#yB9nQ

W gimnazjum miałam otyłego wychowawcę, którego cała klasa nazywała Boczkiem. Moja mama miała się kiedyś zgłosić na spotkanie z nim i w pokoju nauczycielskim uparcie prosiła o zawołanie pana Boczka. Dowiedziała się, że nikogo takiego nie ma. Jakiś czas później nauczyciel zadzwonił do niej z pretensjami, że nie stawiła się na spotkaniu. Po dłuższej dyskusji wyjaśniono kwestię nazwiska.
Od tej pory na wywiadówki chodził tylko ojciec :)

#kfLGp

Bojkotuję większość akcji charytatywnych. Kiedyś owszem, było mi szkoda, gdy widziałam ludzi zbierających na jedzenie i tym podobne. Teraz jest okres przedświąteczny, wiele ludzi otwiera swoje serca i portfele dla Szlachetnej Paczki i innych akcji. Idea jak najbardziej, szlachetna, pozytywna, na pewno wiele jest osób, którym taka pomoc przed świętami daje wiarę w ludzi i pozwala przeżyć magiczne święta. Sama wspomagałam tę akcję, ale do czasu.
 
Mam w rodzinie kanalię, która była żoną mojego wujka. Nigdy nie przepracowała dnia, „zajmowała się dziećmi”, podczas gdy wujek harował jak wół. Wujek zmarł nagle (przepracowanie, stres, brak czasu na zadbanie o siebie), a wszystkim nagle odbiło na punkcie biednej, samotnej wdowy.
Otóż biedna wdowa, która nigdy nie pracowała, od kilku lat żeruje na państwie, żyje z zasiłków, renty po mężu itd. Mimo że dwoje dzieci jest dorosłych i wszyscy są zdrowi, nikt nie pracuje. Ludzie z okolicy oraz rodzina pomagali jej przez kilka lat, a ona wydawała wszystko na pierdoły typu nowe meble, ubrania itd. Jako rodzina odcięliśmy się od tego pasożyta, ale zanim wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że zamiast wydawać nasze pieniądze, mogłaby sama iść do pracy, ktoś z sąsiadów zgłosił ją do Szlachetnej Paczki. Tym sposobem nieświadomi ludzie, zapewne ciężko pracujący, zasponsorowali takiemu leniowi m.in. nową lodówkę, zapas jedzenia, ubrania dla wszystkich oraz prezenty świąteczne.

Nie chcę nikogo zniechęcać do pomocy, ale od tamtej pory mnie odrzuca na myśl, że ja i wiele innych osób ciężko pracujemy, a są kanalie, które żerują na ludzkiej dobroci.

#Sj2Zg

Ostatnio stwierdziłam, że jestem samodzielną kobietą i nie będę zawracać głowy przyjaciołom, tylko sama zrobię przemeblowanie w mieszkaniu.
Poszło nawet sprawnie, ale problem był z szafą, która nie mieściła się w drzwiach. Pozostało mi ją rozkręcić i skręcić w nowym miejscu.

No cóż, zostały mi cztery śruby i dwa dziwne elementy, ale szafa (na razie) stoi :)

#tKw6Y

Jestem dorosłą 29-letnią kobietą i zaczynam mieć za złe, że rodzice przez całe życie mnie rozpieszczali. Można powiedzieć, że z jednej strony to dobrze, że powinnam im być wdzięczna. Zawsze dużo rzeczy za mnie załatwiali, ratowali finansowo, kiedy trzeba było. Zawsze wiedziałam, że „mamusia i tatuś” mi pomogą, kiedy będzie trzeba. Zawsze miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, wstydziłam się przyznawać ludziom, że nie potrafię być samodzielna, jednak tak do tego przywykłam, że nie potrafiłam przestać pozwalać moim rodzicom non stop mi pomagać. Mój mózg już tak się do tego przyzwyczaił, że nie wiedziałam, jak mam żyć inaczej. Wielu „dorosłych” rzeczy i czynności nie rozumiem, bo nie musiałam mieć z nimi do czynienia. Wiem, że mogłam się po prostu odciąć od rodziców i usamodzielnić, ale było to trudne. Czasem aż zazdroszczę ludziom z tak zwanych „gorszych domów”, którzy po 18 spieprzają od rodziny i się usamodzielniają, bo albo nie mają wyjścia, albo chcą uciec od patologii. Znałam wiele takich osób, które tylko czekały, żeby się wyprowadzić i żyć bez kontaktu z rodzicami i każda z nich świetnie sobie radzi i jest ogarnięta życiowo, finansowo i społecznie. Ja nawet po wyprowadzce wiele lat temu zawsze wracałam do domu jak do azylu, nie chciałam go opuszczać, bo było mi tam tak dobrze. Zero kłopotów, sielanka i chill. Przez tyle lat żyłam w strefie komfortu, że teraz jest bardzo ciężko. Utraciłam wszystkich znajomych, bo po prostu wstyd mi za to, jakim nieudacznikiem się stałam, poza tym kto chciałaby zadawać się z taką osobą jak ja? Niedawno podczas rodzinnej popijawy powiedziałam mamie, że żałuję, że byłam tak nieodpowiedzialna, że zawsze mogłam na nią i tatę liczyć do tego stopnia, że teraz nie potrafię odnaleźć się w dorosłym życiu. Nie wiem, czy ją tym zraniłam, ale chciałabym mimo tak późnego wieku żyć w końcu na swoich zasadach bez pomocy we wszystkich aspektach mojego życia. To nie tak, że mam za złe, bo wiem, że chcieli dla mnie jak najlepiej, ale najchętniej wyjechałabym gdzieś bardzo daleko, żeby się trochę uwolnić od rodzinnego domu i zacząć żyć jak samodzielna dorosła osoba.

