Mam hemoroidy, chyba. Żeby to zbadać, postanowiłem udać się z tym problemem do lekarza. Jak każdy pacjent zarejestrowałem się na wizytę do przychodni.
Wchodzę do gabinetu, a tam śliczna czarnowłosa lekarka o pokaźnym biuście, który odkrywał subtelny dekolt. Na pytanie co panu dolega, odpowiedziałem: „Nic poważnego, tylko kaszel”.
Tyłek mnie dalej boli, ale przynajmniej wiem, jak sobie radzić z kaszlem domowymi sposobami.
Historia świąteczna i okropna, przygotujcie się na obrzydzenie.
Wigilia przebiegła w naszej rodzinie niezwykle bogato, na stole było tyle dań, że dosłownie stół się uginał. Osobiście nie jestem obżartuchem, ale popróbowałam po troszeczku ze wszystkiego. To był błąd! Wszyscy goście poszli, niestety łazienka była zajęta przez mojego tatę. Trudno... parę minut mija, paręnaście, walę do drzwi, a tam tylko chlupy i pryknięcia, a moja dwójka ciśnie! Cholera, co teraz, mieszkamy na 10 piętrze, nie zdążę na dół. Z braku opcji wyskoczyłam na balkon i nasrałam do donicy. Ulga była niewiarygodna. Dopiero jak wstałam, zrozumiałam, jak wielki błąd popełniłam — to nie była donica, tylko garnek z sałatką jarzynową. Wszystko później wywaliłam przez balkon, a następnego dnia sprzątnęłam.
Mamie wmówiłam, że zjadłam całą sałatkę, ale chyba nie wierzy.
W wieku 27 lat wykryto u mnie celiakię. Dla niewtajemniczonych: celiakia jest chorobą autoimmunologiczną, w której spożywanie produktów zawierających gluten prowadzi do uszkodzenia kosmków jelitowych w jelicie cienkim, które odpowiadają za wchłanianie składników odżywczych. Co za tym idzie, mimo prowadzenia pozornie prawidłowej diety, osoba z celiakią cierpi na niedobory niektórych składników. Rośnie też ryzyko nowotworów, astmy, osteoporozy etc...
Diagnoza mnie poniekąd ucieszyła. Po latach bujania się po gastrologach, proktologach i alergologach, którzy nie byli w stanie wytłumaczyć moich dolegliwości czymś innym niż stresem, fajnie było mieć w końcu jakiś konkret. Na próbę wykluczyłam dania zawierające pszenicę, jęczmień, żyto, owies – źródła tego nieszczęsnego glutenu. Bingo! Koniec wzdęć, biegunek tłuszczowych, wiecznego bólu brzucha, chronicznego zmęczenia. W czym więc leży problem?
Ciężko jest mi teraz zjeść poza domem.
Nie, nie chodzi o brak dań bezglutenowych w restauracjach. Coraz więcej miejsc serwuje potrawy bezglutenowe, co mnie cieszy. Najgorsza jest reakcja znajomych i rodziny:
- jak trochę zjesz, to ci nie zaszkodzi,
- teraz to takie modne, nie jeść glutenu,
- hi, hi, hi, choinkę na święta też miałaś bezglutenową?
- trzeba jeść wszystko, bo inaczej będziesz miała niedobory,
- chcesz schudnąć pewnie?
- ale kiedyś jadłaś i nic ci nie było.
To, że choroby nie widać na pierwszy rzut oka, nie oznacza, że jej nie ma. To, że po zjedzeniu ciastka nie chwytam się za gardło jak alergik po orzeszkach, nie oznacza, że mi to nie szkodzi. Nie, nie proponuj mi tej pizzy po raz piąty, chętnie bym zjadła, ale naprawdę nie powinnam. Tak, mam co jeść. Świat się na szczęście na tych czterech zbożach nie kończy ;)
PS Nie jestem terrorystką, która wymaga od innych przygotowania osobnych dań dla mnie, zawsze znajdę na stole/zamówię coś, co mi nie szkodzi :)
Mam smutny wyraz twarzy, gdy się nie uśmiecham, jestem zmęczona albo bardzo chce mi się spać. Nie potrafię miło uśmiechać się z niczego idąc ulicą, więc zdarza się, że ktoś do mnie podchodzi, poklepuje po ramieniu i mówi: "wszystko będzie dobrze".
