#kfYJE

Generalnie uważam, że w komunikacji miejskiej powinno się ustępować miejsca osobom starszym i przeważnie tak też robię. Najczęściej w ogóle nie siadam, tylko staję sobie gdzieś w kąciku, żeby tych właśnie miejsc nie zajmować.
Dzisiaj tak wyszło, że pół dnia, w deszczu, biegałam z chłopakiem po mieście załatwiając różne papierkowe sprawy i kiedy wracaliśmy do domu, nie dość, że odpadały mi nogi i byłam cala zmarznięta i przemoknięta, to jeszcze od rana nic nie jadłam i zwyczajnie było mi słabo, a kiedy wsiadaliśmy, to tramwaj był praktycznie pusty. I mimo wszystko siedziałam mu na kolanach, żeby zajmować tylko jedno miejsce. Po paru minutach jazdy tramwaj się zapełnił i wsiadła do niego pani, na moje oko po 50. Rozejrzała się i na cały tramwaj zaczęła do jakiejś innej kobitki narzekać, że: "Do jakich czasów my dożyliśmy, że młodzież nie ustąpi takiej kobiecinie miejsca", "cały tramwaj w młodzieży i nie usiądziesz, no.." (a poza nami byli tam w większości ludzie "z przywilejem siadania"), po czym kiedy jakaś inna dziewczyna, koło 20., wstała, żeby jej ustąpić, pani ze spokojem stwierdziła "dziękuję, kochanie, ale nie o tobie mówiłam" i wysiadła na kolejnym przystanku.

Ludzie, ja rozumiem, że wiek wiekiem, ale pomyślcie czasem, że nawet dobrze wychowana, młoda osoba ma prawo źle się czuć i nie oznacza to od razu chamstwa czy nie wiadomo czego....

#LcT1t

W maju byłem z mamą na pogrzebie babci. Po pochowaniu trumny nadszedł czas na kondolencje. W pierwszej kolejności podeszła jakaś pani, która, jak się później okazało, jest jakąś tam ciocią mojej mamy. Złożyła kondolencje, po czym poprosiła, by podać jej adres i nazwisko, bo pamiętała tylko panieńskie. Tłumaczyła się, że chce wysłać kartkę świąteczną, żeby odbudować więzi itp.

Okazało się, iż było jej to potrzebne, żeby wszcząć proces o spadek po babci w sądzie.
Idą święta, ciekawe, czy kartka przyjdzie :)

#mQTwR

Była to Wigilia Bożego Narodzenia, a ja leżałem, mając 40 stopni gorączki. Nie miałem okazji złożyć życzeń znajomym, więc postanowiłem napisać do kilku osób życzenia przez Facebooka. Wziąłem telefon do ręki i zacząłem wysyłać. Napisałem też do mojej koleżanki, w której byłem szalenie zakochany. Nie musiałem czekać długo na odpowiedź, jednak to co zobaczyłem, natychmiast oblało mnie falą gorąca. Dziewczyna odpisała: „Dziękuję, kotku, ale nie sądzę, by moje święta były udane, bo moje marzenie to spędzić je razem z Tobą...”. Nie wiedziałem co odpisać, ale te słowa napełniły mnie taką radością i odwagą, że odpisałem jej, że też mi jej brakuje itp. Pisaliśmy ze sobą niemal całe południe.

Następnego dnia zacząłem konwersację od słów: „Jak tam mijają święta, kochanie?”, na co otrzymałem odpowiedź: „Wybacz, Tomek, ale przedtem to Anita z Tobą pisała... Ostatnio gdy ją odwiedziłam, zapomniałam się wylogować”.

Nic nie odpisałem. Jeszcze nigdy nie byłem tak zażenowany.

#bM42N

To nie będzie żadna porywająca historia, piszę raczej dlatego, że ciekawi mnie, jak wiele osób ma podobny punkt widzenia co ja – oczywiście chętnie też poznam inne opinie :)
Mam 27 lat i mieszkam z rodzicami. Dla wielu to może wstyd, ale ja uważam, że nie ma w tym nic złego.
Mieszkamy w dużym mieście i choć zarabiam całkiem nieźle, to wynajem nawet małego mieszkania oraz opłaty pochłonęłyby pewnie ponad połowę pensji. A tak dorzucam się do utrzymania domu i mam spokojną głowę, że na nic mi nie zabraknie. Z rodzicami mam – i zawsze miałam – naprawdę dobre relacje, we wszystkim mnie wspierają, nawet gdy nie popierają w pełni moich planów czy pomysłów, nigdy od nich nie usłyszałam, że mogłabym wreszcie się wyprowadzić; lubimy sobie czasem wieczorem posiedzieć przy drinku i po prostu porozmawiać. Dom też jest spory, więc każdy ma swój kąt i jakąś swoją prywatną przestrzeń (oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma ten komfort, żeby mieć na przykład osobne pokoje z rodzeństwem i też w pełni rozumiem, jeśli ktoś chce się jak najszybciej wyprowadzić z domu rodzinnego). Rodzice zajmują parter, ja piętro, każdy o „swoją” część dba, większe zakupy robimy na zmianę. Właściwie jedyną częścią taką naprawdę wspólną jest kuchnia na parterze. Wolę w takim razie chyba dzielić tę kuchnię z rodzicami niż z jakimiś obcymi ludźmi w wynajmowanym mieszkaniu (w przypadku wynajmowania tylko pokoju).
Wydaje mi się, że panuje takie przekonanie, że to wstyd mieszkać tyle z rodzicami, ale tak właściwie czemu? Nie uważam, że jestem przez to mniej zaradna życiowo. Według mnie trochę bez sensu jest wyprowadzanie się tak na siłę, żeby pokazać swoją dorosłość, a potem przeliczanie każdego grosza. Oczywiście rozumiem też osoby, które z wielu powodów decydują się na opuszczenie rodzinnego domu – trudne relacje z rodziną, studia czy praca w innym mieście itp., natomiast zdarzało mi się słyszeć w moim otoczeniu teksty typu „ja to zaraz po studiach się wyprowadzam od rodziców, bo głupio tak tyle z nimi mieszkać, znajdę sobie drugi etat i jakoś to będzie”. No nie wiem, ja zamiast martwić się, że „jakoś to będzie” i czy w tym miesiącu opłacić rachunek za wodę, czy kupić jedzenie za ostatnie pieniądze, wolę spokojnie odkładać sobie na budowę mojego wymarzonego drewnianego domku w górach :)

