Jako 16-latek zacząłem pracować na pływalni jako ratownik. Niedaleko basenu znajduje się stadion piłkarski, kort tenisowy, orlik, itp. Opisywane zdarzenie miało miejsce w kwietniu, tuż przed Wielkanocą. Dni były jeszcze chłodne i bez kurtki ani rusz.
Była godzina 19 z minutami, w zastępstwie prowadziłem zajęcia doskonalenia pływania dla młodzieży, gdy nagle dostrzegłem, że na holu pływalni coś się dzieje. Kilkoro mężczyzn i panie z szatni zaczynają biegać jak poparzone. Pomyślałem, że coś się stało, więc podbiegłem tam. Z informacji, jakie udało mi się uzyskać, wynikało mniej więcej to: „Młody! Leć na stadion, coś się stało!”. Więc lecę w krótkich spodenkach i koszulce (nawet bez klapek). Przebiegłem dobre 300 m, prawie przeskakując nad ludźmi i lawirując przez różne przeszkody. Z daleka dało się dostrzec leżącą na boisku piłkarskim osobę, która podryguje. Pierwsza myśl: atak padaczki, bo facet wygląda młodo, więc raczej to nie zawał czy inny czort. Sprawdziłem oddech: brak oddechu. W głowie zapaliła mi się tylko lampka z napisem „Ożeż KU*WA”. Dobra, znany schemat: 30 uciśnięć i 2 wdechy. O ile z uciśnięciami nie było problemu, to z wdechami trochę tak. Usta były wypełnione płynami z krwią. Myślę sobie – trudno. Zdjąłem własną koszulkę, zakrywam nią usta mężczyźnie i dmucham. I tak przez parę minut, aż zobaczyłem moich zbawców z niebieskimi światłami (pogotowie zostało wezwane już wcześniej). Jeden z ratowników medycznych wykonał bieg w naszą stronę i niczym profesjonalny bejsbolista wykonał ślizg, w czasie którego otworzył torbę R1 i wyjął ambu. Mężczyzna dostał kilka jednostek adrenaliny, kilka strzałów defibrylatorem, aż w końcu wsadzili go do karetki i pojechali.
A ja wracam w ten ziąb bez koszulki i szukam klapek, które zrzuciłem, by szybciej biec. Dopiero kiedy się przebrałem, dotarło do mnie, co się stało. Byłem świeżo po kursie ratownika WOPR, więc takie sytuacje to nie codzienność. Byłem przestraszony i podekscytowany, ale podczas akcji – w pełni zimna krew.
Następnego dnia dostałem telefon od kierownika basenu, że 26-letni mężczyzna przeżył. Miał zawał.
PS Wrzućcie czasami na luz, bo nawet w tak młodym wieku o zawał wcale nietrudno.
Od zawsze byłam dość oryginalna. Lubiłam mieć wszystko kolorowe – zeszyty, książki, cały pokój. Byłam dość przyzwyczajona do kolorowania, rysowania i ogólnie ozdabiania zeszytów. Tak mi się lepiej uczyło i nauczyciele zawsze mówili, że taki zeszyt się lepiej sprawdza.
Na początku tego roku szkolnego dostaliśmy nowego nauczyciela od historii. Po pierwszym miesiącu nauki zaczął zbierać zeszyty. Oczywiście, a jakże mogło być inaczej, jako pierwszy wziął mój zeszyt. Ja dumna oddałam mój pięknie ozdobiony zeszyt. Tydzień później na następnej historii dostałam go z powrotem. Siadam do ławki i czytam, co nauczyciel mi tam napisał. Znalazłam tam notkę: „To nie plastyka, zeszyt jest do notatek, a nie do gryzmolenia”. Napisał również, że zeszyt mam doprowadzić do porządku i zacząć go estetycznie prowadzić, bo za miesiąc go sprawdzi ponownie.
