Przyjaciółka złapała COVID-19, a w szpitalu okazało się dodatkowo, że ma złośliwy nowotwór piersi.
Nie ma żadnej rodziny, więc nie ma komu zająć się jej córką, gdyby coś jej się stało. Teraz zastanawiamy się co zrobić, aby jej dziecko mogło w razie tragedii wychować się u mnie.
Odstręcza mnie moja dziewczyna.
Jesteśmy z Sylwią razem już ponad 8 lat – praktycznie od technikum, a od 4 lat mieszkamy ze sobą. Układało nam się świetnie, wspieraliśmy się w trudnych momentach. Jednym z takich momentów był jej wypadek, stan był ciężki, potrzebowała między innymi transfuzji krwi. Gdy wydawało się, że z Sylwią jest już lepiej, na jej ciele zaczęły pojawiać się znamiona łuszczycy. Zaczęło się od kilku plamek na udach i rękach. Nie miałem z tym najmniejszego problemu, prawie nie było tego widać, ale ona nie umiała się z tym pogodzić.
Było to dla niej straszne zaskoczenie, zwłaszcza że nikt z jej rodziny nie choruje na łuszczycę. Łuski stopniowo rozrastały się, teraz są wszędzie – na plecach, brzuchu, nogach, dłoniach i skalpie, co powoduje niemałe kompleksy u mojej dziewczyny. Jej dermatolog wciąż próbuje dobrać odpowiednie leki, ale to trwa. Jak mówiłem, wcześniej nie miało to dla mnie znaczenia – kocham ją bez względu na chorobę, jej ciało wciąż mi się podobało.
Dużo rozmawiałem na ten temat z Sylwią, mówiłem jej, że wygląda świetnie, jest zadbana, jednak ona przekonywała mnie, że jest wstrętna, nazywała siebie potworem. Nie pozwoliła mi się dotykać, nie sypiamy ze sobą od ponad miesiąca. Nawet nie śpimy już w jednym łóżku, wstydzi się, że każdego ranka cała pościel jest pokryta martwym naskórkiem ze skalpu. Opowiadała mi jak obrzydliwa się czuje i przedstawiała się w negatywnym świetle. Przez to sam zacząłem postrzegać ją inaczej, jej wygląd zaczął mnie odrzucać.
Nigdy jej tego nie okazuję, zawsze wspieram i komplementuję. Czuję się jak potwór, nie chcę tak o niej myśleć, ale nie mogę przestać – sama codziennie mi to wmawia.
Kocham ją. Ludzie nie wiedzą wiele o łuszczycy i boją się, że się od niej zarażą albo myślą, że to ze względu na brak higieny, spotkały ją nieprzyjemne komentarze z tych powodów. Sylwia izoluje się od ludzi, zamiast na siłowni teraz ćwiczy w domu, nie wychodzi nigdzie, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Coraz rzadziej chodzi na wykłady.
Martwię się o nią i wstydzę się tego, jak zacząłem ją postrzegać. Nie wiem jak jej pomóc, myślimy nad zmianą dermatologa i psychologiem. Jednak sam już sobie nie radzę z podnoszeniem jej na duchu, nie potrafię patrzeć jak z pełnej życia dziewczyny zmieniła się we wrak człowieka. Chcę ją wspierać, ale powoli brakuje mi sił. Czuję się największym egoistą, że w tak trudnym dla niej momencie myślę o swoich problemach, choć nie ja tu jestem pokrzywdzony.
Facet, z którym wiązałam przyszłość, wyznał mi, że chodził na dziwki. Ponadto dodał, że w ogóle tego nie żałuje, bo dzięki temu nie mam kaleki w łóżku.
No cóż, wychodzi na to, że chłopaka też już nie mam.
Czasami myślimy, że spędzimy z kimś całe życie, jednak czeka nas niespodzianka.
