#25GZM

Spotykałam się już dłuższy czas z pewnym facetem. Któregoś razu zaprosił mnie jako towarzystwo na urodziny kogoś z jego bliskich znajomych 15 km od naszej miejscowości. Było to moje pierwsze spotkanie z tymi ludźmi, jak i pierwsza wspólna noc, bo mieliśmy zostać tam na noc.

Początek iście cukierkowy. Dbał o to, czy niczego mi nie brakuje, robił wszystko, bym czuła się swobodnie, jak wśród swoich.

Wszystko do czasu... Wystarczyło, że alkohol zaszumiał w głowie i zupełnie go nie poznawałam. Był chamski, arogancki, bezczelny i rzucał takimi obrzydliwymi tekstami w moim kierunku, że nawet jego znajomi stawali w mojej obronie.

Skończyło się na tym, że w środku nocy przyjechał po mnie znajomy i zabrał mnie do domu, bo nie byłam w stanie wytrzymać z tym człowiekiem ani chwili dłużej pod jednym dachem.

I tak właściwie zakończyła się nasza znajomość. Był skreślony, ale sądziłam, że jak wytrzeźwieje to mi to chociaż wyjaśni i przeprosi. Skończyło się stosem pretensji i wyzwisk, bo to przecież ja byłam niepoważna wracając do domu w środku nocy i robiąc mu wstyd przed znajomymi...

A teraz najlepsze. Ten człowiek jest z zawodu psychologiem. Pracuje w wielu publicznych placówkach z trudną młodzieżą, jak i udziela się medialnie jako ekspert w swoim fachu...

#gQWcy

Wykorzystuję swojego stalkera.

W mojej pracy przeniesiono mnie do nowego działu. Praca w nowym dziale bardzo szybko okazała się strasznie nudna. W ciągu godziny potrafiłam wykonać wszystko, co było zaplanowane na cały dzień. Dodatkowo wszystkie strony internetowe w biurze były zablokowane.

I tutaj na pomoc zjawił się nowy kolega z nowego działu. Sympatyczny, miły chłopak - nazwijmy go X - który zaproponował, że zainstaluje mi komunikator, przez który będziemy pisać w wolnym czasie w pracy, dzięki czemu nie będziemy się tak nudzić. Skorzystałam z tej opcji i zaczęliśmy pisać praktycznie cały czas przez te 8 godzin.

Pierwsze czerwone flagi pojawiły się dość szybko. X zaczął po tygodniu pisania przez komunikator mówić mi, że jestem najważniejszą osobą w jego życiu. Mówił mi, jak bardzo się cieszy, że mnie poznał i że dzięki mnie wszystko jest lepsze. Opowiadał o swoich największych tajemnicach podkreślając co chwila, że jestem idealna. Wówczas mówiłam, by przestał i się uspokoił i w końcu to zrobił. Przynajmniej tak myślałam.

Pewnego dnia na FB napisał do mnie kolega z pracy i jednocześnie przyjaciel X. Wysłał mi screeny rozmów z X, gdzie ten wysyłał mu moje zdjęcia z ukrycia. Były to zdjęcia z różnych dni. Pierwszym było zdjęcie przedstawiające mnie wsiadającej do auta przed naszą firmą. Kolejnym jakieś zdjęcie na stołówce. Ostatnim zdjęciem było... zdjęcie domofonu z moim nazwiskiem. Zdjęć było więcej. Przyjaciel X powiedział, że początkowo nic nie mówił, bo wyglądało to jak głupie żarty, jednak kiedy zobaczył, że ten człowiek przyjechał pod mój dom w okresie świąt, bo nie pisałam do niego przez ten czas, to postanowił mnie ostrzec. Dodam tylko, że mieszkam na wsi i do miasta w którym pracuję i jednocześnie zamieszkania X dojeżdżam 30 minut w jedną stronę.

I mimo wszystko... nic z tym nie robię. X przynosi mi słodycze, kupuje kawę z automatu, czasami postawi obiad na stołówce, poczęstuje papierosem. Jednak mimo wszystko głównym aspektem, dla którego dalej z nim piszę jest fakt, że naprawdę nie chcę wrócić do patrzenia w ekran monitora przez 7 godzin. W telefonie siedzieć też nie mogę, ponieważ w moim biurze są kamery. Obecnie szukam pracy, ponieważ na tej mi nie zależy, a muszę się odciąć od tego człowieka. Wykorzystuję zatem X tylko po to, by nie musieć zamykać i otwierać tego samego pliku przez godzinę i próbuję ignorować fakt, że ten człowiek może mnie śledzić w drodze do domu.

