#od43R

Moja była dziewczyna zerwała ze mną jakieś trzy miesiące temu, bo „zakochała się” w nowo poznanym koledze z pracy. Zdradzała mnie z nim, a potem zrezygnowała z trzech lat udanego związku na rzecz przelotnego romansu, który… zakończył się tydzień temu. Facet ją rzucił.
Przyszła do mnie z przeprosinami, przez pół godziny opowiadała, jak bardzo żałuje i jak bardzo chce wrócić, była pewna, że przyjmę ją z powrotem, bo zawsze jej wszystko wybaczałem.
Mimo że było to trudne, odpowiedziałem tylko: „Za późno, dokonałaś wyboru”.
Jej mina – niezapomniana.

#A7dt5

Spotkałem wczoraj moją starą miłość. Monika była dziewczyną, którą jako jedyną naprawdę kochałem w moim całym życiu. Niestety, nie ułożyło się nam – ja wyjechałem do pracy do Anglii, ona wyprowadziła się w tym czasie do stolicy na studia. Jakiś czas potem znalazła sobie faceta, ale zawsze czułem, że nigdy nie przestaliśmy się kochać.
Spotkałem ją wczoraj z dzieckiem, mówiła, że rozwiodła się z mężem. Poczułem się wniebowzięty i chciałem zaproponować jej randkę, zabrać ją i dziecko pod swój dach i opiekować się nimi już do końca życia. To była scena jak z filmu, dopóki nie powiedziała, że nazwała swojego syna Bartosz „na pamiątkę prawdziwej miłości”.

Nie, nie mam na imię Bartosz, jestem Krzysiek. I coś mi się wydaje, że nie skończy się jak w komedii romantycznej.

#SxibC

Ja i Michał nic do siebie nie czuliśmy. Wychowaliśmy się razem, nasze rodziny znały się od pokoleń, chodziliśmy do tych samych szkół, ale między nami nie było nawet przyjaźni, prędzej jedna wielka obojętność.
Pewnego dnia na imprezie rodzinnej upiliśmy się i zaczęliśmy rozmowę. Wyszło w niej na to, że mamy ten sam problem – nasze rodziny chcą, byśmy sobie kogoś znaleźli i robią coraz to dziwniejsze rzeczy (np. sprowadzają coraz to obrzydliwszych ludzi), by nas do tego zmusić. Później rozmawialiśmy o tym jeszcze wiele razy, aż w końcu padły słowa: „Weźmy ślub i zagrajmy przed rodzinami idealne małżeństwo”. I stało się. Rodziny ucichły, skończyło się sprowadzanie obcych, chore teorie i zatruwanie życia, a jednocześnie nikt z nikim nie musiał zrywać kontaktów.

Po ślubie znaleźliśmy sobie dom dwupiętrowy – jedno piętro całe moje, drugie całe jego. Mijały lata, a miłości dalej nie było. Za to przyjaźń stawała się coraz mocniejsza i pozwalała nam iść dalej – ja przekonałam go, by poszedł do psychologa, on czuwał przy mnie, gdy poważnie chorowałam. Ja pomagałam mu z pracą, on ratował mnie, gdy po gwałcie chciałam się zabić. Z tego ostatniego pojawiło się dziecko, które postanowiliśmy wychować, a raczej on miał je wychowywać, a ja od czasu do czasu pomagać. Znów wszystko ułożyło się idealnie – ja miałam świetnego psychologa, on mógł być ojcem, dziecko nie zostało usunięte, a rodzina nawet nie wiedziała, że dziecko nie jest jego.
Pół roku temu, po ośmiu latach takiego życia, limit szczęścia został wyczerpany. Michał miał wypadek samochodowy. Umarł.
Od tamtej pory w całym domu jest pusto. Nikt się nie śmieje, nikt się nie uśmiecha. Dziecko ciągle płacze. Ja nie umiem się nim zajmować przez cały czas, chce mi się płakać. Mam dość.

#SVzy2

W mojej rodzinie był alkoholizm. Podczas jednej z imprez rodziców, gdy miałam 10 lat, uciekłam z domu. Zima, śnieg na dworze, a ja w spodniach, laczkach i na krótkim rękawku wybiegłam z domu po tym, jak moja rodzicielka chciała mnie uderzyć za to, że podrywam jej nowego faceta. Ale to nie był wtedy mój największy problem. Najgorsi byli ludzie mijani po drodze do mojej przyjaciółki. Jakaś babcia mnie opierdzieliła, że jestem głupia, że tak ubrana na mróz wychodzę i rodzice powinni mi tyłek przetrzepać. Jakiś facet (30+) wyśmiewał mnie razem z kolegami podczas jazdy autobusem, czy czasem nie jest mi zimno i on może mi pożyczyć jedną rękawiczkę, to się może ogrzeję. Kobieta w wieku około 40 lat pokiwała głową z dezaprobatą i skomentowała, że teraz młodzieży się w dupach poprzewracało, że chodzą ubrani jak lato mimo mrozu na dworze.
Nikt się nie zainteresował dzieckiem, które idąc/jadąc do koleżanki, trzęsło się z zimna. Nie mam pojęcia dlaczego, może godziny wieczorne i ludzie byli zmęczeni po pracy? Może wyglądałam na więcej lat, niż miałam i myśleli, że jestem zbuntowaną nastolatką? Do dziś mnie to zastanawia.

