Kojarzycie zdjęcia zmarłych na nagrobkach? Kiedyś wracając z pogrzebu ojca mojej przyjaciółki szłam alejką i częścią cmentarza, po której zazwyczaj nie chodzę, i oglądałam sobie mijane nagrobki.
W pewnym momencie wzrok mi się zatrzymał na zdjęciu pewnej dziewczyny. Po prostu mnie zamurowało, jak ją zobaczyłam. Czułam, jakbym patrzyła na siebie - rysy twarzy, nos, usta, to było żywcem moje zdjęcie. Zupełnie nie wiedziałam co o tym myśleć, dziewczyna miała nawet tę samą datę urodzenia, jedyne co nas różniło to fakt, że ona nie żyła od dwóch lat.
Spisałam jej wszystkie dane i z początku sama nie wiedziałam po co, ale to wszystko nie dawało mi spokoju, szczególnie że wiedziałam, że byłam adoptowana. Po jakimś czasie zaczęłam wypytywać rodziców o moją biologiczną rodzinę (czego nigdy wcześniej nie robiłam, miałam do nich ogromny żal) i zatrudniłam detektywa, żeby dowiedział się o co w tym wszystkim chodzi.
Wiecie co się okazało? Dziewczyna z cmentarza była moją siostrą bliźniaczką. Co lepsze, to nie była moja jedyna siostra. Urodziłyśmy się jako trojaczki, jednak one nigdy nie zostały oddane do adopcji, wychowali je nasi biologiczni rodzice.
Spotkałam się z Leną, moją żyjącą siostrą. Pojechałam do innego miasta, do baru gdzie pracowała, nie miała pojęcia o moim istnieniu. Ciągle powtarzała, że jestem Wiktorią (tą która zmarła), dopiero jak pokazałam jej swój dowód osobisty i dokumenty, jakie udało mi się zdobyć, to mi uwierzyła.
Niedługo minie pięć lat, od kiedy odzyskałam siostrę, a ja wciąż nie mam odwagi pójść do biologicznej rodziny. Lena im nie powiedziała, że mnie spotkała, bo cholernie się boję. Boję się tego, co usłyszę, powodu, dla którego mnie zostawili. Mimo że kocham ludzi, którzy mnie wychowali, to codziennie zadaję sobie pytanie dlaczego zostałam oddana do adopcji. Byłam gorsza? Mniej rozwinięta? Brzydsza? Co sprawiło, że odrzucili tylko mnie...
Kilka lat temu poznałem dziewczynę o 10 lat młodszą ode mnie.
Żeby nie było, że dziewczyna znaczy małolata - no nie, obecnie dobiega czterdziestki.
Było super, ale od stałego związku odstraszyło ją "co powie rodzina, że mój facet jest o 10 lat starszy ode mnie". Wszystko było na miejscu - rozum, wygląd, seks.
Koniec końców nie udało się, nie miała dość odwagi w sobie, byłem za stary dla niej według jej rodziny.
Parę dni temu spotkaliśmy się przypadkiem. Powiem Wam jedno - jak ja się cieszę, że nie zagrało...
Wówczas fajna babka, może kilka kilo za dużo, ale z gatunku tych "fajniutka".
Teraz? Kto żyw, niech ucieka. Wygląda jakby miała 20 lat więcej niż ma. To, że ma już mocno "grube kości" to pikuś, ale cała reszta to czysty armageddon.
Wiem, większość Was powie, że to płytkie, ale serio - nie widzieliście jej.
Mówiąc krótko - czar prysł.
Jakiś czas temu moi rodzice po kilku latach w końcu ukończyli budowę naszego nowego domu. Mieszkamy tu mniej więcej od kilku miesięcy. Z początku byłam przeszczęśliwa, w końcu po latach życia w małym mieszkaniu w bloku miałam piętrowy dom pod lasem, ładnie urządzony i nowoczesny. Szybko jednak stwierdziłam, że coś tu jest nie tak.
