Im dłużej żyję, tym bardziej mój ojciec wydaje mi ewenementem, dziwną osobą.
Wychowałem się na wsi, rodzice mają gospodarstwo, do tego pracują na etacie w fabrykach. Dom jest poniemiecki, ma 150 lat. Wspominam o tym, dlatego że zawsze było coś do zrobienia – a to jakiś remont w domu, a to naprawy, konserwacja sprzętu rolniczego, przygotowanie go do żniw.
Jak były żniwa i wyszło za mało ton z hektara, to narzekał, wszystkich wyzywał.
Jak było za dużo, to też narzekał i wszystkich wyzywał, bo co on z tym zrobi...
Póki coś się nie rozwalało, to on nawet tego nie ruszył. Jak już nie było wyboru i musiał coś zrobić, to robił to z odpadów, bo szkoda czegoś nowego, bo trzeba wydać pieniądze. Co za tym idzie, praca, zamiast zająć godzinę czy dwie, bo po prostu nowe elementy pasują, zajmowała cały dzień. Bo deski spróchniałe, bo stare, wykrzywione, bo mają gwoździe itp.
Robiąc coś, zachowuje się, jakby to była kara dla niego, i wszyscy wokół muszą mieć zepsuty dzień, bo królewicz musi coś zrobić.
W domu kompletnie nic nie zrobił przez całe życie, nie licząc malowania ścian, a i to z wielką awanturą, bo musi coś robić.
Jedno trzeba mu przyznać – ma dar udawania fachowca, eksperta na każdy temat, ktoś mało wprawiony w temat by powiedział, że to majster budowany, świetny mechanik, elektryk itp.
Nigdy nie spotkałem nikogo z podobnym podejściem do życia, ciężko mi pojąć jego tok myślenia.
Mam 13-letnią córkę i… długo nie byłem pewien, czy na pewno jest moja. Na początku w ogóle o tym nie myślałem. Jak była mała, to wiadomo – dziecko to dziecko, trochę podobne, trochę nie, człowiek się nie zastanawia. Ważne, że zdrowa, że się śmieje, że zasypia na rękach. Ale z czasem zaczęły mnie gryźć takie rzeczy, które niby są głupie, ale jednak zostają w głowie.
Ja mam ciemne włosy, ona jasne. Ja ciemne oczy, ona niebieskie. Twarz zupełnie inna, rysy takie, że jak ktoś by zobaczył nas obok siebie, to raczej by nie powiedział „ojciec i córka”. Sylwetka też inna – ja całe życie raczej szczupły, ona od małego miała tendencję do tycia. Ja niski, ona z roku na rok coraz wyższa, jak na swój wiek to wręcz bardzo. Nawet takie drobiazgi – ja leworęczny, ona praworęczna. Do tego charakter i zainteresowania… totalnie inne. Ja spokojny, raczej wycofany, ona głośna, pewna siebie, wszędzie jej pełno. Ja lubię ciszę, ona muzykę na cały pokój. I tak sobie to wszystko zbierałem w głowie przez lata. Najgorsze było to, że czasami widziałem w niej więcej podobieństw do byłego mojej żony niż do mnie. I wiem, jak to brzmi – jak jakaś paranoja. Tym bardziej że oni rozstali się długo przed tym, jak się poznaliśmy. Więc logicznie to się w ogóle nie kleiło. Ale głowa potrafi płatać figle.
Próbowałem sobie to tłumaczyć – że dziecko może być bardziej podobne do matki, że geny się różnie mieszają, że to normalne. Tylko że u nas… nie było praktycznie żadnych podobieństw. Jak bym nie porównał, zawsze wychodziły różnice.
I w końcu nie wytrzymałem. Postanowiłem, że muszę zrobić badania DNA, bo inaczej nie da mi to spokoju. Jak nadarzyła się okazja, to wziąłem butelkę wody, z której ona piła, poszedłem możliwie jak najszybciej do laboratorium i zrobiłem te badania.