#1Hwrw

Urodziłam się w czasie trwania Bożego Narodzenia. Miałam na studiach grupkę dobrych znajomych i w ostatni dzień przed feriami świątecznymi przyniosłam dla nich torebkę słodyczy. Mimo tego, że wszystkim dawałam cukierki w kilku rundach, i tak sporo ich zostało (a były bardzo dobre :)). Przy ubieraniu się do wyjścia, przy szatni, postanowiłam zostawić porządną garść cukierków pani, która zazwyczaj wydaje kurtki. A pani ta była nielubiana, delikatnie mówiąc, ponieważ nigdy nikomu nie odpowiadała „dzień dobry”, „do widzenia”, nie używała słowa „proszę”. Każdy jej gest i ruch był wykonany z grymasem na twarzy i niejednokrotnie, kiedy pomyliła się, wydając ubrania, oskarżała o to studentów, nie przebierając przy tym w słowach. Świąteczny nastrój skłonił mnie jednak do wykonania takiego, a nie innego gestu, zwłaszcza że opisywana pani po wydaniu kurtek wyszła i jestem pewna, że nie widziała tego, co zrobiłam. Minęłam się z nią tylko przy wyjściu.
Po powrocie z ferii zauważyłam, że coś się zmieniło w jej zachowaniu w mojej obecności – nie była już niemiła! Odpowiadała (chociaż burknięciami) na moje „dzień dobry”, powstrzymywała się przed złośliwymi komentarzami, a nawet czasem na jej twarzy pojawiało się coś podobnego do uśmiechu w odpowiedzi na serdeczny uśmiech. Poczułam się wtedy trochę jak w jednym z tych świątecznych filmów, kiedy niewielkim gestem udaje się popchnąć kogoś do bycia chociaż odrobinę milszym i otwartym na ludzi :)

#ZEFBl

Już wiem, po kim mój syn odziedziczył talent do robienia numerów swoim najbliższym. Dziś się o tym przekonałem. 
Młody ma 3 lata. Od niedawna mówi. Ale za to jak! Dobiera słowa niczym najbardziej oczytany polonista! Dzisiaj pojechaliśmy razem do takiego jednego biurowca, gdzie pracuje mój kumpel. Miałem mu podać jakieś papierzyska po drodze na basen, gdzie się z moim pierworodnym wybierałem. Przeszliśmy przez wielki hol i czekamy na windę. Razem z tłumem ludzi. Młody chwycił mnie za rękę, kiedy drzwi do kabiny się otworzyły. Jechaliśmy na przedostatnie piętro. Było ciasno jak diabli.
W pewnej chwili mój synuś spojrzał na mnie i uśmiechnął się złośliwie. Ewidentnie coś głupiego mu po głowie chodziło.
– Tateeee?! – zapytał głupim, karykaturalnym głosem (gdzie on tego się nauczył, nie mam pojęcia)
– Słucham – odrzekłem.
– A wiesz coooooo?! – kontynuował.
– Cóż takiego? – odparłem, szykując się na najgorsze
– Jak ja być już taka duży jak ty, to ja też mieć taki duży, włochaty pindol?!

Cała winda w śmiech, a ja jąkając się pod nosem, usiłowałem powiedzieć wszystkim, że to taki żart. Młody ma poczucie humoru, wiecie... Taki śmieszek z niego. Tatusia chciał skompromitować troszkę, rozumiecie, hue, hue? Ale i tak zostałem zagłuszony przez rechot kilkunastu osób, więc skurczyłem się do rozmiarów kaprawych i promieniując soczystą czerwienią, liczyłem piętra do końca naszej podróży.
Jak wysiedliśmy z windy, wziąłem młodego na bok i przybiłem mu piątkę:

– Dobra robota, zimnioku ty zdradziecki. Moja krew! Jestem z ciebie dumny! A teraz zrób jakiś numer mamie. Ona na pewno też to doceni! :)

