Czy to normalne, że 25-letnia kobieta, która nieźle zarabia i mieszka z rodzicami, nie dokłada się ani grosza do utrzymania domu? A przy tym ma pretensje, gdy jest proszona o pomoc w obowiązkach domowych? Tą osobą jest moja siostra. Nie chodzi o sam fakt mieszkania z rodzicami, bo dom jest duży, każdy ma swój kąt itp. (zresztą przy obecnych cenach jednej osobie nie jest łatwo coś wynająć czy wziąć kredyt), ale o to, że nie poczuwa się praktycznie wcale do wsparcia w prowadzeniu tego domu.
Ja też długo nie dorzucałam się do domowego budżetu — studiowałam dziennie, pracując na pół etatu i starałam się tak rządzić pieniędzmi, żeby starczało mi na wszystkie potrzeby. Ale nie wyobrażałam sobie np. traktować mamy jak darmowej sprzątaczki i praczki. Kiedy zaczęłam lepiej zarabiać, było dla mnie oczywiste, że zaczynam też dokładać się do rachunków i zakupów. Siostra nie poszła na studia, zaraz po maturze zaczęła pełnoetatową pracę. Na początku nie zarabiała dużo, jednak od jakiegoś czasu pracuje w państwowej instytucji, co chwila dostaje różne dodatki (spore kwoty, lubi się tym chwalić) i raczej finansowo źle się jej nie wiedzie. Niech świadczy o tym fakt, że w niecały rok odłożyła tyle, żeby za gotówkę kupić niezłej klasy samochód — może nie nowy, ale dobrze utrzymany itp.
Jakiś czas temu tak mimochodem zapytałam ją, czy się trochę dokłada do utrzymania domu. Jej odpowiedź: „A po co?”. No trochę mnie to zszokowało. Przy tym nie angażuje się prawie wcale w domowe obowiązki. Potrafi zapytać mamę, kiedy będzie pranie, bo ma trochę rzeczy do uprania. Pranie zrobione, mama prosi o wywieszenie go, a ona wielce obrażona, że jest zmęczona albo nie ma czasu. Sprzątnięcie po posiłku? Wrzuca brudne rzeczy do zlewu i tyle, idzie do siebie. We dwie korzystamy z łazienki na piętrze. O sprzątanie łazienki są nieraz takie afery, że wolę sama to zrobić, niż czekać, aż ona łaskawie znajdzie czas. Parę razy miałam dość i stwierdzałam, że nie sprzątam znowu, bo ona też z łazienki korzysta. Po miesiącu obrzydzenie brało górę i znów to ja łapałam za ścierkę.
Mama jest osobą ugodową, często woli machnąć ręką i sama coś zrobić, zamiast prosić po kilka razy, ale widzę, że coraz bardziej ją to męczy. Nie chcę się kreować na idealną córeczkę, ale prawda jest taka, że to ja w takich domowych sprawach najczęściej ją wyręczam. Siostra wiecznie jest zmęczona albo nie ma czasu (po pracy głównie leży z telefonem). Pod koniec roku wyprowadzam się na swoje i szczerze? Nie wyobrażam sobie, jak to będzie wyglądało. Szkoda mi głównie mamy, która dla świętego spokoju nic nie mówi, ale ma już swoje lata i nie ma siły tak wszystkiego ogarniać. Siostra uważa się za nie wiadomo kogo, bo taka jest dorosła i samochód kupiła, a wiele jej zachowań jest na poziomie rozkapryszonej nastolatki.