Natomiast jeśli już próbuję się uśmiechać, to czuję się jak Chandler z "Przyjaciół" szczerzący się do zdjęcia. Wtedy ludzie dziwnie na mnie patrzą, a ja tylko nie chcę wyglądać na załamaną swoim życiem.
Już cztery lata nie byłem w związku. Oczywiście w ciągu tego czasu obejrzałem mnóstwo filmów xxx. Zawsze jednak korzystałem z darmowych stron, źródeł. Niestety ostatnio się złamałem i wykupiłem konto premium na jednej ze stron dla dorosłych. Heeeeeh... Nawet nie wiecie, jak bardzo miałem mieszane odczucia, jak tu nagle wyskoczyło mi powiadomienie niczym ze steama "achievment unlocked, first porn movie watched".
Mając praktyki w szpitalu dziecięcym, opiekowałam się dziećmi wybudzającymi się z narkozy po operacjach. Tak się akurat składało, że bardzo dużo zabiegów dotyczyło operacji stulejki u chłopców.
W ciągu dwóch dni trzech chłopców w wieku 13-15 lat zapytało mnie, kiedy dojdą do siebie, bo ich dziewczyny chcą już koniecznie zacząć uprawiać seks i nie będą długo czekały.
Dziewczyny, a właściwie dziewczynki, były w tym samym wieku co ci chłopcy.
Niedawno (przed świętami) na Tinderze poznałem naprawdę świetną dziewczynę, z którą rozmawiało mi się bardzo dobrze. W zasadzie była pierwszą osobą od bardzo dawna, przed którą szczerze się otworzyłem i w zasadzie dość szybko zacząłem mieć jakieś spore nadzieje w związku z tą znajomością. W ostatecznym rozrachunku nawet nie zakończyłem jej, gdy przyznała mi otwarcie, żebym nie napalał się, bo ona rozmawia jeszcze z innym gościem i w zasadzie jestem tylko jedną z opcji. Mimo tego nie zraziłem się i już po świętach i Nowym Roku, umówiliśmy się na spotkanie w "realu" i poszliśmy na kawę.
Na spotkaniu dowiedziałem się od niej, że jestem dla niej zbyt inteligentny, oczytany i posiadam zbyt duży zasób słów.
Pewnie nie raz słyszeliście, że ktoś spotkał swoją "drugą połowę" w autobusie, tramwaju, pociągu, itp., ale może nigdy nie spotkaliście kogoś, komu takie szczęście się przytrafiło. Otóż w mojej rodzinie jest to chyba tradycja.
Moja mama spotkała swojego przyszłego męża (czyli mojego tatę) w autobusie. Jechała kupić sobie materiał na... ślubną sukienkę. Kiedyś nie było gotowych sukien i zazwyczaj kobiety szyły je u krawcowej. Trzeba było jednak przynieść własny materiał. Moja mama mieszkała na wsi, wybrała się więc do większego miasta, by ten materiał zakupić. Ale pomyliła autobusy. Zapytała mojego tatę o drogę, ten zaoferował się, że ją podprowadzi i tak zrodziła się ich znajomość, a później miłość. Mama zerwała z tamtym narzeczonym i wyszła za mąż za mojego tatę.
Moja kuzynka poznała swojego przyszłego męża w... jego samochodzie. Pracowali razem w jednej firmie, to były początki, kuzynka nie znała wszystkich nowych pracowników. Mieli jechać na jakieś szkolenie swoimi prywatnymi samochodami, a kto nie miał, dosiadał się do kierowcy, który miał wolne miejsca. No i tak "pykło".
Moja siostra poznała swojego męża też w autobusie. Ona z jednego końca Polski, on z drugiego. Wakacje? Wycieczka? Nic z tych rzeczy! Jechali razem na studenckie praktyki. Po pół roku wróciła do domu z mężem. No! Prawie mężem!
Ja również swojego męża poznałam w autobusie i to chyba jest najbardziej romantyczna historia z tych wszystkich. Mój "rycerz" próbował mnie ratować. Przed upadkiem. Wracałam z rannej zmiany, a ponieważ wstawałam o czwartej, nietrudno sobie wyobrazić, co czuje zmęczony i niewyspany człowiek, który siedzi w ciepłym miejscu i nim łagodnie kołysze. Zasnęłam, nawet nie wiem kiedy. Nagle szarpnęło mną i otwarłam oczy. Przed sobą zobaczyłam wychylonego w moją stronę mężczyznę, który z wystraszoną miną wyciąga w moją stronę rękę. Nawet nie zdziwiłam się, że widzę go w poziomie, nie w pionie, bo mimo rozespania zorientowałam się, że choć siedzę, to wychyliłam się niebezpiecznie od pionu. Mało brakowało, a spadłabym z tego siedzenia. Otóż mój wybawca pragnął mnie od tego uratować, przytrzymując mnie, ale nim zdążył mnie złapać szarpnęło autobusem, ja otwarłam "swoje cudownie niebieskie oczy" - jak mawia mój mąż, wyprostowałam się i uśmiechnęłam się do niego "najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widział". Mężczyzna zarumienił się lekko i odwrócił głowę do okna. Poprawiłam się na siedzeniu. Zerknęłam na niego, zobaczyłam, że on też zerka, więc znów się uśmiechnęłam z wdzięcznością. Jeszcze o tym nie wiedziałam, ale on już wiedział.
Że jest mój <3
Hej ogólnie mam taki mętlik w głowie i nie wiem co robić. Próbuje znaleźć każdą opinię, która by otworzyła mi oczy.
Mam przyjaciela, który jest z Hiszpanii. Znamy się już kilka lat, ale jesteśmy zżyci (aczkolwiek ja tak uważam, bo nigdy nie miałam takiego przyjaciela). Nie mam pojęcia jak wam w skrócie to opisać, ale się postaram. Dużo rozmawialiśmy i w pewnym momencie on się we mnie zakochał, lecz niestety dałam mu kosza, bo nie byłam pewna swoich uczuć.
Po czasie ja zaczęłam coś do niego czuć, ale nie powiedziałam mu. W tym czasie on znalazł sobie dziewczynę by zniszczyć uczucia do mnie. Byłam zazdrosna o tą dziewczynę, dlatego czasem były sprzeczki. Powiedział, że jestem toksyczną osobą, bo robię problem. Z tego powodu zerwałam przyjaźń, ale jakiś czas później gdy porozmawialiśmy, zaczęliśmy wszystko od nowa, ale nie było już tak samo.
Nie pisaliśmy kilka miesięcy, więc do niego napisałam. Stwierdził, że nadal się przyjaźnimy, i że przez niego nasza przyjaźń się rozpada.
Niby teraz ze sobą piszemy, ale zazwyczaj to ja zaczynam rozmowę, a na wiadomość odpisuje po kilku dniach lub nawet po miesiącu. Naprawdę zależy mi na tej przyjaźni, ale mam dosyć tego jak mnie traktuje. Ciągle powtarza, że jesteśmy przyjaciółmi, ale nie pokazuje tego. Co mam zrobić? Szczerze z nim porozmawiać, gdzie mam wrażenie, że bierze mnie za chorą psychicznie, bo nie umiem odpuścić? Nie mam pojęcia co robić. Proszę pomóżcie.
Mój chłopak jest bardzo oszczędny.
Zawsze gdy robi zakupy, chce bym mu oddała połowę pieniędzy, bo przecież kupił to dla nas. Gdy ja robię zakupy, nie proszę go o to. Często jest też tak, że gdy zamawiamy pizzę i on płaci, zaraz żąda, bym mu wysłała kasę. Gdy ja zamawiam pizzę czy inne danie lub gotuję dla nas za własne pieniądze, on tego nie zauważa. Żali się, ze ciągle wydaje na jedzenie i nie ma kasy. Zarabia więcej niż ja, a mamy podobne wydatki. Widziałam raz przez przypadek ile ma a koncie i nie była to mała kwota.
Przed świętami poszłam do galerii. Chciał, bym mu kupiła perfumy i że zaraz mi wyśle na nie kasę. Kupiłam mu perfumy, które nie kosztowały mało, i powiedziałam mu, że niech będzie to mój prezent dla niego pod choinkę. Następnego dnia przychodzi z pracy i zrobił jakieś tam zakupy. Zakupów nie było wiele, bo jakiś chleb czy kawałek sera. Stwierdził, że nie muszę mu oddawać pieniędzy za te zakupy, bo kupiłam mu perfumy. Do tego powiedział, ze nie robimy sobie prezentów świątecznych.
Czyli, mówiąc prościej, dostałam w prezencie pod choinkę pół bochenka chleba (bo za tyle bym mu musiała oddać).
Dodaj anonimowe wyznanie