#zntQC

Jakieś 6 lat temu byłam na wycieczce w Egipcie. Wiecie, all in i te sprawy.
Trafiła nam się super okazja nurkowania, więc w sumie czemu by nie skorzystać, skoro z lubym oboje lubiliśmy nurkować. 

Po wejściu na łajbę, wytłumaczeniu co tu będziemy robić oraz zasad pod woda, nastała chwila rozluźnienia, a my płynęliśmy nadal do miejsca, gdzie miała odbyć się atrakcja.
Postanowiłam iść do toalety, była to ciasna, mała klitka z zamkiem niczym z toi-toi (taki trójkąt obracany, ledwo trzymający drzwi).
Gdy wypłynęliśmy na pełne morze z zatoki, zaczęło tak huśtać, że te cholerne drzwi się otworzyły...

Goście z pokładu na mnie, ja z gaciami na kostkach w tym szale i wstydzie próbowałam zamknąć te drzwi, po czym poślizgnęłam się i wpadłam do tego kibla...
Tak!!! We własne gówno. Straciłam już godność do reszty i miałam ochotę zapaść się pod ziemię, na szczęście nasza przewodniczka zakończyła ten cyrk i szybko zamknęła drzwi... Śmiechom oczywiście nie było końca, a ja jedyne na co miałam ochotę to wyjść i nigdy nie wrócić. Do tej pory mam w pamięci wzrok tych wszystkich ludzi, gdy te drzwi tak dyndały...

#mSsSy

Mój chłopak bardzo, ale to bardzo pierdzi. Niby naturalne, ale on perfidnie łazi po chałupie i co chwila wymusza pierda. Drażni mnie to. Owszem, uważam, że to naturalne, ale u nas w domu zawsze byliśmy uczeni pierdzenia na osobności o ile to możliwe. Zwracałam mu uwagę, ale on się śmiał.

Chciałam dać mu nauczkę. Dodałam zioła przeczyszczające do zupy i czekałam. No i jak idzie się domyśleć, trochę się przeliczył przy kolejnych pierdach... Na razie jest spokój, zobaczymy na jak długo. A anonimowo, bo oberwało się przyszłej teściowej, że niby zepsutą śmietanę dodała do zupy. Przykro mi, ale przecież się nie przyznam.

#erMtQ

Złamałem ostatnio prawo, wraz z sąsiadami złamaliśmy prawo, ale nie żałujemy i wiemy, że nie podniesiemy odpowiedzialności (najprawdopodobniej).

Kojarzycie syndrom zbieractwa? W skrócie chodzi o to, że osoba nim dotknięta znosi do mieszkania dosłownie wszystko. Do tego dochodzi skrajny brak higieny, zapuszczenie mieszkania, gromadzenie też worków ze śmieciami itd.

Na naszym piętrze jest 5 mieszkań, pięter jest 3, my mieszkamy na 1. Parter jest zagospodarowany jako rowerownia, skrytki lokatorskie itd. Na naszym piętrze w mieszkaniu o pow ok. 40 m kw. mieszka pan Tadeusz (imię zmienione). Pan Tadzio jest zbieraczem, znosi do mieszkania wszystko co tylko się uda i nigdy nie wyrzuca niczego, z jego mieszkania unosi się odór zgnilizny, odchodów, gryzoni itd. tak intensywny, że nawet na ostatnim piętrze klatka schodowa cuchnie okrutnie. Uwierzcie mi, nie ma na takich ludzi sposobu, ani policja, ani sanepid ani nawet opieka społeczna nic mu nie mogą zrobić. Mieszkanie jest własnościowe, pan Tadzio jest (akurat!) poczytalny, więc nie ma jak wpłynąć na to, co robi we własnym mieszkaniu. Do czasu.

