Miałam męża. Gdy się poznaliśmy, był zadbanym facetem. Z biegiem lat przestał o siebie dbać i bardzo przytył. Nie wyglądał korzystnie. Ode mnie natomiast wymagał, żebym zawsze była umalowana, ładnie ubrana i żebym trzymała linię. On na moje prośby, żeby ze mną poszedł na siłownię, na basen czy pobiegać, bo nie dość, że dla zdrowia to dobre, to moglibyśmy jeszcze miło razem spędzić czas, zawsze się obruszał, bo dobrze wygląda, nie chce mu się, po co mu to i wiele innych wymówek.
No i przyszedł czas, że się rozwiedliśmy (nie, nie przez jego wygląd). I teraz widzę, że mój były mężuś znowu zaczął na siłownię chodzić i nawet fryzjera odwiedził. Dochodzą mnie słuchy, że robi to, żeby mi pokazać, co straciłam. No cóż, opakowanie może i staje się ładniejsze, ale charakter pozostaje bez zmian.
I naszła mnie refleksja. Pełno w necie jest „inspirujących” historii, jak to facet rzucił laskę, bo była gruba, a po rozstaniu ona przechodzi metamorfozę i jest laska. Da się? Da się. Tylko dlaczego jak już jest się w związku, to ludzie przestają o siebie dbać? Jak już się ma drugą połówkę, to można być otyłą fleją?
Chciałabym, żeby mój mąż zarabiał tyle, żebym ja mogła nie pracować i mieć więcej czasu na zajmowanie się nim, dzieckiem, domem, czytaniem i spacerami. Nie odnajduję się w życiu zawodowym, strasznie mnie ono męczy, za to bardzo dobrze czuję się w domu. Odpoczywam podczas obowiązków domowych, które nie są dla mnie obowiązkami, a czystą przyjemnością. Bardzo dobrze czuję się w domu. Kiedy opowiedziałam o tym w pracy, zostałam zlinczowana. Wiem, że to niemodne w tych czasach, ale to moje marzenie. Wierzę, że jest więcej takich kobiet, ale boją się o tym gdziekolwiek opowiedzieć.
Udałam się niedawno do urzędu, a jako że była długa kolejka, to siedzę sobie i czekam na swój numerek. W pewnym momencie słyszę, jak urzędniczka kilkukrotnie głośno powtarza pytanie: „Czy była pani zameldowania w Polsce?”. Kobieta coś odpowiadała po angielsku, ale nie słyszałam co dokładnie. Następnie urzędniczka znów kilka razy, głośno powtarza, tym razem: „Czy pani jest pierwszy raz w Polsce?!”.
W końcu chyba postanowiła przetłumaczyć to ostatnie zdanie na angielski i udało jej się wydukać: „Łan Poland?!”.
W tym momencie jakiś pan postanowił pomoc obu kobietom i zaproponował tłumaczenie rozmowy. Urzędniczka przyjęła to z westchnieniem ulgi i narzekaniem: „No mówię łan Poland, to nie rozumie”.
Naprawdę się spodziewała, że ktoś to zrozumie?
Przez siostrę mojego (już byłego) chłopaka rozpadł się nasz związek. Dziewczyna ma 30 lat, przepracowała w swoim życiu dwa dni (wcześniej utrzymywali ją rodzice). Nie pracuje, nie uczy się, nie gotuje, nie sprząta, nie zrobi zakupów, nie dba też o siebie. Od dwóch lat mieszka z bratem i utrzymuje ją właśnie mój były. To on pracuje, robi zakupy, ogarnia dom, pozostałe obowiązki też są na jego głowie. Gdy jeszcze byliśmy razem, a on spał u mnie, siostra potrafiła dzwonić do niego i narzekać, że jest głodna, że jest jej słabo z głodu, że w domu nie ma nic do jedzenia, że w pokoju przepaliła się żarówka i ona się boi. Takich sytuacji było mnóstwo.
Na początku próbowałam pomóc — dowiedzieć się, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, czy dziewczyna nie ma depresji, czy nie potrzebuje pomocy itd. Ale nie. Ona po prostu tak została wychowana, że wszyscy wokół niej skakali i wszystko robili. Rodzice niczego od niej nie wymagali, teraz brat również od niej niczego nie wymaga (rodzice dość solidnie wpoili mu przekonanie, że ma się siostrą „opiekować” niezależnie od wszystkiego).
