Moja żona ma dwie siostry, co jest bardzo istotne w tej historii. Młodsza siostra od trzech lat mieszka i pracuje w Niemczech. Jako że jest WIELKI (dla mnie idiotyczny pomysł) powrót Polaków tutaj, siostra żony też wróciła. Ma kwarantannę i... przyjechała do nas z ''prezencikiem'' dla naszego dziecka (jest jego chrzestną). Rzecz jasna do naszego mieszkania jej nie wpuściłem, a nawet zadzwoniłem na policję. Moja żona ryk, że jak mogę, że tak nie wolno, że to, że tamto. Nie dałem się i nie otworzyłem drzwi ani do bloku, ani później do mieszkania. Policja była po 15 minutach i szanowną ukarała mandatem oraz zmusiła, pod eskortą na sygnale, do powrotu do swojego domu.
Teściowa zadzwoniła do mnie z (NIE UWIERZYCIE!) gratulacjami i powiedzieć, że dzień wcześniej zrobiła dokładnie to samo co ja. Żona już trzeci dzień ze mną nie gada, ale ja jestem z siebie dumny.
LUDZIE, nie dajcie ZABIJAĆ swoich dzieci przez czyjąś głupotę. O ile dorosły jest w stanie wytrzymać w szpitalu, o tyle DZIECKO ma naprawdę ciężej, szczególnie będąc samo w obcym miejscu z obcymi ludźmi i cierpiąc. Pomyślcie szczególnie O NICH.
Może to nie jest jakieś super wyznanie, ale dręczy mnie to, co jakiś czas i jestem ciekawa ilu z was tak ma...
Panicznie boję się śmierci.
Mam 27 lat, a pierwsze moje schizy zaczęły się już w zerówce. wychodzi to samo z sobie, że nagle zaczynam dogłębnie rozmyślać co to będzie, jak to będzie, czemu tak jest i w ogóle. czy po śmierci całą wieczność czarno,ciemno, wieczny sen? Dochodzi do tego, że emocje są takie silne, że zaczynam płakać i boję się zasnąć.
Dodam, że wierzę w jakąś energię, która zostaje po śmierci (duchy), ale za cholerę nie mogę uwierzyć w tak zwane " niebo".
Proszę powiedzcie, że nie wariuje.
Dzień w pracy jak każdy inny. Wykonuję swoje stałe obowiązki, żegnam się z osobą, z którą przed momentem prowadziłam służbową rozmowę. Niewzruszona wracam do pracy, ale przeszkadza mi w tym koleżanka z pracy.
- No co ty, tak bez zdjęcia i autografu?!
Spoglądam niepewnie w miejsce, gdzie oddaliła się obsługiwana przeze mnie osoba i widzę, jak grupa osób mniej lub bardziej śmiało próbuje podpytać ją o selfie.
- Po prostu się nie zachwycam, jestem w pracy i tutaj ważniejszy jest profesjonalizm.
Wracam na swoje stanowisko i w ciszy obserwuję, jak koleżanka również dołącza do grona osób czekających w kolejce do zdjęcia ze sławną aktorką.
Jak pewnie już zdążyliście się domyślić, w mojej pracy dość często mam kontakt z osobami sławnymi, popularnymi czy rozpoznawalnymi. Sławni aktorzy, pisarze, muzycy, politycy czy internetowe persony to codzienność przynajmniej raz na tydzień. Kiedy moi znajomi z pracy nie kryją swojego zachwytu i kolekcjonują kolejne zdjęcia z gwiazdkami, ja udaję opanowaną profesjonalistkę, która po prostu wykonuje swoją pracę. Problem tylko w tym, że... - i tutaj ta anonimowa część - ja zupełnie nie mam głowy do znanych osób.
Nie oglądam wielu filmów, nie wiem jak wyglądają członkowie większości zespołów, których słucham, nie śledzę polityki ani nie kojarzę nazwisk pisarzy. Nie mam pamięci do nazwisk i zwyczajnie nie wiem, jacy ludzie są popularni, co normalnie nie sprawia mi w życiu trudności, jednak sama przed sobą zaczęłam zauważać, że chyba jestem straszną ignorantką.
Na przerwach w pracy uciekam od kuchennych rozmów na temat spotykanej sławy, bo po prostu nie wiem, kim ta osoba jest i czego dokonała. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że nie obchodzi mnie, co dzieje się wokół, ale też nie chcę być zamknięta w swojej własnej bańce, gdzie jedyne co rozróżniam to tytuły piosenek i bohaterowie ulubionych książek.