Nadarzyła się okazja, pan Tadzio, wnosząc do swojej rezydencji kolejny fotel znaleziony na śmietniku, spadł ze schodów. Rabanu narobił mnóstwo, ktoś wezwał pogotowie, przyjechali, pana Tadzia zabrali.
Jako opiekuńczy sąsiad pojechałem do szpitala zapytać co z nim, bo chłop rodziny nie ma i tylko my się nim "zajmujemy", że może potrzeba mu coś przywieźć itd. Lekarz nie chciał zdradzić szczegółów, ale ugiął się nad losem samotnika i powiedział, że pan Tadzio ma złamane biodro, będzie miał najprawdopodobniej operację i że przez dwa tygodnie najmniej musi zostać w szpitalu.

Pewnie już się domyślacie, co stało się dalej.

Poszedłem do sąsiadów (przez pana Tadzia staliśmy się nie tyle przyjaciółmi, co po prostu ludźmi z tym samym problemem), wszyscy się zgodzili. Mieszkanie pana Tadzia było otwarte, zamówiliśmy jeden z tych kontenerów remontowych i opróżniliśmy mieszkanie ze wszystkiego w trzy dni. Zostały meble, które nie były zgnite i takie przedmioty, które można umyć - szklanki, talerze itd.
Zrobiliśmy zrzutkę i za te pieniądze wymieniliśmy wykładziny, materac, kupiliśmy część ubrań, ręczników itd. Do tego odmalowaliśmy ściany, wyczyściliśmy łazienkę, kuchnię itd.

Nie obchodzi mnie wasze zdanie w kwestii, czy dobrze czy źle zrobiliśmy - wyniesienie czterech zdechłych szczurów i zapełnienie całego kontenera odpadami i zużytymi sprzętami, z których wylazło robactwo wszelakiej maści, przekonało mnie w 100%, że zrobiliśmy to, co należało. Pierwszy raz od dawna można wyjść na klatkę schodową nie martwiąc się, że ubranie przesiąknie odorem lub że jakiś szczur/mysz przebiegnie przed nogami.

Do powrotu Tadzia zostały 3 dni.

#TzVop

Dlaczego facet nie może decydować o losach swoich i swojej rodziny? Dlaczego to kobieta w ciąży ma władzę? Historia mojego kuzyna przyprawia mnie o mdłości, a podzielić się nią publicznie nie mogę, bo ludzie uznają moje zdanie za sprzeczne z naturą kobiety. Trochę pozmieniałam szczegóły, bez wpływu na całokształt.

Kuzyn miał żonę i 2 dzieci, mały domek na przedmieściach, dobrą pracę. Drugie dziecko urodziło się niepełnosprawne. Wydali kupę kasy na leczenie, rehabilitację i dostosowanie domu. No i trafia się ciąża numer 3, jednak tu jest dużo gorzej, dziecko bardzo mocno upośledzone, jak przeżyje, to praktycznie stan wegetatywny do końca swych dni. Lekarz przy tak dużych wadach zaleca aborcję. Żona kategorycznie odmawia, kuzyn jest za. Praktycznie cała rodzina, mimo że w większości ludzie wierzący, staje po jego stronie, bo to głównie oni opiekują się starszą zdrową córką, bo im już brakuje sił, a co dopiero przy następnym niepełnosprawnym dziecku. Ona się upiera, bo to jej dziecko i to ona decyduje. Zaczyna się kłótnia między nimi, padają z jego strony argumenty, że już jest problem, że zaniedbują starszą i gdyby nie pomoc dziadków, to młoda nie osiągnęłaby tego co teraz, bo brakuje im czasu (dziecko bardzo uzdolnione). Nie i już, to jej dziecko, nie jego!

Im ciąża wyżej, tym bardziej wiadomo, że będzie gorzej z dzieckiem, do tego dochodzi, że ciąża jest zagrożona, więc żona leży na zmianę w szpitalu/ w domu i praktycznie nie wstaje. W tym czasie kuzyn ogarnia (stara się z pomocą rodziny) pracę, dom i dzieci. W pewnym momencie ma dość, bo dochodzi do niego, że po prostu nie da rady, bo przecież po narodzinach będzie jeszcze gorzej. Już teraz praktycznie nie bywa w domu, bo po pracy młodszą musi zawieźć do lekarza/ na rehabilitację, starszą na zajęcia dodatkowe, zakupy, posprzątaj, ugotuj, pomóż dziewczynom w lekcjach itd. A jak będzie kolejne, to pomóż przy nim, bo ja muszę odpocząć... I tak dożywotnio, bo biorąc pod uwagę fakt, że druga córka mimo ich wysiłku najprawdopodobniej nigdy samodzielna nie będzie, to jeszcze jedno dziecko z takimi problemami... po prostu żyć się odechciewa.