Często wieczorem, gdy już zapadała cisza, zdarzało mi słyszeć jakieś pukanie, szurania, jakby kroki. Raz pode mną, raz gdzieś ze ścian. Było to dziwne, bo mój pokój mieści się na strychu, a obok jest jedynie łazienka. Z początku nie zwracałam na to aż takiej uwagi, przecież to mogły być jakieś rury albo po prostu hałas z parteru jakoś dociera na moje piętro i wydaje się, jakby powstawał tam. Mimo tego z czasem nie mogłam już spać, potrafiłam leżeć prawie do rana i nasłuchiwać dziwnych dźwięków. Zaczęły mnie coraz bardziej niepokoić, więc powiedziałam w końcu o tym rodzicom. Niestety są bardzo wierzący i od razu stwierdzili, że to mogą być duchy, po czym tata oznajmił, że skontaktuje się zaraz ze znajomym księdzem. Ksiądz faktycznie przyjechał, mówiąc, że czuje tu jakąś złą energię. Poświęcił dom i kazał nam się wszystkim codziennie modlić. Ja tego nie robiłam, nie jestem wierząca. Poza tym poświęcenie w niczym nie pomogło, wciąż słyszałam te dziwne szmery i hałasy. I to tylko na strychu, u rodziców na parterze było cicho.
Pewnej nocy miałam wręcz wrażenie, że te dźwięki dochodzą z jakiegoś miejsca obok mnie i spanikowana pobiegłam zapalić światło. No i przyłapałam duchy na gorącym uczynku. A raczej myszy. Nikt nie podejrzewał, że mogą zalęgnąć się w świeżo wybudowanym domu. A jednak. Stukanie i pukanie, które słyszałam, wcale nie było stukaniem i pukaniem, a dźwiękami ich poruszania się po pokoju. Były też w łazience, stąd wydawało mi się, że słyszę coś ze ścian. Myszy to zwierzęta nocne, więc za dnia gdzieś się chowały, a w nocy wychodziły. Gdy nagle zapaliłam światło, udało mi się zauważyć dwie z nich wbiegające za komodę. I okazało się, że mogłam na to wszystko wpaść o wiele wcześniej. Kompletnie nie zauważyłam, że kilka rzeczy nosiło ślady pogryzienia, np. kartony z jeszcze niewypakowanymi rzeczami. Pod wanną natomiast znalazłam mysie odchody, a jakaś stara paczka krakersów leżąca na półce pod biurkiem została wyraźnie napoczęta.
Ciekawe, co na to ksiądz...
PS Tata się zmieszał i powiedział, że nie będzie do niego dzwonić, żeby powiedzieć, że sprawa duchów już się wyjaśniła.
W gimnazjum, do którego chodziłem, były dziwne zasady dotyczące ubioru: dziewczyny mogły chodzić w krótkich spodenkach, a chłopacy nie. Zdaniem wychowawczyni chodziło o względy estetyczne — jej zdaniem męskie „odnóża” (tego słowa użyła) są brzydkie.
Czym charakteryzują się ludzie profesjonalnie uprawiający sztukę "dej"? Większość odpowiedziałaby zapewne: słabością do alkoholu, chronicznym brakiem pieniędzy rzutującym negatywnie na jakość życia, niskim poziomem higieny i liczbą dzieci od czterech wzwyż. I chociaż obraz ten pasuje do wielu polskich rodzin, nie każdą osobę utrzymującą się z "co łaski" można łatwo rozpoznać na podstawie tych cech.
Moja matka poślubiła tatę chcąc położyć łapę na jego pieniądzach, a gdy prowadzona przez niego firma popadła w tarapaty, jak gdyby nigdy nic kopnęła go w tylną część ciała. Pobiera od niego alimenty na mnie, swoją jedyną córkę, przy okazji spotykając się z bogatszymi mężczyznami i raz za razem wyciągając od nich prezenty i kolacje w ekskluzywnych restauracjach.
