#HUNGG

Mam brata. Jako dzieci nie dogadywaliśmy się, a do tego był niesamowicie zdolny, zawsze najlepszy i w ogóle jakoś tak zawsze było po jego myśli. Wiecznie słyszałam: "jesteś dziewczynką, ustąp mu" albo "daj spokój, bądź mądrzejsza". Zawsze jego na wierzchu, a najbardziej bolało, że mógł mnie zwyzywać, przezywać i nikt nie reagował, a jak tylko odpyskowałam mu, to rozpoczynała się wielka afera, bo jak tak mogę się wyrażać. Ogólnie wiele można było powiedzieć. Taki król rodziny. A ja czułam się jak najgorszy śmieć.

W dzieciństwie w brata pokoju stał komputer (tylko on miał swój pokój) i ja nigdy nie mogłam go używać, albo używałam po kryjomu przez godzinę, gdy był na zajęciach dodatkowych z angielskiego. Potrafił wyzywać mnie, bo po powrocie do domu sprawdzał, że komputer jest ciepły i na pewno go używałam. Już nie wspomnę o tym, jak zakładał hasła. Ja nawet do szkoły nic nie mogłam sprawdzić, bo jemu zawsze był potrzebny. Moja frustracja i bunt rosły. No nienawidziłam go. A rodzice nie mieli na jego zachowanie wpływu, bo jak chciał, tak było.

Pamiętam, jak dostał się do liceum. Codziennie dostawał 2 zł (czasem 5 zł) na "bułkę", bo w budynku liceum był sklepik. Ja nie dostawałam, bo byłam w gimnazjum i niby u nas sklepiku nie było (sklep był koło szkoły). Ale co tam, ja mogłam nie mieć "kupnego" śniadania, a on już musiał. Głupie, co? No ale mnie to strasznie bolało, zwłaszcza że w domu jakoś rarytasów się nie jadło.

I miałam tak straszne parcie na to 2 zł, którego mi nikt nie dawał, że zaczęłam podbierać tacie drobniaki z kieszeni. I naprawdę nie umiałam z tym skończyć. Kiedy poszłam do liceum i mi nikt tego gównianego 2 zł na bułki nie dawał, bo mi to po co, miałam jeszcze większe poczucie krzywdy, więc non stop szperałam po kieszeniach w poszukiwaniu jakichś drobnych. Niby dla kogoś śmieszne, a dla mnie stawało się to problemem.

Kiedy ja byłam w tym liceum, brat był na studiach. Wracał do domu, rzucał kwotę "Trzeba mi 600 zł" i dostawał. Nikt się nie pytał, ile rachunki, na co, po co. Mówi - ma i to od ręki. Trzeba mi na książki - pach pieniądze! Kiedy ja poszłam na studia, to musiałam co do grosza przedstawiać po co i na co, czemu tyle, a nie mniej itp. i przypominać 50 razy, że tak, to na teraz. Dawali mi na studia, wygoda jakiej nie każdy doświadcza, ale mnie tak strasznie wkurzało jak traktowany jest brat, a jak ja. Czułam się upokorzona. Całe studia miałam silną potrzebę podbierania drobniaków. Ale... No właśnie, kiedy widziałam większą ilość pieniędzy i wiedziałam, że nikt się nie doliczy, sięgałam po większe kwoty. Umiem nazwać rzeczy po imieniu - kradłam.

Jestem dorosła. Kiedy piętrzą się wydatki i stresuję się, czy mi wystarczy na wszystko, mam potrzebę powrotu do domu i szperania po kieszeniach. Przeważnie się powstrzymuję. Nikt mnie nigdy nie złapał. Nikt nie wie.

#tyU0n

Bardzo źle wspominam wszelkie zabiegi pielęgnacyjne/higieniczne, wykonywane przez moją matkę w dzieciństwie. Mam tu na myśli np. mycie, czesanie, obcinanie paznokci. Każda z tych czynności była bolesna, matka nie była ani trochę ostrożna - szarpała, wszystko w pośpiechu, nieuważnie, używała za dużo siły itd.

Najgorsze było obcinanie paznokci - pamiętam, że bałam się tego i zawsze błagałam, by zrobił to tata (wtedy nie bolało). Matka jednak upierała się, że ona musi to zrobić i że "wymyślam". Czesanie - szarpała za włosy, wszystkie mniejsze kołtuny ściągała w jedno miejsce, łącząc je w duży kołtun, który następnie szarpała na siłę, jednocześnie krzycząc na mnie, że "co ty robisz z tymi włosami, że masz takie kołtuny". Pamiętam, jak czesała mnie czasem babcia - było OK, więc to raczej nie była kwestia jakiejś mojej nadmiernej delikatności.

Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że dość szybko nauczyłam się sama dbać o siebie. Rodzicielka jednak dalej upierała się, że "źle to robię" i chciała robić to za mnie mimo wszystko. Z pomocą ojca udało się ją przekonać, że już umiem i dała mi spokój.

Moja młodsza siostra nie miała tyle szczęścia. Wspomnienia ma podobne co ja - ból. Jednak ją matka chciała myć itd. do 12 roku życia, albo i dłużej. Podejrzewam, że dlatego, że nie miała już kolejnych dzieci, którymi mogłaby się "zająć" po zostawieniu siostry w spokoju.

Ostatecznie pozwoliła jej się samodzielnie myć po ciągłym zwracaniu uwagi przez chyba wszystkich domowników - niestety, nie do końca. Zaczęła zabierać klucz do łazienki i czasem wchodziła tam siostrze. Poza tym dyktowała jej, jak ma się myć, np. kazała jej to robić w prysznicu na siedząco (chociaż siostra była już na tyle duża, że ledwo mogła w tym brodziku wygodnie usiąść). Siostra rozkazu nie posłuchała i myła się normalnie, za co matka na nią krzyczała. Skąd się o tym dowiedziała? Podglądała ją przez takie dziurki na dole drzwi... Siostra potem zaczęła je zasłaniać ręcznikiem, o czym dziwnym trafem matka od razu się dowiedziała już przy pierwszym zasłonięciu. Ciekawe skąd.

O matce pisałam już wcześniej, np. tu: #CyKHv

#br8Q8

Jestem dwudziestotrzyletnią kobietą i regularnie piszę z kilkoma nastolatkami. I zanim osądzicie, że jestem chorym pedofilem, doczytajcie do końca.

Odkąd pamiętam chciałam zostać psychologiem, zwłaszcza dziecięcym. Czułam do tego powołanie, podziwiałam osoby, które się tym zajmowały. Niestety realia są takie a nie inne, w tym zawodzie zarabia się grosze, więc głosem rozsądku poszłam do korpo, gdzie zarobki mam na całkiem okej poziomie.

Posiadam konto na aplikacji dla średnio ambitnych nastolatek, powiem tylko, że jej nazwa zaczyna się na "w" a kończy na "d", to tam właśnie poznaję owe dziewczynki.
Udaję tam o wiele młodszą, abym nie została zgłoszona, dopiero po dłuższej rozmowie ujawniam swój prawdziwy wiek.
Piszę zazwyczaj z dziewczynami w wieku od 11 do 15 lat, większość z nich ma kompleksy i niską samoocenę. Możecie mi zarzucić, że jestem głupia, że to dziwne, ale lubię im pomagać. Często na pierwszy rzut oka wyglądają na "atencjuszki", ale za każdą małą prośbą zdobycia uwagi kryje się inna historia.
Większość z moich koleżanek jest prześladowana, zazwyczaj przez klasę. Nie umiem zliczyć ile razy dostawałam wiadomości, że "ktoś znowu za nią idzie, rzuca w nią papierkami z kosza" lub czymś podobnym. Równie często to rodzice są winni stanu dziecka, bo nie mają dla niego czasu lub wymagają zbyt dużo i człowiek po prostu nie wyrabia. Pisałam z dziewczyną, której materialnie niczego nie brakowało, jednak rodzice całe dnie spędzali w pracy, a ona popołudnia i wieczory spędzała sama w domu, co się na niej odbiło. Na porządku dziennym jest też odrzucenie przez orientację seksualną, ale to raczej w tym wyższym progu wiekowym.

Najbardziej smuci mnie to, że rodzice nic z tym nie robią. Owszem, słuchanie o problemach typu "dostałam 2 z przyrki" może się wydawać nudne i dziecinne, bo kurde, sama mam kredyt, jeżdżę z mamą po lekarzach, pies coś zjadł i zwymiotował itd., ale każdy z nas kiedyś był dzieckiem. Każdy bez wyjątku miał problemy, które kiedyś będąc ogromne dzisiaj nawet nie byłyby nazwane problemami. Wszystko to jest bagatelizowane, bo jest dziecinne, tymczasem wasi synowie i córki potrzebują zrozumienia jak każda inna osoba.
W skrajnych przypadkach przez brak uwagi rodziców to ja jestem ostatnią osobą, do której te nastolatki mogą się zwrócić. Już nie raz dostawałam wiadomość z podziękowaniem za uwagę, z dopiskiem "jesteś jedyną osobą, dla której cokolwiek znaczę".