Tuż przed porodem kuzyn już jako psychiczny wrak człowieka powiedział basta. Złożył pozew o rozwód. Ustalili, że dziewczyny zostają z kuzynem w domu (bo dostosowany), a żona zamieszka w mieszkaniu po rodzicach. No i zaczęła się sądowa walka, bo jak doszło do rozprawy, to żona oczywiście zdanie zmieniła. Dziecko oczywiście urodziło się bardzo chore, absorbujące cały czas i energię, ale mimo to sąd przyznaje opiekę nad całą trójką żonie i oczywiście alimenty niemałe, bo dwoje dzieci niepełnosprawnych.
Tak było 5 lat temu.

Sytuacja obecnie? Kuzyn jest wrakiem człowieka, leczy się psychiatrycznie. Dziadkowie poumierali. Najstarsza dokładnie rok temu popełniła samobójstwo, a żona... żebrze na zbiórkach w internecie na leczenie dzieci, bo mąż ją zostawił i ona taka biedna matka.

#18Mll

Lata temu moja znajoma Ala z mężem Witkiem i małą córeczką wybrała się na wczasy nad nasze morze. Ośrodek w lesie blisko plaży - kilkadziesiąt identycznych domków drewnianych. Poznali dość szybko małżeństwo z małym chłopczykiem, a wiec przyjaźń, bo to dzieciaki się razem bawią, no a dorośli mają trochę spokoju.

Rankiem wspólne wyjście na plażę. Po przejściu 100 metrów Wituś zauważył, że zapomniał kąpielówek, więc wrócił do domu w celu przywdziania takowych. Chwilę po jego odmaszerowaniu Ala zauważyła, że zapomniała kremu do opalania dla dziecka, wiec zostawiła córeczkę znajomym i też odmaszerowała.

Wchodzi do domku i widzi stojącego tyłem gołego i wypiętego męża podciągającego kąpielówki. Zaszła go po cichutku i brbrbrbrb... posmyrała... Faceta wyprostowało, odwrócił się błyskawiczne i... No właśnie... Okazało się, że to jest zupełnie obcy facet, bo Ala pomyliła domki... Bąknęła przepraszam i uciekła.

Wczasy ponoć miała ładne. Tylko te codzienne spojrzenia tego faceta przy obiedzie na stołówce...

#05koN

Nie znoszę obrazków na paczkach papierosów.

Nie znam żadnego palacza, który spojrzał na te obrzydliwe obrazki z martwicą palca u stopy, czarnymi zębami, pluciem krwią czy dziurą w tchawicy i powiedział sobie "No tak, oni mają rację. Już nie będę palił".

Absurd!

Natomiast ja (niepalący) pracując w sklepie patrzę na te obrazki prawie cały czas i często mam aż napady mdłości.

Czasem odnoszę wrażenie, że te obrazki są tylko po to, żeby uprzykrzyć życie niepalaczy.
Palacze i tak mają je gdzieś.

#CC1he

Historia o tym jak sprawić, aby człowiek przestał ufać innym.

Dzieciństwo miałam takie sobie. Trochę bieda, ale takie czasy były, że mało kto mógł sobie na wiele pozwolić. Jako że byłam dzieckiem pierworodnym i dziewczynką, to rodzice byli wymagający. Trochę za bardzo. Wpierdziel po wywiadówce, bo zdarzyło się gdzieś 3 na sprawdzianie - normalka. Była czwórka? Klasyczne "czemu nie nauczyłaś się na 5?". Przepytywanie i z groźbami, krzykiem, wyżywaniem się po całym dniu pracy - codziennie. "Brzydko piszesz" - przepisywanie książek. Całych, 2 godziny dziennie. W trzeciej klasie miałam kilkadziesiąt zeszytów pełnych przepisanych tekstów. Siniaki na tyłku za złe oceny - cała podstawówka. Za to młodszemu bratu wybaczali. Bo skupiali się na mnie, bo przecież jestem dziewczyną, więc muszę się dobrze uczyć, być porządna, grzeczna, ułożona...