#srjuA

Dziesięć lat temu szukałam pokoju do wynajęcia w mieście, w którym pracowałam. Mieszkałam jeszcze u rodziców, ale chciałam być bliżej pracy, na wynajęcie mieszkania nie było mnie stać.
Znalazłam pokój u pewniej z pozoru miłej starszej pani. Do końca miesiąca miał tam mieszkać chłopak, a ja miałam się wprowadzić po nim. Podczas rozmowy zapoznawczej pani zaczęła strasznie na niego narzekać. Wypowiadała mu umowę, bo nie odkurzał, nie kąpał się, nie prał ubrań i śmierdział, nie mył naczyń, nie spuszczał wody w toalecie i wracał bardzo późno do domu, tak że ją za każdym razem budził.
Wcale jej się nie dziwiłam, że chciała się pozbyć takiego syfiarza.

Pierwszy dzień mieszkania z tą panią był całkiem OK.
Niemniej po trzech dniach zaczęły się problemy. Najpierw było, że za często się kąpię i powinnam się kąpać raz na trzy dni. Potem zaczęło się czepianie o to ile razy korzystam z toalety. Że każde spuszczenie wody słono ją kosztuje i powinnam chodzić się załatwiać tylko 3 razy dziennie i nie więcej.

O gotowaniu czy zmyciu naczyń mogłam zapomnieć, miałam jeść i pić z tych samych naczyń przez kilka dni, żeby nie marnować wody. Z pralki nie wolno mi było korzystać, brudne ciuchy woziłam do rodziców. O odkurzeniu pokoju też mogłam zapomnieć, bo szkoda prądu i worków, był tam dywan, który po prostu zwinęłam, żebym mogła chociaż zamieść gołą podłogę.

Wracałam z pracy po 14, dla niej to było za wcześnie i powinnam jeszcze iść gdzieś do znajomych czy na imprezę, byle nie siedzieć w domu i nie marnować jej prądu i wody. A jak zostałam na weekend, to wypominała, że powinnam pojechać do rodziców jak mam wolne. Czyli słowem, miałam płacić za pokój i najlepiej w nim nie mieszkać.

Ale że ja nie dam sobie w kaszę dmuchać, stawiałam się i po prostu robiłam swoje, kąpałam się ile razy chciałam, korzystałam z toalety ile razy chciałam itp. Potem wysłuchiwałam litanii, że marnuję prąd i wodę, ale za coś przecież płaciłam, prawda? I to niemało, bo pół mojej wypłaty za pełen etat.

Teraz pewnie zapytacie dlaczego nie rozwiązałam umowy od razu, jak zaczęły się problemy. Otóż pani wzięła dużą kaucję i w umowie zastrzegła, że jeśli rozwiążę ją przed czasem, kaucji mi nie zwróci. Żałuję, że nie udało mi się wcześniej porozmawiać z tym chłopakiem, ale ja go nawet nie widziałam.
Wyniosłam się jak tylko skończyła się umowa, na szczęście trwała tylko trzy miesiące. Pani była wielce zła, bo musiała szukać nową osobę i coś tam jęczała, że jak nikogo nie znajdzie, to się nie utrzyma sama, ale nie było mi jej ani trochę żal. Dodam, że wypalała dziennie półtorej paczki drogich papierosów (co sama mówiła) i przez to nie miała pieniędzy. Jak się wynosiłam, przyszła chętna na pokój dziewczyna, poczekałam na nią pod blokiem i jak wychodziła, powiedziałam co i jak.

#VJM6P

Jestem z moim partnerem już 2 lata i co ważne, jest ode mnie 22 lata starszy, a ja sama mam 23 lata. Ludzie często zakładają, że jestem z nim dla kasy (co oczywiście nie jest prawdą, oboje mamy podobny status materialny). Ogromną przykrość sprawiają mi pytania ludzi typu: "Co jest z tobą nie tak, masz jakieś zaburzenia?", "Nie miałaś ojca?", albo wprost stwierdzają, jak moja była już przyjaciółka, że jestem dziwką, bo nie ma wytłumaczenia na taki "wynaturzony związek" innego niż kasa partnera.

Zawsze staram się, żeby on nie słyszał takich przytyków (bardzo przeżywa różnicę wieku i nie do końca potrafi sobie to ułożyć, boi się o przyszłość). Co w tym anonimowego? Pomimo wszystko nieprzyjemności zawsze się zdarzają i wykształciliśmy sobie taką niecodzienną "taktykę obronną", a mianowicie jak ktoś tylko zapyta "ale dlaczego?", to odpowiadamy "Ja jestem z nim dla kasy, a on ze mną dla młodego ciała". Wiem, strasznie to głupie, ale działa i mamy święty spokój, a pytający zazwyczaj pali buraka.