Co mnie skłoniło do tego wyznania? Jedna z moich koleżanek sprzed kilku lat wczoraj do mnie napisała. Nie miałyśmy kontaktu od bardzo długiego czasu, dlatego byłam zaskoczona, a treść tej wiadomości mnie powaliła. Napisała, że teraz zdała sobie sprawę, że tylko dzięki mnie "się nie zajebała".
Pozostawię to bez komentarza. Miłego dnia wszystkim, którzy dotrwali do końca.

#7bKrO

Kiedy byłem w podstawówce, mieliśmy jakiś występ dla rodziców, którego częścią miał być taniec w parach. Bardzo nie podobał mi się pomysł z tańcem, no bo wiadomo - za rękę z dziewczyną? Fuj. Nie mogłem do tego dopuścić. Przedstawienie trwało w najlepsze i gdy nieuchronnie zbliżała się wiadoma część programu, doskoczyłem szybko do wychowawczyni przy magnetofonie i dramatycznym głosem poinformowałem ją, że muszę skorzystać z toalety. Jak to, teraz? Teraz, teraz, migiem, bo onix puka do wrót. No to idź. I poszedłem. Przesiedziałem tam kilka minut i gdy byłem pewny, że tańce się skończyły, zadowolony z siebie wróciłem. Niestety mama nie była zadowolona i po powrocie do domu dostałem opieprz życia. Podobno moja partnerka, pozostawiona sama sobie, musiała tańczyć sama z rozpostartymi ramionami.

PS 1: Na szczęście obrzydzenie do dziewczyn przeszło z wiekiem :)
PS 2: Jeśli to czytasz, Monika, to przepraszam, młody byłem i głupi :(

#TMdlF

Moja współlokatorka i (jak myślałam) przyjaciółka w tym roku zaczęła się zachowywać wobec mnie mocno nie w porządku. Np. żądała kasy, jeśli chciałabym zjeść mrożonkę, którą kupiła - mimo że to ja częściej pichciłam/kupowałam (a bywały to rzeczy drogie, typu łosoś) i nigdy nie żądałam od niej żadnego wyrównania, uważałam, że się przyjaźnimy, więc mogę się podzielić. Zarzucała mi, że myślę tylko o swoich problemach. Cóż, kilka ostatnich miesięcy było dla mnie bardzo ciężkie: mój ukochany pies prawie umarł, objęłam kilka ważnych funkcji, które wiążą się ze stresującymi obowiązkami, miałam nieprzyjemne kłopoty na studiach... Przez te pół roku pożaliłam się jej może trzy razy, bo dawała mi do zrozumienia, że nie chce tego słuchać. Wyszło też, że oszukała mnie przy rozliczeniu rachunków za media. Stwierdziła, że to pomyłka, ale niestety nie może mi teraz oddać i się popłakała... Pogadałam z nią poważnie i wybaczyłam w imię naszej długiej relacji. Stwierdziłam, że skoro ja mam ciężki okres, to ona też może mieć, pewnie też nie jestem bez winy. Chciałam jeszcze ratować naszą relację.

Nie było mi to dane. Miałyśmy przedłużać umowę wynajmu, gdy nagle, bez uprzedzenia, oznajmiła mi, że znalazła sobie "tańsze" mieszkanie i się wyprowadza. Fajnie, że miałam kilka dni na ogarnięcie czegoś dla siebie, cudem znalazłam kogoś na jej zastępstwo.
No więc ja zostaję w mieszkaniu, ona się wyprowadza. ALE JAK ONA SIĘ WYPROWADZA! Proszę państwa, z przytupem!

Miała przyjść wczoraj spakować swoje rzeczy. Wracam sobie z uczelni, a tam sajgon w kuchni... Przeszukała dokładnie każdy kąt, przegrzebała pojemnik z przyprawami, żeby nie zostawić mi czasem na wpół zużytej paczki papryki za 1.30 zł, którą ONA KUPIŁA. Przesypała sobie do woreczka dwie łyżki płatków ryżowych, bo tyle zostało z paczki, którą ONA KUPIŁA. Przy okazji zakosiła sporo moich produktów, no ale szanujmy się, ja mam równo pod sufitem, nie będę walczyć o puszkę kukurydzy i makaron spaghetti, to nie Fallout. Poszła, uznałam, że coś z nią nie tak, ale już powinnam mieć spokój.