Matka kala się pracą sporadycznie, dorywczo i wyłącznie "na czarno", głównie po to, by wesprzeć którąś ze swoich licznych "sponsorek". Jest niezwykle wprawną manipulatorką i z zaskakującą dla mnie łatwością zjednuje sobie rzesze ludzi. Przymila się, doradza, prowadzi wielogodzinne rozmowy, udaje najlepszą przyjaciółkę, jednocześnie za plecami obgadując ich że aż miło. Wszystko po to, by powołując się na swoją rzekomo fatalną sytuację materialną pozyskiwać od nich pieniądze i różnorakie przedmioty. Jest bardzo aktywna w życiu parafii i robiąc maślane oczka do zawartych tam znajomości błaga o chrześcijańską pomoc. Nie żeby jej naprawdę potrzebowała. Na szczęście nie wydaje pieniędzy na alkohol (który pojawia się u nas rzadko i w małej ilości, jak u normalnej rodziny). Jest za to zakupoholiczką, uzależnioną od wyjść do galerii i znoszenia do domu masy niepotrzebnego badziewia, lądującego gdzieś w kącie po jednym czy dwóch użyciach. Przybory kuchenne muszą leżeć na blatach, a jej ubrania zajmują aż dwie wielkie szafy. Ciuchy uznaje wyłącznie nowe i najlepszych marek, szeptem naśmiewa się z osób o mniej eleganckim wyglądzie. Zapytana o wszystkie te rzeczy odpowiada, że dostała po kimś tam.
Już jako dziecko musiałam pisać pochlebne wierszyki o jej znajomych, by mogła łatwiej wkupić się w ich łaski. Gdy po przyjęciu u mojego znajomego zostało dużo jedzenia, a on pozwolił gościom zabrać część do domu, matka rozanielona pokazywała swoim darczyńcom opakowania słodyczy mówiąc, że zakwalifikowałam się do odebrania paczki z jakiejś fundacji na rzecz biednych dzieci. Zbuntowałam się, gdy kazała mi charytatywnie zatrudnić się w firmie jej przyjaciółki, bo "wy młodzi i tak nic pożytecznego nie robicie, a ona MOŻE ci się kiedyś odwdzięczyć". Nie pójdę na studia, które dla mnie wybrała i nie podaruję jej złamanego grosza. Obawiam się tylko pozwu o alimenty.
Noszę się jak "rasowy dresiarz Sebastian". Nie dlatego, że nim jestem, tylko dlatego, że denerwują mnie ludzie.
Na co dzień pracuję w biurze. Ubiór? Typowy casual. Nadzoruję pracę 40 ludzi. Staram się być komunikatywny, cierpliwy i pomocny. Chyba mogę powiedzieć, że współpracownicy mnie lubią. Wiedzą, że zawsze mogą na mnie liczyć i "pomogę jak mogę".
Po pracy zmieniam swój wizerunek o 180 stopni. Czochram ułożone wcześniej włosy, wrzucam spodnie dresowe, za dużą bluzę z kapturem i kurtkę "ortalion style" Mimikę również wyćwiczyłem.
To wszystko dlatego, że mega irytują mnie ludzie, którzy chcą zagadać lub zapytać o coś. Ulotkarze, reklamiarze, akwizytorzy, działacze wszelkich: "pomóż pan, daj pan". Sąsiedzi i współtowarzysze podróży komunikacją, którzy "szukają znajomych" i zagadują na siłę. Nie chcę ich, nie chcę z nimi gadać, nie obchodzą mnie ich historie, nie chcę, żeby tracili mój czas.
I właśnie kiedyś jak wracałem z treningu, przypadkowo odkryłem, że stereotypowe postrzeganie innych działa na moją korzyść. Ludzie po prostu "boją się" typowego Sebka. Nie zaczepiają mnie albo nawet omijają. Jestem dla nich niewidzialny.
Od tamtej pory zacząłem korzystać z tego stereotypu.
Coś pozornie szkodzącego (postrzeganie), stało się w moim przypadku ogromnym plusem.
