#4wiJY

Jakiś czas temu zamawiałam książkę. Pech chciał, że nikogo nie było w domu gdy kurier ją przywiózł, a trzeba było za nią zapłacił i pokwitować odbiór. Koleś dzwoni do mnie, przedstawia sytuację, a ja kieruje go do sąsiadki „X”. Po chwili znowu dzwoni – okazało się, że uroczej starszej pani nie było w domu. Kieruję więc gościa do sąsiadki „Y”...

Sytuacja powtórzyła się ze trzy razy. Za czwartym razem było mi już strasznie głupio, postanowiłam więc nie rozłączać się i nasłuchiwać, czy sąsiadka „Ż” jest w domu. Na szczęście była, odebrała paczkę, pokwitowała – kurier jej podziękował i wrócił do samochodu.

Już miałam mu podziękować i przeprosić za trudy, gdy nagle słyszę tekst: „JAK JA CIĘ K*RWA NIENAWIDZĘ!”. Zdębiałam. Okazało się, że gościu nawet nie zorientował się, że cały czas jestem na linii i wszystko słyszę.

Z tego miejsca pozdrawiam pana kuriera i przepraszam za przecioranie po całej wsi z moim zamówieniem :)

#GLWCv

Nie wiem, czy to anonimowe, ale poprawmy sobie humor :)

Mieszkam w jednym z większych miast w Polsce, praktycznie w samym centrum, gdzie szkół wokół jest mnóstwo i często prowadzone są wycieczki przyrodnicze. Z 10 minut drogi od domu mam park, a przechodząc przez niego, mogę dostać się do niewielkiego lasku. 

Miało to miejsce ubiegłorocznej jesieni – na spacer wzięłam ze sobą swoją papugę nimfę o imieniu Kurczak. W końcu czemu nie, jest nauczony, a lubi siedzieć mi na ramieniu czy głowie, gdy idę się gdzieś przejść. Jak można się spodziewać, sporo ludzi do nas podchodzi, bo to w końcu zwierzę rzadko spotykane, jeśli chodzi o spacery. Więcej u nas kotów i fretek czy królików. A że to robi się już męczące, poszłam do lasku właśnie. Nie ma tam zbyt wielu osób, więc czemu nie?

Przechodziłam niedaleko jakiejś szkolnej wycieczki, byli gdzieś w szóstej klasie podstawówki. Obserwowali ptaki, rośliny...

Aż w końcu ktoś z nich wyczaił Kurczaka. Siedział na ramieniu od ich strony, a przechodziłam dość blisko. Jak zwykle coś śpiewał. Jak nic widać, że papuga. W grupie zaczęli rozmawiać, czy to sroka, czy jakiś inny ptak. A jedna z opiekunek uciszyła ich, mówiąc, że to WRONA...

Nie wyprowadziłam ich z błędu. Kurczak zrobił to za mnie, zaczynając krzyczeć (a drze się dość głośno) :)

#7IXXV

Parę dni temu mój szef zapytał mnie, który – moim zdaniem – pracownik jego firmy jest osobą najbardziej sumienną i zasługującą na awans. Bardzo miło mi się zrobiło, że przełożony liczy się z moim osądem. Bez wahania więc wskazałem jedną z koleżanek, bo uważam, że dziewczyna dużo z siebie daje i zasługuje na wyróżnienie.

Dziś w skrzynce pocztowej znalazłem list z wypowiedzeniem umowy. Zostałem wyrzucony z pracy, a moje miejsce zajęła wskazana przeze mnie dziewczyna…

