Kiedy byłam nastolatką, moi rodzice nie chcieli zaakceptować mojego chłopaka, lecz mimo to potajemnie się z nim spotykałam. Kiedy mama pytała się mnie, gdzie byłam, odpowiadałam „Byłam na łące”.
Teoretycznie nie kłamałam, bo mój chłopak miał na nazwisko Łąka.
W 2016 roku odeszła ode mnie dziewczyna. Powiedziała, że kogoś poznała, bo zrozumiała, że nic ze mną nie osiągnie, a ona chce mieć dom, rodzinę, więc odchodzi. Powiedziała mi tak po 11 latach razem. Strasznie się pokłóciliśmy, kochałem ją, a jednocześnie wtedy znienawidziłem. Długo nie mogłem sobie z tym poradzić. Była dla mnie wszystkim i nigdy po niej drugi raz nie zakochałem się, nigdy nawet nie potrafiłem już stworzyć normalnego związku.
Kilka dni temu spotkaliśmy się po latach, kiedy przywiozłem jej pelet. Stanąłem jak słup soli, kiedy ją zobaczyłem. Mąż, prawdopodobnie facet, z którym mnie zdradzała i dla którego zostawiła, dwójka dzieci i dom z ogrodem. Czyli to, o czym marzyła, a czego ja jej nie byłem w stanie dać. Wcale nie wyglądała na nieszczęśliwą, wręcz przeciwnie. Widziałem ich szczęśliwe małżeństwo, zadbaną kobietę, matkę i żonę i tego faceta, który mi ją zabrał.
Boli jak cholera, na nowo nie umiem sobie z tym poradzić. Miała rację, że jestem nieudacznikiem i skończę jako nikt. Mam prawie 40 lat, nic nie osiągnąłem, nie mam ani rodziny (i już pewnie nie będę miał), ani nawet własnego mieszkania. Historia bez happy endu dla mnie. No nie umiem sobie z tym dać rady.
Jestem 31-letnią kobietą od 5 lat w małżeństwie. Małżeństwie z kierowcą tira. Męża nie ma w tygodniu, na weekendy wraca do domu. Mamy 2-letniego synka, wybudowany dom i dwa pieski. Piękna historia rodzinna, co nie? Ja pracuję zawodowo, do pracy dojeżdżam ponad godzinę, zarabiam całkiem nieźle. I tutaj zaczynają się schody...
Męża nie ma, ze wszystkim jestem sama. Sama wychowuję dziecko, sama ogarniam dom, podwórko, opłaty, zwierzęta... On przyjeżdża w piątki lub soboty, rzuci swoje szmaty do prania i albo chleje ze znajomymi w warsztacie, albo sam w domu. Nie mówię, sama też lubię się pobawić... ale nie do takiego stanu. I jak zacznie w piątek, tak od rana w sobotę klin... Ja w tym czasie piorę, prasuję, robię mu zakupy oraz jedzenie na następny tydzień pracy. Przy jego piciu zawsze są jakieś straty, zawsze jakieś szkody, bo tak się nachleje, że coś rozwali. Rozmowy kończą się na niczym – bo on w tygodniu nie pije, więc nie jest alkoholikiem. Niedziela w łóżku, bo zbyt źle się czuje, żeby gdzieś wyjść, a musi wytrzeźwieć, żeby móc ruszyć dalej w trasę... Godzina 18 – wyjeżdża. Kiedy rozmawiamy przez telefon i wspominam weekend, to przeważnie słyszę, że teraz to jak zawsze wypominam i szukam problemu na siłę, chcę się kłócić.
Ja mam już chyba dość... Z jednej strony kocham go i nie wyobrażam sobie życia bez niego, z drugiej marzę, żeby to pierdolnąć i w końcu być szczęśliwa. Żeby z kimś dzielić to życie, a nie komuś usługiwać.
Dość poważnie się jąkam. Jak wiecie lub nie, jąkanie objawia się u ludzi na wiele sposobów, w moim przypadku wygląda to tak, że często nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa bądź zdania. Stoję wtedy z otwartymi ustami i wygląda to mega dziwnie.
Kilka dni temu, będąc kierowcą na imprezie, chciałem zamówić coś u barmana. Po kilkunastu sekundach próby artykulacji mojej prośby barman zakończył moje męki szybkim: „Najebany, to do domu”. Było mi trochę głupio, ale stwierdziłem, że tłumaczenie i odkręcenie tego zajęłoby mi kilka następnych imprez, więc odpuściłem :D
Korzystając z okazji, chciałbym podziękować wszystkim, którzy na widok osoby jąkającej dają jej dużo czasu na dojście do słowa, a nie wyszydzają, piona!
Mój eks wziął w tym roku ślub i do tego urodziło mu się dziecko. Niby nic już do niego nie czuję, ale trochę mnie to zabolało, gdy się o tym dowiedziałam.
Idę sobie do paczkomatu, kolejka na trzy osoby, przy ekranie jakiś typ lat ok. 35 z telefonem, gada z laską na głośniku i coś wklepuje. Otwieram sobie skrytkę z aplikacji, a ten do mnie z ryjem:
– Eeej, k...a, kolejka jest!