Swoją dziewczynę, pierwszą w moim życiu zresztą, poznałem na pierwszym roku studiów, byliśmy w tej samej grupie. Zaraz po studiach wyjechaliśmy do naszego wymarzonego kraju na "work and travel". Było świetnie, więc niedługo potem udało nam się wyjechać na wizę pracowniczą. Plan był taki, że zarabiamy kasę, łapiemy kontakty i wracamy do kraju, promujemy tamtejszą kulturę, język w Polsce, sprowadzamy stamtąd towary itp.
Niestety moja już wtedy narzeczona tak bardzo polubiła pracę tam, to poczucie wyjątkowości (blondynka, niebieskie oczy), że przedłużyła wizę. Powiedziała, że nie chce wracać. Ja chciałem bardzo. Było to smutne, bo już wtedy byliśmy razem prawie 8 lat. Rozstaliśmy się. Zerwałem całkiem kontakt, bo ciężko mi było to wszystkie przeboleć.
Powoli zacząłem rozkręcać mój biznesik, myśląc, że nikogo na swojej drodze już nie spotkam, a tu zaledwie po kilku miesiącach od powrotu poznałem spotkałem super dziewczynę. Bardzo mi pomogła, bez niej nie osiągnąłbym tak dobrych rezultatów we własnej firmie, zadurzyłem się w niej po uszy. Pomogła mi zapomnieć i ruszyć przed siebie.
Znaliśmy się niecały rok, gdy "wpadliśmy". Przyznam, że byłem całkiem szczęśliwy, wszystko na szybko. Teraz mamy rocznego dzieciaka, jesteśmy po ślubie - fajna sprawa być ojcem. Fajna sprawa jest mieć rodzinę. Nie trzeba znać kogoś 8 lat, żeby podejmować poważne kroki.
Niedawno drogą pantoflową doszła do mnie wymiana zdań między naszą koleżanką z roku a moją byłą. Wróciła do Polski zaraz przed pandemią w Europie. Koleżance narzeka na mnie, że tak szybko sobie kogoś znalazłem, że jej nie kochałem, szybko zapomniałem. Byłem zaskoczony, gdy czytałem ten dialog. Ona mogła wybrać, być szczęśliwa, a ja nie? Wśród naszych wspólnych znajomych krążą teraz plotki, jaki to jestem zły i nieczuły, bo ona sieje ostre zamieszanie. Zadzwoniłem do niej i poprosiłem, aby przestała, że ja będę prostować wszystko, co ona powie.
Potem zaczęła do mnie pisać, przepraszać, prosić o drugą szansę.
Absolutnie jej nie poznaję. Znałem ją bardzo długo i nie podejrzewałem o takie działania. Nie reaguje na moje uwagi. Uważa, że to co mam teraz jest na pocieszenie. Cieszę się, że niedawno się przeprowadziłem, bo obawiałbym się, że będzie coś kombinować. Potrafi wysyłać mi około 1000 wiadomości dziennie - na fb, maila, SMS-em. Dzwoni do moich rodziców, siostry, którym też już się to nie podoba. Zaczynam się jej bać, nic nie mówię żonie, nie chcę jej stresować, ale sytuacja jest nieciekawa. Paczka ze studiów też jest non stop bombardowana informacjami o mnie od niej... Chyba będę musiał złożyć zawiadomienie o nękaniu na policję. Znasz kogoś 8 lat i tak naprawdę nie znasz wcale... Mam swoje lata i się jej boję, czuję się bezradny...
Trafia mnie już z tym koronawirusem. I już nawet nie chodzi o to, że trzeba siedzieć w domu. Trochę to do mnie wszystko nie przemawia, no ale każą siedzieć to siedzę. Bardziej denerwuje mnie to, że nagle nie ma innych chorób.
Ani krwi nie można pobrać, wizyty u lekarzy odwołane, nie ważne, że na te wizytę czekałem x czasu. Dziewczyny w ciąży bez badań i wizyt kontrolnych. Odwołane i już. Rehabilitację dzieci wstrzymane. Radz sobie rodzicu. Co z tego, że zdrowie, rozwój twojego dziecka może zostać zagrożone.
Jak nie masz koronawirusa to medycyna ma cie gdzieś... Nie można by tego jakoś sensowniej rozwiązać?