Poznałam go dwa miesiące przed swoimi 18 urodzinami. Przystojny, inteligentny, pięć lat starszy i swoim uśmiechem wkradał się w łaski każdego, kto go poznał. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Był moim pierwszym facetem „na poważnie”, a także tym, z którym przeżyłam swój pierwszy raz. Imponowało mi to, że jest starszy, tyle wie i tak dużo rzeczy ma do opowiedzenia odrzuciłam w swojej głowie fakt, że rzucił już trzecie studia, bo „to nie było to”, a w momencie kiedy się poznaliśmy, nie pracował, tylko grał na giełdzie. Byliśmy razem prawie 3 lata, wyjeżdżaliśmy na zagraniczne wakacje, spędzaliśmy miło czas — wszyscy postrzegali nas za idealną parę, a raczej wszyscy uważali, że złapałam pana Boga za nogi. Bo taki przystojny, bo ma pieniądze, bo nie skąpi na ciebie, bo on taki szarmancki... Prawda niestety była inna. Sielanka trwała przez pierwsze pół roku, potem wyszło prawdziwe ja. Myślałam, że jestem silną osobą, odporną na manipulacje i gierki psychologiczne. Związek z nim udowodnił mi, że tak nie jest.
Pierwsza rzecz, jaką spowodowały jego zachowania, było to, że znienawidziłam seks i na myśl o tym, że miałabym z kimś go uprawiać, czuję obrzydzenie. On za każdym razem, gdy nie miałam ochoty, obrażał się, mówił jakieś teksty, które sprawiały, że miałam poczucie winy i ostatecznie zgadzałam się na współżycie z nim. Potem zaczęłam traktować to jako mój kobiecy obowiązek, bo on ma swoje potrzeby, bo przecież wszyscy mężczyźni mają takie potrzeby i muszę je spełnić (tak mi ciągle powtarzał), mimo że przestało mi to dawać jakąkolwiek przyjemność. Rzucał hasłami w stylu „to chore, żeby kobieta w twoim wieku nie miała ochoty, chyba coś z tobą nie tak”, przez co czułam jeszcze większą presję. Teraz na samą myśl o współżyciu czuję wstręt i boję się, że już mi tak zostanie…
Kolejna rzecz, jaką robił, to właśnie gierki psychologiczne. Co najmniej raz w tygodniu serwował mi „umoralnianie”, czyli pisał zachowania, jakie mu się nie podobały z mojej strony i że on nie jest na mnie zły, ale chce rozmawiać. Wpływał na moją psychikę tak, że to ja czułam się winna, że może jednak faktycznie ja jestem ta zła.
Udało mi się od niego odejść, dzięki pomocy mojej mamy otworzyłam oczy, ale oprócz mamy nie ma nikogo, kto chciałby mnie wysłuchać. Zaczynam się czuć, jakby on faktycznie miał rację, że to ja jestem ta zła, bo nie mogę porozmawiać z żadną koleżanką, bo każda uważa, że jestem głupia, że wypuściłam z rąk takiego faceta i że to niemożliwe, że on był taki zły. Czuję się okropnie, zaczynam myśleć o tym, że może powinnam być dla niego lepsza i oni wszyscy mają rację, że nikogo lepszego od niego nie znajdę...
Moi rodzice nigdy nie chcieli się zgodzić na zwierzę w domu. To nie tak, że zwierząt nie lubili, po prostu oboje byli raczej pedantyczni, a kot kojarzył im się tylko ze śmierdzącą kuwetą w domu.
Kiedy miałam 14 lat, tata dostał świetną ofertę pracy w firmie IT w Niemczech, którą oczywiście przyjął. Tuż przed moją osiemnastką szef zwolnił dyscyplinarnie jedną z pracownic. Mój tata postanowił wówczas polecić na jej miejsce moją mamę — ma ona takie samo wykształcenie co on, dobrze zna niemiecki, a poza tym już dawno rozmyślała o zrezygnowaniu z ówczesnej pracy. W końcu dostała tę pracę, a więc dołączyła do taty. Ja z siostrą byłyśmy już na tyle samodzielne (ja niecałe 18 lat, siostra 20), że wraz z rodzicami podjęliśmy decyzję, że chcemy dokończyć swoją edukację w Polsce, więc póki co — zostajemy tutaj.