Ale to nie był koniec. Dzisiaj, godzina 22:10. Ona wpada do mieszkania, ja akurat biorę kąpiel. Gdy wychodzę, pyta mnie wkurzona, gdzie są jakieś pudełka po żarówkach (ja z ręcznikiem na głowie mam rozkminę, że WTF pudełka po żarówkach, na co ci?). Cóż, przyjechała WYKRĘCIĆ DWIE ŻARÓWKI, no bo ONA KUPIŁA. I robi awanturę o pudełka.
Pudełek nie znalazła, wzięła żarówki i pojechała.
Zastanawiam się teraz, czy zawsze była taka walnięta, a ja nie zauważyłam, czy to nowa sprawa.

Ogólnie to chyba już wiem, jak to się rozwodzić, choć ślubu z nikim jeszcze nie brałam.
Bez fanfar. Oby nowa współlokatorka była normalna.

#asn1E

Nigdy nie miałam dobrych relacji z sąsiadką, panią Haliną. Często przeszkadzały jej rzekome hałasy, dochodzące z mojego mieszkania - odkurzanie, pralka włączona wieczorem.
Pewnego wieczoru z jej mieszkania rozległ się krótki, aczkolwiek niesamowicie donośny huk. Nie zareagowałam - pomyślałam, że może ktoś pomaga staruszce w porządkach i położyłam się spać.
Następnego ranka usłyszałam niewyraźne jęki dochodzące zza ściany. Chociaż mnie to trochę zaniepokoiło, mając w pamięci, że koło mnie mieszka jeszcze młoda para i mogą po prostu się zabawiać, zajęłam się swoimi obowiązkami i szybko zapomniałam o sprawie.
Po kilku dniach sąsiedzi zaczęli skarżyć się na przykry zapach dochodzący z mieszkania pani Haliny. Wkrótce po tym pojawiła się policja. Okazało się, że kobieta zmarła, potknąwszy się o toporną, drewnianą szafkę. Przewróciła się i nie była w stanie sama wstać.

Choć ta pani wielokrotnie uprzykrzała mi życie, nie mogę wybaczyć sobie, że zignorowałam jej ciche wołanie o pomoc. Często w środku nocy wybudzam się z przerażeniem z koszmarów o niedołężnej 80-kilkuletniej kobiecie, konającej w samotności.

#Smcaz

Chodziłam do żeńskiej szkoły prowadzonej przez zakonnice. W II klasie LO byłyśmy na dosyć długiej wycieczce we Włoszech, gdzie 5 dni mieszkałyśmy w Rzymie, zwiedzając dokładnie wszystkie muzea. Zatrzymałyśmy się w Domu Pielgrzyma prowadzonym przez jakieś siostry. Do kolacji serwowane było wino stołowe z wodą (miałyśmy 16-17 lat, to jeszcze okres starego trybu nauki).

Jednego wieczora kilka dziewczyn łącznie ze mną postanowiło zrobić imprezę w pokoju - podebrałyśmy wino z wózka i dopiłyśmy je w pokoju. Potem, aby nie wyrzucać w pokoju butelek, owinęłyśmy je w jakieś torby foliowe i wsadziłyśmy do plecaków, aby następnego dnia wywalić na mieście.

Wszystko świetnie, plan był doskonały, ale ja zapomniałam o tym, że miałam wywalić moją butelkę.

Wchodzimy do jakiegoś muzeum z zabezpieczeniami jak na lotnisku - gdzie każdy musiał położyć swój plecak do przeskanowania. Zaglądam panu z ochrony z ciekawością w monitor, gdy mój plecak jedzie na taśmie i nagle czuję jak cała krew odpływa mi z twarzy. Pan zerka na monitor, potem na mnie i znowu na monitor i pyta po angielsku: "Czy masz w plecaku dużą szklaną butelkę?".

Nagle sobie uświadomiłam co się stało. Przestałam oddychać. Czas się zatrzymał i tylko moje serce waliło jak oszalałe. Gdzieś trzy osoby za mną w kolejce stały siostra wychowawczyni i siostra dyrektor. W szkole i tak już miałam nieco przerąbane, a teraz jeszcze taka akcja!

Powiedziałam "Tak" przez zaciśnięte ze strachu gardło.

