Mój mąż uwielbia pierogi z kapustą i grzybami. To jego główne danie na święta Bożego Narodzenia. Drugim i trzecim głównym daniem jest barszcz i karp. Je to przez tydzień od Wigilii i nic innego mu do szczęścia nie potrzeba.
Podział obowiązków świątecznych co do tych potraw w domu jest taki, że ja lepię te pierogi, on robi barszcz (naprawdę niezły) i karpia sobie sam ogarnia (oczywiście ja robię pozostałe dania na całe święta i sprzątam). W każdym razie co rok słyszę, że pierogów to ma być wincyj, do tego za grube/za cienkie ciasto, za mało pieprzu...
W tym roku spięłam się jak rzadko. 13 godzin mu te pierogi robiłam. A niech ma, niech się zapcha i siedzi cicho. Mąż w tym czasie siedział przy komputerze i grał cały dzień...
Zmęczona byłam tak, że w Wigilię ledwo siadłam do stołu, a potem nie miałam siły już na nic. Karpia na ostatnią chwilę w samą Wigilię dorwał na bazarze, za darmo mu sprzedawca oddał, ciekawe dlaczego...?
Ja karpia nie jadam, nie lubię, miałam swoją rybkę.
W pierwszy dzień świąt mąż wstaje zbolały około południa, że się zatruł. Ja mu tam delikatnie, że ten karp to może nie bez powodu za darmo, a poza tym jelitówka ostatnio szaleje. Ale nie, winny już był namierzony. Ja i moje pierogi. Na pewno od nich tak się źle czuje... Nic to, że i ja i córka też je jadłyśmy (w przeciwieństwie do karpia). Nic to, że w Wigilię, aż wstyd przyznać, przesadził z alkoholem...
Otruć go chciałam normalnie...
No cóż...
Takiego wała zobaczy, a nie pierogi na następne święta. I na resztę świąt też.
W naszej rodzinie kot był zawsze (i pies też, ale nie o nim mowa) W sumie przez moje życie przewinęły się dwa koty, jeden był z nami jeszcze zanim się urodziłam. Oba koty nauczone były porządku, nie biegały po blatach, spały w swoich posłaniach (i na moim łóżku, bo się na to godziłam), nie prosiły nawet o jedzenie przy stole.
Dwa lata temu wzięliśmy nowego, trzeciego kota. Od początku był żarłokiem i już jako kociak tylko łaził z nosem przy ziemi, bacznie sprawdzając, czy gdzieś na podłogę nie spadł nam przypadkiem jakiś smaczny kąsek, trzeba było uważać, bo żarł WSZYSTKO. Najgorsze jednak było jego łażenie po blatach i stole. Wiedział, że mu nie wolno, ale tylko wtedy, kiedy patrzymy... Kiedy jemy, to zazwyczaj się zamykamy i zawsze pamiętamy, by przykryć WSZYSTKO.
Pewnego dnia na imprezie rodzinnej organizowanej u nas mama wróciła do kuchni po resztę rzeczy ze stołu, patrzy, a tu... kot wtranżala surówkę. Miska oczywiście pełna karmy, ale nie, trzeba jeść surówkę! Matka robiła surówkę na szybko nową... Innym razem musieliśmy wymyślić na szybko wymówkę, dlaczego nie będzie grzanej kiełbasy... (zapomnieliśmy ją przykryć w tym całym zamieszaniu i kot może i kiełbasy nie sięgnął, ale wodę, w której się ugotowała, wypił). Nie powiemy przecież, że kot się poczęstował, bo to wstyd, żeby kot w domu po garach łaził, no i jest to zwyczajnie obrzydliwe...
Parę dni temu jemy sobie obiad jak co dzień, kot spał na górze, więc się nie zamykaliśmy. Ale nie, obudził się, dziadyga, przylazł i bezczelnie wskoczył na stół. Już chcę go zabierać i drzwi do kuchni zamknąć, aż tu on obwąchuje pierwszą najbliższą niego rzecz – ogórki kiszone. Jak wystrzelił do tyłu, to ze stołu spadł i uciekł z kuchni (zawsze najpierw powącha, potem kosztuje). Wpadłam wtedy na iście szatański plan.
