Miałam niecałe 3 lata i nagle umarł mój wujek. Zapamiętałam jego śmierć, nikt nie tłumaczył mi, jak się umiera, ale zrozumiałam to instynktownie. Od tego momentu zaczęła mnie fascynować śmierć, którą traktowałam jako przekształcenie żywego, działającego człowieka w materię, w mięso.
Zastanawiało mnie, co dzieje się po śmierci i jak czuje się człowiek w momencie zgonu. Zawsze rozmyślałam o tym przed snem.
Pewnej nocy zaczęłam sobie wyobrażać, że stoję w oknie i skaczę, a moje zwłoki widzi mama i skacze za mną, zwłoki moje i mamy widzi tata i też skacze, później ktoś wchodzi do naszego mieszkania i znowu skacze, bo my skoczyliśmy. A za tym człowiekiem skacze następna osoba zrozpaczona jego śmiercią. I tak bez końca. Stos ciał pod oknem rośnie i ostatnia osoba nigdy nie może się zabić, bo stos zmniejsza wysokość i amortyzuje upadek.
I dopiero gdy ta osoba nie może się zabić, jestem w stanie zasnąć. Wyobrażam sobie tę samą sytuację od kilkunastu lat i tylko dzięki niej jestem w stanie usnąć.
Nie znam swojej płci. Wiem, jak idiotycznie to brzmi, zważywszy na to, że teoretycznie jest to zdefiniowane od momentu, kiedy lekarz wyciąga cię na ten świat i oznajmia rodzicom obecność odpowiednich genitaliów, ale tak po prostu jest - nie czuję tego, z czym przyszło mi się na świat. Nim ktoś rzuci zmianą płci - przeciwnego też nie czuję. Nienawidzę definicji mojej osoby przez pryzmat czegoś tak głupiego jak to, co mam, a czego nie mam między nogami i na klatce piersiowej. Nienawidzę faktu, że o tym, czym jestem świadczy ukształtowanie ruszającego się worka mięsa.
Do perfekcji mam wypracowane wypowiadanie się bez najmniejszych wskazówek co do tego, jaką funkcję mam pełnić w społeczeństwie. W Internecie jest to, rzecz jasna, łatwiejsze, bo nikt nie widzi nic prócz słów, które wystukam, ale na żywo także się udaje, dopóki nikt nie zmusi mnie do podania oficjalnych danych personalnych. Kiedy jestem w stanie, podaję nie imię, a neutralny płciowo pseudonim, kiedy ktoś próbuje wpasować mnie w ramy jednej z płci - poznaje adekwatne do nich miano, bo nie mam ochoty wyprowadzać go z ewentualnego błędu.
Takie wątpliwości ciągną się za mną już od szkoły podstawowej. Od najwcześniejszych lat przewijało się przezywanie mnie od obojnaków, babochłopów i całej gamy trochę mniej kulturalnych językowo epitetów. Dzieci potrafią być kreatywne, wiecie? Zwłaszcza kiedy dorośli śmieją się wraz z nimi z nijako wyglądającego dzieciaka siedzącego w kącie. Zapewne mój byt był dla nich prowokujący, oczywiście - zawsze lecą teorie, że ofiara prowokuje, nawet w komentarzach na tej stronie, więc chcę je uprzedzić. Tak. Prowokujący był mój wygląd: zawsze spodnie, krótkie włosy i ubrania, generalnie, różnorodne. Typowo chłopięce na przemian z typowo dziewczęcymi, wprowadzające w konfuzję większość moich rozmówców. Zachowanie także mogło budzić w nich chęci doprowadzenia mnie do porządku - w końcu cóż za osoba może ani nie ganiać po korytarzu z wrzaskiem, ani nie plotkować z psiapsiółami, tylko siedzieć gdzieś na uboczu i czytać czy pisać?
Wątpliwości, które ze sobą przeżywam, dopełnia fakt, że czuję się osobą aseksualną, ale w sposób romantyczny spodobać mi się może każdy, kogo charakter uznam za interesujący. Gdzieś mam wszelką sferę fizyczną człowieka, interesuje mnie to, co w jego umyśle (kolejny powód, dla którego Internet jest dla mnie lepszym medium od realnego życia. Na równi z tym, że jestem po prostu aspołecznym człowiekiem i wychodzenie do ludzi mnie stresuje - ciekawe, czemu. Na pewno nie przez życie jakieś osiem lat w otoczeniu rówieśników-dręczycieli, gdzieżby).
Tak tylko, potrzeba podzielenia się tym z kimś do mnie przyszła. Wybrani zostaliście wy. O ile ktoś to przeczyta.
Kiedy byłam mała, zasypiałam zawsze twarzą obróconą do ściany. Powód był prosty: jeśli w nocy ktoś przyjdzie mnie zabić, to lepiej żebym nie widziała jego twarzy. Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, ale bardzo długo miałam taki tok rozumowania. Niestety sam nawyk bardzo mocno mi się utrwalił i z wiekiem nie przeszedł.