Ochroniarz zmarszczył brwi i zajrzał do mojego plecaka. Zobaczył pustą butelkę po winie w torbie foliowej, podrapał się po głowie.
Osoby z kolejki już wyciągały szyje aby zobaczyć, co się stało - czemu nagle płynność wchodzenia została zatrzymana. Koleżanka za mną zakryła ręką usta i otworzyła szeroko oczy. A ja miałam poczucie, że zaraz zemdleję.
Mężczyzna popatrzył w moje spanikowane, błagalne oczy i rzekł: "Wywal to" - wskazując wymownie na najbliższy kosz na śmieci. Wyjąkałam tylko "tak, dziękuję".
Dyskretnie wywaliłam butelkę.

Chwilę później siostra wychowawczyni kazała otwierać plecak i do niego zaglądała.
Miałabym przerąbane jakby się dowiedziała, co chwilę wcześniej było w tym plecaku.

Wieczorem - po powrocie z miasta - siostry z domu pielgrzyma zrobiły awanturę, bo przeliczyły wina i wyszło, że brakuje 6 (otwartych) butelek. Miałyśmy rewizję w pokojach. W jednym znaleziono dwie puste butelki (bo dziewczyny jednak nie były zbyt bystre).

Po latach dalej czuję wdzięczność do tego gościa, mógł zrujnować moją reputację do cna, a tego nie zrobił :D
Dzięki niemu mogłam tamtego wieczora robić oburzoną minę i mówić jak to sobie nie wyobrażam podobnego zachowania ;)

#wnNPB

Mam 18 lat. Potrafię sobie poradzić niemal w każdych warunkach. Mógłbym powiedzieć, że wychowywałem się właściwie sam, walcząc z rodziną, bo życiowe "rady" i "ostrzeżenia", które dostawałem od mojej chorej na schizofrenię rodzicielki (mieszkaliśmy odkąd pamiętam tylko we dwoje) musiałem wybijać sobie z głowy, bo już w wieku 6-8 lat widziałem, że coś jest nie tak  ("Nie myj się tak często. Raz na tydzień wystarczy, bo ci się warstwa ochronna zedrze"). Również niezliczone ilości zabobonów, o których myślałem, że tak po prostu jest - czarne koty, lustra, po trzy obrazy na jednej ścianie z Maryją i Jezusem itp. Do kościoła co niedziela i o 5 nad ranem różaniec. Do szkoły szedłem zmęczony, ale zadowolony, że mogę porozmawiać z kimś normalnym i się pobawić, pośmiać się i pograć w piłkę. Z ubraniami też było ciekawie.

Gdy szedłem do trzeciej klasy, chciałem mieć czarne dżinsy, żeby dobrze wyglądać. Wcześniej za bardzo nie zwracałem uwagi na ubrania, dopóki rówieśnicy nie zaczęli się ze mnie śmiać. Mama powiedziała, że nie mogę chodzić w czarnym, bo to symbol szatana. Pieniądze miałem, dostałem od dziadków po opowiedzeniu co się stało. Decyzji mamy nie rozumiałem. Potrafiłem się dobrze sam ubrać, ubrania wybierałem chodząc po sklepach z babcią, bo mama próbowała ubierać mnie jak dziewczynkę, co wywierało na mnie duży stres.

Raz stałem z mamą w sklepie z ubraniami, rodzice z innymi dziewczynkami obchodzili nas szerokim łukiem, z politowaniem patrząc co mama na mnie zakłada, ale nikt nie zwrócił jej uwagi. Ja w krzyk, darłem się, bo wiedziałem, że lepiej zrobić scenę teraz w sklepie, niż żeby śmiali się w szkole. Krzyczałem zapłakany, wyjąc z nadzieją, że coś się zmieni, wołałem "Co ty robisz! Tak chłopaki przecież nie chodzą! Nie zakładaj mi tego!". Podeszła do nas pani ekspedientka, a ja znów eksplodowałem płaczem. Kobieta nawet nic nie powiedziała, wystarczyło, że przed oczami miałem porównanie mojej matki nie dbającej o wygląd i o wszystko, a obok stał normalny człowiek, o którym marzyłem, żeby był moim rodzicem. W tamtym momencie w mojej głowie kłębiło się bardzo dużo myśli. Nie rozumiałem już nic. Nie rozumiałem skąd takie reklamy w telewizji, że cała rodzina siedzi przy stole i jest szczęśliwa i dlaczego mam tak, a nie inaczej. Mama się zdenerwowała i wyciągnęła mnie ze sklepu za rękę, tak uniknąłem zakupów.