Jako że mieliśmy parę dekli do słoików, które już przesiąknięte zapachem kiszonych ogórków (oraz ten świeżutki z obiadu), porozkładałam je w całej kuchni w strategicznych miejscach. Przez jeden dzień obserwowaliśmy, jak kot wskakuje sobie na blat, wącha dekielek na swojej drodze i ucieka. Minęło parę dni, a ten nawet do kuchni nie wchodzi...
WYGRALIŚMY!
Dłuższy czas jestem sam, 4 lata bez żadnego związku. Zbudowałem sobie swój świat, bardzo wygodne życie, gdzie to ja jestem głównym aktorem. Mam czas na dbanie o siebie, naukę języków, swoje przyjemności, mniejsze bądź większe. Nikt nie ocenia, nie muszę chodzić na kompromisy, rezygnować z czegoś dla kogoś.
Z jednej strony fajnie by było być w związku, na randki chodzę, ale to z góry wiadomo w jakim celu.
Jak pomyślę, że ktoś mógłby wejść w ten mój ułożony świat, będę musiał zrezygnować z czegoś (jednak związek to w dużej mierze sztuka kompromisów), wprowadzi emocje, (różne emocje, wiadomo, nie zawsze jest cukierkowo), to zdecydowanie wolę być sam, ciesząc się tym spokojem.
Zawsze uważałam moich rodziców za przykład idealnej, kochającej się pary. Mój sen rozmył się wczoraj, kiedy zobaczyłam mojego ojca z inną kobietą. Obejmował ją i… całowali się. Pod jego pracą. Nie przyznałam się, że to widziałam, bo byłam (i zresztą nadal jestem) sparaliżowana tym widokiem.
Nie wiem, co robić, mówić mamie? Ona się przecież załamie… Choć nie jestem małym dzieckiem, to w tym momencie mój świat się posypał. Nie myślałam, że coś takiego kiedykolwiek przytrafi się mojej rodzinie. Nie życzę takiej sytuacji najgorszemu wrogowi.
Mam 40 lat, swoje już przeżyłem, byłem w małżeństwie długo i już jakiś czas nie. Trochę mnie to bawi już na tym etapie, ale muszę się do czegoś przyznać. Nigdy nie byłem obiektem damskich westchnień – żadnych. Raz w życiu usłyszałem (dawno, dawno), że się komuś podobam, bez jakichś westchnień, tylko tak o, niestety nawet nie od własnej żony, ale od dziewczyny, która miała wówczas od paru lat chłopaka, więc podziękowałem. A tak to żadnych sygnałów, pokątnych spojrzeń, przypadkowych rozmów, żadnych plotek od koleżanek, żadnych anonimowych liścików za młodu, żadnych prób romansów, żadnych pijackich amorów na służbowych wyjazdach. Nic, nigdy, nul. W temat eks wchodzić nie będę, musicie uwierzyć na słowo, że też średnio ;-).
Nie, żebym był jakiś szpetny, myślę, że solidne 3/10. Trochę za gruby, trochę za łysy, ale nie żebym wzbudzał jakąś estetyczną pogardę, raczej taki przeciętny kartofel-misio. Zresztą kiedyś byłem ładniejszy, niewiele to zmienia. Podobno mam głowę na karku i można na mnie liczyć. Nie mam problemu z komunikacją, szybko nawiązuję kontakt, mam o czym rozmawiać z ludźmi. Nie jestem ani chamski, ani pobłażliwy, nie wyglądam na desperata, taki o kulturny, spokojny facet, ambitny, kiedy trzeba, umiejętny też, nie narzucający się, tylko robiący swoje. Nie jestem popędliwy, potrafię rozmawiać z kobietą na poziomie koleżeńskim i traktować ją jak człowieka. Kobiet znam wiele i nigdy nie odczułem z ich strony jakiegoś odrzucenia, więc to też nie to. Zdecydowanie nie jestem traktowany jak powietrze, raczej jako instytucja, o której nawet się nie myśli w kontekście miłosnym. Czemu? Nie mam pojęcia i nikt nie jest mi w stanie udzielić odpowiedzi innej niż „nie myślałam o tym, ale faktycznie tak jest”. Po rozwodzie miałem dużo sprzątania w głowie, wszystkie klepki poukładałem i jestem usatysfakcjonowany, ale na to pytanie nie potrafię sobie odpowiedzieć.