Czekanie na wynik było najgorsze. Z jednej strony chciałem wiedzieć, z drugiej bałem się, co wyjdzie. No i przyszły wyniki. Jednoznacznie potwierdzone ojcostwo. Do dziś nie wiem, jakim cudem. Serio. Patrząc na nas, dalej czasami ciężko mi w to uwierzyć. Momentami łatwiej mi pomyśleć, że w laboratorium się pomylili, niż że to naprawdę moje dziecko. Ale z drugiej strony… poczułem ulgę. Ogromną. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar, który nosiłem przez lata. Ta niepewność mnie zjadała, nawet jeśli na co dzień starałem się o tym nie myśleć. I w sumie to jest chyba najdziwniejsze, bo nic się nie zmieniło. Ona dalej wygląda tak samo, dalej jest zupełnie inna niż ja. A jednak coś w środku się uspokoiło.
Czasami dalej mam te myśli, nie będę ściemniał. Ale już wiem, że to bardziej moja głowa niż rzeczywistość.
Mam 5 rodzeństwa, tylko brat został w domu rodzinnym z rodzicami.
Ten pasożyt doprowadza mnie do szału, inaczej go nazwać nie można. Ma 35 lat, pracuje na czarno, ale nie było tygodnia, aby przepracował cały. Nie jest ubezpieczony, nawet jako bezrobotny, nawet nie ma dowodu, bo zgubił, a po co wyrabiać?
Do niczego się nie dokłada – ani do rachunków, ani nie kupi niczego do lodówki.
Pije, ćpa, później całą noc chodzi po domu, stuka garnkami, bo przecież trzecia w nocy to najlepsza pora na gotowanie.
Bierze ciągle pieniądze od rodziców, oczywiście nie oddaje. Nie sprząta po sobie, ubrudzona toaleta po wizycie, wszędzie zostawia syf. Jego pokój wygląda jak śmietnisko, tak tam śmierdzi, że nie można wejść. Jak rodzice zwracają mu uwagę, to drze na nich ryja.
Ale mnie korci, żeby mu walnąć w ten pusty łeb...
Gdyby taka sytuacja miała miejsce 10 lat temu, to od razu by go rodzice wyrzucili z domu, ale odkąd pojawiły się wnuki, bardzo zmiękli. Teraz tylko rozkładają ręce, a mama bardzo to przeżywa, jak to mama.
Niedługo pójdą na emeryturę, zamiast się nią cieszyć, będąc użerać się z pasożytem.
Nie znoszę starszych ludzi, takich w wieku od 50 do 75 lat. Kiedyś nic do nich nie miałam, ale od jakiegoś czasu pracuję w obsłudze i jeżdżę do pracy autobusem. O tym, jak wredni są ci ludzie w autobusach, to już każdy wie. Psioczą ciągle w głos na młodych, obrażają ich, głośno niepochlebnie komentują. Jako obserwatorka nigdy nie zauważyłam natomiast złego traktowania ze strony młodzieży. Bywają głośni, gdy rozmawiają i się śmieją, owszem, ale nic nikomu tym nie robią i osobiście zawsze wolę usiąść obok nich niż obok tych zrzęd, które wciąż ich obrażają. Ale to jeszcze nic. Pracuję w firmie, która zajmuje się obsługą miasta, w pewnego rodzaju urzędzie. Tam można poznać drugą twarz tych ludzi. Ci sami, co miętolą różańce w niedzielę, traktują urzędnika jak gówno, rzucają wulgaryzmami jak kasą na tacę, obrażają, jakby było im wszystko wolno, bo płacą i wymagają. Nie mają za krzty wyrozumiałości i cierpliwości, depczą po człowieku. Około 90% rozmów z ludźmi w tym wieku tak wygląda. A kto traktuje mnie dobrze? Tak jest, młodzież. A, no i skrajni staruszkowie, co widzieli wojnę. Oni też mają w sobie pokorę. Wśród takich średnio 5% rozmów jest nieprzyjemna, reszta mówi do mnie jak do człowieka – grzecznie i z szacunkiem.
Ta praca sprawiła więc, że z jednej strony zyskałam jakąś odporność na krytykę. Niewiele co mnie rusza. Z drugiej jednak, gdy wracam do domu autobusem, łapię się na tym, że w myślach wyobrażam sobie, że robię na złość starszym ludziom. Że podstawiam im nogę, zajmuję ostatnie wolne miejsce albo wygarniam wszystko, czego nie mogę powiedzieć ludziom, gdy pracuję.
