Pracowałam w szpitalu. Często jest tak, że pielęgniarki nie mają powołania i tylko chcą zrobić swoje, po linii najmniejszego oporu. Pacjenci jednak też potrafią człowieka wykończyć nerwowo.
Pan Zbysiu, lat 43, człowiek, który myślał, że może mieć każda kobietę, żeby jeszcze potrafił się zachowywać...
Nagminne "przypadkowe" otarcia o pielęgniarki, ciągle sprośne żarty (nawet nie zabawne). Opowieści o swoich wyczynach miłosnych. No idealny Janusz romantyzmu. Ciągle żarty i żarciki, które doprowadzały i lekarzy, i pielęgniarki do szału.
4 dni męki i wpadłam na iście piekielny plan. Zbysiu był diagnozowany na obecność kamieni nerkowych. Zrobiłam coś, za co mogli mnie wywalić z zawodu, ale że i tak odchodziłam, to stwierdziłam, że mam to gdzieś :)
Na obchodzie poinformowałam Zbysia, że niestety, ale powikłania po grypie, której nie wyleczył, doprowadziły do martwicy jąder, które muszą być jak najszybciej usunięte. Gdybyście widzieli jego minę... Pozostałe 2 dni to była dla niego męka. Wszystkie pielęgniarki dogryzały mu, że taki był z niego fajny facet i szkoda, że mu muszą obciąć klejnoty...
Po 2 dniach powiedziałam, że się pomyliłam i że jednak wyjdzie z szpitala razem z klejnotami rodowymi.
Nie żałuję, warto było ostudzić mu trochę główkę ;)
Mimo iż jestem chłopakiem, wyglądam z twarzy dziewczęco (długie włosy tylko to podkreślają), ale mam bardzo niski głos.
Pięknego słonecznego dnia stałem na przestanku wracając z kina. Na przystanku oprócz mnie stała grupka mniej więcej w moim wieku. Jeden z chłopaków przyglądał mi się, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Po chwili zauważyłem, że pochodzi do mnie. Nie ukrywam, zamurowało mnie, nikt nigdy tak z marszu nic nie chciał, więc lekko się przestraszyłem. On odezwał się do mnie i tu cytuję "Chciałabyś pójść ze mną gdzieś? Spodobałaś mi się". Odpowiedziałem swoim basem, że nie bardzo... Jego twarz momentalnie poczerwieniała, a jego znajomi słysząc całe zajście omal nie umarli ze śmiechu.
W szkole mówią mi, żebym ściął włosy, ale kiedy przed oczami staje mi się ta sytuacja, to upewniam się, że choćby dla takich rzeczy nie warto.
Kiedy moja mama miała 19 lat, kilka tygodni po zdaniu prawa jazdy poszła do kawiarni. Wypiła kawę, zjadła ciastko, wyszła, wsiadła w auto i odjechała. Zaraz za nią wybiegł wysoki mężczyzna i też wsiadł w auto. Mama zauważyła, że mężczyzna jedzie za nią. Początkowo się tym nie przejęła i jechała w stronę domu. Mężczyzna ciągle jechał za nią. Żeby sprawdzić, czy jej nie śledzi, skręciła cztery razy w tę samą stronę (zrobiła kółko), a on dalej jechał za nią! Przestraszona wcisnęła gaz i pojechała prosto do domu. Wybiegła z auta, szybko otworzyła drzwi. Przez okno zauważyła, że mężczyzna wysiada z auta i idzie w stronę domu. Przerażona mama chciała zadzwonić na policję, ale nie mogła znaleźć torebki i telefonu. W tej chwili chłopak zadzwonił do drzwi i... oddał jej zgubę.
Co tu dużo mówić... Teraz są małżeństwem od 16 lat i mają trójkę dzieci :)
Od roku mam kaca moralnego. Nie było dobrego rozwiązania, tak myślę.
Nade mną mieszkali patosąsiedzi. Mieli czwórkę dzieci - od podstawówki do przedszkola.
Zawsze było u nich głośno - albo dzieciaki biegały (co jest OK, to dzieci), albo rodzice bardzo głośno na siebie krzyczeli, kłócili się, wręcz darli mordę (to już było psychicznie męczące). Poza wrzaskami zapuszczali głośno techniawkę, podejrzewam, że po to, żeby nikt ich nie słyszał.
