#05koN

Nie znoszę obrazków na paczkach papierosów.

Nie znam żadnego palacza, który spojrzał na te obrzydliwe obrazki z martwicą palca u stopy, czarnymi zębami, pluciem krwią czy dziurą w tchawicy i powiedział sobie "No tak, oni mają rację. Już nie będę palił".

Absurd!

Natomiast ja (niepalący) pracując w sklepie patrzę na te obrazki prawie cały czas i często mam aż napady mdłości.

Czasem odnoszę wrażenie, że te obrazki są tylko po to, żeby uprzykrzyć życie niepalaczy.
Palacze i tak mają je gdzieś.

#9Pt0I

Wszyscy się mnie pytają, jak udaje mi się operować noworodki, skoro jestem kobietą. Nikomu nie mówię, że po stracie własnego przed zrobieniem specjalizacji przestałam odczuwać emocje w stosunku do dzieci i to pchnęło mnie w tym kierunku. Ręka nigdy mi nie drgnęła. Zawsze zimna i opanowana. Dla mnie to tylko ciało i przedmiot mojej pracy.

PS Nie mogę więcej mieć dzieci.

#CC1he

Historia o tym jak sprawić, aby człowiek przestał ufać innym.

Dzieciństwo miałam takie sobie. Trochę bieda, ale takie czasy były, że mało kto mógł sobie na wiele pozwolić. Jako że byłam dzieckiem pierworodnym i dziewczynką, to rodzice byli wymagający. Trochę za bardzo. Wpierdziel po wywiadówce, bo zdarzyło się gdzieś 3 na sprawdzianie - normalka. Była czwórka? Klasyczne "czemu nie nauczyłaś się na 5?". Przepytywanie i z groźbami, krzykiem, wyżywaniem się po całym dniu pracy - codziennie. "Brzydko piszesz" - przepisywanie książek. Całych, 2 godziny dziennie. W trzeciej klasie miałam kilkadziesiąt zeszytów pełnych przepisanych tekstów. Siniaki na tyłku za złe oceny - cała podstawówka. Za to młodszemu bratu wybaczali. Bo skupiali się na mnie, bo przecież jestem dziewczyną, więc muszę się dobrze uczyć, być porządna, grzeczna, ułożona...

W klasie miałam koleżankę z podobną sytuacją. Ona zła, młodsze rodzeństwo ideał. Zwierzałyśmy się sobie, aż w końcu zdecydowałyśmy się poprosić o pomoc pedagoga szkolnego. Nie w ramach skargi, a raczej rozmowy. Byłyśmy w piątej klasie, ale rozumiałyśmy to jakbyśmy to my były złe, a nie nasi rodzice. Pedagog słuchał, zabierał nas na spotkania, gdzie opowiadałyśmy o tej naszej lekkiej patologii, wymaganiach, choć żadna słowem nie wspomniała o laniu pasem kilka razy w tygodniu. Młode byłyśmy, nie chciałyśmy narobić problemów rodzicom, a zwierzyć się komuś, kto był dorosły i mógłby nam doradzić co zrobić, aby było dobrze...

Spotkania po roku się skończyły, w domu było jak zawsze, pedagog nie stwierdził, że może by coś zrobić, porozmawiać z rodzicami, cokolwiek... Może rzeczywiście nie było potrzeby?
Za to wszystko dokładnie notował. I te notatki trafiły do naszych rodziców w pierwszej klasie gimnazjum, gdzie zmienili nam wychowawcę, a on chciał sprawdzić, jak się ma sprawa. Dał do przeczytania wszystko naszym rodzicom.

Rodzice koleżanki porozmawiali z nią i przeprosili. Zaczęli się z nią po tym dogadywać.
Ja dostałam kablem taki wpierd*l, że się posikałam podczas lania. Ślady miałam przez ponad dwa tygodnie na plecach, tyłku, udach i łydkach. Za to, że najedli się wstydu.

Dziękuję rodzicom i nauczycielom.
To była ważna lekcja.

#jdDXO

W czasach gimnazjum, gdy wszystkie koleżanki zaczęły się interesować modą, makijażem i chłopakami, ja miałam swoje własne dziwactwo. Prowadziłam "przytułek" dla uszkodzonych i pokrzywdzonych przyborów szkolnych. Nosiłam do szkoły piórnik z idealnie naostrzonymi ołówkami, wyczyszczonymi długopisami, kolorowymi cienkopisami i pudełko kredek świecowych. Każda z moich rzeczy była podpisana pełnym imieniem i nazwiskiem, na wypadek gdyby mi ktoś coś ukradł lub dana rzecz zaginęła. Pochodziłam z ubogiej rodziny, dlatego z wdzięcznością dbałam o każdą rzecz jaką miałam. Nie byłam w stanie pojąć, jak inni poniewierali swoimi przyborami.

