#blKfT

Pracuję w branży związanej z lotnictwem.

Czy chcielibyście wiedzieć, jak było naprawdę z lądowaniem bez podwozia na największym lotnisku w Polsce?

Jak wszyscy wiemy, samolot wylądował z powodu "usterki technicznej samolotu".
Pilot stał się bohaterem. Widywany był w telewizjach śniadaniowych, wiadomościach...

Ale jak było naprawdę?

Powodem niewysunięcia się podwozia było przerwanie zasilania. Układ został przeciążony i bezpiecznik odciął zasilanie, uniemożliwiając doprowadzenie impulsu do przekładni hydraulicznej. Jest to zwykła usterka, dla niewtajemniczonych: piloci za plecami mają całą ścianę takich bezpieczników.

Piloci po takiej awarii, zgodnie z procedurą, skorzystali z Książki Serwisowej, w której znajdują się odpowiednie kroki, by usunąć daną usterkę.

Według tej książki, winą niewysunięcia się trzpieni, a co za tym idzie grawitacyjnego wysunięcia podwozia, był jeden z bezpieczników.

Jeden z pilotów siedząc w fotelu, obróciwszy się i sprawdziwszy wizualnie, nie spostrzegł wysuniętego bezpiecznika. 

Powodem dlaczego nic nie zauważył było to, iż dywanik w kokpicie się zawinął, maskując właśnie ostatni rząd bezpieczników. Najprawdopodobniej ekipa sprzątająca samolot podczas odkurzania po prostu go przesunęła.

Kolejnym mankamentem było to, iż feralne lądowanie było 1 listopada, czyli święto Wszystkich Świętych.

W takich dniach personel na lotniskach sprowadza się do minimum.
W taki właśnie dzień swój dyżur samotnie odbywał najmłodszy stażem mechanik lotniczy.

Udzielił on informacji, że jedyną rzeczą, jaka mu przychodzi to głowy, to właśnie bezpiecznik, jednak nie podpowiedział, by ktokolwiek z załogi sprawdził to osobiście,
ponieważ jest to najprawdopodobniej jedyny możliwy powód.

Po całej sytuacji przyjechali przedstawiciele producenta, by sprawdzić co dokładnie ich zdaniem było usterką. Wcisnęli bezpiecznik i podwozie się wysunęło. 

Co z samolotem? 
Został sprzedany i zezłomowany.

#hBZbz

Kilka lat temu wraz z moją mamą doszłyśmy do sekcji psów ratowniczych z ramienia PCK. Nasze psy przeszły szereg szkoleń, zdały tyle samo egzaminów. Tak czy siak... Hobby jak każde inne, ale jednak dające trochę możliwości. Między innymi, psy mogą się poruszać bez smyczy czy też kagańca po terenie publicznym. Idąc do sedna.
Nie jest dla mnie nowością siedzenie z psem na jakiś pokazach. To na festynach, to na jakichś występach w szkole. I właśnie w drodze na takowy festyn spotkałam się z hipokryzją poziom kosmos.

Spokojnie wsiadam z psem do autobusu, bo przecież to tylko kilka przystanków. Z cztery albo pięć. Ja spakowana w plecak, owczarek na szelkach, na smyczy i oczywiście w kagańcu. Bez żadnego problemu usiadł pomiędzy moimi nogami, opierając pysk o moje udo.
Obok mnie z automatu usiadło kilkuletnie dziecko i z najpiękniejszym uśmiechem na świecie spytało się mnie, czy może pogłaskać. Zgodziłam się, a tu nagle do autobusu wpada spóźniona barbie Karyna z dwoma yorkami na rękach.
Moja sunia nawet nie drgnęła na jej widok, ale jak to bywa z dziećmi, to od razu spojrzało na mniejsze psiaki i wyleciało z tym samym pytaniem do panny różowej. Ta machnęła ręką, dziecko wyciąga łapę i... dwa yorki zaczęły ujadać jak głupie, a na widok przestraszonego malca moja sunia warknęła. Tylko warknęła. I nagle się zaczęło... Babka zaczęła mi grozić policją, bo stresuję jej psy. Co więcej, nawet jakaś starsza kobieta stwierdziła, że nie powinnam wchodzić do autobusu z takim bydlęciem. I zaczęła się awantura, w której koniec końców głos zabrał kierowca i kazał mi wysiąść z autobusu.
Na moje pytania dlaczego ja, skoro tamta ma dwa psy w torebce bez smyczy i kagańców, usłyszałam tylko, że to są tylko małe psy. I wtedy myślałam, że nastąpi finisz. Wiecie, wyjmuję psie dokumenty i do widzenia. Ale nie. Dwa szczurołapy po chwili ciszy zaczęły ujadać jeszcze głośniej, bo mój pies podniósł się z pozycji siedzącej do stojącej, chcąc podsunąć swój pysk pod moją rękę... i wtedy jak w slow motion zobaczyłam, jak Karyna strzela mojego psa w pysk.
Zamiast dokumentów, wyjęłam telefon i zadzwoniłam na policję.
Koniec końców... Za jakiś czas zobaczę się z nią w sądzie.

#8w7Ba

Jakiś czas temu zacząłem pracę w firmie produkującej kosmetyki.
Jednym z używanych surowców było kozie mleko w proszku, którego w laboratorium stał cały, pełny słoik.
Surowiec ten nie był w ogóle używany, aż po mniej więcej miesiącu od mojego zatrudnienia miał on być dodany do jednej z prób. Niestety słoik okazał się być kompletnie pusty. Kilka osób zaczęło zastanawiać się, gdzie wyparowała zawartość słoika, aż w końcu temat ucichł.

