano żona S. wystawiła na korytarz garnek z golonkami oraz z bigosem. A ja dosypałam tam trochę środka przeczyszczającego. Czy czuję się źle? Pewnie, ale w sumie się doigrał.
Wyjeżdżam i nie będzie mnie prawie miesiąc. Jak wrócę, to liczę na spokój :)
Najgorsze kłamstwo, z jakim w życiu się spotkałam, to "kochanie, muszę ci wyznać, że jestem bezpłodny". To był początek naszego związku. Wiadomość mnie nawet ucieszyła, bo nie chciałam być nigdy matką. Nie miałam też powodów, aby mu nie ufać, bo znaliśmy się dość długo i jak sądziłam, całkiem dobrze.
Jak poznałam prawdę? Przeczytałam kiedyś jego wiadomość do jego własnej matki o treści typu "ona się niczego nie domyśla, wiec w końcu pewnie pojawi się maluszek". Jak się okazało, on od początku bardzo chciał dzieci, a słysząc, że ja absolutnie nie, wymyślił sobie bezpłodność, żeby po trupach osiągnąć swój cel.
W ciążę na szczęście nie zaszłam, a jego wykopałam z domu i planuję go pozwać.
Ostatnio pożyczyłam teściowej walizkę. Gdy ją zwróciła, przejrzalam ją, czy przypadkiem nic nie zostawiła.
Znalazłam majtki. Moje. Brudne.
Rys sytuacyjny: Dobrze zarabiam, mam odziedziczone duże mieszkanie (dostaliśmy je z bratem, ale on wolał życie w innym mieście, to go spłaciłem).
Niedawno byłem na spotkaniu rocznicowym ze studiów. Poprzypominało się stare znajomości. Niedługo potem zagadała do mnie znajoma z czasów studiów. Kiedyś się w niej podkochiwałem, ale zawsze trzymała mnie na dystans, w takim "friendzonie". Teraz się do mnie dużo cieplej odnosiła. Od słowa do słowa i umówiliśmy się na kawę.
Po paru spotkaniach wylądowaliśmy u mnie na mieszkaniu. Poszło parę butelek wina. Po fikołkach obaliliśmy jeszcze co nieco z procentami. I będąc już mocno "pod wpływem" znajoma wyznała, że ona chciałaby się do mnie wprowadzić.... wraz z dziećmi. Odkrycie - ma ich troje, wszystkie z innymi ojcami (jak jeden mąż po dowiedzeniu się o ciąży wszyscy zwiali od niej, tylko jeden przez jakiś czas płacił coś na dzieci, a potem też dał dyla). Jak to mi ładnie nakreśliła, mieszkaliby sobie ze mną, na mój koszt (bo przecież nie będzie płacić), a ona pozwalałaby mi ze sobą sypiać. Do czasu, aż znajdzie sobie kogoś lepszego (nie powiedziała tego wprost, ale jasno wynikało z kontekstu).
Jest ranek. Siedzę sobie na klopie i kontempluję: laska chciała sobie ze mnie zrobić bankomat i opiekę społeczną do czasu, aż pojawi się jakiś książę z bajki. No normalnie ubieram trampki i lecę. Przecież to taka okazja na zafundowanie sobie utrzymanki... Czekam tylko aż się zbudzi i wywalę jej smutne dupsko za drzwi. Dzięki bogu nie byłem zbyt pijany i gumkę sam zakładałem, a po wszystkim wywaliłem do toalety, tak że żadnych "wpadek" nie będzie.
Szczerze - dotąd myślałem, że te historie o "madkach z bombelkami" to takie internetowe heheszki.
Jakiś czas temu wystawiłam ogłoszenie na pewnej platformie, że oddam za darmo kaszki, słoiczki i paczkę pieluch. Zgłosiła się do mnie pani, która jeszcze tego samego dnia miała odebrać rzeczy. Przyszła z dwójką swoich dzieci. Pierwsze wrażenie było całkiem w porządku. Jednak już chwilę później zapytała "A ubranek pani nie ma?". Odpowiedziałam, że ubranka oddałam kuzynce. Pokręciła nosem, ale nie dawała za wygraną. "Ale z pewnością nic się już nie znajdzie?".