Co w tym anonimowego? Ano to, że wykradałam przedmioty innym dzieciakom, jeśli uznawałam, że dana osoba nie jest w pełni się nimi zaopiekować.

Moim celem zawsze były przybory chłopaków, którzy rzucali w siebie poćwiartowanymi kawałkami ołówka lub kredki, rozkręcali swoje długopisy i przy użyciu powstałej rurki opluwali siebie kulkami z papieru. W trakcie przerwy zbierałam te kawałki kredek, ołówka czy innego przedmiotu, zabierałam do domu i sklejałam, po czym dołączałam do kolekcji moich przyborów.

Szczytem wszystkiego było jednak to, jak pani od chemii, w celu przedstawienia eksperymentu, przy użyciu denaturatu podpaliła ołówek. Ze łzami w oczach obserwowałam jak ogień pochłania połowę tego ołówka. Na przerwie wykradłam ten ołówek z szafki nauczycielki, w domu odkroiłam spaloną połowę, przemalowałam ołówek na inny kolor przy użyciu farby do drewna i dołączyłam jak pozostałe rzeczy do swojej kolekcji.
Takich przypadków było więcej :)

Dzisiaj mam 25 lat, jestem pielęgniarką, dalej dbam o swoje rzeczy, ale już nic nikomu nie kradnę. Moje dziwactwo przekształciłam w miłość do pacjenta i opiekę nad nim.

#5vujC

Będzie obrzydliwie, uprzedzam.

Przeczytałam wyznanie o śmierdzącej siostrze (#f2kMF) i przypomniała mi się historia z bratem mojego kumpla.

Nie mył się, śmierdział, a zęby porastały mu glonami (dosłownie miał zielony osad. Opowiadać o tym, co robił można godzinami, od kupy na ubraniach, po sztywne z brudu skarpety. Któregoś razu przyszłam do nich, a on siedział przed tv i jadł chipsy... Nigdy nie zapomnę tego obrzydliwego widoku, jak wsadził rękę do spodni, pogmerał, powąchał, następnie tą samą ręką wziął chipsy do ust, a potem oblizał palce.

Dzień wcześniej byłam na imprezie i dokuczał mi kac. I cóż, zwymiotowałam na niego. Po prostu zrzygałam się jakąś sałatką, resztką alkoholu i tym wszystkim co jadłam. To był tak obfity paw, jakiego w życiu nie widziałam. Kumpel wszedł do pokoju i go zamurowało. Pyta co jest, a ja szczerze, że jego brat jest tak obleśny i śmierdzi, że nie wytrzymałam.

Ta obrzydliwa terapia szokowa jednak zadziałała, chłopak wziął się za siebie, schudł, zaczął dbać o higienę i ciało. Wygląda milion razy lepiej niż wcześniej. I, o zgrozo, do tej pory dziękuje mi za tego pawia, bo jak twierdzi to było coś, czego potrzebował. No i wstyd mi, ale przynajmniej mój rzyg nie poszedł na marne.

#KOoht

Kiedy byłam nastolatką, to w okolicach, z których pochodzę, była popularna "zabawa" w "rosyjską ruletkę" - kryptonim w tym przypadku oznaczał możliwość trafienia na spreparowane prezerwatywy. Można je było dostać od złośliwych kolegów lub... kupić w sklepie.
Była cała grupa, która zajmowała się gotowaniem "piątkowej zupy", "zielonych pierogów", pakowaniem "jajek z niespodzianką"... nazwy były różne, ale chodziło o to samo. Próbowałam ich przekonać, żeby przestali, ale oni uważali to za nieszkodliwe psikusy lub okazję do "ożenienia kolegów i koleżanek". Spreparowane kondomy były wkładane do pudełek tak, żeby nie było można zauważyć, że paczka była otwierana. Wystarczyło odpowiednio odkleić folię od spodu pudełka. Można je było odróżnić po wypłowiałym kolorze lub schodzących nadrukach, a przede wszystkim po tym, że pękały.
Efekty tej działalności były, i to w postaci większej niż w innych okolicach niechcianych i nieplanowanych ciąż, głównie wśród dziewczyn niepełnoletnich, które same nie mogły kupić pigułek "po" (wtedy był już dostępny postinor na receptę) lub jakiejkolwiek antykoncepcji hormonalnej. Potem z kolei (oprócz ślubów, bo wtedy na wsi panowała taka zasada, że jak dziewczyna w ciąży, to koniecznie ślub z ojcem dziecka) pociągało też alimenty, aborcje robione nielegalnie w prywatnych gabinetach lub domowymi sposobami typu tabletki, zioła lub kopniak w brzuch.
Sama też trafiłam na dwóch typów, co przynieśli ze sobą takie gumki i wykopałam natychmiastowo. Byłam na tyle ogarnięta, żeby zauważyć, ale niejedna dziewczyna dowiadywała się grubo po fakcie. Poza tym ja zawsze trzymałam się zasady, że jak facet się chce oświadczyć, to ma przyjść z pierścionkiem, a nie z dziurawą gumą.