Są tacy, co powiedzą „miej dla nich wyrozumiałość, dużo przeżyli”. Nie zgodzę się. Nie ma na to chamstwo wymówki. Wszyscy dużo przechodzimy. Sama przeżyłam skrajną biedę, patologię, bezdomność, przemoc fizyczną, emocjonalną, seksualną i wiele innych, ale nie wyżywam się na pani w sklepie, na kierowcy autobusu ani na kurierze. Wszyscy mamy emocje i wszyscy musimy się ogarnąć, żeby innych traktować z szacunkiem. Uważam, że czas skończyć z „wyrozumiałością dla starszych” i nagonką na „niewychowaną młodzież”, bo z mojego doświadczenia wynika, że to tylko starzy okazują braki w kulturze.
Parę lat temu zostałem „gwiazdą internetu”. Powiedziałem parę słów do kamery w jakiejś durnej sondzie ulicznej, a ponieważ wyglądałem wtedy dość nietypowo, ludzie zaczęli cisnąć ze mnie bekę. Przez kilka miesięcy byłem viralem na każdym możliwym portalu. Początkowo się ucieszyłem, moje wyświetlenia szybko rosły, załapałem się do paru reklam, prawie udało mi się nawiązać współpracę ze znanym influencerem.
Niestety, były też minusy. Ludzie kojarzyli mnie właściwie tylko z jednej rzeczy. W tej sondzie dla jaj powiedziałem jakąś totalną głupotę, wobec czego cały internet uważał mnie za debila. Mieszkam w dużym mieście, w turystycznej okolicy. Co chwila ktoś do mnie podchodził, pół biedy, jak chciał zdjęcie czy autograf. Ale większość ludzi, zwłaszcza dzieciaków, po prostu łaziła za mną i wykrzykiwała mój viralowy tekst. Miałem już tego dość. Za pieniądze zarobione na reklamach zafundowałem sobie gruntowną operację plastyczną, nawet rodzina mnie nie poznała. Teraz mam spokój, ten trend też już na szczęście się skończył. Obiecałem sobie nigdy więcej nie wygadywać publicznie bzdur.
Mam 33 lata. Zostawiłam wspaniałego faceta i wszyscy robią mi z tego powodu wyrzuty. Byłam z nim kilka lat. Zachwycił wszystkich wokół – inteligentny, pracowity, czuły, przyjazny, pomocny. Skakał wokół mnie jak księżniczki. Tylko że ja to widziałam inaczej.
Z początku rzeczywiście czułam, że złapałam Pana Boga za nogi. Zwłaszcza że z powodu niskiej samooceny zwykle wybierałam mężczyzn, których w mojej ocenie żadna inna kobieta by nie chciała. A on wybrał mnie. I się starał. To było wspaniałe. Zamieszkaliśmy razem. I się zaczęło... Najpierw drobna krytyka, że to robię źle, tamto robię źle. Uważałam, że w związku dwie strony powinny się trochę dopasować do siebie, więc poprawiłam tamte rzeczy. Potem źle robiłam wszystko. I każdy dzień zaczynał się i kończył serią ochrzanów. Doszły do tego dziwne wymagania. Na przykład, że rano zawsze musi mieć gotowe śniadanie, mimo że ich prawie nigdy nie je. Kończył dzień później niż ja, a rano czekała mnie awantura, jeśli nie sprzątnęłam jego nocnego bałaganu. Jeśli ja zwróciłam mu o coś uwagę, że od np. 3 lat proszę go, by zaczął szykować się tak, żebyśmy się nie spóźniali, był wściekły, że się czepiam, bo on jest zmęczony. Albo że może ja jestem taka zdolna, że dostosowuję się do jego wymagań, ale on tak nie potrafi.