#jtmeO

Do napisania żalpostu skłoniło mnie zdjęcie, które zobaczyłam na pewnej grupie. Zdjęcie ząbków, a raczej czarnych kraterów (u trzylatki), nad którymi zebrała się ropa. I pytanie "co zrobić?", "córka nie daje się dotknąć". Najlepiej domowymi sposobami, bo dentysta i szczoteczka to zło. Bo to przecież normalne, że trzyletnie dziecko o sobie decyduje.

Jak można tak skrzywdzić dziecko?
Dlaczego niektórzy nie potrafią poświęcić dwóch minut rano i dwóch minut wieczorem, by nauczyć i wyrobić dziecku nawyk, że o zęby trzeba dbać?
Jest rok 2020, a nadal spotykam dzieci z próchnicą, których rodzice nie są świadomi, że bez odpowiedniej opieki może ciągnąć się całe życie. To nie tylko dzieci ludzi z marginesu. To również dzieci z normalnych domów, co boli tym bardziej.

Próchnica to straszne gówno. Wiem, co piszę. Byłam takim dzieckiem. Byłam dzieckiem, któremu fotograf mówił "uśmiechnij się... a nie, lepiej nie". Byłam dzieckiem, którego rodzice w dzieciństwie nie zadbali, by samo umiało właściwie zadbać o swój uśmiech. Z chorych mleczaków zrobiły się chore zęby stałe. Zawsze szybko, niedokładnie. Pierwsze zęby stałe złapały próchnicę od mleczaków, które jeszcze zostały. Nikt odpowiednio się nie zainteresował, a niestety - dziecko samo tego nie zrobi, póki nie zacznie boleć.

Jak zaczęło boleć, było już tragicznie. Między 13-14 rokiem życia miałam usunięte już 6 zębów stałych. Reszta leczona kanałowo i lepiona plombami jak się dało. Kilka lat był spokój, w międzyczasie miałam leczenie ortodontyczne i myślałam, że mój koszmar się skończył. Niestety nie na długo. Dwa lata po ściągnięciu aparatu straciłam kolejne dwa zęby, które pękły w pół. Były leczone kanałowo i niestety tak się zdarza. Podobno. Tydzień temu pękł kolejny. Prawdopodobnie jego też stracę. Plomby, które noszę również siadają. To, co zostało z moich własnych zębów - kruszy się i wypada.

Mam 25 lat. Wiem, że jestem skrajnym przypadkiem i zrobiłabym wszystko, by po prostu tego nie przechodzić. I zrobię wszystko, by nie przechodziły tego moje dzieci.

Na dzień dzisiejszy leczenie będzie wynosiło około kilkadziesiąt tysięcy. Siadają mi stawy skroniowo-żuchwowe, mam ciągłe bóle głowy i trudności z jedzeniem. Czeka mnie ponowne leczenie, bo wszystko psuje się od środka, ewentualne korony i mosty, by jakoś to poskładać do kupy. Mnóstwo bólu, wycia pod prysznicem, by nikt nie zobaczył, jak bardzo ta banalna, błaha walka mnie wykańcza.

Nie róbcie tego swoim dzieciom. A jeśli widzicie, że ktoś zaniedbuje je pod tym względem - zwróćcie uwagę. Piszę to na tej grupie, bo jest szczególnie bliska mojemu sercu. W internecie bywam śmieszkiem, ale niestety w realu walczę sama ze sobą. Niestety nie jestem gotowa napisać to jako ja. Czuję wstyd i zażenowanie, ale jeśli chociaż jedna osoba po przeczytaniu tego zadba o siebie i swoje dziecko - to super.


A wystarczyłoby tak niewiele... Dwie minuty rano i dwie minuty wieczorem.

#srQjK

Jak miałam 19 lat zmarli moi rodzice, mieli wypadek samochodowy, reszty rodziny tak naprawdę nie miałem, tylko dziadków od strony matki, którzy niewiele mogli pomóc.
Przez ich wypadek, sprawy urzędowe, spadki, kredyty i tak dalej dostałem depresji. Momentami bywało gorzej, momentami lepiej, najgorzej było po pierwszej "próbie" samobójczej. Na całe szczęście wymiękłem w trakcie i postanowiłem przeć dalej, najgorzej było gdy miałem 23 lata, wtedy też podjąłem decyzję życia - idę do wojska.