#e9m41

Nie pamiętam dokładnie kiedy poznałem A., ale znamy się od dziecka, a dla mnie - od zawsze. Początkowo byłem dla niej jakimś tam kolegą, ale ona dla mnie nie była jakąś tam koleżanką. Najbardziej zamazane wspomnienie z dzieciństwa z jej udziałem aż kipi od radości, którą sprawiała mi jej obecność. Ja byłem z małej wsi, ona z miasta. Na (nie?)szczęście, mieliśmy wspólną rodzinę, u której mogliśmy wspólnie spędzać część wakacji, czy ferii. Wtedy oglądaliśmy razem bajki zasłaniając okna czym się da, żeby było "jak w kinie", jeździliśmy rowerami, spacerowalismy itp., jak to dzieci. Jednak nigdy nie byłem pewien, jaki A. ma do mnie stosunek. Jej zachowania raz sygnalizowały jedno, a raz drugie. Z kolei moje uczucia zawsze były dla mnie klarowne, choć nie od początku byłem w stanie związać je w jeden wyraz - miłość. W okazywaniu uczuć zawsze byłem i wciąż jestem kiepski, więc nie rozmawiałem z nią o tym. Naiwne dziecko sądziło, że uczucie wszystko załatwi... gdyby wtedy wiedziało, jak bardzo się myli. W każdym razie - czas płynął. Nasza znajomość była burzliwa, raz było lepiej, raz gorzej, jakieś zerwanie kontaktu, odnowienie. W końcu nie mogłem już dłużej dusić w sobie tego uczucia, postanowiłem je wyznać. Plan piękny, wykonanie beznadziejne. Po wszystkim chciałem po prostu wyjść, ale nie pozwoliła mi. Zamiast tego spędziłem z nią resztę dnia i koniec końców zostałem jej przyjacielem... Potrafiliśmy pisać ze sobą przez całe dnie. Cały czas gdzieś wewnętrznie wierzyłem, że kiedyś będziemy razem. Tęskniłem za nią, martwiłem się, po prostu kochałem. Znosiłem jej chłopaka, pocieszałem, gdy ją zranił, sam dusząc w sobie uczucie. Przerosło mnie to, odciąłem się od A.. Chciałem zapomnieć, ale wyrządziłem sobie tym jeszcze większą krzywdę. Wróciłem - wybaczyła, powoli odbudowaliśmy naszą relację, a ja obiecałem sobie zachować dystans. Nie chciałem jej stracić. Wtedy nasza znajomość stała się jeszcze bliższa, stanowczo za bliska jak na przyjaciół. Słyszałem od niej, że "to coś więcej, niż przyjaźń", potrafiła wtulać się we mnie godzinami, mówić mi o krepujących rzeczach, bez skrępowania. Pisaliśmy i mówiliśmy do siebie czule, a ja byłem coraz bardziej rozdarty. Dlaczego? Była w związku. Czara goryczy się przelała, gdy pewnego dnia wtulona gładziła mnie po klatce, słodko wypowiadała dwuznaczne zdania i robiło wszystko, bym tylko jej uległ. Nie uległem, nie dlatego, że jestem cnotliwy, ale dlatego, że nie rozumiałem. Po tym dniu wszystko się zmieniło. Nie widziała we mnie swojego chłopaka... więc co? Zabawkę? Później wszystko potoczyło się samo i skończyło z mojej inicjatywy, dosyć nie miło. Wciąż tęsknię za moją małą, ciemnowłosą księżniczką i czasami nie mogę przez to zasnąć, tak, jak teraz. Nie wiem, po co to wyznanie, ale... po prostu jest. - Buba

#Hs0Js

Historia z serii jak oszukać przeznaczenie.

Kilka lat temu wybrałam się z rodziną nad polskie morze na wakacje. Jechaliśmy nocą, zdarza się wtedy pojechać nie tam gdzie trzeba. I właśnie z powodu zboczenia z trasy moi rodzice jak zwykle zaczęli się kłócić. Moja mama źle pokierowała tatę, zwykła pomyłka, zapewne ze zmęczenia. Po tłumaczeniach i sprzeczce kto miał rację zjechaliśmy na pobocze, zawróciliśmy i po pewnym czasie znów byliśmy na wcześniejszej drodze.
Okazało się, że na rozwidleniu, na którym źle pojechaliśmy, był wypadek. Zderzyły się dwa auta, w tym jedno charakterystyczne, które jechało wcześniej zaraz przed nami.

Gdyby nie pomyłka mojej mamy i ta cała kłótnia, do tego zderzenia zapewne dołączyłoby nasze auto.

#fDgKq

Gdy miałam 16 lat zaczęłam chorować, występowały u mnie uporczywe zawroty głowy. Przez rok chodziłam do lekarza po pomoc i zawsze słyszałam to samo, że to wina stresu w szkole, albo ciśnienie niskie, albo idzie zmiana pogody. Podstawowe badania miałam robione, wyniki były dobre.
W końcu zmieniłam lekarza i od razu dostałam skierowanie do szpitala na obserwację. Tam dali mi lek, po którym zawroty ustały i w końcu mogłam normalnie funkcjonować. Drugiego dnia obserwacji wstałam z łóżka i wybrałam się na krótki spacer po korytarzu. Nie miałam wytycznych, aby leżeć non stop.

Wieczorem przyszedł do mnie ordynator i zaczął krzyczeć, że ja zdrowa jestem, bo spacerki sobie urządzam po korytarzu. Powiedział, że jestem tu tylko dlatego aby wzbudzić litość albo zrobić na złość jakiemuś chłopakowi i jutro wychodzę ze szpitala.

Ręce mi opadły. Nie miałam żadnego chłopaka ani sympatii w tym okresie. Do tego to był maj, okres matur w mojej szkole. Reszta szkoły miała wolne od zajęć na ten czas. Miałabym wolny czas w szkole marnować na leżenie w szpitalu? Obserwacja nic nie dała, jedyne co, to moja mama wyprosiła receptę na ten lek, po którym dobrze się czułam.

Minęło pół roku. Podczas innych badań okazało się przypadkiem, że choruję na niedoczynność tarczycy. Po dobraniu leków i ustabilizowaniu się hormonów - zawroty zniknęły całkowicie. Zawroty nie są typową dolegliwością przy niedoczynności. Główne objawy to tycie, senność, zmęczenie. Oczywiście zgłaszałam lekarzom, że jestem senna, słaba, ale każdy to bagatelizował. Mówili że to szkoła, nauka, stres plus dojrzewanie powoduje takie objawy.
Do teraz się zastanawiam, jak tylu lekarzy wraz z ordynatorem nie rozpoznało powszechnej choroby, która dotyka głównie młode kobiety.