Dziś mam 22 lata i wyobraźcie sobie mój problem z zaśnięciem w łóżku, które stoi na środku pokoju. Nie polecam.
To było trzy lata temu, miałem wtedy 14 lat. Byłem przeziębiony i bolała mnie głowa, mama dała mi jakieś syropy i tabletki, żebym poczuł się lepiej. Tata wracał z długiego zagranicznego wyjazdu i mama wybierała się do salonu kosmetycznego żeby sobie zrobić jakąś maseczkę czy coś. Czułem się senny po tych lekarstwach, ale miałem obiecaną pizzę, więc poszedłem z nią.
Na miejscu ona poszła korytarzem w kierunku gabinetów, a ja siedziałem w recepcji i czekając na nią grałem w grę na telefonie, prawie przy tym przysypiając. Po jakichś 30 minutach zaczęło mi się dziwnie kręcić w głowie, co mnie przestraszyło. W amoku zerwałem się i pobiegłem korytarzem do mamy.
Otworzyłem drzwi, za którymi wydawało mi się że ona jest, wpadłem do środka i zobaczyłem… obcą kobietę… w trakcie depilacji bikini. Nigdy czegoś takiego nie widziałem więc zszokowany krzyknąłem i wypuściłem telefon z ręki. Kobieta też krzyknęła, więc uciekłem stamtąd. Mama miała dużo przepraszania za mnie, a ja miałem rozbity ekran w telefonie…
Uwaga! Kupa alert! Proszę odłożyć jedzenie!
Historia nie jest o mnie, a o moim kuzynie. W czasie wydarzenia opisanego w tej historii miał około 3-4 lat. Wraz z rodzicami pojechał do swojego wujka, na wieś. Wujek na wsi miał oczywiście psy, króliki itp. No i miał jeszcze nieszczęsne kozy.
Kuzyn został zostawiony wraz z kozami w takiej ich zagrodzie. Miał go pilnować wujek i ojciec, acz obaj po kilku piwkach zasnęli.
I nikt nigdy by się o tym nie dowiedział, gdyby nie to, że kuzyn opowiedział to wieczorem swojej mamie.
Otóż okazało się, że kozy robią.... Czekoladowe kulki. I oczywiście kuzyn je zjadał. Ciocia najpierw była pewna, że skoro tam był ojciec, to właśnie on dał dziecku cukierki i powiedział, że są od kóz, ale kuzyn powiedział, iż następnego dnia jej pokaże.
Tak, pokazał. Opieprz na wujka był niesamowity, a historia powtarzana jest na praktycznie każdym spotkaniu rodzinnym.
Kiedy byłam małą dziewczynką, jak większość dzieci nie miałam pojęcia o „tych” sprawach. Pewnego razu w szkole wpadł na mnie kolega. Porządne zderzenie. Spanikowałam. Może w ten sposób mogłam zajść w ciążę? Zaczęłam dotykać mojego brzucha, z przerażeniem poczułam w nim bijące serce... Byłam święcie przekonana, że mam tam dzidziusia. Jak poinformować o tym rodziców?
Dopiero po kilku tygodniach obserwacji uspokoiłam się i doszłam do wniosku, że to jednak moje własne serce.
Mam afazję wraz z nabytą padaczką, jeśli wyznanie jest źle napisane, źle ułożone zdanie, to przepraszam, starałam się.
Niedawno skończyłam 18 lat.
Opowiem wam moją historię.
Odkąd skończyłam 3 latka, straciłam mowę. Zaczęłam mieć ataki padaczki. Kilka tygodni spędzonych na oddziale dziecięcym. Diagnoza? Afazja z nabytą padaczką, jestem niepełnosprawna. Niby nic takiego, ale jednak ona mi przeszkadza. Wiem, że inni mają gorzej, nie mówię, że nie.
Podstawówka.
Chodziłam do logopedy, parę wizyt w szpitalach, było trochę lepiej, mówiłam, ale niewyraźnie. Od 1 do 3 klasy miałam zajęcia z klasą. Wyśmiewali mnie, że jestem niemowa, że nie umiem mówić, że mam problem z długim słowem do powiedzenia.
Od 4-6 miałam nauczanie indywidualne, ale muzykę i plastykę miałam z klasą. Na muzyce, jak pana nie było, rzucali we mnie krzesłami. Bolało. Miałam parę siniaków. Plastyka? Niszczyli moje rysunki, musiałam zawsze od nowa zaczynać, a potem dostawałam sapy od nauczycielki, że co tak wolno, już koniec lekcji, a ty zaczynasz? Wycieczka klasowa? Wchodzili do mojego pokoju, gdy ja byłam w łazience. Niektóre ubrania zniszczone, łóżko rozwalone, lampka zbita.
Gimnazjum.