W tygodniu było w miarę normalnie - pracowali, ale w weekend puszczały im hamulce, schodzili się dziwni ludzie, techno i alko litrami. Zdarzało się, że miałem osikane ubranie, które schło na balkonie, calbo pety po papierosach.
Nie zwracaliśmy z dziewczyną tym ludziom uwagi, nie poznaliśmy ich i woleliśmy, żeby tak zostało, tym bardziej że w niedalekich planach była przeprowadzka do remontowanego domu. Za to sąsiedzi, co mieszkali w mieszkaniach obok i pod nami, robili im straszne burdy.
Poza weekendowymi akcjami były kłótnie, były wrzaski, ale nie było patoakcji. Dzieciaki mówiły wszystkim sąsiadom "dzień dobry", były dobrze ubrane, czyste, nieraz jadły jakieś przekąski.
Rok temu, sobota z samego rana, po piątkowej imprezie u nich. Była 6 rano i na górze słyszę straszny ryk dziecka. Spaliśmy w stoperach na uszach, ale tego nie dało się zlekceważyć. Zbudziłem dziewczynę, żeby nasłuchiwała na klatce co się dzieje, pobiegłem do nich, waliłem w drzwi, próbowałem otworzyć. Ryk dziecka był przeraźliwy. Ktoś wewnątrz kazał mi "spie%dalać", a jak powiedziałem, że coś się dziecku chyba dzieje, to nagle rozległ się huk i od razu przestało płakać. Potem olali moje walenie w drzwi.
Pomyślałem sobie, że ktoś je zabił. Zadzwoniłem na policję, wytłumaczyłem całą sprawę i moje obawy. Dwa radiowozy były bardzo szybko.
Okazało się, że rodzice zamykali swoje pociechy na klucz, żeby im w imprezie nie przeszkadzały. Chłopaczek bawił się i zaklinował pomiędzy meblami. Ten huk to był odgłos przewracanej szafki. Dzieciom nic nie było.
Ale rodzice mieli po alko zgon taki, ze nie byli w stanie rozmawiać z policją, masa obcych meneli w środku... i dzieciaki zabrała opieka. Reszta sąsiadów, która dopiero zbiegła się i zareagowała, gdy przyjechała policja (wcześniej ryk dzieciaka ich nie obchodził), zrobiła swoje i opowiedziała, jakie pato jest na górze.
Nie wiem co się działo, ale dzieciaki się już nie pojawiły, a rodzice, jakby tracąc dzieci, stracili coś, co ich trzymało na powierzchni. Teraz przypominają brudnych meneli, cały czas pijani albo nafurowani. Zatruwali wszystkim sąsiadom życie, zwalając na nich winę za to, że odebrano im dzieci. Kupy na wycieraczkach, rzygi w skrzynkach na listy. Nas nie znali, nie podejrzewali.
Mam wrażenie, że to przeze mnie. Może pomogłem tym dzieciakom, a może skazałem je na życie z dala od rodziców? Od siebie nawzajem?
Już tam nie mieszkam, ale ciągle o nich myślę.
Udzielam korepetycji dla dzieciaków z klas 3-8 ze wszystkich przedmiotów. Angielski, biologia, polski itp.
Mam tak dużo uczniów, że pracuję na 1/4 etatu +- 10 godzin, które robię w dwa dni. Resztę tygodnia poświęcam na korepetycje, wszystko jest płacone w gotówce, którą odkładam, ale nie w banku, bo wiadomo, że ktoś mógłby się zainteresować skąd takie wpływy. Jedna lekcja kosztuje od 30 do 60 zł, własnej działalności nigdy nie założę - mam swoje powody. Ale nie to w tym wszystkim jest anonimowe...
Moje wykształcenie jest mizerne - skończyłem zawodówkę, nie mam matury, studiów itp.
Dzieciaki mają coraz lepsze wyniki, poprawiają oceny, zdają na sprawdzianach. Do każdych zajęć przygotowuję się z internetem i książkami, jakich używają w szkole. Ale i to nie jest anonimowe.