Przypomniałam sobie, że mam przecież kurteczkę w szafie. Nową kurteczkę, której nigdy mojej córce nie założyłam. Pokazałam ją pani. Była bardzo zadowolona. Powiedziała jedynie "biorę". Rzuciłam szybko, że kurteczka jest nowa, więc chciałabym za nią 40-50 zł. Pokazałam jej również w telefonie, po ile takie kurteczki można kupić w sklepie. Moja cena była bardzo przystępna.
To, co się wtedy stało, to szaleństwo. Pani bardzo oburzonym głosem zapytała "Jak to? Wystawiła pani, że odda". Wytłumaczyłam, że oferta na stronie dotyczyła kaszek, słoiczków i pieluch, a nie ubranek. Kobieta ewidentnie mało kumata, ponieważ dalej kłóciła się, że wprowadzam ludzi w błąd. Grzecznie poprosiłam, aby opuściła mój dom. Oczywiście posłuchała, ale patrzę, a ona wychodzi z kurteczką. Zawróciłam ją donośnym "Ej, proszę to oddać". Usłyszałam wtedy, że jestem młoda i bezczelna, że moja córka musi mieć przerąbane z taką niedoświadczoną matką i co więcej, pewnie nie umiem się nią zajmować.
No i niestety, obudziła lwa. Powiedziałam jej dobitnie "Ty wszo zapluta, dać takiej palca, to rękę upier... niczy. Proszę oddać tę kurtkę i resztę rzeczy".
Oddała. Na odchodne jej na oko 3-4-letni synek poczęstował mnie soczystym środkowym palcem. Przezabawne dziecko.
Dziś do pracy nie przyszedł mój kolega, z którym dzielę biuro. Podczas przerwy na drugie śniadanie dowiedziałem się, że został on zatrzymany za "naruszenie nietykalności cielesnej" swojej żony.
Podczas gdy wszyscy wyrażali głębokie zdegustowanie dla jego zachowania, mnie zżerały wyrzuty sumienia, bo znałem tę sprawę z nieco innej strony.
Mój współpracownik przez lata gnębiony był psychicznie przez swoją małżonkę. I to w dość podły sposób. Wczoraj przyszedł do roboty blady jak ściana i niewyspany. Okazało się, że został zdradzony. „Stary, albo rzuć tę toksyczną babę, albo obrośnij w jaja i pokaż jej wreszcie, że jesteś facetem!” - niezgrabnie i trochę bezmyślnie rzuciłem na pocieszenie.
Najwyraźniej moje rozumienie „bycia facetem” jest inne niż jego. Teraz jest mi przykro, że wcześniej w jakiś sposób mu nie pomogłem. Może nie doszłoby do takiego finału. A tak czuję się winny sprowokowania go do tak paskudnego czynu.
Po śmierci mojego męża córka zaczęła komunikować się ze światem tylko i wyłącznie za pośrednictwem pacynki-skarpetki. Nie pomagają wizyty u psychologów, psychiatrów, znachorów, nic. To moja córka i serce mi pęka, gdy patrzę na to, jak bardzo przeżyła śmierć taty, ale mimo to zaczynam się gotować w środku na widok tej cholernej skarpety i koniec końców sama czuję się z tego powodu okropnym człowiekiem.
Mam 18 lat i odkąd pamiętam zęby myłam sporadycznie. Raz na miesiąc, może dwa razy w miesiącu. Nie przeszkadzało mi to specjalnie, bo nigdy nie miałam z tego powodu problemów. Prawdopodobnie to wszystko dzięki genom. Moja babcia, obecnie 80-letnia, ma wciąż wszystkie zęby swoje. U dentysty na kontroli (przed kontrolą porządnie zęby wyszorowałam) dowiedziałam się, że wszystko jest super, zęby zdrowe, trzeba tylko trochę doczyścić z osadu. Zwykle, gdy zbierająca się płytka nazębna zaczynała mi przeszkadzać, to ją zeskrobywałam paznokciem i zjadałam. Ewentualnie, jak było już bardzo źle, to myłam zęby.