I wiecie co? To była najlepsza decyzja życia, wojsko mnie całkowicie wyleczyło z depresji, mimo że momentami już naprawdę miałem dość życia i chciałem po prostu ze sobą skończyć. W trakcie służby przygotowawczej miałem przez większość czasu takie myśli, nie chciało mi się, ale chciałem chociaż spróbować.

Potem nastąpił przydział do plutonu i bazy, wszystko sam sobie wybrałem, tam poznałem swoich prawdziwym przyjaciół, depresja zaczęła mnie opuszczać, finalnie depresja zniknęła w Iraku.
Tam nie było ja, ty, byliśmy tylko my, zawsze i wszędzie byliśmy "my", nigdy nie miałem problemu, to "my" mieliśmy problem.
Sama świadomość tego, że jestem otoczony ludźmi, którzy byli gotowi rzucić wszystko byle mi pomóc była dla mnie ważna, mogłem na nich zawsze polegać, do tego stopnia, że pewnego dnia się po prostu rozpłakałem w bazie. Ci, którzy wtedy byli z mojego oddziału natychmiast chcieli mi pomóc, wypytywali co się stało, więc cóż, opowiedziałem im. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaka to była dla mnie ulga, móc po tylu latach to w końcu z siebie wyrzucić.
Nikt o mnie źle nie myślał, nikt też nie myślał o mnie jak o "mięczaku", cieszyli się, że głupim słuchaniem zapłakanego faceta mogli mi pomóc.

#AE7kp

Im bardziej się denerwuję, tym bardziej chichoczę. Nic z tym nie umiem zrobić. Nie mam pojęcia czemu tak jest. Dużo ludzi uważa, że to urocze, ale to czasem bywa groźne. Jak na przykład w końcówce ostatniej ciąży.

W 8/9 miesiącu ciąży poszłam sobie z synem na pobliski placyk zabaw ulokowany w pobliżu domu, w parku przy większej ulicy. Placyk był malutki: zjeżdżalnia, bujak, murek do skakania. Syn był dzieckiem raczej posłusznym, jednak tamtego dnia zachował się całkowicie inaczej. Miał wtedy około 2 lat i 3 m-cy.

Zobaczył nagle autobus i zaczął biec w jego stronę wołając "Tobus". Pojazd sunął właśnie wzdłuż głównej ulicy. Nim się zorientowałam, synek rozpędził się na swoich grubych nóżkach do niezłej prędkości. Niezwłocznie pognałam za nim. Jednak ze stresu zaczęłam chichotać, co sprawiło, że niemal nie mogłam biec. Dodatkowo brzuch zaczął mi podskakiwać, potęgując mój chichot. Złapałam brzuch od dołu i starałam się nadążyć za synem. Na skutek stresu, biegu i chichotu stało się - zaczęłam popuszczać mocz (a było wówczas lato i miałam krótkie spodenki i t-shirt).

Syn dalej biegł w kierunku ulicy. Autobus stał na światłach. Zdumieni ludzie na przystanku patrzyli na dorodnego 2-latka i goniącą go ciężarną, niemal omdlewającą od chichotu matkę, która podtrzymując dwiema rękami brzuch i próbując opanować śmiech krzyczała "hi, hi, synku, wróć!" na co dziecko oczywiście reagowało zwiększeniem obrotów, myśląc, że mama się z nim bawi.

Byłam zjawiskiem tak zaskakującym, że nikt z oczekujących ludzi nawet się nie poruszył.
Tymczasem mała petarda dobiegła do przystanku (jakieś 200 m), na którym zatrzymał się już autobus. Jego drzwi się otworzyły i malec... wskoczył do środka.

Jakoś doturlałam się do autobusu, ale tak się śmiałam, że nie mogłam wejść do środka, mając równocześnie przerażającą świadomość, ze mój syn już tam jest.
Na szczęście jakiś mężczyzna zauważył, że dziecko wsiadło samo, a jakaś kobieta przerażająco śmieje się na przystanku i bez zbędnego zastanawiania się złapał mojego syna pod pachy i wyskoczył z nim z autobusu, nim ten odjechał.

A ja stałam na przystanku, dalej chichotałam, ale zaczęłam też szlochać (ze szczęścia i z przerażenia) i wciąż popuszczałam mocz. Mężczyzna zobaczył w jakim jestem stanie i bez pytań odprowadził nas najpierw do parku na ławkę, mówiąc, że czegoś takiego to jeszcze nie widział i putał jak można w takim stanie samemu wychodzić z domu oraz gdzie jest mój mąż i dlaczego na to pozwala.
Nigdy wcześniej nie miałam tej przypadłości aż w takim nasileniu. Do końca ciąży nie ruszałam się z synem sama z domu.