Jakieś 7 lat temu zmęczony pracą w korporacji dałem się namówić kumplowi z Anglii, żeby przyjechać do niego na 3 miesiące i szybko zarobić trochę kasy. Zarejestrowałem się w agencji pracy i dostawałem zlecenia głównie w małych fabrykach. W jeden ze słabszych pod względem zleceń tygodni zgodziłem się nagiąć swoje zasady i iść jednorazowo na nockę do fabryki produkującej żywność (choć wszyscy mi mówili - nie idź do jedzenia!).
Zjawiłem się w fabryce produkującej wegetariańskie produkty mięsopodobne i ustawiono mnie z grupką facetów (Polak, Anglik i Węgier powtarzający w kółko "gut dżob, izi") przy półeczce z pasztetami skręconymi w folijkę (jak grubaśne parówki). Naszym wielce prestiżowym zadaniem było czyszczenie końcówek pasztetów z zalegającego tam "mięsa". Powtarzałem sobie wtedy, że żadna praca nie hańbi, czułem się jednak jakbym znalazł się w piekle i musiał czyścić diabłom rzyć za pomocą papierowych ręczniczków. Po paru godzinach pewna starsza Angielka wychyliła się z okienka w ścianie i poprosiła mnie, bym przekazał jakąś informację do kuchni. Gdy otworzyły się przede mną jej wrota, uderzyła we mnie para gęsta i obrzydliwa jak zupa z pomyj i ujrzałem kucharza wyglądającego jak Kuba Rozpruwacz w ohydnym, tłustym fartuchu. Przekazałem co miałem przekazać i uciekłem, rozpaczliwie łapiąc oddech.
Wtedy też wystąpił problem - nie mogłem dłużej czyścić pasztecików, gdyż nabrałem silnego odruchu wymiotnego. Zdesperowany postanowiłem zrobić jedyną dostępną rzecz i podejść z propozycją pomocy do 2-metrowego Roma, którego wszyscy unikali, a który zajmował się pakowaniem tych pasztetów do kolorowych, tekturowych pudełeczek z norweskimi napisami i rysunkiem świni całującej małpę pod choinką.
Rom wcale nie był Romem, a Pakistańczykiem z Kaszmiru. Przedstawił się jako Kudir i zagadał do mnie czystą polszczyzną: "Jak się masz?". Zaszokowany zacząłem wypytywać go o związki z Polską. Okazało się, że Kudir gra dużo na wyścigach konnych, zakładach itp. i gdy za dużo przegrywa, idzie pracować na parę dni/nocy. Kiedyś z 50 tysiakami zł przyjechał do Krakowa, by otworzyć jakiś biznes. Tam miał fajne mieszkanko i miłego gospodarza, z którym szybko się zakumplował. Zamiast pracować więcej jednak imprezował. Gwoździem jednak jego historyjki było to, że jego landlordem okazał się być Kuba Wojewódzki, o czym powiedzieli mu inni jego polscy znajomi i imprezując z nim poznał masę polskich celebrytów, których jednak nie kojarząc traktował jak zwykłych ludzi, czym zaskarbił sobie ich wielką przyjaźń.
Pół nocy słuchałem przeróżnych anegdotek, np. o pijanej Iksińskiej leżącej pod stołem.
Rano pochwaliłem się kumplowi, jaką postać spotkałem. Odpowiedział tylko, że to nie Kudir, lecz Gudir. Jego żona jest Polką, przegrywa głównie jej pieniądze i jest strasznym kłamczuszkiem.
Moja matka jest psychofanką Enrique Iglesiasa. Odkąd pamiętam, zawsze mogliśmy słuchać w domu tylko jego muzyki. Ja mam na drugie imię Henryk, próbowała mnie zmusić do nauki hiszpańskiego, a nawet zabierać na koncerty swojego idola, abym podzielał jej pasję.
Jej zachowanie jest bardzo specyficzne. Jest w fanklubie na fejsie, pełnym podobnie nawiedzonych kobiet. Już pominę to, że jeździ za nim po całej Europie, a zdjęciami jego rodziny chwali się wszystkim częściej niż zdjęciami swojej własnej. Wszędzie w mieszkaniu są rozstawione zdjęcia Enrique i jego dzieci. Na lodówce, na komodzie w ramkach, a jej sypialnia przypomina jeden wielki ołtarz ofiarny poświęcony Iglesiasowi.