Ja mówię, że przez aplikację otwieram, więc nie wiem, o co mu chodzi.
– Tu się kur..a czeka na kolejkę, teraz mi się popsuło przez ciebie!!!
– Co się popsuło, jak to jedno od drugiego niezależnie działa?
Ten się odwraca, klepie w ekran i słyszę, jak gada do tej laski w telefonie.
– No, no czekaj, kur...a, bo gościu przyszedł i mi popsuł, teraz mnie całkiem wybił, nie wiem, co mam robić dalej...
Biorę paczkę i odchodzę, a jakiś dziadek, co za typem stał, odwraca się i mówi do mnie:
– Nam się tu wszystkim spieszy, a pan się wepchał!!
Co za ameboza umysłowa...
Mam wspaniałą dziewczynę, która jest idealna. Jesteśmy razem 2 lata. I... mam dość.
To nie jest tak, że chcę jakiejś panienki na boku, mam ochotę chlać do upadłego czy oglądać TV do późna. Po prostu chcę choć chwili spokoju, izolacji od wszystkich, bo czuję się jak osaczony. Mam wrażenie, że mam dziecko, o które trzeba dbać, za które trzeba myśleć i decydować.
Od rana się zaczyna — śniadanie do łóżka, jak śpię dłużej, bo akurat mam wolne w pracy. A jak razem mamy wolne, to mamy iść na spacer. Kiedyś chodziłem sam, aby pomyśleć, odświeżyć umysł. Dziś słucham ciągłego „bla, bla, bla, w pracy Łukasz, ple, ple, ple, a z koleżankami to...”. Oczywiście to sprowadza się do porad, których udzielam, gdy pyta mnie o zdanie. Porad, które praktycznie wypełnia co do joty, ciągle mnie o coś pytając. Budżet rodzinny też jest na mojej głowie, bo dziewczyna, gdyby miała brak jakiegokolwiek limitu, najchętniej nakupowałaby mi prezentów, słodyczy i innych dupereli, wydając moją i jej miesięczną pensję.
To nie jest tak, że jest kompletną niemotą i nie potrafi nic — gotuje, sprząta, pierze, prasuje, myje, pracuje. Robi mi kanapki do pracy, prezenty itp. Ale to ja odpowiadam za całą organizację, finanse i wszystkie ważne rzeczy. Ja muszę ustalać harmonogram i przypominać jej o spotkaniach, wystąpieniach czy nawet wizytach u lekarza bądź urodzinach jej rodziców. Ona tego wszystkiego nie potrafi. Zapomina, wydaje pieniądze na byle co, buja w obłokach.
Jestem tym przytłoczony, mam wrażenie, jakbym musiał myśleć za dwie osoby.
Wszem wobec utarła się opinia, że ślub to najważniejszy dzień w życiu człowieka.
Dla mnie najważniejszym dniem w życiu okazał się jednak rozwód, bo to wtedy tak naprawdę moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze.
Nic dziwnego. Pozbyłem się wtedy raka, który mentalnie zżerał mnie od środka każdego dnia. Pozbyłem się energetycznej wampirzycy, która przez lata skutecznie ściągała mnie na dno.
Pracowałam przez jakiś czas na tzw. obieraku w firmie cateringowej. Robota ciężka, dłonie bolały, wiele warzyw, które się same nie przerzucały, w niektóre dni byłam naprawdę urobiona; pracowałam na 1/2, czasem pomiędzy 1/2 a 3/4 etatu (często robiłam nadgodziny, stąd wymiar czasu pracy płynny).
Ludzie patrzyli na mnie z nieukrywaną pogardą i pożałowaniem, no bo co to za praca. Znajomi nie patrzyli w ten sposób, ale dało się wyczuć, że mi współczują i kibicują, żebym stamtąd uciekała.
Pracę zmieniłam, pracuję w biurze, siedzę wygodnie, czysto, w klimie, awans społeczny, ble, ble, ble.
Nikomu jeszcze nie przyznałam się, że gdyby nie to, że poważnie zaczęło mi to szkodzić na dłonie, np. nie miałam czucia w trzech palcach już prawie cały czas, a rano ręce bolały tak bardzo, że nie mogłam sobie zrobić śniadania, to bym tam została, brakuje mi tej pracy. Załoga była sympatyczna, miałam darmowe obiady, a przede wszystkim miałam godzinową niezależność – przyjść mogłam, o której chciałam, byle było zrobione, więc przychodziłam na 8:00 bez obawy o spóźnienie i po pracy cały dzień wolny, no bo etat niepełny. Pensja nie była zła, pracowałam sama, nikt mi nad głową nie stał, nie użerałam się z klientem ani z nikim, bo szefostwo było spoko.
Gdyby nie ręce, wróciłabym do tej poniżającej według społeczeństwa pracy.
Gdy byłem mały, nie chciałem przebierać się w piżamę przed telewizorem, bo myślałem, że pani prowadząca wiadomości zobaczy mnie nago.
Dodaj anonimowe wyznanie