Moi rodzice nigdy nie zwracali na mnie uwagi. Klasyczny przykład, kiedy jedno z dzieci zmaga się z chorobą. Tak było w moim przypadku - w związku z chorobą siostry, byli pochłonięci tylko tym faktem. Muszę jednak dodać, że nie wymagała ona większej opieki czy troski niż przeciętne dziecko, a choroba nie zagrażała jej życiu i w żaden sposób jej nie ograniczała. Jednak cała uwaga moich rodziców skupiała się tylko na niej, problemy moje i mojego brata nie miały dla nich dużego znaczenia. Był tylko jeden aspekt naszego życia, który ich interesował - religia. Pod tym względem kontrolowali nas cały czas - musiałam się koniecznie modlić rano, wieczorem, odmawiać z babcią koronki, chodzić w każdą niedzielę do kościoła. Nienawidziłam tego. Jako dziecko było mi po prostu przykro, kiedy moi rówieśnicy grali w piłkę, a ja musiałam iść do kościoła na kolejne nabożeństwa. Z czasem nienawidziłam tego jeszcze bardziej. Im więcej wiedziałam o kościele, tym bardziej chciałam się z niego wydostać.
Gdy tylko skończyłam 18 lat, wypisałam się z religii. Te i wiele innych czynników, o których nie chcę się rozpisywać, sprawiło, że mój stan psychiczny przez lata stawał się coraz gorszy. Chodziłam po psychologach, starałam się ogarnąć - udało mi się. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, moi rodzice nie wiedzieli o żadnym z moich problemów - próbowałam im powiedzieć nie raz - za każdym razem słyszałam, że mam im nie zawracać głowy, bo oni mają prawdziwe problemy (choroba siostry). Nie interesowało ich to. Postanowiłam więc radzić sobie sama. Wyjechałam na studia na drugi koniec Polski i byłam szczęśliwa.
Ostatnimi czasy moi rodzice weszli na kolejny level fanatyzmu religijnego. Rzadko kiedy ze sobą rozmawiamy, bo każda rozmowa to ich monolog o mojej siostrze. Podczas ostatniej takiej konwersacji zapytali mnie, czy się modlę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie i to od jakichś 10 lat (mam obecnie 24). Uświadomiłam ich również, że nie chodzę do kościoła, a podczas mojej edukacji zrezygnowałam również z religii. Wiedzieliby to wszystko, gdyby tylko mnie słuchali.
Wpadli w szał, zaczęli mnie nazywać bezbożnicą i krzyczeć, że ja MUSZĘ się modlić, bo oni tak chcą. Moje zdanie, uczucia w tej kwestii i sumienie ich nie interesuje.
Oczywiście to olałam, rozłączyłam się i nie zamierzam nic zmieniać. Ale od kilku dni nękają moją skrzynkę mailową wysyłając mi kolejne płomienne kazania księży o bezbożnikach i nawróceniu.
Po prostu uważam, że to niesamowite, kiedy przez 24 lata nie interesuje cię, że twoje dziecko płacze noc w noc, nie radzi sobie i nienawidzi samego siebie, ale kiedy dowiadujesz się, że się nie modli, to masz oczywiście prawo usiłować je do tego zmusić.
Rodzina mojej narzeczonej nie przepada za mną, bo... nie jestem z lepszej rodziny.
Poznałem Kasię na studiach, wspaniała, piękna dziewczyna, która w swoim zawodzie poświęca się dla innych. Podziwiam i szanuję ją za wszystko co robi. Jej rodzice mają dużą firmę, prawie cała rodzina tam pracuje (głównie faceci, kobiety ładnie wyglądają...). Stać ich na wszystko - duży dom, kupienie mieszkań dzieciom, ekskluzywne wyjazdy zagraniczne.