Wstydzę się zapraszać do siebie znajomych, ponieważ boję się, że znowu moja mama wyskoczy z "Bajlandoo", poza tym, kurczę, która normalna 40-latka ma obwieszone mieszkanie zdjęciami wokalisty?
Mój ojciec już dawno przestał próbować ingerować w jej miłość do Enrique, a ja już nie wiem co robić.
Ostatnio obraziła się na mnie, bo zdradziłem Enrique Iglesiasa słuchając innej muzyki. Muszę ukrywać przed nią swój gust muzyczny.
Za każdym razem kiedy słyszę "Ooooo, Enio ogłasza trasę!" modlę się, aby było to jak najdalej od nas, tak aby nie mogła pojechać.
Wiem, że w jej przypadku już pora na psychiatrę, jednak boję się tego, że stracę mamę.
Pracuję w gabinecie kosmetycznym. Niecałe dwa tygodnie temu koleżanka miała klienta na długi zabieg (siedziała z nim około godziny sama), który dopiero co przyjechał z Chin. Środków bezpieczeństwa jako tako nie było, po prostu wypuścili go z samolotu, bo nie miał objawów.
Po 12 dniach koleżanka zaczęła mieć objawy: bóle mięśni, gorączka, bóle głowy. Z dnia na dzień jej stan zdrowia diametralnie się pogorszył. Skojarzyłyśmy fakty, szybki telefon do szefowej, potem na infolinię w sprawie koronawirusa. Natychmiastowo kazali jej się stawić w szpitalu zakaźnym. Oczywiście do szpitala pojechała tramwajem.
I teraz my, reszta załogi. Przez cały ten czas, nawet po wystąpieniu objawów, przebywało z nią 6 osób + sporo klientów. Dzwoniłyśmy do sanepidu i na tę nieszczęsną infolinię i jedyne, co nam powiedzieli, to żeby czekać 14 dni i mierzyć sobie temperaturę. Kilka razy podkreślałam, że mamy kontakt z klientami, a nie jesteśmy nawet zaopatrzone w maseczki (uprzedzając pytania dlaczego same sobie ich nie kupimy - stacjonarnie nie ma nigdzie, a szefowa już je zamówiła i czekamy). Przecież to ogromne ryzyko. Jeśli jesteśmy zarażone, to możemy też zarazić innych. Jedyne co usłyszałam, to że ani rząd, ani sanepid nie mają jeszcze żadnego rozporządzenia i nie wiadomo co robić w takiej sytuacji. Szefowa oczywiście gabinetu nie zamknie, bo to strata dla firmy.
I tak mierzymy sobie temperaturę po kilka razy dziennie, ale dopiero jest trzeci dzień od wystąpienia objawów u koleżanki i nic nie wiadomo. Ona leży na zakaźnym i czeka na wyniki, a czeka się długo, bo próbki badają tylko w Warszawie. Jestem przerażona tym brakiem profilaktyki, takim olewactwem i biurokracją. Co z tego, że istnieje duże ryzyko tego, że roznosimy to naokoło? Przecież nie ma rozporządzenia. Dramat.
Mój brat ma 15 lat i choruje na zespół Downa. Ogólnie to fajny chłopak, ale często zdarza mu się np. "nie trafić" do muszli, przez co cała deska bywa brudna.
Ostatnio w nocy nie zdążył do toalety. Rano rozmawia sobie z mamą o ścieleniu łóżka, itp. i nagle mówi "tam jest coś schowane". Wszyscy zastanawiają się na co wpadł mój braciszek i wymieniają wszystkie możliwości: kot, pies, zabawka, jedzenie itp.
A ja z drugiego pokoju krzyczę: "Chyba g*wno!".
Miałam rację.
Dodaj anonimowe wyznanie