[Kończy mi się miejsce, chętnie dopiszę, jak interesujące]

#v616z

Jestem kobietą i po prostu uwielbiam czułości. Mam bardzo wysokie libido oraz od roku brak stałego partnera, dlatego jestem w kilku relacjach typu "przyjaciele z dodatkowymi korzyściami". Są to fajni faceci, z którymi mogę jednego dnia iść na kawę i pogadać, a drugiego umówić się na spotkanie w sypialni. I wszyscy są zadowoleni. Jednak mimo wszystko ukrywam to jak mogę. Kilka razy zdarzyło się, że ktoś jakimś cudem dowiedział się i zostałam nazwana przy użyciu bardzo niecenzuralnych słów. Innym razem jednak z własnej woli postanowiłam podzielić się tą informacją z bliską mi przyjaciółką. Byłam pewna, że nie będzie to dla niej żaden problem, przecież nic złego nie robię. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam, że się nie szanuję i nikt nie będzie chciał takiej kobiety. Naprawdę przykro mi się wtedy zrobiło. Nigdy nie postrzegałam tego jako brak szacunku do siebie. Dla mnie to zwykła przyjemność, nie powoduje to u mnie żadnych negatywnych skutków, a korzyści są takie same dla obu stron. Poza tym nie pojmuję dlaczego jako kobieta z większą ilością partnerów miałabym mieć mniejsze szanse na związek niż mężczyzna z większą ilością partnerek. Dla mnie takie rzeczy nie są żadnym wyznacznikiem. A jednak muszę wszystko ukrywać nawet przed bliskimi.

Nie potrafię pojąć skąd bierze się takie negatywne nastawienie społeczeństwa do tego, że ludzie lubią niezobowiązujące spotkania w  jednym celu, a jak nie daj boże praktykuje to kobieta, to jest jeszcze gorzej. Poza moim życiem łóżkowym jestem zupełnie zwyczajną osobą, niczym się nie wyróżniam z tłumu.

#bBtzw

Lubię sobie czasami poczytać bardziej pikantne książki pisane na Wattpadzie. Klimaciki typu BDSM, relacja pan-sługa etc. Czasem wysyłam linki do fajnych książek mojej koleżance Ani, którą znam z fitnessu. Jakoś tak wyszło, że obydwie czytałyśmy pewną serię  i o niej dyskutowałyśmy żywo w szatni. I tak samo - jak ona znajdzie niezłe opowiadanie, to mi je przysyła. Najczęściej wysyłam jej linki za pomocą Facebooka.

Właściwa historia - przed świętami znalazłam naprawdę niezłe opowiadanie, także pod kątem językowym. Opowiadanie jest o relacji sługa-pan i jednym z motywów była obroża na szyję. Wiedziałam, że Anię to kręciło, więc w środku nocy wysłałam jej link do opowieści oraz link do obroży na allegro wraz z kodem rabatowym do sklepu internetowego w stylu "rozkosz" i napisałam: "może chcesz coś zmienić w Waszym związku?".

Trochę byłam zdziwiona, że Ania rano nie zareagowała, więc weszłam jeszcze raz w rozmowę i odkryłam, że... nic tam nie ma.
Byłam pewna, że wysłałam link!
Nagle serce mi stanęło, bo odkryłam, że link wysłałam do katechetki mojej córki, którą mam w znajomych przez jakąś dawną szkolną akcję. Kobieta także ma na imię Anna, ma nieco podobne nazwisko, ale jest w wieku ok. 40 lat.
Serio, zestresowałam się.
Napisałam krótkiego maila z wyjaśnieniem, że link nie był do niej i że się pomyliłam etc. Była mi MEGA GŁUPIO.
Nic. Zero odpowiedzi.

Wczoraj odpisała - po 2 miesiącach, dziękując mi za przypadkową pomoc, bo mieli z mężem kryzys w związku i mąż chciał separacji, a moja wiadomość otworzyła jej oczy na to, że może da się coś poprawić i że jako osoba wierząca mimo wszystko może poszukać czegoś, co doda jej pożyciu pikanterii, ale nie zaczęła od obroży, tylko od bielizny erotycznej. Napisała też, że przeczytała opowiadanie z zapartym tchem :D

Dalej mi głupio, jak ją widzę. :/

A jakby ktoś nie lubił braku dokończeń, historia nazywa się "Srebrna maska".
Dodaj anonimowe wyznanie