Anonimowe jest to, że wystarczy tym dzieciom poświęcić trochę czasu - pokazać palcem w książce, gdzie są informacje, zachęcić do tego, by z nich korzystały i ewentualnie innymi słowami wytłumaczyć coś, czego nie rozumieją, ale rodzice wolą zapłacić obcej osobie, niż poświęcić tę godzinę czy dwie na wspólną naukę. Na wszystkie dzieci, z którymi pracuję max 15% przyznaje, że rodzice się z nimi uczą. Rekordzista pobiera korepetycje codziennie po 2 godziny. W tym czasie odrabiamy lekcje, robimy projekty, prezentacje, uczymy się wszystkiego, a rodzice w tym czasie oglądają dwa odcinki serialu.
Czy robię źle? Nie wiem, ale dochód 6-8 tys. na miesiąc łagodzi objawy wyrzutów sumienia.
Tak mi się świątecznie wspomniało, łzy w oczach mam do dziś, gdy o tym pomyślę.
Gdy byłam w czwartej klasie podstawówki, moja mama zaczęła poważnie chorować. Zaczynało się od bólu brzucha, który potem, jak się okazało, okazał się nowotworem złośliwym. Nie przejmowałam się tym za bardzo, bo oczywistym był dla mnie fakt, że skoro jeździ na chemię, to z tego wyjdzie prędzej czy później. Miałam tylko nadzieję, że będzie to właśnie "prędzej", ze względu na to, że część obowiązków domowych spadła na mnie. Często musiałam siedzieć sama całymi dniami, zdarzało się też, że mój tata spędzał noce w innym mieście, żeby rano od razu siedzieć przy mamie w szpitalu.
Dwa lata później, jesienią, moja mama zmarła. Ogromnie to przeżyłam, bo nie pożegnałam się z nią, a co więcej - pokłóciłam tego samego wieczoru, kiedy zabrano ją do szpitala.
Minęło kilka miesięcy, przyszło Boże Narodzenie. Żeby mnie uszczęśliwić, rodzina podarowała mi ogromnie dużo prezentów. W skład wchodziły jakieś skarpetki, kosmetyki, większe czy mniejsze drobiazgi, ale wszystkie trafione. Kilka dni po świętach tata zapytał mnie, czy prezenty mi się podobały. Odpowiedziałam, że tak. I właśnie wtedy mój rodzic oznajmił mi, że większość prezentów była od mamy, która pół roku przed śmiercią myślała o tym, żeby jej dziecko dostało od niej coś fajnego na Gwiazdkę.
Od zawsze miałem zamiłowanie do komputerów, dlatego postanowiłem pójść do technikum o profilu informatycznym. Odkąd sąsiedzi Janusze się dowiedzieli o kierunku mojego kształcenia, zaczęły się niewinne prośby "Coś mi w komputerze nie działa, mógłbyś sprawdzić?". Mnie jako dumnemu informatykowi głupio było odmawiać, dlatego spędzałem wolny czas naprawiając te ich zabytki. Rzadko bywała to jakaś pierdoła, często musiałem spędzać przy tym parę godzin, a w nagrodę dostawałem tanią czekoladę.
Pewnego dnia sąsiedzi kupili sobie drukarkę, od razu przylecieli do mnie, żebym wszystko poinstalował jak trzeba, bo oni na pewno coś zepsują. Tym razem także odwalałem czarną robotę, zainstalowałem sterowniki, udostępniłem w grupie domowej tak, żeby dało się drukować z każdego komputera i udałem się szczęśliwie do domu. Wtedy nie dostałem nawet tej czekolady, usłyszałem tylko od pana domu "Dziękuję, do zobaczenia". Pomyślałem sobie "No tego już za wiele" i zacząłem obmyślać plan zemsty.
Wpadłem na genialny pomysł, napisałem w Wordzie raport o błędzie: "Error 404: printer not found" i jakieś losowe parametry poniżej, a następnie korzystając z haseł jakie sam ustawiałem wydrukowałem go w dużej ilości drukarką sąsiadów. Nie minęło 5 minut i przybiega wystraszony Janusz, żebym szybko przyszedł, bo mu drukarka wariuje. Zszedłem na dół, zobaczyłem własne dzieło i z kamienną twarzą mówię "Wygląda mi to na poważny błąd, a nie mam teraz czasu się tym zająć". Sąsiad był nieustępliwy, w końcu był gotowy mi zapłacić. Zgodziłem się, zabrałem drukarkę do siebie i nic nie robiąc zarobiłem pierwszą w życiu stówę.