#SbyoG

Laos, czyli jak utrzymuję obcy dom.

Dużo jeżdżę, ale głównie Tajlandia i Kambodża. Laos to raczej przechodnio. Przy drogach, a raczej lepiankach są usytuowane wioseczki. Z reguły to jest 5-10 domostw, jeden sklep i jakiś targ jak jest większa miejscowość, czyli z 200 osób. Trafiłem na jakieś obchody lokalnego święta, nie znalazłem tego w necie po powrocie, ale chodzi o to, że wszyscy z wioski gromadzą się nad okoliczną rzeką i puszczają kamyki na liściach z nurtem. Ludzie tam są fajni, w sensie jak to Azjaci - skryci i raczej sami nie podchodzą, ale jak już zagadasz, to nie dają odejść. Tak jakoś wyszło, że trochę się upiłem lokalnym ryżowym winem z domieszką czegoś jakby bimbru z bambusa. Ani to smaczne, ani mocne, ale jak się wypiło po polsku, to już szumiało. Była tam nastolatka i ona tańczyła w ludowym stroju, pogadałem z jej rodziną i na tyle zrozumiałem (coś tam kumam laotański), że potrzebowali 7 dolarów na naukę w większym mieście. No to dałem, dla mnie nie pieniądz, a może komuś życie odmienić. Po powrocie do Hanoi mój przewodnik mówi, że stałem się sponsorem rodziny :D . No to bite dwa lata wysyłałem co miesiąc te 7 dolców, se myślę - spoko.

Jak przyjechałem tam ponownie, to się okazało, że muszę jeszcze dokształcić język, bo te 7 dolarów to nie nauka w większym mieście, tylko utrzymanie większej rodziny. No i tak utrzymuję rodzinę w Laosie i mam tam swój pokój, do którego oni nie zapuszczają się, tylko sprzątają i urządzają, taka jakaś tradycja utrzymanków.

I teraz tam sobie jeżdżę dwa razy do roku, cały dom, można rzec, jest mój. Dom to dużo powiedziane, zlepek wszystkiego w jedną całość. Jak rodzice, a są tam dwa pokolenia, nie musieli harować, to w międzyczasie ten ich dom to coś w rodzaju szkoły dla dzieci.

W sumie dobre uczucie, przypadkiem mam dom, drugą rodzinę :) Serio bardzo fajni są i byli jeszcze zanim dałem kasę. No i dobrą rzecz zrobiłem dla społeczeństwa. Jak tam jestem, o nic mnie nie proszą i jedzenie mam od nich. Tylko muszę opowiadać gdzie byłem i jak jest w Polsce, bo są nią zafascynowani.

#9UPfg

Tak bardzo mi przykro, ponieważ siostra mówi, że do niczego się nie nadaję i nic nie umiem, zgadzam się z tym. Jestem po prostu bardzo głupi. Gdy coś zgubię, to zupełnie nie pamiętam gdzie to jest, jakby tego w ogóle nie było.

Nie umiem wkręcić żarówki, jak lampka nie działa, to nie rozumiem czemu, a mogłem zwyczajnie odruchowo nie widząc odłączyć ją z kontaktu. Dziś przestała działać drukarka, o dziwo odłączyłem ją od prądu nie wiedząc kiedy i jak. Jestem tym wszystkim zdruzgotany. Nic mi się nie udaje, jest mi tak przykro. Jestem chory na mózgowe porażenie dziecięce i mam zaburzenia lękowo-depresyjne. Boję się żyć, nie mam matury i jest mi smutno. Chciałbym zdać maturę i dostać się na fizykę teoretyczną, ale jej nie umiem. Mam 21 lat i nikt mi nigdy nic za dziecka nie pokazał, nie powiedział,  że mam możliwość coś zrobić, byłem traktowany jak jajko. Co mam zrobić?
Ostatnio siostra wyszła na korepetycje w poplamionych spodniach, a ja bym zaraz był zmuszony zmienić i słuchał tego jak mama nie chce ze mną wyjść.

