Nie rozumiem tego szumu, żeby na wesela nie ubierać się na biało. Rozumiem, żeby nie ubierać sukienki, która przypomina ślubną. Niestety jednak ludzie mają inne podejście.
W zeszłym roku siostra mojego chłopaka brała ślub. Na tę okazję kupiłam białą, bardzo prostą w kroju sukienkę z haftem w czerwone maki. Obiektywnie rzecz biorąc, ani trochę nie przypominała sukni ślubnej prócz tego, że 70% sukienki było białe. Nikt się na mnie krzywo nie patrzył, teściowa pochwaliła sukienkę bez cienia złości. Nie spodziewałam się, że pannie młodej się to nie spodoba. Po godzinie wesela wylała na mnie pół butelki czerwonego wina. Było mi strasznie głupio i omal nie zapadłam się pod ziemię. Tym bardziej że przed weselem konsultowałam z nią ten wybór i nie miała obiekcji. To oblanie winem było tak perfidne, że nawet nie udawała, że robi to niechcący. Po prostu podeszła do mnie z butelką (głupia myślałam, że chce się może ze mną napić), a ona wylała niemal całość prosto na mnie. Dostało mi się po włosach, twarzy i oczywiście sukience.
Wyszłam stamtąd, starając się zachować resztki godności, ale potem ryczałam przez cały wieczór, siedząc w pokoju na górze i słuchając, jak wszyscy się bawią. Najgorsze wesele. Chłopak oczywiście towarzyszył mi w mojej hańbie.
Do dzisiaj nie wiem, czy rzeczywiście mój ubiór mógł ją aż tak rozwścieczyć i czy to moja wina. Teściowa potem starała się wytłumaczyć zachowanie córki i zgonić winę na mnie i tak też się stało. Pół rodziny teraz uważa, że to ja specjalnie chciałam zniszczyć jej wesele.
Podstawówka to był taki zabawny czas, kiedy się chciało udowodnić, że jest się bardzo odważnym i pomysłowym. Szósta klasa (wówczas ostatnia) nie oznaczała, że się było dużym i tego nie robiło, tylko że było się bardziej kreatywnym.
Zielona szkoła, został może miesiąc do końca roku szkolnego. Trzeba coś zrobić, żeby być zapamiętanym. I paru uczniów z mojej klasy stwierdziło, że zje zawartość Do Not Eat. Kojarzycie takie małe paczuszki, które są w plecakach, torebkach albo kieszeniach kurtek? To te. Jedna z dziewczyn miała taką z nowego plecaka właśnie. Każdy z nich zjadł jedną kuleczkę, właścicielka plecaka aż dwie. Angielski znali wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, co było napisane.
Wszystko było w porządku aż do czasu obiadokolacji, kiedy było po tej dziewczynie widać, że coś jest nie tak. Blada, miała mdłości, w końcu zwymiotowała do talerza z zupą. Wychowawczyni wzięła ją w krzyżowy ogień pytań, w końcu przyznała się ona i reszta osób. Byliśmy w typowym ośrodku wypoczynkowym z pielęgniarką na miejscu, po zbadaniu i otrzymaniu zgody rodziców wezwała karetę do tej dziewczyny, reszcie kazała przychodzić co godzinę, żeby sprawdzić ich stan. Wkrótce okazało się, że do szpitala musiał pojechać jeszcze jeden chłopak, najwyraźniej bardziej wrażliwy na działanie tego specyfiku. Skończyło się na płukaniu żołądka i spędzeniu nocy na oddziale i wielkim wk... rodziców – na szczęście na własne dzieci, nie wychowawczynię. Dodam, że były to dzieciaki z tzw. dobrych domów, szkoła prywatna, ze sporym czesnym, żadna patologia.
Wracałam z siłowni tramwajem w pełnym tłoku. Torba na ramieniu, słuchawki w uszach. Ktoś mnie szturchnął, nie przeraziłam się, bo ścisk straszny, ale się odwróciłam. Okazało się, że złodziej coś mi wyciągnął z torby, a że był przystanek, to się przepchał i wybiegł. Ludzie naokoło się zorientowali, że złodziej zrobił akcję, zaczęły się krzyki: „Złodziej! Łapać go!”. Tramwaj stoi, wszyscy zainteresowani akcją.