W zeszłym tygodniu wpadłam w ogromną panikę, bo zaczęłam, nawet nie wiem jak to nazwać, czuć trzonowca. Udałam się do drogerii i kupiłam płyn do płukania jamy ustnej. Zęby zaczęłam myć po każdym posiłku. Pierwsze użycie tego płynu było okropne. Nie dałam rady wytrzymać 30 s. Po 10 zaczynałam przysłowiowo chodzić po ścianach. Teraz już jest normalnie. Czy to syf w buzi to spowodował, czy już się przyzwyczaiłam, tego nie wiem. Co ciekawe, kolejnego dnia mój ząb magicznie wyzdrowiał. Wizytę u dentysty i tak mam umówioną, więc pójdę się upewnić, czy wszystko OK.
Dziwi mnie tylko dlaczego, jak każdy normalny człowiek, nie miałam wyrobionego zwyczaju mycia zębów. Czy mam mieć żal do rodziców? Nie wiem. Chyba tak, bo nie nauczyli mnie się nawet podcierać. Sama wyrobiłam sobie ten nawyk na koniec podstawówki, kiedy smrodzik mi zaczął przeszkadzać. Nie dbali też o to, bym się codziennie myła, choć sami dbają o higienę.
Wynajmuję pokój w 2-pokojowym mieszkaniu.
Mój współlokator rano zawsze długo zajmuje łazienkę. Co istotne, od kilku dni mam problemy żołądkowe.
Łącząc te wszystkie informacje: I tak oto finalnie jako 26-latek wysrałem się do reklamówki we własnym pokoju, modląc się, aby nie przeciekła.
W życiu nie najadłem się tyle wstydu sam przed sobą
Chwała za mocne reklamówki z żabki.
Mam o 3 lata starszą siostrę. Ludzie zawsze mówili, że dostałam te "lepsze geny". Niestety muszę się zgodzić. Jestem bardzo atrakcyjną młodą kobietą, a moja siostra... cóż, urodą nie grzeszy. Nie będę udawała skromnej, bo niestety do tego zmierza wyznanie. Mój wygląd jest moim przekleństwem. Nie ma tygodnia, gdzie nie byłabym zaczepiona w nachalny sposób przez jakiegoś faceta. Nie będę opisywała najgorszych zachowań, ale w tym wyznaniu skupię się na jednym z nich.
Moja siostra mieszka od dwóch lat w Niemczech. I właśnie kilka miesięcy po przeprowadzce poznała Marka. Oboje zakochali się w sobie i planują ślub. Bardzo mocno im kibicowałam. W ostatnie wakacje siostra złożyła mi propozycję wyjazdu do niej na wakacje. Zgodziłam się. Przez pierwszy tydzień było super. Później Marek zaczął prawić mi dziwne komplementy o moim ciele. Starałam się nie zwracać na to szczególnej uwagi. Później, gdy moja siostra była w pracy, on w mieszkaniu wchodził do mojego pokoju gdy spałam pod byle pretekstem. Zaczął mi mówić, że taka dziewczyna jak ja się marnuje, że na pewno brakuje mi partnera i powinnam jakiegoś sobie znaleźć.
Tydzień przed moim wyjazdem chciałam pożyczyć od niego pewną rzecz. Zapukałam do jego pokoju, a on powiedział, że zaprasza. Gdy weszłam, ujrzałam Marka stojącego nago. Przeprosiłam, zamknęłam drzwi i unikałam go aż do wyjazdu.
Nie wiem jak mam się zachować. Moja siostra po wielu latach znalazła kogoś, z kim jest szczęśliwa. Powinnam to przemilczeć i nadal mieć problemy ze snem czy jednak powiedzieć jej biorąc pod uwagę opcję, że mnie znienawidzi sądząc, że ja go uwiodłam?
Dodaj anonimowe wyznanie