#QQKYD

Wiele lat temu jako młoda dziewczyna zostałam okrutnie skrzywdzona po powrocie z wiejskiej potańcówki. Sprawcy niestety nie udało się znaleźć. Co więcej - po jakimś czasie okazało się, że jestem w ciąży. Mogłam dokonać aborcji, jednak tego nie zrobiłam. Sama teraz nie wiem czemu, ale chyba chodziło o to, że sam gwałt był dla mnie na tyle traumatycznym przeżyciem, że nie chciałam przeżywać kolejnego, przechodząc aborcję, której procedura mnie przerażała (to były inne czasy, kiedy nie było jeszcze tabletek wczesnoporonnych i tych mniej inwazyjnych środków). Dodatkowo krew w żyłach mroziły opowieści babek z wioski o pozbywaniu się płodów wiejskimi metodami i cierpieniu takich kobiet.
Urodziłam dziecko, chłopca, którego zaraz po porodzie oddałam do adopcji. Podobno szybko udało mu się znaleźć rodzinę.

Minęło wiele lat. Wykształciłam się, wyszłam za mąż i urodziłam dwójkę dzieci, a koszmary przeszłości odeszły w niepamięć, oprócz powtarzających się co jakiś czas snów, w których wracałam do dnia porodu.

Pewnego dnia dowiedziałam się, że pierwsze z moich dzieci chce spotkania ze mną. Nie wiedziałam, czy jestem na to gotowa, ale zbyt wiele nie spałam po nocach śniąc o losach niemowlęcia, którego twarz w obskurnej salce porodowej pamiętałam jak przez mgłę. Byłam ciekawa, jak potoczyło się jego życie, poszłam więc na spotkanie. Przywitał mnie elegancko ubrany mężczyzna w średnim wieku. Wyglądał na zmęczonego życiem, a w jego ciemnych oczach tlił się niesamowity smutek, gdy na mnie patrzył.
Okazało się, że po oddaniu do adopcji adoptowało go bogate zagraniczne małżeństwo. Miał więc szczęśliwą rodzinę i zapewnione bardzo dobre warunki do dorastania. Wykształcił się i jest onkologiem dziecięcym. Jednym z najlepszych w swoim fachu, co roku ratuje setki małych żyć. Mimo to gdy się spotkaliśmy wyznał mi, że od czasu, gdy się dowiedział, w jaki sposób został poczęty (rodzice ukrywali to przed nim całe życie), jedzie na psychotropach. Moje istnienie nie dawało mu spokoju, długo bił się z myślami, żeby spróbować się ze mną spotkać, ale myśl o mnie prześladowała go do tego stopnia, że zaczął mieć problemy z wypełnianiem swoich obowiązków zawodowych, co mogło zaważyć na zdrowiu i życiu jego pacjentów, stąd prośba o spotkanie. Opowiedziałam mu więc swoją historię, zaznaczając, że sama podjęłam decyzję o urodzeniu dziecka. Nikt mnie do tego nie zmusił (czego on się bał), zostałam okropnie skrzywdzona, ale on nie jest niczemu winien i jeśli tylko zechce, mogę z nim utrzymywać kontakty. Tak też się stało. W ten sposób, oprócz moich obecnych dzieci (i jednego wnuka), zyskałam kolejnego syna. Zdarza nam się spotkać kiedy akurat przyjeżdża na sympozja do Polski i pozostajemy w stałym kontakcie. Od czasu naszego pierwszego spotkania sny również odeszły.

#LXw8Q

Otóż jestem w ciąży. Ciąża była wpadką i mimo decyzji, że urodzę itd., to się nią zbytnio nie chwalę ludziom wokół. Cholera mnie bierze, jak ludzie zaczynają mi gratulować, a ja nie rozumiem czego. Tego, że zachowałam się jak nieodpowiedzialna gówniara i teraz przeorganizowuję swoje życie?

Gratulują, bo nie użyłam gumki? Serio? Bo ja nie wiem czego. Ojciec dziecka, jak się okazało, to kłamca i oszust mający już co najmniej dwoje dzieci.
Nawet już nie chce mi się z ludźmi gadać na ten temat, a pytają wścibsko o wszystko: o ojca, o to czemu tak długo nie wiedziałam; o szczegóły moich babskich problemów.
W bonusie coraz częściej czuję się jak inkubator, który stracił swój charakter i liczy się tylko to, że jestem w ciąży, każdy nazywa mnie mamą, pyta o dziecko. O mnie już nie, ja powoli znikam.
Moje potrzeby zniknęły, moje jestestwo wyznacza już tylko rosnący brzuch.
Reszta nie ma znaczenia.
Dodaj anonimowe wyznanie