W klasie miałam koleżankę z podobną sytuacją. Ona zła, młodsze rodzeństwo ideał. Zwierzałyśmy się sobie, aż w końcu zdecydowałyśmy się poprosić o pomoc pedagoga szkolnego. Nie w ramach skargi, a raczej rozmowy. Byłyśmy w piątej klasie, ale rozumiałyśmy to jakbyśmy to my były złe, a nie nasi rodzice. Pedagog słuchał, zabierał nas na spotkania, gdzie opowiadałyśmy o tej naszej lekkiej patologii, wymaganiach, choć żadna słowem nie wspomniała o laniu pasem kilka razy w tygodniu. Młode byłyśmy, nie chciałyśmy narobić problemów rodzicom, a zwierzyć się komuś, kto był dorosły i mógłby nam doradzić co zrobić, aby było dobrze...

Spotkania po roku się skończyły, w domu było jak zawsze, pedagog nie stwierdził, że może by coś zrobić, porozmawiać z rodzicami, cokolwiek... Może rzeczywiście nie było potrzeby?
Za to wszystko dokładnie notował. I te notatki trafiły do naszych rodziców w pierwszej klasie gimnazjum, gdzie zmienili nam wychowawcę, a on chciał sprawdzić, jak się ma sprawa. Dał do przeczytania wszystko naszym rodzicom.

Rodzice koleżanki porozmawiali z nią i przeprosili. Zaczęli się z nią po tym dogadywać.
Ja dostałam kablem taki wpierd*l, że się posikałam podczas lania. Ślady miałam przez ponad dwa tygodnie na plecach, tyłku, udach i łydkach. Za to, że najedli się wstydu.

Dziękuję rodzicom i nauczycielom.
To była ważna lekcja.

#jdDXO

W czasach gimnazjum, gdy wszystkie koleżanki zaczęły się interesować modą, makijażem i chłopakami, ja miałam swoje własne dziwactwo. Prowadziłam "przytułek" dla uszkodzonych i pokrzywdzonych przyborów szkolnych. Nosiłam do szkoły piórnik z idealnie naostrzonymi ołówkami, wyczyszczonymi długopisami, kolorowymi cienkopisami i pudełko kredek świecowych. Każda z moich rzeczy była podpisana pełnym imieniem i nazwiskiem, na wypadek gdyby mi ktoś coś ukradł lub dana rzecz zaginęła. Pochodziłam z ubogiej rodziny, dlatego z wdzięcznością dbałam o każdą rzecz jaką miałam. Nie byłam w stanie pojąć, jak inni poniewierali swoimi przyborami.

Co w tym anonimowego? Ano to, że wykradałam przedmioty innym dzieciakom, jeśli uznawałam, że dana osoba nie jest w pełni się nimi zaopiekować.

Moim celem zawsze były przybory chłopaków, którzy rzucali w siebie poćwiartowanymi kawałkami ołówka lub kredki, rozkręcali swoje długopisy i przy użyciu powstałej rurki opluwali siebie kulkami z papieru. W trakcie przerwy zbierałam te kawałki kredek, ołówka czy innego przedmiotu, zabierałam do domu i sklejałam, po czym dołączałam do kolekcji moich przyborów.

Szczytem wszystkiego było jednak to, jak pani od chemii, w celu przedstawienia eksperymentu, przy użyciu denaturatu podpaliła ołówek. Ze łzami w oczach obserwowałam jak ogień pochłania połowę tego ołówka. Na przerwie wykradłam ten ołówek z szafki nauczycielki, w domu odkroiłam spaloną połowę, przemalowałam ołówek na inny kolor przy użyciu farby do drewna i dołączyłam jak pozostałe rzeczy do swojej kolekcji.
Takich przypadków było więcej :)

Dzisiaj mam 25 lat, jestem pielęgniarką, dalej dbam o swoje rzeczy, ale już nic nikomu nie kradnę. Moje dziwactwo przekształciłam w miłość do pacjenta i opiekę nad nim.