Pewien mężczyzna złapał złodzieja i wyrwał mu skradzioną rzecz. Patrzył na mnie każdy, motorniczy wzywał policję. Ów mężczyzna podaje moją rzecz, i tu kulminacja. Wszyscy go chwalą i patrzą, co też złodziej ukradł. A mężczyzna podaje mi moje majtki... I nie tak w dłoni, coby nie było widać, co to jest. Trzyma je w paluszkach: czarne, koronkowe stringi.
Lubię jeździć autobusem, a zwłaszcza lubię starszych ludzi, bo oni naprawdę potrafią poprawić humor.
1. Raz jak jechałam, to wsiadł starszy pan. Ustąpiłam mu miejsca, usiadł, podziękował, stanęłam za nim. On zaś powiedział do jakiejś pani: „Ta blond dziewczynka za mną zawsze siada w autobusie, ale jak ktoś wsiada, to zawsze ustępuje starszym osobom. Urocze dziecko”.
Powiem, że jak to usłyszałam, to mi się ciepło na serduszku zrobiło. :)
2. Jechałam, wsiadł znowu jakiś starszy pan i usiadł koło mnie. Siedzę, a on się na mnie patrzy. Odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam. Wtedy starszy pan powiedział:
„Przepraszam, że się tak patrzę, ale się zastanawiam, czy koło mnie siedzi anioł”.
3. Jadę, naprzeciwko mnie usiadł jakiś starszy pan i zaczął opowiadać o swoim życiu.
Nie wiem, o co chodzi z tymi wszystkimi moherami, bo ja zawsze spotykam miłych staruszków :)
Za dzieciaka miałam zawsze kilka kilogramów więcej. Nie byłam otyła, ale pomiędzy wagą prawidłową a nadwagą. Gimnazjum to zweryfikowało po swojemu, dziewczyny w klasie wytykały mnie swoimi chudymi palcami na chudych rączkach. Śmiały się, a ja sięgałam po chore sposoby, żeby pozbyć się swojego największego kompleksu, jakim była waga. Katowanie się dietami, ćwiczeniami w domu czy na siłowniach, nie przynosiło efektów. Ciągle byłam gruba, a loża moich prześladowców ciągle była idealnie chuda, z nóżkami jak patyki, z płaskim brzuchem, o jakim marzyłam.
Końcem gimnazjum zrobiłam badania hormonalne, potem zaczęłam brać leki na swoją odkrytą po latach przypadłość. W ciągu kilku miesięcy zrzuciłam wszystkie kilogramy, które chciałam zrzucić, i nawet o kilka więcej. Miłość do sportu, nabyta podczas nastolatkowej walki o mniejszy rozmiar, pozostała. Zrobiłam kilka różnych kursów, w tym kurs na instruktora fitness, poszłam na studia związane z dietetyką, a moje ciało jest wiernym odbiciem mojego trybu życia, zdrowego i pełnego ruchu. Wyglądam po prostu dobrze, po latach ćwiczeń i odpowiedniej, rozsądnej diety.
W ostatnim czasie nawiązałam kontakt z siłownią, w której zaczynałam ćwiczyć – miałam poprowadzić tam kilkudniowe warsztaty wprowadzające dla osób, które chcą pozbyć się nadwagi. W pierwszym dniu czekałam na wszystkich w sali.
Pierwsze dwie twarze, jakie zobaczyłam, należały do dwóch dziewczyn, które prześladowały mnie z powodu wagi najbardziej, najczęściej sypały radami pokroju: „Zacznij w końcu mniej wpierdalać, świnio”. Ich miny w tamtym momencie wynagrodziły mi wszystkie łzy wylane w poduszkę czy przed lustrem w wieku 13–14 lat.