#Kz2PK

Jestem 46-letnim facetem i mam dorosłą córkę, a raczej miałem. Otóż od kilku lat mam kochanka.

Ukrywałem ten fakt przed wszystkimi do dnia, w którym córka przedstawiła nam swojego chłopaka. Tak, to był on. Żona i córka się o wszystkim dowiedziały. Była awantura, łzy ich obu, doszło nawet do rękoczynów - żona rzuciła się z pięściami na mnie, a córka na chłopaka.

Żona wniosła o rozwód, córka rozstała się z chłopakiem. Wszystko to było dwa lata temu, straciłem kontakt z obiema, ale z tego, co słyszałem, chodzą na terapię i wciąż nie mogą przejść do porządku dziennego nad tym, że zostały tak bardzo oszukane i zdradzone przez najbliższe osoby.

Jakieś 2 miesiące temu dowiedziałem się, że ten chłopak jest aktorem amerykańskich filmów dla dorosłych i jednocześnie kuzynem znajomej brata mojej kumpeli z pracy. Musiałem zmienić pracę, wyjechałem bardzo daleko, na wieś i żyję pod innym imieniem i nazwiskiem.

#Ar51J

Miałam całkiem normalną klasę w podstawówce i gimnazjum. Trochę współpracowaliśmy, trochę biegaliśmy po korytarzach, czasem graliśmy w gumę. Czasami się z kogoś pośmialiśmy jak palnął coś głupiego - nie było jednej ofiary, czasami mogło być przykro, ale nie można było nikogo oskarżyć, że się nad kimś znęcał. Były kłótnie i fochy, a potem godzenie i wszystko było ok. Nigdy nikt specjalnie nikomu czegoś nie zniszczył.

Pewnego dnia w szóstej klasie dwie dziewczyny na matmie się o coś pokłóciły, jakaś pierdoła typu "zakleiła kopertę w złotych myślach, a w regulaminie było, żeby nie zaklejać". Było to na tyle poważne, że na przerwie zaczęły się ciągnąc za włosy i wyzywać. Rozdzieliliśmy laski zanim, któryś nauczyciel się zorientował - w rozdzielaniu ich brało udział całkiem sporo osób, potem poszliśmy na kolejne lekcje, dziewczyny siedziały w różnych ławkach, ot zwykły foch.

Następnego dnia jedna z nich nie przyszła do szkoły. W połowie zajęć wpadła do klasy jej matka i zaczęła się wydzierać, że cała klasa się znęca nad jej córką, że z niej szydzimy, znęcamy się nad nią. Rzuciła też kila nazwisk, w tym moje, gdzie zawsze byłam bardzo spokojnym dzieckiem, dobrze się uczyłam, żadnych problemów wychowawczych, zabolało mnie to, nigdy jej nic nie zrobiłam.

Sytuacja rozbiła się o wychowawcę, może nawet o dyrektora, nie do końca pamiętam minęło z 15 lat. Ostatecznie rozeszło się po kościach, nikt nie poniósł żadnych konsekwencji, ale do końca roku nikt nie chciał z dziewczyną rozmawiać, czy siedzieć. Nikt jej fizycznej krzywdy nie robił, każdy po prostu ją olewał, nikt nie chciał ryzykować, że znowu zostanie o coś oskarżony, więc traktowaliśmy ją jak powietrze, co z pewnością dla niej było okrutne.

Nasza szkoła to był zespół szkół - podstawówka i gimnazjum. Jesteśmy rocznikiem z początku niżu, z małego miasta i dyrekcji zależało, żeby jak najwięcej osób zostało do gimnazjum. W większości tak się stało, kilka osób, które zmieniły szkolę z rożnych powodów nie robiły z tego żadnej szopki, poza mamą tej koleżanki, która pod koniec roku codziennie bywała w szkole, kłócąc się, że zabierze swoją córkę, bo jest szykanowana. Sytuacja w klasie była ciężka, ale na pewno nie zostaliśmy zachęceni do utrzymywania z nią kontaktów.

Ostatecznie A. zmieniła szkołę na inne gim, z którego została wyrzucona po skończeniu 18 lat. W czasach, kiedy w głowach mieliśmy jeszcze chodzenie po drzewach i ew. pierwsze próby alko i fajek, ona była stałą bywalczynią klubów, paliła jak smok i zadawała się z ludźmi, obok których strach było przejść. Urodziła dziecko zanim ja poznałam wszystkie imiona z klasy w liceum.

Z jej perspektywy na pewno jesteśmy źli i zrobiliśmy z niej kozła ofiarnego, pytanie, czy jako ok. 12 letnie dzieci mogliśmy zachować się inaczej.
Dodaj anonimowe wyznanie