I choć pewnie brzmię, jakbym wylewał żale, to tak nie jest. Mam naturę badacza i po prostu korci mnie rozwikłanie zagadki, nawet jeśli przeprowadzam własną sekcję. A piszę, bo uruchomiło mnie zupełnie co innego. Otóż jak się okazuje, mój dobry przyjaciel ma większe powodzenie... mimo tego, że on wcale powodzenia nie szuka u kobiet. No cóż, najwyraźniej tak po prostu jest ;)
Miałem około 4 lat i jak każde dziecko pragnąłem jak najszybciej dorosnąć. Wielokrotnie widziałem mojego ojca golącego kilkudniowy zarost. Uznałem więc, że jest to oznaka dorosłości i aby zostać mężczyzną, również muszę zacząć się golić. Ale jak? Przecież nie mam brody ani wąsów...
Po chwili namysłu (i poszukiwań maszynki taty) stanąłem przed lustrem i kilkoma ruchami ogoliłem sobie brwi.
Kilka miesięcy temu zostałam mamą. I sobie z tym nie radzę.
Ciąża była naszą świadoma decyzją. Bardzo chcieliśmy być rodzicami, zawsze zazdrościłam znajomym, którzy mieli już dzieci. Czułam, że macierzyństwo jest dla mnie. Lecz od kiedy pojawiła się na świecie nasza córka, wszystko wywróciło się do góry nogami. Brzmi banalnie, przecież to oczywiste. Poród był trudny, ale gdy ją zobaczyłam, poczułam wielkie szczęście. Jednak teraz gdy myślę o macierzyństwie, wolałabym nie zostać mamą. Brzmi strasznie i samą mnie przerażają te słowa, ale tak właśnie czuję. Kocham naszą córkę, jest urocza i nie jest bardzo problematycznym dzieckiem. Jest dla mnie niesamowitym cudem, który powstał z miłości, ale z drugiej strony denerwuje mnie, że nie mam już czasu dla siebie. Mówię tu o zwykłych czynnościach, jak wzięcie prysznica (biorę ją ze sobą do łazienki), zjedzenie w samotności śniadania itp. Że z partnerem nie możemy oglądnąć w spokoju serialu czy porozmawiać lub wyjść gdzieś jak kiedyś. Że moje piersi są pokryte rozstępami i mam bliznę po cesarskim cięciu. Wszystko mnie denerwuje. Mała nie chce za bardzo spać w dzień, więc nie mam chwili, żeby coś oglądnąć lub zrobić cokolwiek innego. Na początku spała, miała przynajmniej jedną dwugodzinną drzemkę, a teraz śpi na rękach, a po odłożeniu do łóżeczka się budzi i tak w kółko. Partner jest naprawdę kochany, pomaga mi jak może, ale pracuje, więc większość dnia jestem sama z dzieckiem w domu. Poza tym gdy wraca, jest naprawdę zmęczony i chciałabym, żeby też sobie odpoczął. Nieraz mówi mi, że mogę sobie jechać gdzieś na zakupy itp., ale karmię piersią, więc zawsze czuję presję czasu, gdy gdzieś wychodzę.
Wiem, że pewnie wiele matek tak ma, ale czuję, że nie radzę sobie emocjonalnie i chcę to z siebie wyrzucić. Po porodzie miewałam takie humory, prawdopodobnie baby blues, ale w końcu mi przeszło. Teraz znowu mnie dopadło. Odliczam codziennie godziny aż partner wróci z pracy, żebym po prostu czuła, że on jest. Nie mamy pomocy od nikogo, bo mieszkamy za granicą. Najchętniej wróciłabym już do pracy. Zamiast cieszyć się chwilami z dzieckiem, patrzeć jak rośnie i zdobywa nowe umiejętności, myślę tylko o tym, żeby już była trochę większa i mniej marudna. Czuję się strasznie z tymi wszystkimi myślami, bo co ze mnie za matka, to niewinne dziecko potrzebuje mojej miłości. I kocham ją, ale chyba nie tak mocno, jak powinnam.