Minął miesiąc, odebrałam ponownie sprawdzony zeszyt. Jako że nigdy się do końca nie słuchałam, to zaczęłam go estetycznie prowadzić, ale estetycznie na mój sposób. Z rysunków nie zrezygnowałam, wręcz przeciwnie, pojawiło się ich więcej, ale ja rysowałam je staranniej. Do każdej lekcji obowiązkowo musiał być jakiś rysunek (żeby nie było – każdy obrazek był na temat). Ku mojemu zdziwieniu w zeszycie zamiast czegoś w stylu „Nie posłuchałaś, jedynka”, znalazłam notkę: „O wiele lepiej się sprawdza, gdy nauczyłaś się rysować”.
Morał z tej historii jest taki – to, że ktoś uczy historii, nie znaczy, że nie może być krytykiem sztuki :)
Pracuję w dużej firmie związanej z tworzeniem gier komputerowych. Ostatnio mój szef dostał namiar na rysownika, ponoć prawdziwego geniusza. Gość zgodził się na spotkanie, bo akurat szukał pracy. Zamiast klasycznej rozmowy, zdecydowaliśmy się wziąć go do knajpy na lunch i tam pogadać o warunkach współpracy.
Na spotkanie przyszedł upalony zielskiem 40-letni facet w długich włosach i koszulce z Myszką Miki. Przez całą rozmowę unikał tematów związanych z zarobkami, nie chciał za bardzo gadać o swoich wcześniejszych projektach (a musicie wiedzieć, że były one doprawdy imponujące!) i generalnie nie za dużo informacji udało się od niego wyciągnąć. W końcu mój szef trochę się zirytował i postanowił rozegrać sprawę inaczej. Odsunął na bok miseczkę z surówką i przedstawił rysownikowi hipotetyczne zlecenie wykonania koncept-artu dla cyberpunkowej gry akcji. Wywód zakończył pytaniem: „Co byś w takiej sytuacji zrobił?”.
Hippis spojrzał na niego lekko nieobecnym wzrokiem, a następnie wskazał widelcem na miseczkę z surówką i zapytał: „Masz zamiar jeść te pomidorki?”.
Mimo wszystko dostał tę robotę.
Historia dla tych, którzy w swoim domu rodzinnym mają naprawdę ciężko.
Jakieś 30 lat temu, chodzę do podstawówki, jestem bardzo biedny i spowodowane jest to głównie pijaństwem obu rodziców. Mam czwórkę młodszego rodzeństwa. Czasami jestem głodny, kolega przynosi mi do szkoły kanapki, jeśli mam jakieś swoje, to i tak zjadam jego, bo ma lepsze. Jako nastolatek często zbieram makulaturę, złom i inne metale kolorowe, bym mógł sobie kupić książki lub ubrania. Wśród rówieśników jestem albo chłopcem do bicia, albo nie istnieję, nikt nie chce ze mną w szkole siedzieć w ławce. Idę do zawodówki, żeby szybko podjąć pracę i być samodzielny. W technikum wieczorowym dodatkowo robię kolegom zadania domowe i projekty za pieniądze, bo z pracą czasem jest krucho, po prostu często jej nie ma.
A teraz opowiem wam, jak jest dziś.
Mam żonę i trójkę dzieci, zarabiam bardzo dobrze, zaczynamy budować swój dom, mamy gdzie mieszkać, ale marzy nam się domek. Żona kończy teraz szkołę, poszła do niej, bo zawsze marzyła mieć taki zawód, a że pochodziła też z biednej rodziny, to nigdy nie mogła sobie na to pozwolić. Zarabiam tyle, że żona nie musi chodzić do pracy, ale powiedziała, że i tak pójdzie, bo w końcu wyuczyła się swojego wymarzonego zawodu.
Nie mieliśmy z żoną żadnej pomocy, żadnego spadku lub wygranej. Po prostu sami pomału do wszystkiego doszliśmy. Nieraz było ciężko, ale dalej pchaliśmy ten wózek, albo ja ją wspierałem, albo ona mnie. Więc jeśli młody człowieku mieszkasz z toksycznymi rodzicami i/lub siedzisz w patologicznym środowisku, to uwierz mi, że z największego bagna da się wyjść na prostą. Za mało tu jest miejsca, bym opisał swój i żony życiorys z dzieciństwa. W dzieciństwie dotknęła nas pedofilia, alkoholizm, pobicia, próba samobójcza, bezdomność. O niektórych sytuacjach nawet anonimowo ciężko mi pisać.