Prawdziwy problem zaczął się jednak gdy zrozumiałam, że tak być nie może. Nie mogę wracać do domu i się bać. Nie mogę skakać wokół jego nastrojów, nie mogę zawsze z pokorą przyjmować jego wymagań, skoro ja od kilku lat nie doprosiłam się niczego, bo „to za dużo”. Zaczęłam się stawiać. Negować jego wymagania, stawiać więcej własnych. Mówiłam wprost, że coś mi się nie podoba. Było z jego strony dużo obietnic, jak to od teraz zrobi wszystko, żebym była zadowolona, a jednocześnie przemoc eskalowała naprzemiennie z bombardowaniem miłością. Wyzwiska, powtarzanie mi, że wszyscy wokół uważają, że jestem histeryczką, że pytają go, po co on jest z kimś takim, że nic dziwnego, że nikt mnie nie lubi i nie szanuje. Powiedziałam kilku najbliższym, co się dzieje. Zbyli mnie śmiechem, że prędzej uwierzą, że ja jestem przemocowa niż ten spokojny mężczyzna.
Wreszcie zaczęła się przemoc fizyczna. Nie jakaś duża, ale tu popchnięcie, tu rzucenie czymś we mnie. I tu stało się coś, co mnie przeraża najbardziej. Sama stałam się agresywna. Nie sama z siebie, ale gdy on zaczynał wbijać szpilę, nie reagowałam. Raz, drugi, trzeci. Czasem po godzinie złośliwości, czasem trzech, zaczęłam wybuchać. Tak jak on. Wyzwiska, potem niszczenie przedmiotów. Nie byłam taka wcześniej. Nigdy. Mówił wtedy, że jesteśmy tacy sami. Że zasługujemy na siebie, że może on jest toksyczny, ale ja tak samo. Żebym zapytała innych, że inni też uważają, że jestem toksyczna.
Odeszłam. Już pierwszego dnia było mi cudownie. Tylko inni mi to wypominają.
Posiadam cichy wibr@tor, właściwie bezdźwiękowy. Nadszedł dzień, że postanowiłam go użyć. W pokoju obok byli rodzice, ale moja zabawka nie wydała dźwięków, więc mogłam na spokojnie użyć. Działa, wiruje... i nagle słyszę głośny ryk wibratora. Szybko odskoczyłam, spadłam z łóżka, no i na moje nieszczęście do pokoju wszedł tata.
Nie muszę mówić, jak zareagował, wchodząc do pokoju, gdzie na podłodze kręcił się w kółko wibr@tor...
Chwilę potem zrozumiałam, że mój sprzęt wcale nie dostał nagle magicznej mocy (dźwięków), to za oknem budowlańcy wiercili dziurę w chodniku.
Jak byłem dzieckiem, 20-25 lat temu, słodycze w domu były wręcz jak święto.
Skromnie się żyło, nie było 500 plus, rodzice wydawali nadwyżkę pieniędzy na papierosy i alkohol.
Nigdy nie dostałem żadnego prezentu na urodziny, nie licząc osiemnastki, nie mówiąc o torcie.
Zawsze czekałem na grudzień, wtedy ojciec przynosił z zakładu pracy paczki ze słodyczami. Zawsze wszystko rozkładałem, cieszyłem się, patrząc, ile tego mam.
Kilka razy dziennie przeglądałem słodycze i rozkładałem na dni, aby starczyły jak najdłużej.
Do dziś słodycze są dla mnie czymś wyjątkowym, traktuję je jak luksus.
Wiem, wiem, że to głupio brzmi.
Na wstępie zaznaczę, że niezbytnio wierzę w żadne tam znaki zodiaku, ascendenty i inne pierdoły. Traktuję takie rzeczy czysto humorystycznie. Więc kompletnie nie rozumiem, dlaczego wszyscy bez pudła zgadują mój znak zodiaku :/
Prowadziłam praktyki studenckie. Studenci mieli przychodzić pojedynczo i umawiać się telefonicznie. Podawałam mój prywatny numer, żeby sobie przekazywali, ale niektórzy dzwonili na służbowy stacjonarny. Był z nim taki problem, że słabo było słychać i trzeszczało na linii.
Raz rozmawiałam tak z kimś na praktyki, nie dosłyszałam imienia, umówiłam się na następny dzień, wszystko wyjaśniłam i spodziewałam się pani studentki.
Przyszedł chłopak. Miał dość wysoki głos jak na faceta, ale nie na tyle, żeby pomylić się na żywo. Mam nadzieję, że przez trzeszczący telefon nie dosłyszał końcówek, jakimi się do niego zwracałam.
Dodaj anonimowe wyznanie