Niedawno po wielu miesiącach smutku, płaczu i nieprzespanych nocy udałam się do psychiatry. Diagnoza: depresja. No cóż, przede mną miesiące leczenia. Przepisano mi leki, przy których muszę ograniczyć spożycie alkoholu, a najlepiej do zera. Dla mnie to nie problem, chcę w końcu wyzdrowieć i cieszyć się życiem. Problemem jest natomiast reakcja rodziny i znajomych. „Ale jak to depresja, przecież wszystko było okej”, „Każdy ma jakieś problemy, nie użalaj się tak nad sobą”, „Kilka piwek ci nie zaszkodzi, he, he...”. Oczywiście nie wszyscy, są i tacy, którzy mnie bardzo wspierają. Natomiast nikt mimo moich tłumaczeń nie jest w stanie zrozumieć, że alkohol mnie nie zabije, ale może pogorszyć mój stan psychiczny, a terapia nie przyniosłaby żadnych rezultatów. Boli mnie to, że nie chcą rozumieć. Co takiego jest w alkoholu, że już bez niego niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić spotkania, to nie wiem...
Jestem barmanką w hotelu. Kilka dni temu pewna para zamówiła piwa i desery lodowe. Na swoje zamówienie czekali spokojnie przy stoliku. Najpierw nalałam piwa i poszłam im zanieść. Przy stoliku zastałam tylko faceta, jego dziewczyna widocznie musiała wyjść do toalety. Kładę piwa na stolik, po czym z uśmieszkiem na twarzy, nie zastanawiając się nad tym, co mówię, a raczej w jaki sposób, mówię mu: „Lodzika zaraz zrobię”.
Przez pierwsze parę sekund nie ogarnęłam, co ja właśnie palnęłam, ale jak tylko zobaczyłam jego minę i usłyszałam cichy chichot, to zdałam sobie sprawę, jak to zabrzmiało. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
Zaraz na początku studiów poznałem spoko kumpla. Śmieszyły nas te same żarty, mieliśmy podobne poglądy itd. Po pewnym czasie stworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma innymi kolegami z roku.
Przyszła sesja. Niestety mój kumpel nie został dopuszczony do jednego z egzaminów w pierwszym terminie. Zorganizował posiadówkę dzień przed tym egzaminem i zaprosił mnie oraz pozostałych dwóch kumpli z paczki. Stwierdziliśmy, że uczyliśmy się sporo, przedmiot łatwy, a jeszcze możemy sobie podyskutować na temat związany z przedmiotem na posiadówce, więc czemu nie?
Organizator imprezy miał genialny plan jak zrobić, żeby nie iść na drugi termin solo. Zaczęło się od alkoholu. My jednak się pilnowaliśmy, żeby nie obudzić się rano w tragicznym stanie. Tak się jednak złożyło, że przesiedzieliśmy na posiadówce do czwartej. Nie było opcji, żebyśmy szli spać, skoro za pięć godzin się zaczyna egzamin, a trzeba jeszcze się przyszykować i dojechać autobusami, więc postanowiliśmy zarwać nockę. Wtedy dobroczynny przyjaciel wpadł na kolejny pomysł: „Skoro i tak zarywacie nockę, dam wam po tabletce z kofeiną, da wam kopa i nie będziecie przysypiali”. Wyszedł i po chwili wrócił z garścią tabletek i rozdał nam po dwie. „Jedna na teraz, druga na potem, jakby któryś z was miał wysoką tolerancję”.
Około czwartej wyszliśmy od kumpla i poszliśmy do mnie, żeby przeczekać do rana. Około szóstej stało się to, czego się najmniej spodziewaliśmy. Wszyscy trzej, jeden po drugim, lecieliśmy do kibla z ostrą sraczką... Taaaak, w ramach dowcipu dostaliśmy środki przeczyszczające. Natychmiast wyjąłem cały arsenał leków przeciwbiegunkowych (na niewiele się one zdały). Z zaciśniętymi pośladkami dotarliśmy na egzamin w pierwszym terminie, na szczęście zdaliśmy na 85% i dwa razy po 90%. A kolega przestał być moim kolegą.
Dodaj anonimowe wyznanie