Gdy była mowa o planowaniu wspólnej przyszłości, on był przekonany, że jego siostra zamieszka z nami. Szliśmy coś zjeść? Brał dla niej coś na wynos, by nie było jej przykro. Jeśli to ja go odwiedzałam (rzadko), to jego siostra ciągle siedziała z nami, choć mają ogromne mieszkanie (które w całości utrzymuje on). Dodatkowo na każdym kroku starała mi się pokazać, że zna go lepiej niż ja, bo np. wie, że on nie słodzi kawy, a herbatę tak.
Nie zliczę awantur o jego siostrę, o to, że ja nie chcę żyć w trójkącie. Ostatecznie to on zostawił mnie, bo jestem egoistką i go nie rozumiem. Spędza teraz czas tylko z siostrą, wrzuca zdjęcia, jak to im dobrze razem. Ja jestem sama i staram się jakoś pozbierać, oni dalej mieszkają razem, dziewczę pracy wciąż nie ma.
Pracuję na magazynie. Wczoraj wezwał mnie do siebie kierownik tego kołchozu i kazał wypełnić anonimową ankietę satysfakcji z pracy. Wszystko byłoby OK, tylko wypełniałem ją jako jedyny obecny pracownik u niego w biurze w danym momencie w obecności babki z HR-u i jego. Dodatkowo babka po wszystkim zapytała się mnie, czy chciałbym coś dodać, o czymś opowiedzieć, ale wzrok kierownika podpowiedział mi, że nie chcę o niczym opowiadać. Po mnie było jeszcze po kolei pół magazynu. Pewnie wyszło im po tym badaniu, że jesteśmy najszczęśliwszym działem w całej firmie. Farsa jak cholera.
Mam 37 lat. Trzy tygodnie temu zauważyłem, że wszystkie paznokcie u rąk mają ciemne odbarwienia. Nie zwróciłem na to specjalnej uwagi, ale jak żona to zobaczyła, wystraszyła się, powiedziała, że u nich w szpitalu to się czasem kończy nawet amputacją palców i nie wolno tego bagatelizować. W internecie doczytała, że to może być czerniak, choć to raczej nie to, bo plamy są na wszystkich palcach. Znajoma lekarka przyznała, że to dziwne. Poszedłem więc do swojego lekarza, a on kazał mi obciąć końcówki paznokci i wysłał je do laboratorium, jutro mam ustalone badanie krwi.
Trzy dni temu pod prysznicem, z nudów chyba, zacząłem czytać opakowanie szamponu do barwienia siwych włosów, który dostałem od żony miesiąc temu — bo kto normalny czyta instrukcję używania szamponów? A tam stoi jak wół: szampon należy wmasowywać tylko wewnętrzną stroną dłoni, unikać kontaktu z palcami, gdyż barwnik może powodować odbarwienie paznokci...
Śmiechom i żartom nie było końca.
Szampon działa na siwe włosy rewelacyjnie, jutro idę kupić taki sam do brody!
Jestem w związku od 11 lat, mamy dziecko, od 3 lat jesteśmy po ślubie i w zasadzie wtedy zaczęło się wszystko zmieniać. Mój mąż pochodzi z rodziny patologicznej, jego ojciec pił, nie jakoś bardzo, ale miał z tym problem, i bił jego matkę po alkoholu (nie wiem, czy bez niego też). Mąż ma również brata, starszego, który rozstał się ze swoją partnerką z powodu agresji w stosunku do niej, ale też podejścia do życia w stylu Piotrusia Pana. Kacper nie przejawiał przez te wszystkie lata w stosunku do mnie żadnej agresji, był miły, potulny, kochał mnie i dalej kocha, natomiast po ślubie się zmienił i to nie tak, że od razu po, powiedzmy jakieś pół roku, rok. Zaczął być bardzo drażliwy, wszystko go wkurza, ma obsesję na punkcie tego, żeby go szanować. Nie da się z nim normalnie porozmawiać, chodzi z miną, jakby chciał kogoś zabić. Ciągle się chce ze mną kłócić o pierdoły, każdą rzecz uważa za zaczepkę. Zwolniono go z pracy, bo kłócił się z szefem, wyzywał go. Do mnie potrafił zadzwonić, jak był w pracy i mówić, że zaraz nie wytrzyma i kogoś uderzy, że aż się cały trzęsie. Bardzo łatwo i szybko się denerwuje i traci cierpliwość, raz mnie już nawet poszarpał, bo poszłam spać do córki po kolejnej kłótni i nie chciałam z nim rozmawiać, a on chciał mnie siłą do tego zmusić.