Przypomniało mi się o tym dzisiaj, bo ścigaliśmy się z synem do drzwi przedszkola. I ZNOWU zaczęłam tak chichotać, że o mało nie popuściłam.

PS. Syn wygrał.

#m0CWP

Pracuję w nieruchomościach.
Siedząc w kancelarii notarialnej, podpisywałam z klientką umowę zakupu mieszkania. Kancelaria znajduje się w zabytkowej części mojego miasta, toteż klientka (starsza kobieta) zaczęła opowiadać o swojej młodości. Wspomniała, że kiedyś, jeszcze na studiach, mieszkała na stancji znajdującej się przy tej samej ulicy pod numerem 3. Mieszkała razem z koleżanką u trochę od nich starszego mężczyzny, który mieszkanie odziedziczył po ojcu.
Czasy były ciężkie, razem z koleżanką zarabiały grosze i ledwo było stać je na opłaty, więc razem ze współlokatorką pozwalały się właścicielowi podglądać w kąpieli.

Ja - szok.
Notariusz - szok.
Moja babcia do swojego męża, kiedy opowiadałam tę historię - "Kochanie, czy to nie było twoje mieszkanie?".

#VtaYx

Moje życie niszczą mi kosmiczne wzdęcia i wieczne wiatry.
Nie pomagają mi żadne leki, moje ciało takie jest i już, jestem jednym wielkim pierdotworem! Nie jestem gruby, nie jem fast foodów, zdrowa, zbilansowana dieta pozwoliła mi na zmniejszenie wiatrów wytwarzanych przez moje flaki, mimo to każda podróż lub wyjście na imprezę to koszmar, bo bez przerwy chce mi się strasznie pierdzieć! To nawet nie są smrodki, to często bezzapachowe zefirki, ale moja trąba przy ich wypuszczaniu wydaje takie dźwięki, jakby to był co najmniej wybuch wulkanu albo bomby! Ciągle ściskanie pośladków w pociągu bądź na imprezie powoduje koszmarne kolki i bóle, żaden lek mi nie pomaga, robiłem badania i mój organizm po prostu tak ma, połykam podobno za dużo powietrza i ono musi gdzieś ujść. Po prostu jestem pierdzielem.

#KCYRT

Mąż zostawił mnie samą z naszym 4-miesięcznym synem. Odszedł do innej, sam zaproponował, że zrzeknie się praw do dziecka. Bolało jak diabli. Naturalna sprawa. Po rozwodzie nie mieliśmy już żadnego kontaktu. Och, jak ja dziękuję za tak cudowną rodzinę i przyjaciół, bo nie wiem co bym w tamtym czasie zrobiła, jak bym sobie dała radę.

Parę lat później ułożyłam sobie życie z moim obecnym mężem. Dorobiliśmy się razem własnej firmy na obczyźnie, która całkiem nieźle się kręci już od ładnych paru lat, a nawet lepiej niż nieźle, bym powiedziała. W skrócie - spełniły się moje marzenia o cudownej rodzinie, pracy i pieniądzach. Przejdźmy teraz do konkretów.

Styczeń, początek roku. 22 lata po rozwodzie. Jakiś szaleniec próbuje się dostać na teren firmy i wykrzykuje moje nazwisko. O wszystkim powiadamia mnie ochrona. Gdy sytuacja się trochę uspokoiła, zeszłam na dół dowiedzieć się czegoś więcej. To był mój były mąż...

I teraz uwaga - żąda ode mnie 2 milionów złotych dla jego 3-letniego synka na leczenie! I nie, nie zapytał co u naszego syna, czy zdrowy, co w życiu porabia, jak wygląda itp. Nic. Żądał pieniędzy na swojego syna, bo ten choruje, a skoro ja mam pieniądze, to mogę mu dać.

Jedyne co mu wtedy dałam, to w mordę, i obietnicę wezwania policji, jak się nie wyniesie. Nie jest mi go żal, ani tego chłopca. Może jestem jakąś starą suczą bez serca, możliwe, ale mamy już fundację, którą wspieramy, wspieramy też dom dziecka. Nie czuję się w obowiązku dawać pieniądze każdemu, kto o nie mnie poprosi. A już zwłaszcza komuś takiemu. Krew się znowu we mnie gotuje.
Dodaj anonimowe wyznanie