Nadal zajęcia indywidualne, ale chodziłam razem z klasą, bo miałam jedną przyjaciółkę, specjalnie dla niej. Wyzywali mnie, śmiali, obgadywali. Że jestem w ciąży, że ja się puszczam, że moja matka jest prostytutką. Bili mnie na przerwach, grozili, pomimo tego, że nic im nie zrobiłam, uważali, że skoro mam indywidualne i niemowa ze mnie, to jestem tępa. W 3 kl gimnazjum przestałam już chodzić z klasą. Po szkole łazili za mną, chcieli mi ukraść jakieś rzeczy. Rodzice byli u dyrekcji, wychowawcy. Rozmawiali z nimi i to tylko pogorszyło. Dostałam też skoliozy, 40 stopni, gorset. Chciałam nawet się zabić, ale w ostatniej chwili pomyślałam, że dam sobie szansę.
Technikum.
Technikum w tym samym mieście, lecz nikogo nie ma w mojej klasie z podstawówki czy gimnazjum. Mam wspaniały kontakt z klasą, dzięki nim otworzyłam się na ludzi. Wolontariat, biorę udział w życiu szkoły, występy, zapisałam się też do Związku Strzeleckiego, strzelcy mnie uwielbiają, ostatnio dostałam awans na dyżurną i kieruję nimi, jeśli chodzi o musztrę. Krótko mówiąc, stałam się oczkiem w głowie nauczycieli i dowódcy.
Waśnie leżę po operacji kręgosłupa, 4 godziny temu odwiedzili mnie strzelcy z dowódcą, 3 nauczycieli i parę osób z mojej klasy, przynieśli mi kebab, parę słodyczy i zdjęcia z nimi. Napisałam to z nudów, bo jedynie co mogę robić to leżeć, patrzeć w sufit i pisać. Strasznie boli, ale nie poddaję się. Nie będę narzekać.
Starzy znajomi? Większość ma problemy z alkoholem, policją, rozprawy.
Nie poddawajcie się nigdy!
Po 8 latach idealnego związku, mój ukochany mnie zdradził.
Wzięliśmy ślub dwa dni temu...
Kojarzycie te pogadanki w szkołach na temat narkotyków? W podstawówce miałam takie lekcje z pedagogiem, tłumaczyła nam co i jak, mówiła, że używki są złe, kazała odmawiać, gdy ktoś nam proponuje narkotyki i zgłaszać, gdybyśmy spotkali dilera pod szkołą; przedstawialiśmy scenki, w których mówimy „dilerom”, że nie chcemy brać; oglądaliśmy filmy, w których dzieci są zatrzymywane pod swoją szkołą przez takich właśnie dilerów itp.
Długo mi te zajęcia nie dawały spokoju. Po jakimś czasie nie wytrzymałam i poszłam do mamy zbulwersowana, mówiąc: „Co jest z moją szkołą nie tak? Jeszcze nikt nigdy mi nie chciał dać narkotyków”.
Co miałam w głowie? Nie wiem. Mama była zszokowana do momentu, gdy jej wytłumaczyłam co i jak. Wtedy zaczęła się śmiać i powiedziała, że właśnie dlatego z moją szkołą nic nie jest „nie tak”.
Teraz jestem dorosła i jeszcze nikt nie dał mi tej obiecanej darmowej pierwszej działki… No cóż :)
Od pół roku mam chłopaka. Znamy się rok. Między nami jest niemalże 400 kilometrów odległości. Spotkania to dla nas wyjątkowy czas, a widzimy się co miesiąc/dwa miesiące.
W związku z tym, że mieszkam z rodzicami i bratem, nie ma możliwości, żeby podczas przyjazdów nocował kilka nocy w naszym dwupokojowym mieszkaniu.
Wobec tego wynajmuje pokój w pewnym pensjonacie, gdzie spędzamy razem czas. Na różne sposoby. Oglądamy filmy, wygłupiamy się.
Podczas minionego pobytu, ostatniego dnia, postanowiłam wypróbować coś innego. Kojarzycie reklamowane w telewizji pralinki, które w środku mają rozpływającą się czekoladę? Akurat mieliśmy je pod ręką, jako mój prezent od ukochanego.
Wysmarowałam jego tors i brzuch właśnie taką płynną czekoladą.
Zlizywałam ją z niego.
A przy okazji umorusałam swoje i jego ręce, nogi. Nie mogło się obejść bez ubrudzenia poduszki, kołdry i prześcieradła w kilku miejscach.
Zauważyliśmy to dopiero po prysznicu i ochłonięciu.
Wyobraźcie sobie mój wstyd, gdy przy naszym wyjściu z pokoju, już po zakończeniu zakwaterowania, pani sprzątająca ujrzała białą pościel w brązowej mazi... Jej zdumionego, zszokowanego i obrzydzonego wyrazu twarzy długo nie zapomnę...
Dodaj anonimowe wyznanie