Sam pracuję w branży IT. Już od 2 roku studiów zacząłem pracować i studiować jednocześnie, cały czas też szlifowałem różne języki programowania. Moi rodzice nie są wykształceni, ojciec pracuje w handlu, mama jest krawcową, ale nigdy nie czułem się z tego powodu gorszy, wiem jak dużo poświęcili, żebym miał w życiu to co mam, dlatego naprawdę daję z siebie 200%. Mam z nimi super kontakt. Od razu polubili się z Kasią. Za to jej rodzice niespecjalnie polubili mnie. Nasze rozmowy wyglądają tak: "Jak sobie poradzą twoi rodzice na starość? To ciężka praca, pewnie przejdą na rentę"... "Pomogę im, zarabiam coraz lepiej" ..."Ty to nazywasz lepiej? He, he".
Kasi też jest przykro. Rozmawiała z nimi, że to zachowanie nie jest fair wobec niej i mnie. I co zrobił jej ojciec? Zaproponował mi pracę w ich firmie. Grzecznie odmówiłem, gdyż lubię swoją pracę. Wtedy to "nękanie" z jego strony się nasiliło. Nienawidzę się z nimi spotykać, wszystko to robię dla Kasi, chociaż ona też ma już dość. Widzimy się z nimi ze dwa razy w miesiącu chociaż do moich rodziców potrafimy chodzić codziennie (zwłaszcza gdy coś dobrego ugotują ;)).
Zaczęliśmy planować ślub, chcieliśmy, żeby był skromny, przypominał bardziej nowoczesną imprezę. Moi rodzice się nie mieszają, mówią, że to nasza sprawa, jej rodzice bulwers mają, że nie zaprosimy ich znajomych. Moja mama zaczęła szyć Kasi suknię (Kasia zachwycona, moja mama też...), ale moja przyszła teściowa projekt własnej córki zaczęła nazywać szmatą, a umiejętności mojej mamy wyśmiewać. Robi się nieprzyjemnie, ale Kasia jest uparta...
I nagle nadchodzi pandemia. Firma rodziców Kasi zaczyna tracić płynność finansową, wielka panika. Kasia mając swoją własną działalność też nie pracuje do kwietnia. A ja? Bez zmian, pracuję zdalnie. Stać mnie, żeby utrzymać naszą dwójkę i pomagać moim rodzicom. Gdy słyszę zrozpaczony głos przyszłego teścia w słuchawce telefonu, to chce mi się śmiać. Po raz pierwszy od początku naszej znajomości żałuję, że nie możemy do nich pojechać, zobaczyć jego twarzy. Rodzeństwo Kasi jest tak uzależnione finansowo od rodziców, że bez odkręconego kurka sobie nie radzi. Anonimowe? Pocieszam Kasię, że będzie dobrze, ale mam nadzieję, że nie będzie, że ich firma się z tego nie udźwignie.
Pewna impreza w gronie znajomych, ze sporą ilością alkoholu. Kolega, Bartosz, cały wieczór gadał o swojej niespełnionej miłości... Był na początku obiektem żartów, bo jak wiadomo na imprezie ludzie chcą się wyluzować, a nie wysłuchiwać żali. Ale gdy wyszedłem na papierosa z owym kolegą, to temat znów się pojawił. Tym razem na poważnie. Doradziłem mu, żeby się nie zastanawiał, tylko wyznał swojej miłości, że ją kocha itd.
Wiadomo, jak to alkohol... Dodaje odwagi, pewności siebie... Dlatego też Bartosz wziął sobie moje uwagi do serca i wyznał miłość... mojej dziewczynie.
To mu doradziłem, nie ma co!
Nienawidzę psa mojego partnera!
Dwa lata temu poznałam mężczyznę, z którym wkrótce biorę ślub, jednak największym problemem jest jego 4-letnia psina Bora. Jest rozpuszczona, nieposłuszna i nachalna i w dodatku naprawdę głupia. Niszczy wszystko co jest w stanie ściągnąć, wyjąć bądź dosięgnąć. Udało się dojść do kompromisu i za moją namową kupiliśmy klatkę, która zajmuje pół salonu, zamykamy Borę jak wychodzimy. Uważam, że klatka jest za duża, ale jestem w stanie ją zaakceptować, wiem, że i pies, i dom jest bezpieczny.
