Jestem w związku z chłopakiem od wielu lat i jednocześnie zakochałam się beznadziejnie w koledze. Nie chciałam tego, wcześniej był zwykłym kolegą, jeden pozornie normalny uśmiech i przepadłam. Ani ukochany, ani kolega nie wiedzą, a ja czuję się parszywie. Nie mogę urwać kontaktu z kolegą, więc za dnia gadka-szmatka, wieczór z chłopakiem, a w nocy śni mi się, jak ten kolega robi ze mną to samo, co przed chwilą chłopak. Boję się komuś powiedzieć, chodzę roztrzęsiona, zaczęłam mocniej zauważać wady chłopaka, jednocześnie jestem pewna, że kolegę z kolei idealizuję. Mam ochotę spędzać z kolegą czas, ale nie chcę zdradzić, więc nic nie robię i mam nadzieję, że jeszcze chwila i samo przejdzie. Boję się, że chłopak zauważy, a jeszcze bardziej, że kolega się zorientuje i poczyni jakieś kroki. Nie mogę normalnie myśleć.
Wszystko jest nie tak.
Mój brat, zanim znalazł w tym roku pracę po przeprowadzce do innego miasta, pracował krótko na czarno dla jakiegoś kolesia. Pracą mojego brata było opróżnianie kontenerów na odzież, czyli de facto kradzież rzeczy, które zostały oddane dla potrzebujących, i SPRZEDAWANIE ICH do sklepów z odzieżą używaną.
Powiem wam, że ja czułam obrzydzenie, słysząc to. Nie tylko z powodu faktu kradzieży, także z powodu tego, że w tym kraju nadal panuje cebulowa mentalność. Ukraść coś, co dla jednych było zbędne i miało trafić za darmo dla biednych rodzin czy bezdomnych, by sprzedać to jeszcze dwa razy – właścicielowi lumpeksu, który sprzeda to jeszcze swojemu klientowi.
Jak w tym kraju ma być dobrze, skoro ktoś robi takie rzeczy?
Moja ciotka wysłała zaproszenie do znajomych jakiemuś celebrycie z serialu. On przyjął, ciotka w siódmym niebie. Na drugi dzień siedzi w odwiedzinach u mamy, bardzo zdenerwowana.
– Co się stało? – pyta mama.
– Znasz Halinę spod trójki? Dodała sobie do znajomych MOJEGO celebrytę!!!
No padłam...
Wyznanie skierowane do wszystkich osób, które twierdzą że zawsze warto pomagać.
Jestem pracownikiem sklepu monopolowego już drugi rok. Sklep jest w samym centrum miasta naprzeciwko burdelu, a zaraz obok są trzy kluby, więc w godzinach nocnych mamy sporo klientów. Historii, które w ciągu tych dwóch lat spotkały mnie w sklepie jest naprawdę sporo, większość rzeczy nienormalnych tutaj działo się na porządku dziennym. Postanowiłem wybrać jednak historię, która mnie mocno zszokowała.
Pewnego dnia przyszedł do nas do sklepu nowy pracownik. Na pierwszy rzut oka nieśmiały, sympatyczny chłopak około 18 lat. Od razu wiedziałem, że ta praca nie będzie dla niego. Gość podchodził bardzo profesjonalnie do pracy, zawsze dobrze doradzał klientom, kiedy ja wciskałem patologii, która przychodziła do tego sklepu, tylko to, co mi się opłacało. Awanturników uciszałem przekleństwami, a śmierdzących żuli wyrzucałem za drzwi.
Pewnego dnia przyszedł do nas stały, śmierdzący klient. Ja akurat byłem na zapleczu i przyglądałem się, jak sobie poradzi nowy pracownik. Żul był tak pijany, że wywracał się na wszystkie strony, jednak udało mu się złapać butelkę piwa i podejść do kasy. Nowy kolega Marcin chciał go obsłużyć. Podczas płatności żul sięgnął do kieszeni i wyciągnął zakrwawioną rękę, którą oparł o blat. Widok był naprawdę nieciekawy, bo wyglądało tak, jakby dostał ostrym narzędziem gdzieś w okolicach nogi.
Gdy klient wyszedł ze sklepu i zaraz za progiem potknął się i stracił przytomność, Marcin podbiegł do niego i zaczął sprawdzać, co się dzieje. Stwierdził, że nie czuje tętna, to zatrzymał przechodnia, kazał zadzwonić po pogotowie, a sam zaczął go reanimować. Pogotowie się bardzo nie spieszyło, ale przyjechało na miejsce i zabrało go do szpitala.
Następnego dnia, gdy Marcin był w pracy, przyjechała policja w celu ustalenia, co się dokładnie działo. Gdy policjanci dowiedzieli się wszystkiego, co chcieli, powiedzieli, że osoba, której wczoraj pomógł Marcin, miała HIV. Mimo że Marcin umył dokładnie ręce, tak jak ratownicy radzili, to jednak miał bezpośredni kontakt z krwią.
