Oddaję krew od dłuższego czasu. Wszyscy gratulują, że honor i super postawa, dobry człowiek.
A ja tylko chciałem tę bransoletkę na rękę za darmo i jakoś z przyzwyczajenia już oddaję :)
Gdy studiowałem pedagogikę, pewna pani prowadząca zajęcia wiele razy mówiła o metodzie na tzw. „kalendarzyk”. Według niej każda inna metoda jest zawodna i bez sensu. Nawet prezerwatywy. Za przykład podawała siebie, że stosuje tę metodę od kilku miesięcy i może potwierdzić, że działa w 100%, szczególnie jeśli kobieta zna swoje ciało.
Po niedługim czasie dowiedzieliśmy się, że owa prowadząca jest na zwolnieniu z powodu ciąży.
Ta... Stuprocentowa metoda.
Mam pewien problem. Na nerwowe albo po prostu nieciekawe sytuacje reaguję śmiechem. Kłopot jest w tym, że jest to nieadekwatne do sytuacji. Np. uderzyłam kogoś przez przypadek – śmieję się, dostałam smutną wiadomość – też się śmieję. Ludzie patrzą na mnie z wyrzutem i oburzeniem, ale ja po prostu tak reaguję i nie umiem inaczej postąpić.
Dziś z ziomkami szliśmy ulicą i dostrzegliśmy krzywo zaparkowane auto. Jeep zajmował całe dwa miejsca, stojąc na skos. Postanowiłam uwiecznić głupotę kierowcy na zdjęciu, po czym poszliśmy dalej.
Później, oglądając to zdjęcie, dostrzegłam za szybą szczerzącego się za kółkiem faceta.
Oglądałam kiedyś jakiś film na TVP1. Jak to z tą z stacją bywa – zero reklam przez cały film. I w pewnym momencie strasznie zachciało mi się siku. Ale uznałam, że wytrzymam do końca seansu. W końcu nie wytrzymałam i pobiegłam do łazienki. Łazienkę mam położoną może ze dwa metry od mojego pokoju, a mama akurat myła podłogę. Mokra podłoga i wełniane skarpetki raczej nie idą w parze... Wywróciłam się i z wrażenia zlałam w majtki. Mama musiała myć podłogę drugi raz.
Mam 190 cm wzrostu, ale totalnie nienawidzę tego, bo dochodzi do tego jeszcze budowa ciała, która dla mnie jest masywna. I do tego moja głowa wydaje się duża… Trudno mi z tym, ale nienawidzę swojego wyglądu… Czuję się większa od innych kobiet i nieatrakcyjna.
Nie dostałam od męża na święta nic. „Ja nie wiem co ci kupić, sama możesz przecież”. Rozumiem, że mamy wspólne konto, ale to było dla mnie bardzo, bardzo przykre. Nie chodzi mi o drogi prezent, tylko o to, żeby się postarał. Żeby pomyślał o mnie. A nie dostałam od niego nic.
Zna moje zainteresowania. Ma dostęp do wszystkich moich kont na różnych stronach, często mam tam dodane jakieś produkty do obserwowanych (i na przykład czekam na niższą cenę). Kiedyś potrafił mi zrobić prezent, wiedząc o mnie dużo, dużo mniej niż teraz. Zawsze się cieszyłam.
A teraz nic. „Bo ja nie wiem co”. Bo mu się nie chciało włożyć odrobiny wysiłku, żeby mi sprawić radość.
Dzieci chciały kupić mi prezent pod choinkę, ale ja musiałam z nimi pójść. Starsze dziecko, mimo że nie ma 5 lat, samo mi wybrało prezent i zapłaciło. Trafiło idealnie. Młodsze też mi coś wybrało, choć potrzebowało pomocy w płaceniu. A mąż nic. Mimo że wiedział, jaką wartość mają dla mnie święta. Że ja mu prezent od siebie kupiłam. Że kupiłam z dziećmi coś dla niego.
Chyba jeszcze nigdy nie było mi tak przykro przez niego.
Nie umiem tańczyć. Choćbym nie wiem jak się starała, moje ruchy przypominają taniec godowy epileptycznego techno-gnoma. Wszyscy moi znajomi myślą, że jestem specjalistką w bekowym tańcowaniu. Śmieją się, że mam takie kocie ruchy, „hue, hue, strasznie śmiesznie ci to wychodzi”, a tak naprawdę nie próbuję się wygłupiać, tylko po prostu tańczyć.
Jakiś czas temu pojechałam do pracy i jak zwykle postawiłam auto na parkingu. Zamknęłam je i poszłam do pracy. Wychodząc później z pracy, wyciągam kluczyki i próbuję się dostać do samochodu. Po wielokrotnych próbach od strony kierowcy i pasażera pomyślałam, że chyba zamek się zaciął. Błagając Boga, aby samochód jednak się otworzył, bo nie mam jak wrócić do domu, zajrzałam przez szybę do środka. Patrzę, a to nie mój samochód... Nie moje radio, nie moje siedzenia... Mój stał zaraz niedaleko, był taki sam.
Z boku pewnie wyglądało to trochę tak, jakbym chciała się komuś do auta włamać :D Mam tylko nadzieję, że nikt tego nie widział :)
Stałam w kolejce do kasy w sklepie spożywczym. Przede mną swoje zakupy na taśmę wykładał z koszyka starszy pan (na oko 80 lat). Pierwszą położył gazetę, a później resztę produktów. Kasjerka policzyła wszystko, a potem dziadek powoli spakował swoje zakupy, ale widać było po nim, że czuł na sobie dziwny wzrok kasjerki, która jakby pospieszała go, żeby już zabrał swoją torbę i wyszedł. Kupił niewiele: kilka warzyw, trochę wędliny i herbatę. Zapłacił 113 zł. Pomyślałam sobie wtedy: kurczę, starszy pan ma za sobą całe życie w tym kraju i na starość za kilka produktów płaci ponad 100 zł. I jeszcze ta kasjerka...
Dodam jeszcze, że był to polski, dość stary sklep, a wokół niego mieszkało wielu seniorów, którzy przychodzili tam z przyzwyczajenia, bo pewnie robili zakupy właśnie tam przez całe swoje życie. Po prostu zawsze jest tam pełno starszych ludzi i to oni głównie utrzymują to miejsce.
Całej tej sytuacji bacznie przyglądał się również ochroniarz sklepu i kiedy dziadek z trudnością zapakował swoje zakupy i zdołał zebrać się z nimi do wyjścia, ten właśnie ochroniarz zatrzymał go i powiedział, żeby natychmiast wyskakiwał z paragonu, bo widział, jak chowa do marynarki gazetę, za którą na pewno nie zapłacił. Dziadek nie dość, że był bardzo zmieszany, to jeszcze widać było, że zrobiło mu się smutno i przykro. Kiedy szukał paragonu, kasjerka bezczelnie stwierdziła, że żadnej gazety to ona nie kasowała i że trzeba sprawdzić te wszystkie zakupy jeszcze raz.
Nie dość, że seniorzy utrzymują im biznes, to jeszcze muszą znosić takie traktowanie...
Każdy kiedyś się zestarzeje, a trzeba pamiętać, że karma wraca.
Dodaj anonimowe wyznanie