W moim życiu przez ostatni rok sporo się zmieniło. Zdecydowanie ma gorsze.
Zacznijmy od tego, że miałem żonę i dwie córki. Byliśmy (przynajmniej tak mi się wydaje) szczęśliwą rodziną. Żona nie pracowała, tylko zajmowała się córkami, ja utrzymywałem rodzinę.
W pewnym momencie w pracy zaczął się ciężki i stresujący okres. Zostawiłem po godzinach, a gdy już wracałem do domu, sięgałem po alkohol. Najpierw jedno piwko, potem dwa, trzy, dziesięć, wino, wódka i inne ścierwa. Uzależniłem się. Często nie było mnie w pracy, bo leczyłem kaca. W końcu szef mnie zwolnił. Nie miałem czasu dla żony, córek. Miałem czas tylko na alkohol. Żona ode mnie odeszła. Powiedziała, że mam rok, aby przywrócić się do stanu sprzed separacji. Potrzebowałem czasu, by to do siebie przyjąć, ale się udało.
Mija właśnie drugi miesiąc od jej odejścia, ja też odszedłem od alkoholu. Znalazłem pracę, w której może i płacą mniej, ale cokolwiek zarabiam. Coraz częściej piszę z żoną, za niedługo mam się z nią zobaczyć.
Trzymajcie za mnie kciuki, ja wierzę, że mi się uda.
Chwilówki... Zaczęło się niewinnie, 100 zł, bo brakowało na melanż ze znajomymi na studiach. Spłaciłem, ale przecież to było takie łatwe... Pożyczka za zero, oddajesz i masz z głowy. Obiecałem sobie, że więcej tego nie zrobię, ale życie studenta przypiliło (miałem stały dochód w postaci renty rodzinnej, więc nie było problemu z przyznaniem). I kolejna na 100, potem kolejna na 200, bo jak dali mi na 100, to na 200 nie dadzą? I tak to wszystko się zaczęło, uzbierały się trzy tysiące do spłaty. Co zrobiłem? Wziąłem kredyt, żeby to spłacić i spłaciłem. Wszystko fajnie, kredyt spłacałem, aż nagle zabrakło mi kasy na jakąś pierdołę. No to co? Chwilówka, bo przecież mam czyste konto.
Przez pół roku byłem „bogaty”, żyłem pełnią życia, spłacałem jedną chwilówkę kolejną. Do momentu, kiedy wziąłem chwilówkę na cztery i pół tysiąca. Wtedy dobry okres się skończył. Przy mojej rencie nie dałem rady. Rzuciłem studia przez osobiste problemy, przez które również pogrążyłem się w alkoholu, renta odpadła, a ja zostałem z jakimiś dwudziestoma tysiącami długu. Zacząłem pracę, po pół roku na wypłatę wszedł mi komornik, dostawałem połowę pensji, więc zapierdzielałem po 230 godzin w miesiącu, żeby mieć za co żyć. Po czasie doszedł drugi, trzeci komornik, a inne moje długi (miałem zaciągniętych kilkanaście chwilówek) wciąż rosły. Przeszedłem ciężką depresję, zapożyczałem się u znajomych, żeby mieć co jeść.
W końcu poznałem jego. Człowieka z zupełnie innego świata, dobrze zarabiał, mógł sobie pozwolić na bardzo dużo. Zakochałem się. Chciałem mu dorównać, też dobrze żyć, jeździłem z nim na wakacje, na które nie było mnie stać, w pewnej chwili zrozumiałem jednak, że u niego również zacząłem się zapożyczać. Po roku związku przyznałem mu się do długów. Zrozumiał, obiecał, że wesprze, ale ja wciąż, zamiast z tym walczyć, zapożyczałem się u niego. Teraz mieszkamy wspólnie w Holandii, jestem zapisany na terapię u psychologa, chcę nauczyć się rozporządzania pieniędzmi. Swoje długi powoli spłacam, ale jeszcze długa droga przede mną. Na szczęście zarobki mam dobre, więc jest światełko w tunelu.
Niby się wie, że nic na świecie nie jest za darmo. Jednak przez darmową pożyczkę przy odrobinie nieostrożności można znaleźć się w naprawdę ciężkiej sytuacji. Ja przez własną nieostrożność i głupotę, zamiast czerpać z życia, ciągle się zastanawiam, jak wyjść z długów.