#5vujC

Będzie obrzydliwie, uprzedzam.

Przeczytałam wyznanie o śmierdzącej siostrze (#f2kMF) i przypomniała mi się historia z bratem mojego kumpla.

Nie mył się, śmierdział, a zęby porastały mu glonami (dosłownie miał zielony osad. Opowiadać o tym, co robił można godzinami, od kupy na ubraniach, po sztywne z brudu skarpety. Któregoś razu przyszłam do nich, a on siedział przed tv i jadł chipsy... Nigdy nie zapomnę tego obrzydliwego widoku, jak wsadził rękę do spodni, pogmerał, powąchał, następnie tą samą ręką wziął chipsy do ust, a potem oblizał palce.

Dzień wcześniej byłam na imprezie i dokuczał mi kac. I cóż, zwymiotowałam na niego. Po prostu zrzygałam się jakąś sałatką, resztką alkoholu i tym wszystkim co jadłam. To był tak obfity paw, jakiego w życiu nie widziałam. Kumpel wszedł do pokoju i go zamurowało. Pyta co jest, a ja szczerze, że jego brat jest tak obleśny i śmierdzi, że nie wytrzymałam.

Ta obrzydliwa terapia szokowa jednak zadziałała, chłopak wziął się za siebie, schudł, zaczął dbać o higienę i ciało. Wygląda milion razy lepiej niż wcześniej. I, o zgrozo, do tej pory dziękuje mi za tego pawia, bo jak twierdzi to było coś, czego potrzebował. No i wstyd mi, ale przynajmniej mój rzyg nie poszedł na marne.

#KOoht

Kiedy byłam nastolatką, to w okolicach, z których pochodzę, była popularna "zabawa" w "rosyjską ruletkę" - kryptonim w tym przypadku oznaczał możliwość trafienia na spreparowane prezerwatywy. Można je było dostać od złośliwych kolegów lub... kupić w sklepie.
Była cała grupa, która zajmowała się gotowaniem "piątkowej zupy", "zielonych pierogów", pakowaniem "jajek z niespodzianką"... nazwy były różne, ale chodziło o to samo. Próbowałam ich przekonać, żeby przestali, ale oni uważali to za nieszkodliwe psikusy lub okazję do "ożenienia kolegów i koleżanek". Spreparowane kondomy były wkładane do pudełek tak, żeby nie było można zauważyć, że paczka była otwierana. Wystarczyło odpowiednio odkleić folię od spodu pudełka. Można je było odróżnić po wypłowiałym kolorze lub schodzących nadrukach, a przede wszystkim po tym, że pękały.
Efekty tej działalności były, i to w postaci większej niż w innych okolicach niechcianych i nieplanowanych ciąż, głównie wśród dziewczyn niepełnoletnich, które same nie mogły kupić pigułek "po" (wtedy był już dostępny postinor na receptę) lub jakiejkolwiek antykoncepcji hormonalnej. Potem z kolei (oprócz ślubów, bo wtedy na wsi panowała taka zasada, że jak dziewczyna w ciąży, to koniecznie ślub z ojcem dziecka) pociągało też alimenty, aborcje robione nielegalnie w prywatnych gabinetach lub domowymi sposobami typu tabletki, zioła lub kopniak w brzuch.
Sama też trafiłam na dwóch typów, co przynieśli ze sobą takie gumki i wykopałam natychmiastowo. Byłam na tyle ogarnięta, żeby zauważyć, ale niejedna dziewczyna dowiadywała się grubo po fakcie. Poza tym ja zawsze trzymałam się zasady, że jak facet się chce oświadczyć, to ma przyjść z pierścionkiem, a nie z dziurawą gumą.
Dodaj anonimowe wyznanie