#UCBTl

Historia z czasów studiów mojej wykładowczyni od niemieckiego.

Miała na roku Niemca, który wyprowadził się do Polski i stwierdził, że będzie studiował germanistykę u nas (!). Nikt nie wiedział dlaczego. 

Egzamin w sesji składał się m.in. ze słuchania.
Jakość nagrania była tak słaba (bo to stare czasy), że Niemiec nie zdał...

#7z52R

Kiedyś siedziałam z moją koleżanką przed laptopem, piątkowy, nudny wieczór, więc co robimy? Zgodna decyzja – przeglądamy anonimowe! Co ciekawsze wyznania komentujemy między sobą, śmieszki heheszki i te sprawy. Zupełnie zapomniałam, że całkiem niedawno dodałam wyznanie, olśniło mnie dopiero wtedy, gdy na nie trafiłyśmy. Szok, zimny pot, paraliż. Wlepiam w nią wzrok, aby wybadać jej reakcję, za kija nie przyznam się, że jest moje. Ona z obojętnym wyrazem twarzy czyta, następnie z kpiącym uśmiechem mówi: „Pff, jaka durna, nawet mi jej nie żal”. A ja, przepełniona zażenowaniem, tylko przytakuję i siedzę cicho, aby się nie wydać.
NIE POLECAM.

#UqBYc

Kładę się do łóżka, już chcę zamykać oczy, gdy po osiedlu roznosi się krzyk kobiety, ja oczy jak pięć złotych i do okna. Słychać okrzyki i tak jakby ktoś przyjmował ciosy na ciało. Ja sama z dzieckiem, co tu robić? Dzwonić na policję? Iść sprawdzić w lasek za blokami i samej oberwać? Roztrzęsiona patrzę przez okno i widzę, że z bloku obok wychodzi dwóch kolesi. Myślę sobie – uratują tę dziewczynę. A oni co? Hyc do auta i sobie pojechali, a na pewno słyszeli te krzyki, kurde, całe osiedle musiało słyszeć! Dopiero jakaś starsza pani, tzw. monitoring osiedlowy, zaczęła drzeć się przez okno, z którego musiała widzieć akcję, bo napastnik krzyknął coś w stylu: „Spier...!” i uciekł.

Zawsze myślałam, że na moim osiedlu jest bezpiecznie. Teraz wiem, że mogliby mnie w nocy na żywca rozrywać, a na mój krzyk zareagowałaby co najwyżej starsza pani, nikt więcej.

#u9d4w

Pracowałam kiedyś na kasie w hipermarkecie spożywczym. Market ulokowany był na osiedlu, a więc klienci mniej więcej zawsze ci sami, rzadko pojawiał się ktoś nowy, po niedługim czasie wszystkich już kojarzyłam. Eleganckie panie, zaniedbane mamuśki, mężczyźni w roboczych ubraniach, okoliczne żule, szkolna młodzież, całkiem małe dzieci... I pewna starsza pani. Pani już myślę, że koło 80, wyglądająca na bardzo biedną. Mocno zmęczone życiem ubrania, poniszczony portfel itd., i zawsze bardzo skromne zakupy. Najtańszy pasztet, najtańszy serek topiony, dwie najtańsze kajzerki, jeden nadpsuty pomidor z przeceny, jedna rolka najtańszego, szarego papieru toaletowego. Bardzo rzadko słodycze, a nawet jeśli już się zdarzały, to też najtańszy wyrób czekoladopodobny. Żadnych napoi i nigdy żadnych papierosów czy alkoholu. Kilka razy na te skromne zakupy pani zabrakło pieniędzy i musiała z czegoś rezygnować, a przecież były to artykuły absolutnie pierwszej potrzeby. 
Zarabiałam tam marne grosze i samej ledwie wystarczało mi na życie, absolutnie nie byłam w stanie wspomóc tej pani finansowo. Co więc zrobiłam? Zaczęłam okradać sklep na rzecz tej kobiety. Regularnie obsługując ją, nabijałam na kasę tylko połowę jej zakupów i tylko za te nabite produkty pobierałam należność. Sklep nie prowadził regularnych inwentaryzacji towaru niskiego ryzyka, codziennie liczony był tylko ten asortyment, który często jest kradziony, więc nikt nigdy się nie zorientował, a robiłam tak przez prawie trzy lata pracy tam.

#3xwy2

Jestem po ślubie prawie dwa lata, mam 26 lat.

Nie mam zbyt dobrych stosunków z mamą, zazwyczaj (od dziecka) czułam się przez nią gorsza od innych – że moje zainteresowania są gorsze i zajmuję się głupotami, oglądam głupoty itp. Ogólnie wszechobecna krytyka mojej osoby i wymagania, żebym się dobrze uczyła, dlatego teraz też mam do niej dość chłodny stosunek.

Ostatnio moja mama wbija do mojego mieszkania i gada o głupotach jak zawsze, nie interesując się zbytnio mną. Po chwili nagle odpala: „Staraj się o dziecko”. Zatkało mnie. Zaczęła dodawać: „Jesteś na stażu, masz umowę o pracę, super warunki, leci ci już 27 rok życia, najwyższy czas”. Nie odpowiedziałam jej nic, udałam, że nie słyszę
(dodam jeszcze, że jak byliśmy narzeczeństwem czy świeżo po ślubie, to gadała często, że DOBRZE jest mieć najlepiej pięcioro dzieci i żebyśmy tyle mieli; ogólnie ma chyba fioła na punkcie dzieci).

A gdzie tu jakieś zainteresowanie mną, moją osobą? Jak się czuję? Czy my w ogóle chcemy mieć dzieci? A może już się staramy? Gdzie jakieś zainteresowanie?