Ostatnio przeczytałem wyznanie o mocno owłosionej kobiecie i stwierdziłem, że sam opiszę swój przypadek.
Jestem facetem i nie lubię swoich włosów. Rosną mi dosłownie wszędzie, łyse mam tylko czoło, dłonie i dolną część stóp. Reszta ciała przykryta taką warstwą włosów, że już bardziej czarna niż w kolorze skóry. Jeszcze w liceum przestałem smarować się filtrem przeciwsłonecznym poza twarzą, bo i po co, skoro mam własną ochronę.
Doszło do tego, że jak widzę u kogoś niezarośnięty kawałek skóry, to zaczyna mnie to podniecać. Nieważne, czy gruba czy chuda, ładna czy brzydka, facet czy dziewczyna, jak ma odkryty i nieowłosiony brzuch, to się gapię jak sroka w gnat. Tzn. staram się na to uważać i robić to dyskretnie, ale basen czy plaża to raj dla oczu.
Kiedyś dla eksperymentu ogoliłem sobie nogi i brzuch. Potem przez pierwszy tydzień podniecały mnie moje uda i łydki, a przez miesiąc chodziłem w długich spodniach i unikałem jakichkolwiek szatni. Mam wrażenie, że większość ludzi jakby widziała gościa z ogolonymi nogami, to by stwierdziła, że woli panów (nie żeby było w tym coś złego, ale nie chcę być tak odbierany). Nawet z kilkorgiem znajomych rozmawiałem o tym i ponoć by o mnie nie zmienili zdania, ale nadal się nie mogę przełamać, żeby na stałe zacząć się golić.
Na razie golę się tam, gdzie zasłania bielizna, i tak nikt tego nie ogląda. I największy problem mam z włosami między pośladkami. Jakoś nie umiem się tak wygiąć, żeby je zgolić i się nie zaciąć. A nie pójdę do kolegi spytać "hej, może byś ogolił mi tyłek, bo nie sięgam?"...
Tak więc kobiety, które narzekają, że się muszą golić, wiedzcie, że jest facet, który Wam zazdrości, że możecie to robić ;) A do tych z kompleksami, że za duży bebech czy krzywe nogi - macie piękne ciało!
Mam 24 lata i zostałam wdową. Z mężem mieliśmy dziecko, a drugie w drodze. Mąż źle się poczuł i trafił do szpitala. Niestety po paru dniach zmarł. Bardzo młodo, nigdy na nic nie chorował, to stało się nagle.
Załamałam się. Cały świat mi się zawalił w jednej chwili... ale musiałam jakoś funkcjonować dla dziecka, które mamy i tego, co było w drodze.
Kilka tygodni po pogrzebie zaczęły się plamienia... Umówiłam się do lekarza prowadzącego ciążę, okazało się, że dziecku przestało bić serduszko. Bardzo chcieliśmy mieć drugie dziecko, a tu kolejna tragedia... Teraz zostałam sama z małym dzieckiem. Bardzo brakuje mi męża.
Jestem pielęgniarką. Jestem narzeczoną. W najbliższym czasie wychodzę za mąż.
Z zewnątrz muszę być twarda. Odważna. Nie pokazuję strachu.
A tak naprawdę cholernie się boję. Za każdym razem, gdy wychodzę do pracy, boję się, że nie wrócę do domu. Boję się, że jak już wrócę, to "przyniosę" to do domu.
Boję się kłamstw ludzi, którzy kłamią medykom.
Boję się, że nie sprostam. Boję się o zdrowie i życie moich najbliższych.
Wk**wia mnie dużo rzeczy w obecnej sytuacji. Ale najbardziej wk**wia to, że "pan" prezes ma w dupie starania każdej osoby w systemie ochrony zdrowia. My możemy się dwoić i troić i możemy się zajechać. Ale wybory muszą być w terminie!
Dawno temu byłam młoda, szalona i potwornie znudzona. Siedzieliśmy ze znajomymi na murkach i piliśmy piwko, kiedy ktoś wpadł na pomysł, aby zagrać w "prawda czy wyzwanie". Szybko jednak znudziły nam się głupie pytania o życie uczuciowe, wstydliwe historie i robienie durnych kawałów pobliskim pijaczynom.
Wpadłam na genialny pomysł. Wiedziałam, że w towarzystwie znajdują się dwie osoby, które ewidentnie czują do siebie miętę, ale oboje jeszcze nie zebrali się w sobie, aby coś z tym zrobić, więc bezmyślnie rzuciłam: "A co jeżeli zrobię coś głupiego w zamian za przysługę kogokolwiek z was?".