#MKeZQ

Mamy psa adoptowanego ze schroniska. Pies jest już dość stary, ale całą rodziną bardzo go kochamy, jest najcudowniejszą, najgrzeczniejszą i najspokojniejszą istotą pod słońcem, nigdy nie okazał agresji, nigdy nawet nie szczeknął. Jest to pies duży, kundelek, ale podobny do owczarka niemieckiego, na pewno coś z niego w sobie ma. Jego ulubionym zajęciem jest spanie w dziwnych miejscach. Mam też 5-letnią siostrę, dla której nasz Astarot jest najlepszym przyjacielem.
Ostatnio pies spał pod schodami. Nikt go nie chciał stamtąd ruszać, więc po prostu nad nim przeskakiwaliśmy. Ale za którymś razem, gdy siostra schodziła po schodach, pośliznęła się i spadła z całym impetem, prosto na biednego Astarota. A pies w strachu i bólu, wyrwany ze snu, niestety zareagował odruchowo i ugryzł. Pech chciał, że trafił na twarz... Rozharatał siostrze nos, usta, policzki, cudem ominął oczy, w niektórych miejscach skóra była zdarta do kości. Siostra jest już po trzech operacjach, ale czeka ją jeszcze więcej.
Psem teraz nikt nie ma czasu się zająć, nie wiem, co rodzice planują z nim zrobić, nie wiem, czy go obwiniają, czy traktują to jako wypadek. Ja to tak traktuję i wciąż kocham mojego Tarotka, jako jedyna obecnie go wyprowadzam, karmię i głaskam. Boję się, że mi go odbiorą, że będzie musiał wrócić do schroniska. Siostra może mieć jakąś traumę i bać się psa, gdy już wróci ze szpitala, i całkowicie to rozumiem. Tym bardziej jest mi przykro, bo uważam, że pies niczym nie zawinił, właściwie nikt nie zawinił, to był po prostu pech, głupi zbieg zdarzeń. Siostra będzie miała już na zawsze zniszczoną twarz i zapewne strach przed psami, a Astarot straci kochającą rodzinę i ciepły dom na stare lata. Życie jest okrutne.

#iRvPO

Czasem się zastanawiam, jak to jest możliwe, że mój tata i jego brat nadal żyją i mają się całkiem nieźle. Nieraz na rodzinnych spotkaniach zbiera im się na wspominki i opowiadają, jak bawili się w dzieciństwie. Gdyby to wszystko się działo obecnie, ich rodzicami już dawno zainteresowałaby się opieka społeczna. Tak dla uściślenia dodam, że chodzi o początki lat 70.

Kilka przykładów ich wspaniałych przygód i chłopięcych zabaw:
– rzucanie w siebie płytami winylowymi i szkolnymi tornistrami, tymi twardymi, z metalowymi zakończeniami i sprzączkami – tata nadal ma blizny po rozciętych brwiach i czole;
– ustawianie stołków do góry nogami obok łóżka podczas skakania po nim – wujek niedawno zaprezentował do dziś niezrośnięte chrząstki/kości w małżowinie usznej po tym, jak nadział się na nogę stołka;
– wrzucanie do ogniska ampułek z różnymi chemicznymi substancjami wyrzucanymi przez znajdującą się obok fabrykę – „bo tak fajnie strzelały”;
– rozcięcie sobie skóry od nosa aż po czubek głowy podczas walki jakimiś prętami – poszkodowany tego dnia miał Pierwszą Komunię i to się stało podczas przyjęcia tuż po uroczystości;
– dźganie patykami gniazd os i szerszeni, dopóki owady nie wyleciały – „bo tak fajnie brzęczały”;
– wujek jest starszy, jako nastolatek dostał motorower, niestety rodzice zawsze kazali mu zabierać na przejażdżki młodszego braciszka, a z dodatkowym obciążeniem nie miał szans podczas wyścigów z kolegami. Któregoś razu specjalnie bardzo ostro skręcił, „obciążenie” spadło, a wujek wreszcie mógł dogonić kolegów; u taty skończyło się na złamanej ręce i kilku siniakach;
– tata pierwszego dnia w przedszkolu stwierdził, że mu się nie podoba, uciekł i wrócił sam do domu – miał wtedy 3-4 lata, a z domu do przedszkola było dobrych parę kilometrów; nigdy więcej tam nie poszedł :P

To naprawdę tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Jak tak sobie analizuję, to nigdy nie opowiadali o takich zwykłych zabawach, typu samochodziki, piłka... Dosłownie każdy ich pomysł na zabawę kończył się wizytą w szpitalu albo chociaż drobnymi obrażeniami.
Z kolei moja mama ma dwóch braci i też gdy opowiadają, co wyprawiali z kolegami z osiedla, to czasem aż się w głowie nie mieści.

Wiem, że to były zupełnie inne czasy, ale wydaje mi się, że akurat pod tym kątem były ciekawsze. Oni mają tyle barwnych wspomnień z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości, zawsze mają o czym opowiadać. Nie twierdzę, że ja miałam nudno, bo też zdarzyło mi się wpaść do oczka wodnego w wieku 3 lat albo rozwalić sobie głowę na drzewie podczas zjeżdżania z górki na sankach, ale „w moich” czasach jednak już nieco bardziej zwracano uwagę na to, co dzieci robią i jak się bawią. W „ich czasach” nie było też tylu rozrywek dla dzieci, jakie mamy teraz, więc po prostu wymyślali je sobie sami – z różnym skutkiem :P

#f4Dhb

Mój dziadek nie został dopuszczony do Pierwszej Komunii Świętej, jednak w domu powiedział, że został. Goście zaproszeni, przyjęcie itd. itp. - w pewnym momencie padło pytanie - "A dlaczego nie dostałeś obrazka?". Odpowiedział, że nie wie, więc rodzice postanowili wyjaśnić sprawę z księdzem. Wszystko wyszło na jaw, ale skoro już był u Pierwszej Komunii Świętej, to nie dało się tego cofnąć, bo pierwsza jest tylko jedna i pierwsza...
Dodaj anonimowe wyznanie