#TDDVV

Jestem dorosła, mam poukładane życie, męża, dzieci, hobby, dobrą pracę, przyjaciół i znajomych. Pozornie wszystko idealnie. Ludzie często mi mówią, że podziwiają moją konsekwencję w wychowywaniu dzieci, podejście i efekty. Starsze dziecko z własnej woli udziela się w szkole ile się da, ma masę zainteresowań, dobrze się uczy, w rozmowie jest w stanie zagiąć i przegadać niejednego dorosłego. Młodsze to zwykle śmieszek i przylepa. Staraliśmy się o nie długo, trzeba było się leczyć i niejedną noc przepłakałam, nie widząc efektów.
A teraz? Nie umiem się cieszyć. Czasem w środku trzęsę się z nerwów, jak tylko któreś się do mnie odezwie. Chcę mieć ciszę, spokój, czas wolny i sen. Chcę nie musieć wiecznie planować obiadów, kombinować co zrobić z feriami i wakacjami. Rzygam wizytami u pediatrów i dziecięcych dentystów. Mdli mnie na hasło „wywiadówka”, bo chociaż zawsze jest wszystko OK, to to kolejna rzecz, która odbiera mi czas.
I dobrze wiem, że to głupie, że powinnam się cieszyć, bo w końcu się udało, bo inni nie mają dzieci, a chcą, bo moje są miłe i mądre. Chwalę je zawsze, mówię im miłe rzeczy, mówię, że jestem z nich dumna i że je kocham. I pewnie tak jest, chociaż czasem mówiąc: „Ale świetny obrazek, dziękuję, zachowam go na zawsze” w głębi duszy myślę „a teraz już zejdź mi z oczu, nie chcę piętnastego obrazka, chcę siąść i gapić się w ciszy przed siebie i chcę, żeby ktoś mi oddał moje ostatnie kilka lat prawdziwego życia”. Ale nigdy im tego nie powiem. Tylko Wy wiecie.

#BDPc3

Będzie krótko.

Kiedy byłam sama w domu, w wieku 14 lat, postanowiłam spać w łóżku rodziców (jest większe i wygodniejsze). Kiedy się rano obudziłam, nie otwierając oczu, zaczęłam bawić się czymś okrągłym, miękkim i gumowym.
Po otworzeniu oczu okazało się, że to pierścień uciskowy mojego ojca.

Tak że morału nie będzie, ale trauma jest.

#efFaK

Prawie dwa lata temu zaczęłam pracę w pewnym barze kanapkowym. Jakiś czas temu szef postanowił mi zaufać i zapytał, czy mogłabym dla niego otworzyć bar w sobotę, żeby on mógł choć raz wyjść ze znajomymi wieczorem do pubu i nie zrywać się skoro świt na drugi dzień. OK, nie ma problemu! Pokazał mi wszystkie procedury związane z otwarciem, wręczył klucz i kazał nie zgubić. No właśnie...

Noc z piątku na sobotę, dochodzi północ, a ja co robię? Spanikowana szukam klucza. Nie ma, wcięło! No przecież miałam go w kieszeni płaszcza i niemożliwe, żeby wyparował! Szybka rozkmina gdzie byłam w ciągu dnia na mieście i wyruszyłam na poszukiwania. Po godzinie biegania w tę i we w tę już mam dość i dzwonię do szefa, żem łajza i zgubiłam klucz.
Tłumaczę mu wszystko co i jak przez telefon, mówiąc, że sprawdzałam i nie mam go w kieszeni. Mówiąc to mimowolnie wsadziłam rękę do kieszeni, żeby sprawdzić jeszcze raz i co się okazało? Odkryłam, że mam dziurę i klucz siedział sobie w podszewce płaszcza...

Zrobiło mi się tak potwornie głupio - że spanikowałam, że wybiegłam na miasto, że obudziłam gościa, który w końcu chciał sobie pospać.. Nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji, zaczęłam się jąkać, że przecież jeszcze byłam wybrać pieniądze z bankomatu, a tam nie sprawdzałam, a że jestem niedaleko... Potrzymałam szefa jeszcze trzy minuty na telefonie i super radośnie oznajmiłam, że po prostu nie wierzę własnym oczom i oto znalazłam klucz pod bankomatem! Cud!

Nigdy nikomu się nie przyznałam jak było naprawdę, szczególnie szefowi :D
Dodaj anonimowe wyznanie