#e8bWM

Mam znajomą od lat i widzę, jak wychowywała swojego synka. Dziecko nie moje, więc się nie wtrącałam, to ona z mężem go wychowywali. Z racji tego, że moje chodziło do tej samej klasy z jej synem i mieszkamy blisko siebie, to się odwiedzaliśmy. Dzieciaki się lubią, my się lubimy, więc mieliśmy takie wspólne dorastanie. Kobieta dobra, bardzo miła, zawsze stara się chłopakowi tłumaczyć, ale im dalej w las, tym mniej cierpliwości. Chłopak rzeczywiście wolniej się uczył i często widziałam sytuację typu: tłumaczenie, tłumaczenie i... „Daj, ja to zrobię”. Często pojawiały się komentarze: robisz to źle, daj, mama/tata to zrobi, zrób coś prostszego, bo ty tego nie umiesz/nie zrobisz. Raz zwróciłam uwagę, żeby go bardziej zachęcała do samodzielnej pracy, ale usłyszałam, że on nic nie potrafi i jak mu ktoś nie pomoże, to nie da sobie rady. 
Chłopak rósł i jakby stawał się głupszy. W wieku licealnym już nie odwiedzałyśmy się tak często, ale w domu u koleżanki dalej słyszałam ciągłe przypominanie, że on nie potrafi, żeby tego nie robił, bo zepsuje. Owszem, często też były tłumaczenia, ale tak samo często przypominanie mu, że on to najbystrzejszy nie jest. No i w myśl zasady: „z kim się zadajesz, takim się stajesz”, chłopak, mam wrażenie, tak uwierzył w to, że nic nie potrafi, albo przyzwyczaił się, że ktoś mu pomaga, że wygląda, jakby nie potrafił sam myśleć.

Pamiętam też kolegę ze studiów. On o sobie cały czas mówił, że nic nie potrafi, mimo że wcale głupi nie był. Powodem takiego zachowania u niego była jego matka. Odwiedziłam go kilka razy i zawsze nasłuchałam się od niej, jaki jest z niego nieudacznik. Sama mówiła do niego, że się do niczego nie nadaje. No i uwierzył...

Rodzice nie zdają sobie sprawy, jaki wielki mają wpływ na samoocenę dziecka. Czasami działa to bardzo podświadomie. Czasami jako rodzice chcemy chronić i pomagać. Pamiętajmy, że ciągłe pomaganie może doprowadzić do braku samodzielności. Nie zamykajmy dzieci w złotych klatkach.

#tw44T

Kilka lat temu pojechałem na obóz szermierczy z kilkoma kolegami z sekcji do Gotlandii. Gdzieś na początku obozu otrzymaliśmy bluzy z nazwą naszego klubu, w których mieliśmy się z dumą przechadzać po całej wyspie. Sęk w tym, że nasz klub szermierczy nazywa się tak samo jak pewien bardzo znany w całej Polsce klub piłkarski.

Pewnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie Visby, stolicy Gotlandii. Za namową naszego fechmistrza włożyliśmy klubowe bluzy i ruszyliśmy prosto w miasto, zwiedzać jego urocze uliczki. Na jednej z takich ulic doszło do śmiesznego incydentu. Otóż zaczepiło nas dwóch dresów z Polski, którzy chcieli nas pobić za widniejący na naszych bluzach napis, bo oczywiście ci kibole nie znosili tego klubu piłkarskiego. Nasze tłumaczenia, że nie jesteśmy klubem piłkarskim, a szermierczym, na nic się nie zdały, dresy z każdą chwilą były coraz bardziej na nas wkurzone i coraz bardziej chciały nam spuścić wpier*ol. Na szczęście ze znajdującej się obok tawerny wyszedł właściciel, też Polak, któremu jakoś udało się nas ocalić przed wpier*olem. Powiedział, że to dlatego, iż uwielbia nasz klub piłkarski i nie chciał, by jego ulubionym piłkarzom stało się coś złego. Trochę się potem zdziwił, gdy mu powiedzieliśmy, że tak naprawdę jesteśmy szermierzami, a nie piłkarzami xd.

A morał jest taki: nie noś bluz klubowych za granicą, bo na Polaków wszędzie wpadniesz.