Nienawidzę jej takiego wpieprzania się w nasze życie i toksycznej presji na dziecko czy pracę, czy układania życia za mnie (bo takie rzeczy też robi).

#zAXpQ

Znacie to uczucie, kiedy przychodzi piątek, a wy właśnie kończycie robotę i gnacie do domu jak najszybciej, w myślach planując już sobie wieczorny chillout? Głupie pytanie.
Ostatnio czegoś takiego doświadczyłem i prawie przez to straciłem pracę.

Robotę mam w nienormowanych godzinach, ale tego dnia wypadł mi akurat wolny piątkowy wieczór i cała sobota. No, po prostu marzenie! Patrzę na zegarek – wybiła wyczekiwana godzina. Łikendziku, przybywaj! Myślę sobie, jak by tu najszybciej do chaty dojechać. Szybka kalkulacja i ciach! Zjeżdżam w mniejszą uliczkę, ażeby korki ominąć, pam! Zielona fala. Dobra nasza! Długa! Raz, dwa trzy i już widać moje osiedle. Taaa, zjem sobie zaraz klopsiki z ziemniakami, odpalę jakiś serial, a wieczorem ahoj, przygodo! Pozwolę sobie na piwko lub też pięć! I kiedy już byłem dosłownie kilkaset metrów od domu, coś do mnie dotarło. Nie wiem, czy to zmęczenie, czy już po prostu zatrucie rutyną, ale mało brakowało, a bym zajechał na osiedle przegubową maszyną MPK, wysiadł, zamknął drzwiczki i zostawił ją na parkingu wraz z pasażerami w środku! Tak, jestem kierowcą miejskiego autobusu i właśnie odwaliłem numer życia.
Zatrzymałem się, włączyłem awaryjne, wylazłem z kabiny i spojrzałem na zdziwionych pasażerów (na szczęście było ich już tylko kilku, bo mój mały quest powrotu do domu aktywował się dosłownie dwa przystanki od zajezdni). Uśmiechnąłem się nieśmiało, bąknąłem ciche: „Sorry” i z mozołem powlokłem się do ostatniego punktu mojej „oficjalnej” trasy.

Sprawa oczywiście wyszła na jaw. Koledzy do dziś się ze mnie śmieją. Szef był troszkę wkur#iony, ale ostatecznie też dołączył do loży szyderców. Teraz za każdym razem, kiedy wracam do bazy w piątek, dostaję od któregoś ze śmieszków SMS o treści: „Marian, nie zapomnij autobusu odstawić, zanim pojedziesz gdzieś się łajdaczyć!”.

#WkTHx

Jestem ratownikiem medycznym, a przy okazji żoną i matką trzecioklasistki szkoły podstawowej. Moja córka dostała zadanie domowe – opisać swój autorytet. Kiedy nie robi tego mąż (również pracuje), sprawdzam jej zeszyty i ćwiczenia z pracami domowymi, aby się upewnić, czy wszystko ma zrobione (nie zawsze możemy pomagać jej w lekcjach). I takim oto sposobem w moje ręce wpadło owo wypracowanie. 
Możecie wyobrazić sobie moją minę, gdy oczytałam kilka stron opisu... mnie. Tak, mnie. Ale nie dlatego, że jestem matką, moja córa opisała mnie jako ratownika. Pisała o tym, jak podziwia to, że ratuję ludziom życie, jak pomagam chorym, opisała, jak ciężka bywa ta praca, a nawet to, że widziała, jak płaczę, gdy stracę kogoś na dyżurze, a następnie dodała, że podziwia mnie za to, że mimo to drugiego dnia wracam do karetki. Napisała nawet o tym, jak ludzie potrafią być niewdzięczni, a praca niebezpieczna. Dodatkowo dodała parę słów o tym, jak wiele poświęcam, aby pracować (np. omijają mnie uroczystości rodzinne lub nawet zwykłe obiady).
Duma, która mnie rozpierała, musiała mieć wielkość Statuy Wolności, ponieważ jeszcze nigdy nikt nie powiedział mi takich cudownych rzeczy. A gdy dowiedziałam się od męża, że on nie pomagał w tej pracy i córa napisała wszystko sama, popłakałam się jak bóbr, ze szczęścia, że mam tak wrażliwe i mądre dziecko dziecko.

Dlaczego to wyznanie jest na anonimowych? Ponieważ mimo tego, że prawdą jest, jak wiele wyrzeczeń kosztuje nas, ratowników, ta praca, jak bardzo bywa niebezpieczna i niewdzięczna, to fakt faktem, że powinniśmy pozostać anonimowi. Bo w końcu każdy superbohater nosił maskę :)

#N1Xdf

Cztery lata temu, kiedy byłam na imprezie z koleżanką, podszedł do mnie chłopak trzy lata starszy i po krótkiej rozmowie rzucił: „Nasza córka będzie się nazywać Zuzia”, po czym odszedł z uśmiechem. Ja zdezorientowana wróciłam do dalszej zabawy.

Skubany dotrzymał słowa. Zuzia ma już siedem miesięcy ;)

#1Xf9w

Sytuacja z dawnych lat. Mieliśmy może wtedy ze znajomymi po 12 lat. Siedzimy sobie u mnie w pokoju i któryś z nas przeklął. Nagle wpada do pokoju moja mama, która to usłyszała, i zdenerwowana całą sytuacja, zbytnio nie zważając na to, co mówi, powiedziała: „Nie przeklinać! Ja was tego, kur#a, nie uczyłam!”


Do teraz się z niej przez to nabijamy :)
Dodaj anonimowe wyznanie