#f6Ghw

Jest taka historia z młodości, której nie opowiedziałem nikomu.

Mając 20 lat, a było to jeszcze przed czasami telefonów komórkowych i internetu, byłem ze znajomymi nad morzem. Plan był prosty — tydzień plażowania, potem zahaczyć się o jakąś pracę i spędzić resztę lata pracując i korzystając z uroków morskich.

Dzień przed końcem imprezowej części wyjazdu poszedłem bardzo ostro na imprezie. Pierwszy raz pomieszałem alkohol z czymś mocniejszym, co dostałem od poznanego w barze Słowaka. I obudziłem się w Bieszczadach. Tak. Naszych polskich Bieszczadach. Drugi koniec Polski. Miałem przy sobie to, co na sobie i portfel. Wszystko inne zostało nad morzem. Ocknąłem się nie do końca wiadomo gdzie, spałem na jakiejś rozwalającej się wersalce w czymś, co przypominało stodołę. Gdy wyszedłem na zewnątrz, nie było żywego ducha. Skacowany i zmęczony poszedłem do domu, który stał nieopodal. Wtedy wyszedł z niego facet, na oko 45 lat, i zapytał mnie, jak tam głowa. Miał dziwny akcent...

Od słowa do słowa wszystko się wyjaśniło, Słowak, z którym brałem coś w barze, zabrał mnie ze sobą i swoimi znajomymi busem do Słowacji, bo ponoć nalegałem, że będzie fajna przygoda. Nie miałem paszportu i kierowca wyrzucił mnie przy jakimś zabudowaniu, dał właścicielowi kilka złotych, a ten położył mnie w stodole na siano na wersalce.

Podsumowanie jest dość ciekawe. Udało mi się znaleźć w książce telefonicznej numer do pensjonatu, gdzie się zatrzymałem. Przekazałem znajomym, że mają na mnie nie czekać, bo poniósł mnie melanż, obsługa wysłała na mój koszt moją walizkę do mnie, a ja zostałem w Bieszczadach, pracując dorywczo w tartaku. To było najciekawsze lato mojego życia. Pod koniec lata wróciłem do domu, zarobiłem dużo, czułem się jak nowo narodzony. Kilka lat później na dobre wyprowadziłem się z miasta i może nie są to Bieszczady, ale okolice Karpacza i jest pięknie.

Minęło wiele lat, ale takiej akcji nigdy wcześniej ani później już nie odwaliłem. Więcej szczęścia i życzliwości ludzkiej niż rozumu.

#BQKB4

W życiu dużo przeszłam... Problemy rodzinne itd., później związek z mężczyzną, który nie potrafił zarobić na własną rodzinę (też pracowałam, ale wiecznie dokładałam). Śmierć jego ojca przytrafiła się niespodziewanie, musieliśmy zająć się jego młodszym bratem — bez problemu wyprowadziłam się ze swojego mieszkania, poszłam mieszkać z partnerem i jego bratem. Nie powiem, że nie, ale było bardzo ciężko. Dużo poświęciłam dla niego, ale jak kiedyś przy rozmowie powiedziałam partnerowi, że chcę ślubu, to on stwierdził, że on nie chce... Nie wiem, co o tym myśleć, bardzo go kocham, ale moim marzeniem jest mieć ślub, i nie mówię tu o wielkim weselu, tylko o nas i o świadkach.

#AekTZ

Byłam podręcznikowym przykładem ofiary. Mój partner mnie bił, poniżał i żądał obsługiwania go. Pozwalał mi pracować tylko dorywczo, żeby mieć kontrolę nade mną i moim czasem. Wymagał ode mnie starannego, kobiecego wyglądu cały czas, a jednocześnie wściekał się, gdy jakiś facet choć na mnie spojrzał. Wykorzystywał mnie na różne sposoby, tak mi wyprał mózg, że sama mu dawałam kiedy tylko chciał, bo taki był przecież obowiązek dobrej dziewczyny. Długo bym mogła o tym pisać.
Rodzina i przyjaciele próbowali mnie z tego wyciągnąć, w końcu udało im się, wyprowadziłam się do rodziców, poszłam na terapię, złożyłam sprawę w sądzie. Wszyscy mnie wspierali, pomagali wracać do normalności, ale moja przyjaciółka zaczęła się dziwnie zachowywać. Sugerowała, że powinnam zapomnieć, że rozprawa nic nie da, że na pewno mi nie uwierzą. Potem próbowała mi wmówić, że może przesadzam i to moja psychika podsuwa mi tak brutalne obrazy, może staram się na siłę robić z siebie ofiarę. „Przypadkiem” zalała moją komórkę, na której były wiadomości z pogróżkami od byłego (prawnik miał kopię). Wkrótce wyszło na jaw, o co w tym wszystkim chodziło – moja mama zobaczyła ją na mieście z moim byłym. Gdy zrobiła im awanturę, sama się przyznała, że są razem i się kochają. Po tym wszystkim już nie miała żadnych skrupułów. Wśród znajomych opowiadała, że wszystko sobie wymyśliłam, że nie mogło tak być, bo ją traktuje jak księżniczkę, że mnie rzucił, bo przyłapał mnie na zdradzie, a ja próbuję się mścić. Ci, którzy nie znali mojej sytuacji, odwrócili się ode mnie. Musiałam odejść z nowej pracy, bo pracowałam w tym samym miejscu co ona i nie byłam w stanie tego dźwignąć.