#E4HXY

Zacznę od tego, że jestem dwukrotnym wdowcem z bardzo niecodzienną sytuacją rodzinną.
Jestem jedynakiem, a moi rodzice zmarli, gdy byłem dzieckiem. Wychowali mnie dziadkowie i dopóki żyli, byli moją jedyną rodziną.
Z moją pierwszą żoną poznaliśmy się jeszcze w szkole średniej i wbrew trendom pobraliśmy się, kiedy mieliśmy po 20 lat. Wiedziałem, że moja żona to miłość mojego życia i nie wahałem się nawet przez moment. Skończyliśmy studia, doczekaliśmy się dwójki dzieci i kupiliśmy dom. W międzyczasie zmarli moi dziadkowie. Zmarli bez żalu, syci swoich lat, w odstępie miesiąca od siebie. Nie zostałem zupełnie sam, bo byli jeszcze rodzice mojej żony. Naprawdę cudowni ludzie, którzy zastąpili mi nie tylko moich dziadków, ale i dawno nieżyjących rodziców, bo pierwszy raz od dzieciństwa mogłem do kogoś mówić „mamo” i „tato”.
Śmierć jest cały czas gdzieś blisko w moim życiu i kiedy mieliśmy z żoną po 28 lat, znowu się objawiła, zabierając moją ukochaną w prozaicznym wypadku samochodowym. Poślizg na lodzie, dachowanie, szpital i na koniec śmierć. Byłem przy niej w szpitalu, gdy umierała, ale nie odzyskała świadomości. Świat się skończył. Przed upadkiem w rozpacz uratowały mnie dzieci i teściowie. Wiedziałem, że muszę być silny dla nich, że też strasznie cierpią i że mnie potrzebują.
Czas nie leczy ran, tylko je zasklepia, a one cały czas bolą i przypominają o sobie każdego dnia. Bardzo pomagały i pomagają mi na to wizyty na cmentarzu i rozmowy z żoną o codziennych sprawach, co u dzieci, co u rodziców i jak tęsknię.
W taki sposób przeżyłem 3 lata. Nie miałem już żadnych oczekiwań w stosunku do swojego życia, chciałem tylko szczęścia dla moich bliskich. W tej sytuacji zaskoczyli mnie rodzice, którzy umówili mnie na spotkanie z jedną z sąsiadek, też owdowiałą kilka lat temu. Mój i jej początkowy sceptycyzm do swatania został pogrzebany przez to, że doskonale rozumieliśmy się nawzajem przez podobną sytuację życiową. Staliśmy się przyjaciółmi, a z czasem przyjaźń rozkwitła w miłość i takie wręcz młodzieńcze szaleństwo. Znowu mogłem żyć swoim życiem i przeżywać swoje własne szczęście. Pobraliśmy się, kiedy miałem 32 lata. Szybko doczekaliśmy się dziecka i mieliśmy ich w sumie czwórkę, bo żona miała dziecko z pierwszego małżeństwa.
Śmierć znowu pojawiła się w życiu mojej rodziny w postaci nowotworu mojej żony i zabrała ją w ciągu miesiąca od diagnozy. Wpadłem w rozpacz. Nie przetrwałbym, gdyby nie sześcioro staruszków (rodzice mojej pierwszej żony, drugiej żony i jej pierwszego męża). Pomogły też wizyty na cmentarzu i cmentarne rozmowy z obiema żonami.
Minęło kilka lat i moja szóstka ukochanych staruszków znowu próbuje mnie zeswatać: „Jesteś młody i potrzebujesz żony, a dzieci potrzebują mamy”.
Ja sam nie widzę już miejsca w sercu dla jakiejkolwiek innej kobiety. I boję się bólu.

#tgYkF

Jak miałam 5 lat, a moja siostra 3, to wmówiłam jej, że jej prawdziwą rodziną są Muminki. Ale że była bardzo niegrzeczna, to się jej pozbyły i przygarnęła ją moja mama i tak naprawdę jest adoptowana. Było to sporo lat temu to, a ta bajka leciała często w TV. Za każdym razem, gdy ją oglądałyśmy, mówiłam jej: „Widzisz, to twoja prawdziwa rodzina”.  A ona za każdym razem płakała ;) Oj, ile razy mama musiała jej tłumaczyć, że to nie jest prawda...

#Ib1H7

Jak już się usamodzielniłam, to nadeszła ta pora, aby posiadać stałego partnera. No i po kilku różnych randkach poznałam Piotra. Fajny, usamodzielniony, i co ważne, w identycznym wieku jak ja, 26 lat. Pracował jako projektant systemów i dość często wyjeżdżał.
Jedna randka, druga, kolejna i... zaproponowałam, żebyśmy pojechali do niego. OK. Po drodze, już w tracie jazdy, wypowiedział jedno zdanie: „Tylko odbiorę małego od opiekunki”... Ja w szoku i już planuję zerwać tę znajomość, bo sorry, miał być singlem, a nie facetem z dzieckiem i pewnie w kontakcie z eks... Uknułam więc plan — on pójdzie odebrać dziecko, a ja poczekam i jak wróci, to powiem: „Sorry, miałam pilny telefon, muszę jechać do pracy”.
Gdy szedł do auta, ujrzałam najcudowniejszego malucha na świecie. Jego 3-letniego rudego kocura. Okazało się, że jak wyjeżdża na 2-3 dni, to oddaje go do hotelu.

PS Ciągle jesteśmy razem ;)
Dodaj anonimowe wyznanie