Tym sposobem i zemściłem się, i znalazłem nowe źródło dochodu, bo sytuację powtórzyłem już 3 razy.
To było 15-16 lat temu. W ostatnich klasach podstawówki znęcała się nade mną grupka popularnych dziewczyn. Do szkoły do miasteczka dojeżdżałam ze wsi zabitej dechami - nie miałam czasu po szkole, żeby się z kimś zaprzyjaźnić, nie miałam też super ciuchów i lubiłam się uczyć. Zaczęło się niewinnie - głośno obgadywały mnie na korytarzu, krytykowały ubranie, fryzurę, na co nie reagowałam. Potem szły za mną do toalety, oblewały wodą, zamykały w kabinie i dotykały szczotką do WC. Mieliśmy łączony WF i gdy chciałam się przebrać zabierały mi ciuchy, wrzucały biustonosz do kibla. Gdy padał śnieg, rzucały we mnie lodem. Udawałam, że nic sobie z tego nie robię, byłam obojętna, ale naprawdę strasznie bałam się chodzić do szkoły. Nie zapisałam się nawet na lekcje na basenie, bo się ich bałam.
Raz, gdy jedna z nich, prowodyrka całego znęcania, biegła bardzo szybko na korytarzu i przebiegała przy siedzącej na podłodze mojej klasie, podłożyłam jej nogę. Siedziałam oparta o ścianę i po prostu ją wysunęłam. Nikt tego nie zauważył, ona też oglądała się za siebie, chyba się z kimś goniła - wydawało się, jakby sama się potknęła. Zrobiłam to odruchowo, nie myśląc o konsekwencjach - chciałam się zemścić.
A zemściłam się za bardzo. Upadła tak fatalnie, że złamała sobie nogę i wykręciła ją w kolanie. Pamiętam jej przeraźliwy krzyk bólu, to wycie i jak potem zbiegli się wszyscy. Nauczyciele zabrali nas do klas, a dyrekcja i pielęgniarki wzywali pogotowie. Nie było mi przykro, że jej to zrobiłam, bałam się, że to wyjdzie. Ale nie wyszło, to nie był czas monitoringu, a mnie nigdy by nikt o coś takiego nie posądził. Miała indywidualne nauczanie przez rok, bo nie mogła się poruszać, kilka operacji, sepsę, rehabilitację. Znęcanie ustało z dnia na dzień, a ja byłam w centrum uwagi, bo siedziałam najbliżej i mogłam wszyto dobrze opisać...
Potem poszłam do gimnazjum w innym miasteczku, następnie liceum i z czasem o tym zapomniałam.
Kilka miesięcy temu znajoma z dawnych lat zaprosiła mnie przez fejsa do zbiórki na rzecz owej koleżanki. Na zdjęciu jest ona, matka z dzieckiem, na innym jej zmagania na przyrządach rehabilitacyjnych i ból w oczach, jak chodzi o kulach. Miała nawracające zakażenie kości i uszkodzone nerwy, a przez powikłania po operacji jeszcze inne mankamenty.
Zbiórka kasy miała być na operację w Niemczech, bo grozi jej kalectwo, wózek...
To było tak dawno temu, i tak wiele się w moim życiu zmieniło, że o niej zapomniałam. Patrzcie, jaki związek przyczynowo skutkowy. Znęcała się, podłożyłam jej nogę, od tego momentu żyje w strachu i bólu. Wpłaciłam stówkę i podpisałam się moim imieniem i nazwiskiem. Dostałam pięknego, automatycznego maila z podziękowaniami... Ciekawe, co by sobie pomyślała, gdyby wiedziała, że sama jest sobie winna, że mogła żyć inaczej.
Jestem bałaganiarą. Walczę z tym, bo momentami sama mam dość tego, że w ciągu jednego wieczoru potrafię zamienić pokój w pobojowisko. Moja koleżanka z kolei jest pedantką.