Spojrzałam na koleżankę, już wiedziała co zamierzam. "Marta, proszę, nie..." Zaczerwieniła się.
"A co konkretnie zrobisz?" - spytał jeden z kumpli.
"Wytatuuję sobie pierwszą rzecz, którą dotknę na rynku, a wy wybierzecie gdzie. W zamian Karolina i Damian umówią się na randkę"- palnęłam ja, miłośniczka awangardy i dobrej zabawy, przyjaciółka nad przyjaciółkami, kozak nad kozakami...
"Dobra" - wypalił kumpel. Wstał, rozprostował nogi, zdjął bandankę z ręki i rzucił mi ją, abym założyła ją na oczy. - "Ale zrobisz go sobie na tyłku".
No i ruszyliśmy przed siebie. Droga dłużyła mi się w nieskończoność, miałam wrażenie, że idziemy już ze 20 minut, chociaż rynek był oddalony od naszego "spotu" tylko parę minut drogi. W końcu dotarliśmy. Zakręcili mnie parę razy, sprawdzili, czy aby nic nie widzę i pozwolili iść. Na początku czułam się niepewnie, szłam powoli, zakręcałam i nie mogłam znaleźć oparcia. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariatkę. Kręciłam się tak w kółko obijając się o przechodniów, aż w końcu... JEST! Zaraz... Długie.. Twarde... No nie. Sztuczny organ męski? Zdejmuję bandankę, a moim oczom ukazuje się wielki, dorodny, soczysty... banan. Tak więc przyszło mi wytatuować sobie na pośladku banana.
Znajomi pękali ze śmiechu, chociaż uważam, że mogło mi się trafić coś gorszego. Jako iż jestem bardzo dumna, nie wycofałam się z zakładu, choć pozwolili mi "spasować". I tak właśnie jeszcze tego samego dnia miałam na zderzaku nowego przyjaciela.
Karolina i Damian do dzisiaj są super małżeństwem. Ja byłam świadkiem na ich ślubie. Jako jedyna miałam żółtą suknię z naszytymi bananami, którą podarowała mi panna młoda i która nie przypadła żadnemu z gości do gustu. My jednak wiemy :)
W rodzinie nikt nie wie o moim małym sekrecie.
Staram się być bardzo, bardzo silny, ale już mi nie wychodzi.
Nie mam czasu ani pieniędzy, żeby skorzystać z opieki psychologa.
Mój ojciec zmarł, gdy miałem osiem lat. Słabo go pamiętam - kilka miłych wspomnień. Mnie i moje dwie młodsze siostry wychowywała i utrzymywała mama (plus renta po tacie). Wcześniej dziadkowie pomagali, ale już nie żyją. Mama pielęgniarka, nigdy się nie przelewało, ale dawaliśmy radę.
Jestem na trzecim roku studiów informatycznych, pracuję od kilku miesięcy jako młodszy programista i opiekuję się siostrami. Jedna jest w ostatniej klasie SP, druga w LO.
Od roku mama choruje, a choroba postępuje bardzo szybko. Rak płuc, piersi, od niedawna przerzuty do mózgu i kości. Nigdy nie paliła... Jest po operacjach i chemii, ale to nic nie daje. Lekarz kilka dni temu powiadomił mnie telefonicznie, żebym przygotowywał się na najgorsze. Nie możemy jej odwiedzać, raz dziennie udaje jej się zadzwonić do nas na wideo rozmowę, ale jest tak wykończona, że rozmowa nie trwa więcej niż 10 minut...
Nie byłem przy niej od trzech tygodni, nie wpuszczają do szpitali osób z zewnątrz, żeby nie zaraziły tych najbardziej chorych i osłabionych koronawirusem - rozumiem to, ale wcześniej byłem u niej codziennie, siostry też. A teraz ona odchodzi, a nas przy niej nie ma. Jest sama, gdy potrzebuje nas najbardziej. Nie mogę sobie wyobrazić, jak jest samotna...