Od kiedy byli razem? Zagadał do niej mniej więcej kilka dni po tym, jak dostał pismo z sądu. Czy prosił ją o pomoc? Oczywiście, że tak, przecież był niewinny i musiał się bronić przed zniszczeniem mu życia, a ona mu pomagała, bo to jej ukochany.
Na rozprawie mówiła te same kłamstwa, jednak ja miałam dwie obdukcje (jedną z czasów gdy chciałam odejść, ale stchórzyłam), wiadomości z pogróżkami, nagranie gdy atakuje mnie i mojego ojca, gdy zabieraliśmy moje rzeczy od niego, świadków itp. Skazali go, miał trafić do więzienia. Oczywiście zaraz po rozprawie zerwał z moją byłą przyjaciółką, a ona się na mnie śmiertelnie obraziła. Bo gdyby nie ja, to wciąż byliby razem...

#Z8gWe

Mam 23 lata, mój tata jest po udarze już od lat, jego stopień niepełnosprawności od tego momentu jest naprawdę znaczny, mama odeszła lekko ponad pół roku temu z powodu nowotworu, a z moją siostrą w ogóle nie mogę się dogadać, jesteśmy jak ogień i woda, zupełnie dwa różne światy.
Odkąd mama zmarła, udało mi się zrobić w życiu progres. Przestałam praktycznie korzystać z używek, a miałam z nimi problem od 16 roku życia, znalazłam ambitną, rozwojową i dobrze płatną pracę, w której dobrze się spełniam, oraz wróciłam do treningów. Mam praktycznie wszystko, o czym marzyłam, a siedzę sama jak pies w pokoju i płaczę, bo co mi z mojego szczęścia, kiedy nie mam się nim z kim podzielić? Mam wszystko, czego chciałam, a nie mam z kim spędzić Wigilii. Praca i pieniądze są nic nie warte, kiedy nie ma z kim usiąść do stołu.

#gOQ6S

Wychodzę za mąż. I nie chcę mówić o tym mojemu ojcu. Byłam w tej decyzji mocno utwierdzona. Od kilku tygodni jednak wyobrażam sobie go samotnego, niemającego rodziny... Wyobrażam sobie, co będzie, kiedy dowie się, że wyszłam za mąż. Czy pęknie mu serce? Nie wiem. Zawsze był szorstkim typem. Zawsze sprawiał wrażenie, jakby go to nie interesowało. 
Moi rodzice rozstali się, gdy miałam cztery lata. Nie pasowali do siebie, on miał zbyt wybuchowy charakter, ona nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Ojciec nie starał się utrzymywać ze mną kontaktu, gdy byłam dzieckiem. Nie przychodził w odwiedziny, nie dzwonił w urodziny czy na święta. Zabrał mnie na wakacje raz w życiu, jako odpowiedź na pozew o podniesienie alimentów – wykorzystał rachunek za wakacje jako argument przeciw. Potem była moja osiemnastka, chciałam odnowić kontakt. Szło opornie. Parę razy poszliśmy na piwo. Nie było o czym rozmawiać, czułam się zmęczona. Za każdym razem inicjatywa była po mojej stronie. Teraz mam trzydziestkę. Od roku, czy dwóch nie widzieliśmy się chyba w ogóle. Nie tęsknię, nie mam uczucia pustki. Nie wiem, czy w ogóle zareagowałabym, gdyby umarł. Nie chcę go na swoim weselu – wychowywał mnie mąż mojej mamy, to on finansuje część mojego wesela, on będzie wymieniony w podziękowaniach dla rodziców. Mój wybuchowy ojciec mógłby zrobić awanturę w złości, gdyby zjawił się i uświadomił sobie, że nie jest dla mnie ważnym gościem. Taki ma charakter, jest z tego znany. Zaproszenie go na sam ślub, jak również szczera rozmowa z nim nie wchodzą w grę. Jest cholerykiem, wybuchowym typem, wielokrotnie aresztowanym za większe, mniejsze przewinienia. Nie chcę podawać mu daty, miejsca. Nie chcę martwić się, co będzie. To mój dzień. Mam tylko nadzieję, że nie będę tego żałować.
Dodaj anonimowe wyznanie