To ja byłam osobą, która je ważyła i mierzyła, obliczała BMI i poziom tłuszczu w organizmie, tłumaczyła podstawowe zasady diety odchudzającej, sens ćwiczeń siłowych, cardio, interwałowych dostosowanych tak, by pozbyć się nadwagi.
Karma wraca, kochani. :)
Od kilku miesięcy spotykam się z Klaudią, która jest świetną dziewczyną i naprawdę ją uwielbiam, ale jest… chorobliwie zazdrosna. Dosłownie – rzeczy, które potrafi zrobić przez zazdrość, są chore. To już nie tylko strzelanie focha o każde „cześć”, wypowiedziane do jakiejkolwiek koleżanki. Ostatnio, kiedy chciałem iść z kolegami na piwo, Klaudia zrobiła mi straszne sceny. Krzyczała, że mi nie pozwala, płakała. Nie dałem się jej zmanipulować i wytłumaczyłem, że nie może mi rozkazywać – kocham ją, ale chcę także spotykać się z kolegami, nie ma w tym niczego złego! Klaudia pokazała mi, że zrozumiała. Tak tylko mi się wydawało… Wyobraźcie sobie, że ona dosypała mi leków nasennych do soku. Po to, żebym nigdzie tego wieczoru nie wyszedł.
Chyba wciąż nie dociera do mnie, co zrobiła. Jestem w szoku i wiem, że moja dziewczyna potrzebuje pomocy psychologa. Nie chcę jej zostawiać, ale chyba jestem do tego zmuszony. Mam tylko nadzieję, że nasze chwilowe rozstanie (na czas terapii) jej nie zaszkodzi, a tylko nią wstrząśnie.
Wiecie jaki jest szczyt głupoty?
Wczoraj zapytałem mojego szefa (pracuję razem z nim), czy jest lewo czy praworęczny.
Dopiero po kilku sekundach przypomniałem sobie, że gość nie ma lewej ręki od urodzenia.
Mam grupę znajomych, z którymi odwiedzamy różne miejsca. Interesują nas głównie zabytki albo lokacje, z którymi są związane różne historie. O tych drugich będzie to wyznanie.
W zachodniej części Polski, w pewnym lasku, znajduje się stare gospodarstwo. Znajomy znajomego jest właścicielem ziemi i zabudowań. Na teren weszliśmy legalnie.
Legenda o rodzinie, która tam mieszkała, krąży po okolicy od kilkudziesięciu lat. Myśleliśmy, że to plotki, a w najgorszym przypadku, że znajomi nas wrabiają.
Historia tego miejsca jest taka: w dwupokojowym domu mieszkali rodzice z dzieckiem. Ojciec pił, a potem znęcał się nad żoną i córką. W którymś momencie, gdy wyskoczył do żony z siekierą, około 17-letnia dziewczyna obroniła matkę, kilkukrotnie wbijając kuchenny nóż w plecy ojca. Sąsiedzi mieszkali kawałek dalej, nic nie wiedzieli. Po tym ataku ojciec i córka zniknęli, historię znamy z relacji matki, która zresztą po kilku latach powiesiła się w oborze obok domu. Podobno zakrwawiony ojciec wyciągnął córkę i zniknął z nią gdzieś w lesie.
Rozdzieliliśmy się. Jeden kolega do obory, ja z drugim kolegą do domu.
Wchodząc tam, zastaliśmy niemal nietknięty dom z czasów PRL-owskich. Stary telewizor, meblościanka z bibelotami, piec kaflowy – jak wehikuł czasu. Od znajomego dowiedzieliśmy się też, że nocą dzieją się tam dziwne rzeczy – była to główna przyczyna, dla której zostawił ten dom na pastwę losu.