Siostry widziały już mamę w złym stanie i myślą, że to przez chemię. Nie potrafię wyprowadzać ich z błędu. Wszyscy siedzimy w domu, uczymy się zdalnie, też pracuję zdalnie. Daję z siebie 100%, żeby nie myśleć o mamie. A gdy dziewczyny idą spać, szukam informacji jak teraz załatwiać sprawy pogrzebowe, jakie formalności trzeba dopełnić, gdy umiera rodzic (siostry są jeszcze nieletnie), jak wygląda dziedziczenie (mieszkanie), zamykanie kont bankowych itp. Rozdziera mnie to od środka normalnie. Nie mogę spać, piszę program i pracę dyplomową po nocach. Już umówiłem się z szefem, że od maja będę na całym etacie, nie idę na magisterskie, mimo iż to było ogromne marzenie mojej mamy.
Myślę, że finansowo sobie poradzimy, gdy będę pracował na cały etat. Zawsze byliśmy zgranym rodzeństwem i odciążaliśmy mamę w pracach domowych, także tu też wszystko ogarniemy. Jednak przeraża mnie to, że wszystko jest na mojej głowie, że jestem odpowiedzialny za wszystko.
Jeszcze rok temu chodziłem na luzie do pracy, żeby się czegoś nowego nauczyć, doszlifować umiejętności. Miałem dziewczynę, umawiałem się z kumplami ze studiów na imprezy. Teraz to wszystko jest jakimś dziwnym wspomnieniem.
Jestem cholernie bezradny i nie mam na nic wpływu. Nie umiem się pogodzić z tym, że zaraz jej nie będzie. Że to koniec. Chce mi się ryczeć, wyć, ale nie mogę pozwolić, żeby siostry nie miały we mnie oparcia... Jestem już tak tym wszystkim zmęczony. Mam dość...
Pewnego dnia na spontanie, postanowiłam pojechać do rodziców na weekend, a tak się jakoś złożyło, że chwilę wcześniej wyjechali od nich moi dziadkowie.
Kiedy do nich jeżdżę (do rodziców, nie dziadków), nie zabieram ze sobą takich rzeczy jak szampon, mydło czy pasta do zębów, ponieważ mogę korzystać z tych, które są u nich w domu.
Dojechałam na miejsce, przespałam się i następnego dnia rano zeszłam do łazienki umyć zęby, ale przeszukałam wszystkie szafki i nigdzie nie mogłam znaleźć pasty do zębów, poszperałam jeszcze chwilę i znalazłam schowaną głęboko nieznaną mi kosmetyczkę, a w niej tubkę z wielkim napisem Colgate, więc ochoczo otworzyłam tubkę. Pachnie ładnie, ma taki uroczy kolor, to wycisnęłam pastę na szczotkę i zaczęłam szorowanie. Smak gumy balonowej zmusił mnie do stwierdzenia "Ta pasta jest za*ebista".
Mija chwila i czuję, że zaczyna być jakoś dziwnie, bo coraz ciężej się rozprowadza, a i wcale się nie pieni, no ale trudno, wyjmuję szczoteczkę, zaciskam zęby, żeby umyć front i... już nie mogłam szczęk otworzyć.
Mama woła na śniadanie, ja w panice myślę co jest kurła grane i próbuję otworzyć buzię, ale nic z tego.
Ta pachnąca, różowa, za*ebista pasta o smaku gumy balonowej okazała się być klejem do protez.
PS Nie polecam, cały dzień męczyłam się z pozbywaniem się tego g**na. Śniadania ostatecznie nie zjadłam, a mama stwierdziła, że jestem na nią obrażona, bo się nic nie odzywam.
Mieszkam w 40 tys. mieście, pracuję w banku. Mam już serdecznie dość starych, podłych ludzi. Jeśli kiedykolwiek będę się tak zachowywać będąc po sześćdziesiątce, zabijcie mnie.
Odkąd zaczęła się pandemia, nie wychodzę z domu. Wyłącznie do pracy i z powrotem, narzeczony ma obecnie urlop, robi zakupy raz na dwa tygodnie. Nie wychodzę, bo codziennie mam styczność z 200 ludźmi. Boję się, że kogoś zarażę sama będąc nieświadoma. 99% klientów, którzy w obecnej sytuacji przychodzą do banku, to osoby 60+. Po co przychodzą cztery razy w tygodniu? Sprawdzić stan konta, opłacić rachunek za każdym razem, gdy tylko pojawi się coś w skrzynce, a nie zbiorczo, wypłacić 50 zł zamiast w bankomacie, bo „lubi nas odwiedzać”...
Od tygodnia dezynfekuję tylko moją część biurka, jeśli się zarażą, może mniej idiotów pozostanie. Po cichu liczę, że koronawirus zdziesiątkuje populację bezmyślnych staruchów.
Dodaj anonimowe wyznanie