Rodzice nam co miesiąc przesyłali kieszonkowe oraz opłacali mieszkanie, niestety odwiedzić nas mieli dopiero na święta (wyprowadzili się na wakacjach). Razem dobrze sobie radziłyśmy. Pewnego dnia siostra wróciła do domu z małym, bezdomnym kotkiem. Pełne dylematów moralnych (w końcu w naszym domu o zwierzętach nie było mowy) w końcu postanowiłyśmy, że mały zostaje póki co u nas. Nie miałyśmy serca takiej bidy wyrzucić na bruk, a rodziców „jakoś się przekona” :) Jeszcze tego samego dnia został przebadany, odrobaczony, odpchlony, nakarmiony i... umyty. No właśnie. Za nic nie spodziewałabym się, że koty tak boją się wody! Podrapał mnie niewdzięcznik aż do krwi, ale przynajmniej był już czyściutki.
Następnego dnia moje ręce zauważyła moja wychowawczyni i zaniepokojona zaprowadziła mnie do szkolnego psychologa. Oczywiście chodziło o moje pocięte ręce, o czym dowiedziałam się już w gabinecie. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że podrapał mnie kot. Psycholog powiedziała, że nie może mi w tej kwestii zaufać, bo ponoć wiele osób samookaleczających się mówi to samo i chciałaby jednak skontaktować się z moimi rodzicami. Zaczęłam prosić ją, żeby tego nie robiła, rodzice nie mogą dowiedzieć się przecież o naszym nowym domowniku! Jednak to jeszcze bardziej sprowokowało psycholog do wykręcenia numeru.
Mama oczywiście przerażona, od razu uznała, że to przez jej wyprowadzkę, że widocznie jestem zbyt wrażliwa, że to z tęsknoty. Wzięła od razu wolne (dobrze, że nie zrezygnowała), przyjechała, wparowała mi do pokoju i... pękła ze śmiechu, widząc mnie, siedzącą z kotem na kolanach i wcinającą nachos.
Finał jest taki, że rodzice wszystko sprostowali w szkole, a co ważniejsze, zgodzili się na kota (nawet proszą o wysyłanie jego zdjęć). Siostra śmieje się, że od teraz, kiedy zrobi coś złego, nagada rodzicom, że zrobiła coś jeszcze gorszego, żeby nastawieni na gorsze nie byli na nią źli :D
Mój syn wyjechał na wymianę studencką do Grecji. W ostatni weekend około 1 w nocy otrzymałem od niego telefon: „Tataaa, zaliczyłem trójkącik z dwiema Greczynkami, czujesz toooo?!?!”.
Połączenie zostało potem zakończone.
Co tam się ku*wa dzieje?
Jako dziecko byłam bardzo ruchliwa, praktycznie nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Do tego jak każdy maluch kochałam zabawki, zwłaszcza te różowe i świecące. Kiedyś razem z rodzicami wybraliśmy się do supermarketu. Wzięli duży wózek, posadzili mnie w siodełku i jazda na zakupy! Powoli wjeżdżając na kolejne działy, przeglądali produkty. Zatrzymali się przy jednym stoisku na dłuższą chwilę, oddalając się przy tym kawałek. Nagle moim oczom ukazał się ogromny dział z zabawkami. Jak w jakimś transie, nie do końca wiadomo jak, wyszłam z wózka, kierując się na ten dział. W najlepsze zaczęłam przeglądać i bawić się wszystkim. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem całkiem sama. Jak każdy maluch wpadłam w histerię, gdy znalazła mnie jakaś starsza kobieta. Zaprowadziła mnie do punktu obsługi klienta, gdzie zapytano mnie, jak wołają na mnie rodzice. Po dłuższym namyśle odpowiedziałam, że głośno. Wtem w megafonach rozległ się głos: „Dziewczynka, na którą rodzice wołają głośno, czeka na rodziców w punkcie obsługi klienta”. Dopiero w tym momencie rodzice zorientowali się, że brakuje im podopiecznej :)
Koło mojego miejsca zamieszkania znajduje się pewien pub. Głównie przesiadują tam ludzie, którym — no cóż — nie powiodło się w życiu, czyli typowe pijaczki. Niejednokrotnie miałam przyjemność usłyszeć bardzo inteligentne wywody owych panów, okraszone najznakomitszym polskim słowem, które jest wszystkim Polakom, a nawet obcokrajowcom znane, czyli słowem na „k”. I tak siedzę sobie dzisiaj, próbuję się uczyć i nagle słyszę, że wywiązała się pewna „interesująca” konwersacja, która rozłożyła mnie na łopatki i poprawiła mi humor.