Uwierz w siebie, uwierz w swoje możliwości, w to, że się teraz czujesz jak gówno, to wcale nie znaczy, że tym gównem jesteś. Pchaj do przodu swój wózek nawet wtedy, gdy już nie masz siły żyć.
Nie licz nigdy na to, że los się do ciebie sam uśmiechnie, zawsze walcz do końca. Naprawdę warto.
Gdy miałem 18 lat, co było jakieś 10 lat temu, wraz ze znajomymi wybrałem się do Szklarskiej na kilka dni, żeby sobie odpocząć i pośmigać na desce. Zaczęliśmy popijać w trasie. Na miejsce dojechaliśmy już dobrze nagazowani i to jest tyle z mojej perspektywy. Urwał się film.
Z opowiadań znajomych wiem, że siedzieliśmy jeszcze jakiś czas w pokoju i kontynuowaliśmy degustację. W pewnym momencie ja zacząłem upierać się na wyjście na imprezę do centrum, pobawić się, poderwać dziewczyny. Tylko kierowca był chętny, więc szybko się przebraliśmy i poleciliśmy w tany. W jakimś barze/klubie bawiliśmy się na parkiecie, gdy stanąłem na środku i blady jak ściana zacząłem rzygać na podłogę i na ludzi. Kolega wziął mnie pod rękę i wyszliśmy na dwór się przewietrzyć. Wrócił po kurtki, a gdy wyszedł, mnie już nie było.
Teraz moja perspektywa: Otwieram oczy. Coś nie pasuje... rozglądam się. Jakiś różowy pokoik, meblościanka i super wygodne łóżko. Na półkach jakieś zdjęcia w ramkach i medale. Patrzę na zdjęcia, a nuż widelec jakiś znajomy przygarnął pijanego z mrozu. Ale nie, nikogo nie poznaję... Spałem w samych bokserkach, więc zacząłem szukać ubrań. Leżały koło łóżka ładnie ułożone (jak ja składam ubrania, to wygląda to strasznie). Sięgam do spodni, żeby wyciągnąć telefon i zadzwonić do znajomych... Dupa, ani telefonu, ani portfela (dodam, że była to pierwsza noc i wszystkie pieniądze na pobyt i karnety były w portfelu. Dowód też, więc ze zjazdami w Czechach nie wyjdzie).
Zakładam spodnie, a one całe mokre i w wymiocinach. No nic, trudno. Zakładam koszulkę i bluzę i otwieram drzwi, żeby wyjść z różowego pokoiku.
Otwieram drzwi, lekko skrzypią, a ja nasłuchuję... Słyszę, jak w tle leci telewizor. Wychylam się zza progu, patrzę, a tam przy stole siedzi cała rodzina, co najmniej 12 osób. Wszystkie dwanaście twarzy zwrócone w moją stronę.
Zapadła cisza.
Podszedłem bliżej i widziałem, że niektórzy się uśmiechają, a inni patrzą jak na kosmitę. Zapytałem: „Przepraszam bardzo, ale co ja tutaj robię?”. Starsza pani powiedziała, że w nocy wyszła na dwór, żeby zamknąć bramę i zobaczyła mnie siedzącego pod płotem. Zapytałem się jej, czy nie wie, gdzie mieszkam i czy mogę u niej spać, bo nie wiem, jak do domu trafić. Zaprosiła mnie do środka i powiedziała, żebym chwilkę poczekał. Gdy wróciła, ja już smacznie spałem przy grzejniku w korytarzu. Z mężem walczyli ponad godzinę, żeby mnie wpakować do łóżka.
Dali mi jakiś kocyk i wyszedłem. Nie wiedziałem, gdzie mam iść i wyglądałem jak przybłęda. Na szczęście usłyszałem klakson i zobaczyłem uradowanego kumpla, który szukał mnie całą noc. Pomyślał też, żeby zabrać mi moje rzeczy :)
Niezła impreza :D
Historia niczym z kiepskiej komedii romantycznej.