Spacer? Do niedawna jedynym jej celem było wyrwanie rąk osoby, która próbowała ją utrzymać na smyczy. Przepychanie się ze mną na schodach, bo ona musi kilka razy po nich wbiec i zbiec (wiele razy miałam obitą kość ogonową i siniaki po upadkach).
Plątanie się pod stołem podczas posiłków i wymuszanie resztek, mimo że naprawdę pilnuję, żeby nikt jej nic nie dawał, ona dalej wymusza, a jak nie patrzysz, to sama coś zdejmie ze stołu bądź blatu kuchennego.
Tarza się we wszystkim co śmierdzi i o ile rozumiem jej potrzebę i nie złoszczę się o to, tak wszelkie zabiegi kosmetyczne typu czesanie, kąpiel czy obcinanie pazurów to walka na śmierć i życie.
Partner mimo moich próśb dalej pozwala jej na spanie w łóżku, a ja zmęczona ciągłym uczuleniem na ciele przez psią sierść zamieniłam seksowne koszulki na zakrywanie całego ciała, grube skarpety i osobną kołdrę.
Wyjeżdżamy raz w miesiącu na kilka dni do naszego domku w górach, ale podróż z psem to koszmar. Bez tabletek na uspokojenie, które na dłuższą metę mogą źle wpłynąć, całą drogę piszczy, stęka i sapie, a kilka godzin wytrzymać w czymś takim to koszmar.
Takich "głupot" jest o wiele więcej, ale przez pracę, którą wykonuję w domu, czuję się na Borę skazana, bo cała opieka nad nią spadła na mnie.
Nie chcę nigdy kazać wybierać między nami, ale moje prośby o wprowadzenie dyscypliny i konsekwencji, godziny monologów, w których staram się tłumaczyć i wypracować kompromis pomiędzy naszą trójką kończą się olewaniem mnie.
Brakuje mi czasu z partnerem sam na sam, bo Bora zawsze wymusza pełną uwagę i ciągłe dotykanie.
Dbam o jej podstawowe potrzeby, niczego z mojej strony jej nie brakuje i nigdy nie podniosłam na nią ręki ani głosu (z wyjątkiem momentów, kiedy sytuacja wymagała stanowczego tonu głosu).
Powoli czuję, że nie dam rady, że jestem tylko niańką dla psa i kimś, kto ma zadbać o dom.
Powoli rozważam odwołanie ślubu...
Bardzo mnie wkurzają wyznania typu "tak mi źle, tak niedobrze, bo nie mam chłopaka /dziewczyny. Sam fakt bycia singlem jest OK, ale ta presja otoczenia"...
Gówno, nie presja. Takie żale to próba zwrócenia na siebie uwagi i może ktoś fajny się mną zainteresuje. Koleżanki mają Cię w dupie? Kumple wystawili? Może jednak nie jesteś tak fajna/y, jak Ci się wydaje. Nie ma wolnych osób w Twoim otoczeniu? Nikt nie zwraca uwagi na Twój "krzywy ryj" (cytat z któregoś wyznania) - a może to Ty masz za wysokie wymagania?
Mam w swoim otoczeniu osoby po 40., które są ciągle same, bo w każdym szukają potencjalnej partnerki/partnera, jednocześnie od razu sabotując tę osobę - za małe cycki, za duża dupa, nos jakiś dziwny, kiepski samochód itp., itd. A sami nie mogą wiele dać od siebie.
Kurde, spójrz w lustro na siebie takim wzrokiem, jakim patrzysz na ludzi na ulicy, oceń siebie tak, jak oceniasz innych! Ile sobą prezentujesz? Nagle nie masz fajnej fury, bo albo nie masz jej wcale, albo masz 15-letnie auto na rodziców. Dostrzeżesz, że masz może krzywy nos, małe cycki, dużą dupę albo inne wady, które widzisz u innych.
Spuść z tonu, a szybko kogoś znajdziesz. Bo gdybyś na serio był / była pogodzona z byciem singlem, to takie wyznania by nie powstawały.
Dziękuję za uwagę.
Dodaj anonimowe wyznanie