Owe pijaczki rozmawiają sobie w najlepsze, kiedy nagle rozmowa niebezpiecznie schodzi na tematy związane z chemią. Pada wszystkim znane i sławetne H2O. Po czym siedząca wraz z ową „inteligencją” kobieta pyta, co to jest to całe H2O. Pewien pijaczek nie wytrzymał, wkurzył się, zwyzywał kobietę od najgorszych, nie mógł uwierzyć, jak można nie wiedzieć, co to H2O. Jechał po tej biednej kobiecie tak chyba przez 10 minut, po czym pod koniec swojego wywodu powiedział „Ku*%a, jak możesz nie wiedzieć, co to H2O, a czym ty, ku*%a, niby oddychasz, co?!”.
Ja z wrażenia się aż oplułam wodą, a pan poprawił mi humor na resztę nauki. Swoją drogą od dzisiaj oddychamy wodą, a z całą pewnością zgadzają się z tym wszyscy panowie z owego baru :D
Prowadzę swoją firmę od kilku lat, jestem szczęśliwie żonaty i mam troje wspaniałych pociech. Jak na krajowe realia żyje nam się całkiem dobrze, mamy dom, który postawiliśmy na kredyt, samochód w leasingu i czwarte dziecko w drodze (właśnie się dowiedziałem). Przed paroma laty trafiłem w niszę i otworzyłem firmę, praktycznie cały czas wykazujemy straty, a ja podjąłem się, że zajmę się firmą, by utrzymać żonę i dzieci (wcześniej żona pracowała, dopiero po rozwinięciu firmy zdecydowaliśmy, że ona zajmie się domem, a ja pieniędzmi). Z miesiąca na miesiąc i z roku na rok coraz trudniej się nam utrzymać, choć nie zmieniliśmy stylu życia, a nasze potrzeby nie wzrosły. Firma się rozwija i formalnie zarabiamy coraz więcej.
Tak jest tylko w teorii... Praktycznie wygląda to tak, że koszty związane z prowadzeniem naszej firmy rosną z roku na rok, mimo że ludzie kupują nasz produkt coraz częściej, to my zarabiamy coraz mniej.
Dodatkowe podatki, zwiększenie kosztów pracownika itp. doprowadziły nas do tego, że ostatnio musieliśmy podziękować dwóm pracownikom. Mają oni rodziny, domy, kredyty... Było to dla nas trudne, bo jesteśmy jak rodzina, a żaden z pracowników nigdy nie zwolnił się od nas przez słabe zarobki czy traktowanie. Po prostu nas na nich nie stać... Pracownicy odczuwają deficyty firmy w coraz skromniejszych premiach i rzadszych integracyjnych wyjazdach. Jeżeli tak dalej pójdzie, pewnie czekają nas kolejne redukcje etatów, bo nie sądzę, aby nie dołożono nam nowych podatków lub nie zwiększono kosztów pracowniczych.
Boję się, co będzie jutro, boję się o nasze dzieci, że zostaną oskubane do końca, kiedy tylko będą chciały się rozwijać. Boję się, że przez rosnące koszty utrzymania któregoś dnia przyjdę do domu i powiem, że nie ma pieniędzy na jedzenie czy ogrzewanie.
Kojarzycie te sytuacje, w których WIDAĆ, że stanie się coś złego? No ja nie skojarzyłam. Stwierdziłam, że sama bez problemu wniosę zabytkową komodę na strych po krętych schodach, będąc w skarpetkach.
Finał? Połamane schody, rozwalona na kawałki komoda, wstrząs mózgu, obite plecy i skręcona kostka ;)
A, no i wybita jedynka, a za tydzień jadę spotkać się z chłopakiem moich marzeń...