Klasyka – dziewczyna zakochuje się w swoim przyjacielu. Chociaż w komediach często to skrywają, ja wyznałam, co czuję. Powiedzenie, że miłość niszczy przyjaźń to prawda.
W moim przypadku zmieniło się to, że mój przyjaciel wyczuł w tym interes. Miał atencję, której tak bardzo potrzebował, a fakt, że jest ktoś, kto mógłby zrobić dla niego wszystko, dziwnie go ekscytował. Stąd wymuszanie niczym rozpieszczone dziecko, typu „jeśli nie, to sobie pójdę”. Niestety przysłowiowe różowe okulary nie pozwoliły mi zauważyć, że coś jest nie tak. Skakałam wokół niego jak szczeniak wymachujący ogonem, a on odczuwał z tego faktu satysfakcję. Myślę, że dobrze by było przytoczyć tu jedną z wielu sytuacji, by zobrazować, jak mnie traktował.
Poszliśmy razem do klubu, bawiliśmy się trochę razem trochę z innymi. To oczywiście normalne, ale kiedy impreza się skończyła, poprosił, żebym poczekała przed klubem na niego, a on pójdzie tylko pożegnać się ze znajomymi. Minęła godzina, a ja zadzwoniłam zapytać, czy może zmienił zdanie i zostanie ze znajomymi, a ja pojadę do domu. Powiedział, że bardzo chce, bym zaczekała, a on za chwilkę wyjdzie. Minęła kolejna godzina, więc zadzwoniłam, a on powiedział, że wraca ze znajomymi z klubu i żebym sama sobie radziła. Kiedy zapytałam, dlaczego od razu tak nie powiedział, skoro czekam tu już dwie godziny, odpowiedział, żebym nie przesadzała. Poszłam na autobus i wróciłam do domu.
Wtedy byłam głupia i zaślepiona. Dziś to wiem...
Byłam taka, ponieważ mimo że nie byliśmy razem, zachowywaliśmy się jak para. Były pocałunki, trzymanie za rękę itp... Moja głupota nie znała granic, bo takich sytuacji było więcej.
Na szczęście historia ta ma szczęśliwe zakończenie, ale nie dotyczy ono już tego przyjaciela. Po kilku latach poznałam mężczyznę, który wyleczył mnie z tej chorej miłości. Dziś jest moim mężem.
Teraz nie utrzymuję kontaktu z tym przyjacielem, ale dacie wiarę, że jeszcze będąc narzeczoną obecnego męża, ten kontakt miałam, a on namawiał mnie, bym nie wychodziła za mąż, bo robię to tylko po to, by o nim zapomnieć, a on mnie kocha i będzie czekał. To nieprawda. Ślub był przypieczętowaniem tego, co nas z mężem łączy. A jego gadanie o miłości to zwykła próba manipulacji, jak przez całą naszą znajomość...
Mąż jest jak lekarstwo. Nie wiedziałam, że tak dobrze można się przy kimś czuć i co to znaczy być kochaną. Teraz znam to uczucie.
Gdy miałam jakieś 12-14 lat, a moja mama akurat robiła pranie, to ja zawsze pierwsza zgłaszałam się na ochotnika, żeby je rozwiesić. Dlaczego?
Otóż mój tata zawsze zapominał z kieszeni wyciągnąć drobne. Mama nieraz powtarzała, że ona nie jest od przetrzepywania kieszeni we wszystkich spodniach i kurtkach, ja się grzecznie słuchałam i swoje zawsze opróżniałam przed praniem, a tata oczywiście nie. Tak więc przy wieszaniu prania zawsze trochę zagubionych drobnych wypadło. Praktycznie co tydzień wpadało mi dodatkowe kilkanaście złotych do kieszonkowego, te 15-20 lat temu dla szóstoklasistki to była fajna sumka ;) Czasem nawet udało się odratować jakiś podniszczony banknot, to dopiero była radość!
Mama się cieszyła, że ma taką chętną do pomocy córkę, a ja po prostu miałam w tym swój cel :P
Jestem cosplayerką, ale nigdy nie zrobiłam ani nie zrobiłabym żadnego cosplayu związanego z grą, przeważnie są to kostiumy własnoręcznie robione z fantasy, ewentualnie jakiegoś anime.