Teraz musi czekać miesiąc zanim będzie mógł zrobić test, a później kolejny na wyniki.
Bardzo mi szkoda tego kolegi, bo miał naprawdę strasznego pecha. Jeden zrobi ogromną głupotę i ujdzie mu na sucho, drugi chciał pomóc i możliwe, że będzie tego żałował do końca życia.
Mam nadzieję, że jednak nic mu nie będzie...
Może zacznijmy od tego, że uczyłam się zawsze bardzo dobrze i byłam najlepszą uczennicą w mojej szkole... Z małym wyjątkiem. Byłam też pierwszą najlepszą uczennicą z dwóją z matmy na każdym świadectwie.
Nie rozumiałam metod nauczania mojego nauczyciela, który zaokrąglał 0,6 do 0,4, ponieważ taka była prawidłowa odpowiedź w kluczu. Do tej pory się z tego śmieję. Dodajmy do tego niechęć, bo nigdy nie miał sobie niczego do zarzucenia w takich kwestiach. W każdym razie...
Spotykam owego nauczyciela w autobusie, rok po ukończeniu szkoły, zaczynamy rozmawiać, zapytał w trakcie, jak z moją matematyką.
A ja, nierozgarnięta studentka, chlapnęłam, że wzór na powierzchnię koła znalazł u mnie wspaniałe zastosowanie przy wyliczaniu, która promocja na pizzę bardziej się opłaca. Na przykład dwie pizze po 32 cm w cenie 29 zł bardziej opłacają się niż jedna pizza 45 cm za 32 zł. Trochę się speszył tym, co powiedziałam i zamurowany siedział obok, podczas gdy ja tłumaczyłam dalej przydatność tego wzoru.
Widuję go od czasu do czasu w tym autobusie, ale już do mnie nie zagaduje. :D
Siostra ze swoim chłopakiem siedzą sobie na przystanku, czekają na autobus. Ot, zwykłe popołudnie. Znudzeni, obserwują ludzi dookoła. Obok nich zajmuje miejsce starsza kobieta ze swoimi zmęczonymi zakupami, niedaleko stoi matka z dzieckiem i jakiś pan.
Ów pan dziwnie rusza nogą, tupie, spodnie poprawia... Ugniata go coś? Swędzi? Piecze? Nie... W pewnej chwili z nogawki spodni wypadło mu gówno. A raczej sam się go pozbył w taki właśnie sposób – na przystanku autobusowym, przy ludziach.
Nikt prócz siostry i jej towarzysza tego nie zauważył. A po wszystkim pan, jakby nigdy nic, stanął sobie w innym miejscu.
Jestem mamą czworga dzieci (14, 7, 5 i 2). Kocham je nad życie... i powiem wam coś, co zdumiewa każdego kto się o tym dowiaduje – każde moje dziecko urodziło się 29 dnia miesiąca i zawsze był to wtorek!
Mój facet uwielbiał kontrolować co robię, gdzie i z kim. Z początku jego zachowanie nie było groźne, wręcz przeciwnie, uważałam, że było to urocze. Jak miał czas, odbierał mnie z pracy albo z uczelni. Pisał, dzwonił itd. Okazywał mi bardzo dużo zainteresowania.
Gdy zamieszkaliśmy razem, zaczęło mi przeszkadzać, że ma problem z tym, że chcę po zajęciach wyjść ze znajomymi na kawę albo piwo. Miał pretensje, że chcę jechać do mojej przyjaciółki na weekend bez niego. Mieszkała ponad 200 km ode mnie, więc nie opłacało mi się tam jechać na pół dnia i wracać na noc.
Zaczęły się kłótnie.
Potem zaczął przetrzepywać mi portale społecznościowe, telefon, nawet dokumenty, które trzymałam w teczce. Przyłapałam go na tym nie raz. Rozmowa nie pomagała. Odeszłam od niego, jak tylko znalazłam sobie mieszkanie do wynajęcia. Tak się złożyło, że koleżanka z pracy miała dość swoich współlokatorów i szukała kogoś, z kim mogłaby wynająć mieszkanie. Gdyby nie to zrządzenie losu, pewnie dalej byłabym z tym psycholem.
Wtedy dopiero się zaczęło.
Widziałam go parę razy pod moją pracą. W sumie miał do tego prawo, duża knajpa przy ulicy. Dziwiło mnie jednak to, że nigdy nie wszedł do środka.
Czasami jak wychodziłam z pracy widziałam, jak stoi pod pracą, ale nie podchodził.
Często wracałam z koleżanką, z którą mieszkałam, więc się nie bałam. Raz jednak musiałam wracać sama. On stał i widziałam, że chce do mnie podejść. Wróciłam do pracy i poprosiłam mojego kierownika, czy mógłby mnie odwieźć do domu, bo źle się poczułam. Zdziwił się, bo przeważnie wracałam spacerkiem. Z pracy do aktualnego mieszkania mam około 30 minut drogi. Jednak się zgodził.