Któregoś dnia stwierdziłam, że koniec z tym syfem i przez parę godzin posprzątałam cały pokój. No, prawie cały. Zostały jeszcze tylko ubrania, które wszystkie (dosłownie) od paru dni, zamiast w szafie, leżały na podłodze. Wyżej wspomniana koleżanka powiedziała, że zanim je poukładam i powsadzam do szafy, muszę je wszystkie wyprać. No OK, przyjmuję to na klatę. Jednak chwilowe zaćmienie mózgu, spowodowane zapewne zmęczeniem po kilkugodzinnych porządkach, spowodowało, że bez większego namysłu postanowiłam wszystkie te ubrania wyprać jeszcze tego samego dnia. Nie zwracając kompletnie uwagi na to, że była już dość późna pora, zrobiłam po kolei ok. 6 prań... Niestety, nie wzięłam pod uwagę tego, że nie będę miała gdzie powiesić tych wszystkich ubrań. Do mniej więcej pierwszej w nocy udało mi się znaleźć miejsce dla 4 prań. Ubrania wisiały dosłownie WSZĘDZIE. Na telewizorze, karniszu, grzejnikach, wieszakach, drzwiach od szafy, krzesłach - nawet na wszystkich klamkach dumnie zawisły skarpetki. Pozostałe ubrania niestety skisły i musiałam prać je kolejny raz.
Przez kilka następnych dni cały mój pokój wyglądał jak jedna wielka suszarnia i w ogóle nie było widać, ile pracy włożyłam w to, żeby było czysto. Jak ubrania wyschły, trzeba je było poskładać, a że kompletnie nie miałam na to czasu, a nie chciałam wkładać nieposkładanych do szafy... znowu wylądowały na podłodze :D
PS Już się trochę ogarnęłam i po wejściu do mojego pokoju przynajmniej widać podłogę...
Nie ukrywam, że mając naście lat nie byłam zbyt błyskotliwa. Historia miała miejsce krótko po tym, gdy skończyłam 17 lat. Poznałam wtedy chłopaka. Pierwsza miłość, związek, więc strasznie się nakręcałam. Chłopak zaproponował mi wtedy pierwszy wieczór z nocowaniem u niego. Oczywiście wiedziałam co pewnie będziemy robić, więc chciałam się przygotować. Wymyłam się, wysmarowałam jakimiś balsamami, ale stwierdziłam, że przecież jak zobaczy mnie bez ubrań, to przestanę mu się podobać, bo w tamtym czasie wyskoczyło mi sporo rozstępów na udach i pośladkach, dodatkowo zdobionych przez pryszcze.
Nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy, ale uznałam, że pomalowanie tyłka i ud podkładem do twarzy oraz pudrem rozwiąże mój problem. Stwierdziłam, że tylko lekko przykryję owe niedoskonałości, ale wyszło na to, że dosłownie wytapetowałam sobie cały tył.
Nastał wieczór, pojechałam do chłopaka i z oglądania filmu szybko przenieśliśmy się do sypialni. Gdy już do czegoś doszło, nie wiedziałam nawet, że siedząc bez spodni, właśnie odcisnęłam cały swój tył na jego ciemnogranatowej pościeli. Podczas wiadomych zabaw cała jego pościel pokryła się jasnymi smugami i plamami. Niestety zobaczyłam to dopiero rano, gdy zdziwiony chłopak obudził mnie pytając skąd te plamy wszędzie. Ja zszokowana, nie miałam pojęcia jak mu to wytłumaczyć, przecież nie powiem mu w prost o tym co zrobiłam. No niestety chyba sam się domyślił, że to plamy mojego autorstwa, gdy wskazał palcem na wyżej wspomniany odcisk zadka. Ja zmieszana, powiedziałam, że muszę już iść, zupełnie olewając jego zdziwienie. Jakie to było głupie... Później wpadłam na pomysł, aby napisać mu SMS-a, że to ślady po jakimś kremie do ciała i tak też zrobiłam, ale jedyne co mi odpisał, to że dziwnie się zachowuję. Cóż, rozstaliśmy się jakieś dwa dni później.
Dodaj anonimowe wyznanie