Po kilku minutach przebywania w salonie dotarł do nas dziwnie słodki zapach, a raczej odór. Znajomy rozsądnie uznał, że jakieś zwierzę musiało dostać się do środka przez komin i gdzieś sobie umrzeć. Realne wytłumaczenie. Dalej przeszliśmy do straszliwie mroźnej kuchni. Znajdowała się w środku domu, a więc trudno by było wywietrzyć ją aż do takiego stopnia. Z kuchni wychodził korytarz i dwa pokoje po obu stronach. Zajrzelibyśmy tam, gdyby nie wezwanie od kolegi z obory. Udaliśmy się na miejsce, odnaleźliśmy kolegę. Stał na środku pomieszczenia, patrząc raz w górę, raz na nas. Gdy się zbliżyliśmy, pokazał nam, na co patrzył. W rogu obory pod belką wisiała pętla, kołysała się, jakby ktoś ją popychał. Zazwyczaj nie jesteśmy strachliwi, jednak tym razem postanowiliśmy zostawić to miejsce w spokoju. Wyszliśmy z obory, w kilku krokach doszliśmy do samochodu i odjechaliśmy, ciesząc się, że to za nami.
Wierzymy w duchy i wolimy im nie przeszkadzać. Nie unikamy takich miejsc, przeciwnie, chcemy tam wejść i sprawdzić na własnych skórach, czy plotki są prawdziwe. Wszystko zostawiamy tak, jak zastaliśmy na początku, nie wnikamy w dokumenty, jakie znajdziemy, nic nie wynosimy ani nic nie zostawiamy. Nie otwieramy na siłę zamkniętych drzwi, unikamy niebezpiecznych przejść i ruin. Ot, takie mamy nietypowe hobby.
Moja mama jest bardzo "religijna". Katoliczka, do kościoła chodzi dla pozoru, oprócz wigilii to nigdy Biblii nie czytała. A ja... przeciwnie. Biblię z ciekawością przerobiłam, we wczesnym wieku stwierdziłam, że to nie dla mnie - jestem ateistką. Dłuuugie były batalie o to, bym nie musiała chodzić w niedziele do kościoła. W końcu wygrałam, dała mi wreszcie spokój. Ale i tak liczy na mój kościelny ślub. Jasne ;)
To tak słowem wstępu.
Kulminacją debilizmu był moment, kiedy to dowiedziała się o raku. To był rak tarczycy, nic niezwykłego - do wycięcia, da się uratować. W mojej rodzinie częstym przypadkiem był rak, takie geny. Więc teoretycznie była psychicznie przygotowana. W praktyce po kompletnym stwierdzeniu przez lekarzy i wydaniu diagnozy "rak - do wycięcia", mamusia usiadła w pokoju i rozpaczała. Gdy tylko przyszłam do domu i dowiedziałam się o wszystkim, usłyszałam tylko "To przez ciebie Bóg zesłał na mnie taką karę! To dlatego, że córkę źle wychowałam!".
Nigdy nie usłyszałam przeprosin. Nawet mój ojciec (pantofel, katolik) przyznał mi rację, że nie powinna tak mówić i wkurzył się na nią. No ale nic nie wskórał. Zamietli to pod dywan. Ważniejszy był stan matki. A skoro tak, to pieniądze, które miałam odłożone na studia chciałam jej dać, by opłacili sobie dojazdy za paliwo do szpitala (do Gliwic, ok. 400 km) czy do innych potrzeb. Pieniądze wzięli, było tego ponad 2 tysiące. Wydali.
Na rekreacyjny stolik ze szklanym blatem i krzesełkami na podwórko.
Nigdy jej tego nie wypominałam, choć przyznaję, że ja mogłam te pieniądze zdecydowanie lepiej spożytkować (często mi potem brakowało pieniędzy na jedzenie, a jadłam skromnie).
Ps. Tarczyca wycięta, matka zdrowa, przerzutów nie było. Tylko musi codziennie brać hormony za 9 zł za opakowanie na 2 miesiące, a z racji raka dostaje na leki 100 zł od państwa. A stolik... jednak nie korzystają z niego tak często, jak im się wydawało i leży przykryty, złożony pod schodami.
Dostałem od swojej dziewczyny (teraz już byłej) prezent na urodziny. Niby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że jest to wibrator.
Pytam jej "dlaczego wibrator?".
Odpowiedziała wychodząc "może chociaż tym zadowolisz inną kobietę".
Jak żyć?
Dodaj anonimowe wyznanie