Wróciłam do domu. Minęło 15 min, ktoś zapukał do drzwi. To był on.
Zapytał mnie, czemu go unikam, czemu nie odbieram telefonów, czemu zablokowałam go na Facebooku. Krzyczał na mnie, robił awanturę na klatce. Wyszła sąsiadka z piętra, żebyśmy byli cicho, bo jest cisza nocna. Faktycznie zbliżała się godzina 23.
Zamknęłam drzwi i uciekłam do siebie do pokoju.
Chyba z pół godziny dzwonił do drzwi.
Moja współlokatorka w końcu się wkurzyła i zadzwoniła po brata, który przyjechał i załatwił sprawę.
Ze łzami w oczach opowiedziałam jej całą sytuację. Że dzwoni, pisze, stoi pod pracą, chodzi za mną. Że teraz dowiedział się, gdzie mieszkam.
Za jej namową poszłam na policję.
Zlekceważyli mnie.
Od policjanta dowiedziałam się, że skoro nic mi nie zrobił fizycznie, to on nie widzi znamion przestępstwa i mogę złożyć sprawę z powództwa cywilnego.
Przecież nikt mu nie zabroni stać na ulicy przed restauracją.
Boję się, co temu choremu człowiekowi jeszcze przyjdzie do głowy.
Wyobraźcie sobie taką sytuację:
Nie układa wam się z chłopakiem i planujecie zerwanie. Jesteście już na spotkaniu, gadka-szmatka i nagle zaczyna padać. No nic, co poradzić, szukacie schronienia na jakiejś klatce schodowej. Zdążacie w ostatniej chwili, gdyż na zewnątrz rozpoczyna się największa ulewa z burzą i piorunami, jaką widziałaś kiedykolwiek w swoim mieście. Wiesz, że szybko to nie minie i nie ma szans, żeby wystawić chociażby but za drzwi, a o wracaniu do chałupki można zapomnieć.
I co wtedy robisz? Zrywasz ze swoim chłopakiem, a potem siedzisz z nim trzy godziny na klatce schodowej w zupełnej ciszy.
Brawo ja.
Ech, służbo zdrowia nasza polska, ileż tu wyznań nazbierałaś... to i czas na moje: słodko-gorzkie.
Parę lat temu mój ówczesny narzeczony, obecnie mąż, miał wypadek samochodowy. W wyniku uderzenia w głowę stracił pamięć z ostatniego półrocza oraz doznał... hm... nie znam fachowej terminologii, ale chyba można to nazwać uszkodzeniem ośrodka pamięci krótkiej. Nie miał pojęcia, że coś robił pięć sekund temu i w kółko to coś powtarzał. Pytał stale o jedną rzecz. Nie kojarzył naszych zaręczyn. Koszmar.
Na oddziale neurologicznym przyjął nas młody lekarz praktykant/stażysta (chyba tak się to określa...), mieliśmy chwilę poczekać na neurologa. Pozadawał pytania, przeprowadził wywiad, no fajnie. W międzyczasie do szpitala przyjechała policja, bo przecież z wypadku pacjent. Mnie kazano wyjść, narzeczony został z praktykantem i panią neurolog. Siedzę znerwicowana, popatruję na policjantów, czekam.
Po chwili wytarabania się z gabinetu ów stażysta. I co? I ze śmiechem opowiada policjantom, że "kuuuurna, stary, tak się w łeb zayebananił, że nic nie czai, ja pierdziuuuuu, kabaret normalnieeee, jak wyjdzie, to go nagram... ubaaaaw!".
Co, ja się pytam...?
Chyba mnie nie zauważył. Miał chłopina poczwórnego pecha, bo ponieważ iż:
1. Jak do niego doskoczyłam w ślepej furii, to policjanci musieli mnie trzymać. Facet (nie będę nazywać go lekarzem, nie jest tego godzien) zaczął wtedy coś nieudolnie odkręcać.
2. Z gabinetu wyszła właśnie pani neurolog i gdy to usłyszała, powiedziała, że sama mu w pysk strzeli zaraz.
3. Jednym z tych policjantów okazał się mój bliski kolega, który wcale nie uznał tego za zabawne, natomiast spytał gościa, czy kojarzy taki drobiazg jak tajemnica lekarska.
I wreszcie po czwarte...
Ordynatorem na tym oddziale był wtedy mój wujek.
Nie no, gość tam wciąż pracuje. Ale baaaardzo długo na ręce mu patrzyli i rozliczali z każdej pierdoły...
Na razie było gorzko. No a słodko?
Narzeczony przypomniał sobie większość po tym, jak usłyszał moje wrzaski na korytarzu: "Ty (pani od płatnej miłości) to wypierdzielaj koszyki pleść, a nie ludzi leczyć!". Wyjrzał z gabinetu z nieśmiałym: "Kochanie...?".
Moją cechą charakterystyczną jest bowiem spokój... ale do czasu. Jak wybucham, nie ma zmiłuj. I to mu się przypomniało :)
Dodaj anonimowe wyznanie