Nie wiem, co mam robić, ze wspaniałego faceta z poczuciem humoru, roześmianego, zmienił się w obcą mi osobę. Zawsze go chwaliłam i podziwiałam, że mimo że pochodzi z rodziny z taką przeszłością, jest taki wspaniały. Jestem załamana i mam wrażenie, że przestaję go kochać, czuję się oszukana, nie wiem, gdzie szukać pomocy, tłumaczę mu cały czas, że się zmienił, pytam, co się dzieje, a on przyjmuje do wiadomości, co mówię, przez dwa dni jest lepiej, a potem znów to samo, jakby miał pamięć złotej rybki. Z mojej strony nic się nie zmieniło, zastanawiałam się nad tym bardzo często, mówi się, że wina leży po obu stronach, natomiast ja czuję się jak widz w teatrze, który ogląda swoje życie z boku.
Byliśmy bardzo blisko, to była prawdziwa miłość. Spędzaliśmy czas razem, mamy wspólne hobby, które nas połączyło, nigdy się razem nie nudziliśmy. Nie ma mowy o kochance i tego typu rzeczach. To jest tak niesamowita zmiana, że nie wierzę, że jest naturalna, patrzę w jego oczy, na jego wyraz twarzy i to nie on. Nie poznaję mężczyzny, którego kocham od lat.
Ludzie cieszą się z wielu różnych rzeczy: prezentów, sukcesów, miłych słów lub gestów, posiadania rodziny.
Mnie natomiast najbardziej cieszy, kiedy uda mi się zrobić kupę zaraz po śniadaniu, przed wyjściem z domu.
Pracuję w kawiarnio-lodziarni od bardzo dawna. Nigdy mi to nie przeszkadzało, lubię tę pracę. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Co drugi dzień słyszę „Zrobi mi pani loda?”, „Taka piękna dama, może popracujesz dla mnie?”, „Jeśli nie masz chłopaka, to się dogadamy, a nawet jeśli masz, to he, he, nie szkodzi!”, „Sama pani ubija tę śmietankę?” itd.
Dzisiejszy tekst mnie zaskoczył, a myślałam, że słyszałam wszystko. Gościu powiedział, że zrobi mi minetkę, jak w minutkę go obsłużę. Żałuję, że nie dostał ode mnie talerzem... Gdy zwróciłam mu uwagę, że takie komentarze nie są na miejscu, stwierdził, że przesadzam i on tylko żartuje.
Nie. To nie jest śmieszne. Jest to obrzydliwe i seksistowskie. Najgorsze, że takie komentarze słyszę od typów 50+. Każdy z nich mógłby być moim ojcem.
Jak wracam do domu, to niedobrze mi się robi, jak o tym myślę.
Historia miała miejsce w czasie moich studiów. Ważną informacją jest, że byliśmy podzieleni na dwie grupy, powiedzmy A i B, oraz posiadaliśmy całym rocznikiem grupowego maila, na którego wykładowcy wysyłali nam różne materiały przeznaczone dla nas. Chcąc być zawsze na bieżąco z pocztą, połączyłem skrzynkę grupową ze swoim smartfonem. Wiadomości oczywiście odbierałem od razu, jak przychodziły, jednak kiedy były adresowane do drugiej grupy, nie mojej, kasowałem je bez czytania.
Byłem święcie przekonany, że kasuję je tylko ze skrzynki na telefonie, natomiast na głównej poczcie nic się nie zmieniło. No niestety, tam też wiadomości przechodziły od razu do kosza...
Na roku wybuchła afera, że ktoś robi na złość i specjalnie kasuje maile. Były akcje ze zmienianiem hasła, usuwaniem byłych studentów z grupy, a w końcu starosta przekierował kopie maili na swoją prywatną skrzynkę. Dopiero to pomogło, a ja w ciągu kilku lat od ukończenia studiów odkryłem, że to była moja wina.
Cóż, przepraszam kolegów studentów ;)
Dodaj anonimowe wyznanie