Siedzę na kiblu, oglądam filmik na stronie dla dorosłych, gdy nagle w tle w filmiku pojawia się komputer. Ja jako rasowy informatyk powiększam... O, widzę, GTX 780 Ti od Gigabyte, płyta główna na socket lga 1151, w sockecie zapewne...
Zamiast skupić się na treści filmiku, który po to właśnie włączyłem, to patrzę na podzespoły...
To właśnie chyba nazywa się zboczenie zawodowe :)
Od dziecka uwielbiam zupę ogórkową, mógłbym ją jeść codziennie, nigdy mi się nudzi. W przedszkolu często nam ją dawali, ale mi zawsze było mało, chciałem więcej... Więc znalazłem na to sposób.
Mówiłem dzieciom przy stoliku, że to zupa z glonów i wodorostów, więc żadne dziecko nie chciało jej jeść, a ja wcinałem i swoją, i ich porcję :D
Boję się, że jestem mitomanem.
Kłamię codziennie, nie ma dnia, gdzie nie wypowiedziałabym chociaż jednego, małego kłamstwa. Czasem na swój temat, czasem na temat mojej rodziny, a czasem po prostu, bo czuję, że muszę coś powiedzieć, a nie wiem co, więc wybieram bezpieczne kłamstwo. Gubię się w tych kłamstwach, a jak ktoś to wychwyci, to wymyślałam kolejne, byle tylko się to nie wydało. Jest mi cholernie wstyd, już sama nie wiem, co jest prawdą na mój temat, a co nie. Jestem w takim stanie, że po każdym kłamstwie płaczę, że to zrobiłam, a po uspokojeniu się powtarzam to.
Nie chcę tak żyć, ale nie umiem też z tego wyjść, a na terapię nie pójdę, bo też będę kłamać. To jest cholerne błędne koło.
Mój ojciec 2 lata temu uległ wypadkowi – dosyć skomplikowanie złamał nogę. Czekała go operacja złożenia ponownie kości i rehabilitacja. Wiadomo, na początku wszyscy kazali mu leżeć, odpoczywać i się kurować. Gdy kości w nodze się zrosły, mama zapisała go na rehabilitację, a on miał powoli wracać do życia. Codzienne spacerki, ćwiczenia, nic ponad ludzkie siły. Rzeczywistość jednak wygląda tak, że ojciec od 1,5 roku wstaje tylko do łazienki i do lodówki. Jak przyjeżdżam na weekend, to cały dzień gnije na kanapie, a na każdą propozycję wspólnego wyjścia na spacer reaguje najpierw niechęcią, potem agresją. Jak od wielkiego dzwonu jedzie do sklepu po fajki, to staje na miejscu dla niepełnosprawnych i nie widzi w tym problemu. Mamie po 8 godzinach pracy obiadu nie ugotuje, nie umyje naczyń po śniadaniu ani nawet w piecu nie napali. Cały dom jest na głowie mamy, która już ledwo chodzi ze zmęczenia. Przez rok wyhodował sobie poważną miażdżycę i cukrzycę, z którą absolutnie nic nie robi. Pomimo że mama wydaje krocie na jego badania i lekarzy, to ojciec nadal tylko żre i śpi.
Mama nieśmiało mówi o rozwodzie. Ja staram się nie popierać żadnej ze stron. Kilka razy pokłóciłam się mocno z ojcem o jego styl życia i nie przyniosło to żadnych rezultatów.
Najgorsze czego się boję, to nie nawet jego śmierć, ale udar i niepełnosprawność. Rodzice mają kredyt na mieszkanie na głowie, ja jestem na etapie zakładania rodziny w mieście oddalonym o 100 km. Boję się, że mama nie da sobie rady i coś sobie zrobi (od wielu lat choruje na depresję), bo widzę po niej, że jest wycieńczona. Co rozmowę ze mną płacze.
Ojca powoli nienawidzę za to, jak obchodzi się z nami. Proponowałyśmy mu psychologa, ale nie chce o nim słyszeć.
„Ukradłam” obrączki dziadków i pierścionek zaręczynowy mojej babci.
Rok temu w niedużym odstępie czasu zmarli mój dziadek i babcia. Od tamtego czasu ich dom stoi ze wszystkimi ich rzeczami plus coraz większą ilością gratów. Ich mieszkanie jest częścią domu mojej cioci (córka dziadków i siostra taty), osobne wejścia itd. Ale dom ten sam (własność wujostwa). Odkąd dziadkowie zmarli, ciocia z rodziną zrobili sobie tam graciarnię, powoli pakując rzeczy dziadków i dorzucając swoje, z którymi nie mają co robić.
Kilka dni temu, pod nieobecności domowników, byłam w ich domu, bo wujostwo prosiło o karmienie i wyprowadzanie psa pod ich nieobecność. Przejście do mieszkania dziadków było otwarte i z ciekawości zajrzałam, chcąc trochę powspominać. To, co zobaczyłam, to była masakra. Szuflady powyciągane, pełno porozwalanych rzeczy itd. Niewiele myśląc, zajrzałam do komody, w której wiedziałam, że babcia trzymała biżuterię, żeby zobaczyć, czy ją też opróżnili. Całe szczęście jeszcze nie, więc po prostu zabrałam pudełeczko z ich obrączkami i pierścionkiem zaręczynowym (dziadkowie już ich nie nosili, bo po tylu latach nie pasowały) i schowałam je u siebie. Mam ogromny sentyment do tego typu rzeczy i nie chciałam, żeby to gdzieś się zgubiło podczas tych ich porządków albo, co gorsza, zostało sprzedane (ciotka to ten typ, który bez skrupułów sprzedałby takie rzeczy).
Teraz mam trochę wyrzuty sumienia, bo niedługo po ich śmierci pytałam taty, czy mogę to zachować na pamiątkę, ale stwierdził, że powinno to być podzielone pomiędzy jego i rodzeństwo, jednak widząc, co tam się dzieje, nie mogłam tego zostawić. Nie wiem, czy powinnam się przyznawać. Boję się, że jeśli któreś z nich się dowie, to zdecydują się podzielić i wtedy na pewno coś z tego przepadnie, a ja mam poczucie, że takie coś jak obrączki, powinno być razem. Liczę na to, że jeśli ktoś kiedyś sobie o tym przypomni, brak tych pierścionków zrzucą na fakt porządków i pomyślą, że gdzieś zgubiły się w trakcie i nie wiadomo, gdzie są. Ewentualnie na to, że ciotka je sprzedała, zgarnęła kasę i wydała na jakieś zakupy czy wakacje, na które często jeżdżą.
Tydzień temu wysłałem promotorowi pierwszy rozdział mojej pracy magisterskiej, zaczynający się od słów: „Pewnie, oto ostateczna wersja Twojej pracy z dodanymi przypisami oraz podziałem na akapity”.
PS Facet jest stosunkowo wyluzowany, powiedział, że dopiero za drugim razem zgłosiłby sprawę do dziekana, no ale już wiem, że obrona nie będzie łatwa...
Moja koleżanka ominęła pogrzeb swojej babci – tak się zdarzyło, że nie dała rady przyjść. Kiedy rozżalona i załamana rozmawiała ze mną, chciałem ją jakoś pocieszyć.
Co zrobiłem mądry ja?
Powiedziałem: „Nie przejmuj się, na pewno będziesz miała jeszcze wiele pogrzebów w rodzinie”.
Zaraz po technikum wyjechałem za granicę, nie było mnie 13 lat, oczywiście przyjeżdżałem na urlopy. Teraz jestem już na stałe w Polsce.
Mam media społecznościowe, ale nie jestem tam zbytnio aktywny, mało zdjęć, informacji. Jedyne, z czego regularnie korzystam, to Instagram. Mam tam w obserwowanych trochę znajomych. Pamiętam ich jako nastolatków. Szczególnie dziewczyny, kobiety, dodawały takie zdjęcia, relacje, że byłem w lekkim szoku, że tak dobrze wyglądają. Naprawdę takie 10/10. Widziałem je tylko na Instagramie, ale myślałem, że tak też jest w rzeczywistości. Bo niby po co ktoś miałby przerabiać zdjęcia, szczególnie mieszkając na wsi, gdzie każdy się zna?
W miejscu, gdzie się wychowałem, akurat niedawno otworzyli Dino, więc można tam wszystkich spotkać.
Znałem osoby ze zdjęć, relacji, ale nie poznałem ich na żywo...
Trochę mnie to zniszczyło, po co tak oszukiwać siebie, to jakby mieć dwa osobne życia.
Dodaj anonimowe wyznanie