Leżałem w śpiączce przez trzy tygodnie. Jak to się stało? Postanowiłem biegać. I jak biegałem, to dostałem w łeb od dresika, któremu bardzo spodobał się mój telefon na ramieniu, z którego słuchałem muzyki.
Co w tym wszystkim jest najgorsze?
Nikt nawet nie zauważył, że mnie brakło na trzy tygodnie. Pracy nie mam na etat, tylko przyjmuję zlecenia... I wiecie co? To było najsmutniejsze doświadczenie w całym życiu.
Mój dziadek nigdy nie traktował nikogo z należytym szacunkiem. Przez to też nigdy nie miał żadnych znajomych, a większa część rodziny zwyczajnie odwróciła się za przykrości z jego strony. Najgorzej miała moja babcia. Dziadek traktował ją jak służącą. Zajmowała się domem, zwierzętami, ogrodem, gotowała. Naprawdę złota kobieta, nie wiem, skąd miała tyle cierpliwości. Zawsze pozytywnie nastawiona, uśmiechnięta. Nigdy na nic nie narzekała. Ale jak wiadomo, każdy człowiek ma uczucia, a więc na pewno miewała gorsze dni, jednak nigdy nie mówiła o nich wprost. Dziadek potrafił jedynie wyzywać, chociaż wszystko miał podstawione pod nos. Schorowany człowiek (cukrzyca, chore serce i wiele innych), niemający pojęcia na wiele tematów, zawsze musiał się wypowiedzieć. Nigdy nie stosował się do zaleceń lekarza, zresztą nazywał go głupkiem po każdej wizycie kontrolnej. Funkcjonował tylko dlatego, bo zawsze babcia podawała mu leki rano i wieczorem. On sam nawet nie wiedział, co ma brać i w jakich dawkach. Pomimo całkowitego zakazu picia alkoholu i tak potrafił bez wyrzutów go spożywać. Do tego tabletki na sen, szkodzące jeszcze bardziej sercu. Poza tym rzadko się mył, zostawiał wszędzie niemiłosierny syf. Babcia nie spała z nim w jednym łóżku. Na końcu przeniosła się nawet do osobnego pokoju.
W pewnym momencie babcia znacznie schudła. Nigdy nie miała większych problemów ze zdrowiem, więc rodzina zaczęła namawiać ją na zrobienie badań. Okazało się, że to rak. Nie załamała się, pozytywnie nastawiona podjęła leczenie. Robiła wszystko, co kazali lekarze. Przyjmowała chemię i bardzo dobrze ją znosiła. Ja naprawdę myślałam, że to tylko kwestia czasu i znowu będzie zdrowa. Dziadek jak to dziadek — w ogóle się nie przejął, tylko jeszcze głupio dogadywał, aby ją zdołować. Niestety choroba była silniejsza, wyniszczyła ją całkowicie. Po leczeniu szpitalnym leżała 8 tygodni w domu, cały czas ktoś musiał przy niej być. Dziadek nawet nie wszedł do pokoju, w którym leżała, a ona tyle razy powtarzała jego imię. Kiedy traciła świadomość, mamrotała też coś o złym traktowaniu, prawdopodobnie miała na myśli właśnie jego. Wspominała złe chwile z przeszłości. Wszyscy byli się z nią pożegnać, tylko nie on. Odeszła. Też się nie przejął.
Aktualnie siedzi sam, w jeszcze większym syfie. Dopiero teraz widać, kto ogarniał dom i całą resztę. Nie sprząta, nie robi prania — sodoma i gomora. Sterta brudnych naczyń. Psy chodzą chude, głodne. Ktokolwiek próbuje mu pomóc — zostaje zwyzywany w okrutny sposób. Nie da się z nim dogadać. Leków nie przyjmuje, ma jeszcze większe kłopoty ze zdrowiem.
Mnie za to brakuje babci. Była moją najlepszą przyjaciółką, dopiero teraz widzę, jak żyła i przez co przechodziła z tym człowiekiem.
Dodaj anonimowe wyznanie