Żodyn nie wie, że to ja zeżarłem „na sucho” całe mleko w ciągu trzech dni od mojego pojawienia się w tej firmie.

#IxeZW

Tata ostatnio wspomniał mi o nowej metodzie kradzieży „na policjanta”. 
Do mamy jego koleżanki zadzwonił pewien policjant, który organizował szkolenia przeciwko wspomnianej wyżej kradzieży telefonicznej. Oczywiście podała adres zamieszkania i zaprosiła go do środka. Pan na miejscu pokazał jej legitymację i zaczął dawać rady dotyczące przechowywania biżuterii w bezpiecznym miejscu, jednak w tamtym momencie zapytał, gdzie ona ją trzyma. W odpowiedzi pani pokazała mu szufladę, gdzie chowa oszczędności, a potem, uderzona w głowę, została okradziona ze wszystkich kosztowności oraz drogich sprzętów.

Tak więc ostrzegam wszystkich przed takimi sytuacjami!

#NZglc

Jestem żonaty od 10 lat. Żona dopóki chciała drugie dziecko, chciała często zbliżeń. Teraz kiedy tego nie chce, bo chce jechać na wakacje, w ogóle nie chce. 
Czuję się jak byk rozpłodowy. Myślę o rozwodzie. Nie wyprowadziłem się tylko ze względu na dziecko, ale zbliżam się do granicy. Kilka razy jej o tym mówiłem. Bez rezultatów.

#AiT92

Historia o tym, jak ja, młoda i głupia laska, parę lat temu prawie dałam się nabrać na trik „amerykańskiego żołnierza”. Miałam wtedy jeszcze na Insta stare i publiczne konto, które dawno nie istnieje. Przyznam wprost: chciałam atencji. No i napisał do mnie „amerykański żołnierz”. Scenariusz wszystkim znany – się „zakochał” od pierwszego wejrzenia i inne bzdety. Zaczęliśmy gadać na whatsapp. I czemu ja wtedy nie sprawdziłam, że kierunkowy jego numeru jest z Kongo? Nie wiem, po prostu pisaliśmy. Raz mu wysłałam soft zdjęcie (bez twarzy na szczęście) i totalnie nie wyczułam tego, że niby tak „zakochany” facet ma w dupie moje foty, a ciągle pyta o to, ile zarabiam, gdzie pracuję. Long story short: uświadomiła mi wszystko znajoma zanim w ogóle zrobiłam typowi przelew. Kontakt zakończyłam, pisząc mu, że jest pieprzonym oszustem i go zablokowałam. Tyle. Morału brak w historii – po prostu nie bądźcie takimi ślepymi naiwniaczkami jak ja. Pozdrawiam.

#dUAiv

Zeszłej soboty pomagałem wozić tacie drewno do kotłowni, bo idzie zima. W pewnym momencie powiedziałem, że szybko muszę iść do domu, ponieważ mam biegunkę... Wróciłem, skończyliśmy wozić, więc poszedłem pod prysznic, ogarnąłem się i poszedłem do kuchni. Był tam tatko i powiedział, żebym zamknął oczy i powąchał to, co mi da, ja oczywiście bez zastanowienia zgodziłem się. Okazało się, że zabawił się w żartownisia i dał mi pod nos pieprz, a że ja kicham dosyć głośno i mocno, to podczas kichnięcia, mówiąc brzydko, zesrałem się w gacie... Oczywiście tata miał ubaw jak nigdy, a ja z powrotem musiałem iść się umyć...

#AUG6I

Pracuję ponad 6 lat w firmie zarządzającej nieruchomościami (głównie wspólnotami mieszkaniowymi). Petenci (czyli mieszkańcy tych wspólnot) bywają różni. Niektórzy są mili, inni gburowaci czy roszczeniowi. Najbardziej jednak irytują mnie ludzie, którzy obrażają nas jako pracowników. Słyszymy obraźliwe teksty, że nic nie robimy itp. Mieszają nas z błotem, że to dla nich jesteśmy i mamy robić tak, jak oni chcą. W pracy wypruwamy flaki, aby wszystko zrobić, załatwić jak najszybciej najważniejsze sprawy. W większości (np. zlecenie jakichś prac) decyduje zarząd wspólnoty, a to ludzie, którzy potrafią zastanawiać się, czy wyrazić zgodę na wymianę przepalonej żarówki, czy za wymianę zamka w zepsutych drzwiach wykonawca nie wziął za dużo pieniędzy (kwoty np. za 200 zł). W niektórych wspólnotach właśnie jest tak, że zarząd podpisując umowę o administrowaniu, chce zapisu, że oni właśnie decydują o takich pracach. Przecieka dach? Mi na głowę się nie leje. Może poczekać.
Czasami nie daję rady. W pracy jestem miłą, otwartą i sympatyczną osobę. Zawsze uśmiechnięta, nawet do tych, którzy traktują mnie źle. Jednak mocno to przeżywam i nie daję sobie rady. Nie sypiam po nocach, ciągle myślę, że w pracy znów będę wysłuchiwać obrażeń i marudzenia, że się nie wyrabiam z pracą. Mam myśli samobójcze. Prawie codziennie płaczę.
Dodaj anonimowe wyznanie