Ostatnie Halloween było jak dla mnie chyba najstraszniejsze, jakie do tej pory przeżyłam. Cosplayerka, więc musiałam się postarać ze strojem – wybrałam strój śmierci (lekko przerobiona, bo oficjalna wersja trochę przestarzała), czyli standardowo: czarny zniszczony płaszcz z kapturem (by zakrywało mi twarz), spod kaptura wystające, demoniczne rogi, spod płaszcza ogon owinięty o nogę, do tego kosa (niegroźna) i demoniczne skrzydła.
Zebrałam paru znajomych, którzy mieli w miarę straszne kostiumy i pod wieczór zaczęliśmy chodzić po domach, mieszkaniach w poszukiwaniu słodkości. Niektórych udało nam się przestraszyć, niektórzy dawali słodycze i zamykali drzwi. Najstraszniejszy był moment, jak trafiliśmy pod jedne drzwi – starsza pani, tzw. osiedlowy monitoring. Znajomi stwierdzili, że ja mam zapukać i ją wystraszyć – i wystraszyłam... Kobieta złapała się za pierś i zsunęła po ścianie na podłogę. Ja przestraszona, znajomi już dzwonią na pogotowie, że kobieta nam zeszła. Podchodzę do niej, zdejmuję kaptur i sprawdzam puls. Nagle pani łapie mnie za rękę i z szyderczym uśmiechem mówi: „Ha! Mam cię!”. Ja prawie zawał, znajomi w śmiech.
Za nic się nie przebierać, a wystraszyć – to jest dopiero sztuka!
Rok 2012, zima. Jestem w samym środku burzliwego okresu gimnazjum. Piątek, koniec lekcji. Kulturalnie schodzę sobie schodkami do wyjścia ze szkoły i czuję, jak ktoś idący za mną kopie z każdym krokiem kolanem w mój plecak. Pamiętałam, że schodził za mną kolega z klasy, który już sobie tego dnia wystarczająco mocno nagrabił. No to szybki zamach, obrót i piękny płaski na policzek...
Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast kolegi ujrzałam za sobą mojego listonosza – niestety już z odciskiem mojej ręki na policzku. Od tamtej pory za każdym razem, gdy odbieram od niego przesyłki, pyta mnie, czy będę go dziś bić :)
Znajomi rodziny mają szczeniaka pewnej rasy. Kiedy byliśmy u nich, mojej starszej siostrze bardzo spodobał się pies i postanowiła, że dostanie takiego psa. Męczyła rodziców, pokazywała im artykuły o tej rasie, ciągle o niej gadała. Irytowało mnie to niemiłosiernie, ponieważ wiedziałam, że nie podoła opiece nad psem. Postanowiłam porozmawiać z rodzicami na ten temat... I tak oto pierwszego dnia ferii przyjechał do nas szczeniaczek owej rasy. Siostra zachwycona, obiecywała, że będzie dbać o pieska, że od teraz to tylko jej obowiązek.
Pierwszego dnia wstała z rana, wyprowadziła pieska, nakarmiła. Cały dzień spędziła na opiece nad nim i nauce. Trzeciego dnia zaczęła narzekać na to, że przez tego psa nie może spotykać się z przyjaciółmi. Czwartego, że musiała zjeść zimną kolację, ponieważ musiała wyjść z psem. Piątego obudziło mnie drapanie do drzwi. To był szczeniaczek. Dla mnie to nie był problem, wyszłam z nim, jednak czułam, że siostra się poddała. Nie myliłam się. Zrobiła nam awanturę pt.: „Czemu kupiliście mi psa?” i poszła do znajomych. Do końca tygodnia to my przejęliśmy opiekę nad psem.
W niedzielę przyjechali znajomi i zabrali szczeniaczka, ponieważ to ciągle był ich pies. „Bystra” siostra zrobiła nam jeszcze kolejną awanturę, dlaczego robimy z niej idiotkę.
Aktualnie siostrzyczka dalej jest na nas obrażona, ale już raczej nie będzie prosić o psa. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie