#xjUFw

Wizyta na rodzinnym obiedzie u mojego chłopaka była zarazem pierwszą i ostatnią. Po bardzo obfitym, dwudaniowym obiedzie, musiałam zrobić sobie miejsce na deserek.

Udałam się cichaczem do świątyni dumania na dwójeczkę. Chciałam załatwić to szybko, aby nikt nie zauważył mojej dłuższej nieobecności. Załatwiłam co miałam zrobić, a tu niespodzianka! Nie ma papieru. Przerażenie w moich oczach zapewne było takie, jakbym zobaczyła zombiaka. Rozglądam się niecierpliwie w poszukiwaniu ostatniej deski, a raczej papieru, ratunku. Nie ma, nie widzę żadnych szafek, w których mógłby się ukryć. I nagle olśniewająca myśl! Muszę wypłukać gówno z mojej dupy. Wstaję, z obrzydzeniem wsadzam palce w dupę, już chcę zmyć to okropieństwo, aż tu nagle otwierają się drzwi łazienki. Stoi w nich mama lubego. Jej wzrok pada od razu na moje palce uwalone w gównie, wypięte dupsko i gacie spuszczone do ziemi. Chyba nie zauważyła zapalonego światła i stwierdziła, że zapomniała wyłożyć papier. Rzuciła go na ziemię i spieprzyła tak szybko jak się pojawiła.

Deseru już nie zjadłam, pod pretekstem bolącego brzucha. Teściowa ręki na pożegnanie mi nie podała, zupełnie nie wiem dlaczego...

#Rmobo

Słuchajcie, słuchajcie, mieszkańcy Khorinis! Oto moja historia.

Święta w dzieciństwie to dla mnie zawsze był czas wątpliwości czy Mikołaj istnieje i intryg rodem z Jamesa Bonda.
Na święta, prawie dwadzieścia lat temu (miałem wtedy trzy lata), zobaczyłem kątem oka, jak jakiś pociotek przebiega z koszem na bieliznę wypełnionym kolorowymi przedmiotami i chociaż nie było ich dobrze widać, i nie było jednoznacznych dowodów na to, że to prezenty, to nie byłem durnym dzieckiem. Zasiali we mnie nieopatrznie ziarno ciekawości. Rok później mimo moich starań, udało się im złapać mnie na byciu nieprzygotowanym, ale gdy już byłem w wieku 5 lat, rodzice nauczeni tym, że będę ciekawski i nieustępliwy, odpuścili rozdawanie prezentów tuż po wigilii i uznali, że podrzucą mi je jak będę spał i rano je znajdę pod łóżkiem.

Byli naiwni sądząc, że się nie przygotowałem.

Na miesiąc przed wigilią ćwiczyłem zostawanie do późna samym gapieniem się w sufit, żeby nie wydawać zbędnych dźwięków i przy wyłączonym świetle, żeby nie było widać, że nie śpię. Nauczyłem się obsługi ekspresu do kawy i zasmakowałem w niej. Niby pierdółki, ale jak na pięciolatka, wymagało to skupienia i niespotykanej siły woli.
Pod drzwiami zrobiłem zasieki w postaci sznurków na poziomie nóg i czekałem ukryty za szafą na przeciwko mojego łóżka z termosem kawy. Na łóżku zwinąłem kołdrę w rulon jak hobbici przed atakiem nazguli, żeby wyglądało to jakby ktoś spał.

Gdy mama weszła, żeby mi podrzucić prezent, wywróciła się na sznurach porozciąganych pod nogami, czym narobiła straszny raban. Widząc, że łóżko się nie rusza (uznała, że może się nie obudziłem), wstała i ostrożnie szła dalej, żeby podrzucić prezent, tylko po to, by nadepnąć na rozsypane pod samym łóżkiem klocki lego. Domorosły ninja syknęła z bólu i stąpała dalej. Gdy już była przy łóżku, wyszedłem z ukrycia, który minęła, nie zauważając mnie, zaszedłem ją z tyłu i powiedziałem "Dobry wieczór, Mamo".
Prawie dostała ataku serca. Wypuściła prezent, który ja czym prędzej zgarnąłem i przeczytałem dla pewności, że jest napisane, że "od Św. Mikołaja".

- A więc Mikołaj jednak nie istnieje. Wiedziałem! - Powiedziałem niczym Sherlock Holmes, który wpadł na trop profesora Moriarty'ego.

Jeszcze próbowała mnie przez lata bajerować, ale już się nie dałem.
Nie byłem słodkim dzieckiem.

#Zd4Hp

Zacznę od tego, że jestem miłośnikiem zbierania kapsli po tymbarkach (zwłaszcza tych o miłości). Wraz z przyjacielem zebraliśmy dosyć pokaźne kolekcje, co miało nam pomóc w znalezieniu wymarzonych dziewczyn - miłych, mądrych, trzymających się z daleka od papierosów, alkoholu i innych tego typu używek. Dodam, że mieliśmy po 17 lat, więc nic dziwnego, że nigdy takich nie znaleźliśmy - takie dziewczyny w dzisiejszych czasach to wymarły gatunek.

Nigdy nie opuszczała nas nadzieja, więc z ogromną ilości naszych cennych kapsli i z torbą pełną tymbarków (sztuk 37) pojechaliśmy na obóz na Mazurach.

Piękne lasy, jezioro, wyprawy w nieznane - miejsce idealne. Znalazła się i idealna dziewczyna. Jeden dzień i już było jasne, gdzie ma pokój. Jako stały bywalec w tym ośrodku nie miałem problemu z poruszaniem się po ośrodku. Każdego dnia podrzucałem co ciekawsze kapsle na jej łóżko.

W międzyczasie zdążyłem lepiej ją poznać. Dobrze nam się rozmawiało, jednak mało było ku temu okazji, gdyż była w innej grupie ode mnie, a oprócz tego kręciło się wokół niej kilka innych byczków. Nigdy też nie wspomniała o żadnych kapslach, nie wiedziałem, czy w ogóle je zauważyła, ale konsekwentnie dorzucałem nowe. Byłem zbyt nieśmiały na odważniejsze posunięcie.

Dziesiątego dnia mieliśmy wracać do domów. Tak się złożyło, że byliśmy razem z tego samego miasta i czekała nas wspólna podróż do domu. Kończyłem się już pakować i co widzę na moim łóżku? Kapsel od tymbarka: "Nie bój się miłości".

Tydzień po powrocie spotkaliśmy się. Tydzień później zostaliśmy parą. Jutro mija pół roku.

Jak widać zbieranie kapsli całkiem fajna sprawa :D

#JUS0I

Wyznanie napisane za pozwoleniem kumpla, który siedzi obok. Sam się boi wstawić, bo uważa, że można by rozpoznać go po stylu wypowiedzi.

Kumpel jest księdzem, kilka lat po święceniach. Wciąż zostało mu trochę zapału i powołania, ale jak sam mówi "wypala się". Do seminarium poszedł z prawdziwym powołaniem. Chciał służyć Bogu i ludziom. Już podczas nauki jednak coś zaczęło zgrzytać. Te układy i układziki, które widział, pobłażanie kandydatom na księży, którzy mieli protekcję po znajomości u kapłanów z wpływami. Potem było tylko gorzej. Gdy dostał się na swoją pierwszą parafię, nie mógł uwierzyć co widzi. Małe miasteczko, praktycznie wioska. Ledwo podnosząca się z PRL. Ale ksiądz opływał w dostatki. Miał w du..e parafian, póki płacili. Wtedy jeszcze się kolega starał. Udzielał się w akcjach charytatywnych, różnych komitetach. Ale wszędzie widział zgrzyty, typu znikające pieniądze ze zbiórek na biednych. Znikające przedmioty/jedzenie z przyparafialnych centrów pomocy biednym. Kombinacje finansowe biskupów. Raz nawet do ich parafii tymczasowo przenieśli księdza, który był "podejrzany" o pedofilię. Przesiedział u nich w parafii kilka miesięcy, gdy wyciszano sprawę. Podobno w ogóle nie czuł się winny.
Najbardziej go załamała rozmowa z przełożonym (podobno cichaczem z wieloma księżmi tak rozmawiano), na której usłyszał, że jak o czymś takim usłyszy - ma to wyciszać i przekonywać takie osoby, żeby nie rozpowszechniały tego, bo to "zaszkodzi kościołowi" i "umocni ateistów". Innym razem gdy mieli konferencję w innym województwie - grupa młodych księży "po cywilnemu" najzwyczajniej w świecie poszła wieczorem do lokalnego "klubu" chlać i wyrywać łatwe dziewczyny, potem sprowadzali je sobie na noc do pokojów hotelowych, w których byli zakwaterowani. Gdy zgłosił to na drugi dzień opiekunowi grupy - usłyszał, że ma "zająć się swoimi sprawami i nie siać fermentu". Nie zgłoszono tego nigdzie wyżej. Sytuacji patologicznych było więcej, ale kolega nie zgodził się, by o nich napisać, bo były zbyt charakterystyczne i można by je powiązać z jego wiedzą o nich (wątpi, by ksiądz od imprezy z laskami anonimowych czytał, bo teraz musi z 60 lat mieć).
Od siebie dodam, że sądzę, że kolega niedługo zagrzeje miejsce w sutannie. Zbyt szybko pozbywa się złudzeń co do polskiego kościoła katolickiego.

#DbEZP

To było w moich czasach studenckich, kilka lat temu. Kolega miał urodziny i robił u siebie w kawalerce dziką imprezę. Wiadomo – głupio przyjść z pustymi rękoma, więc każdy ogarnął jakiś prezent. Najczęściej zapakowaną w szklaną butelkę przezroczystą ciecz o właściwościach znacznie wpływających na odbiór grawitacji u ją spożywających.
Jeden z kolegów postawił jednak na oryginalność i zamiast przynosić na balangę wódę, postanowił podarować solenizantowi porcyjkę przedniej jakości marihuany. A żeby było śmiesznie, woreczek z suszem umieścił wewnątrz jajeczka z niespodzianką. Zadbał o to, aby nie było znać, że łakoć był otwierany. Prezent został wręczony i wylądował gdzieś w kącie. Szybko o nim zapomnieliśmy i rzuciliśmy się w wir imprezowych ekscesów.
Następnego dnia pan domu obudził się ze straszliwym kacem. Zebrał się więc do kupy i podjął decyzję o wyprawie do osiedlowego sklepu pani Jadzi. W przedpokoju znalazł jajeczko z niespodzianką. Obejrzał je dokładnie i uznał, że nic mu po takim podarunku – słodyczy przecież nie je, a zabawkami przestał się bawić gdzieś na etapie berka. Wziął więc jajo i postanowił zrobić coś dobrego. Jak sam potem mówił „Jakiś dzieciak będzie szczęśliwy, a pani Jadzia sobie zarobi”. Położył swój prezent między innymi jajeczkami na półce sklepu, zrobił zakupy i wrócił do domu leczyć ból makówki.

Właściwie nikt by o sprawie nie pamiętał, gdyby nie awantura, która wybuchła dwa tygodnie później. Jakiś facet kupił dziecku jajko z niespodzianką, małolat spałaszował czekoladę, otworzył pomarańczową kapsułkę, a tam niespodzianka z prawdziwego zdarzenia – najlepsze zielsko w mieście, holenderski skun! Wezwana została policja, pani Jadzia trafiła na kilkanaście godzin do komisariatu, gdzie była przesłuchiwana, policja wpadła do sklepu otwierać konserwy z fasolką i sprawdzać, czy wewnątrz nie ma przypadkiem kolumbijskiej koki…
Temat podłapały brukowce, które przez tydzień wałkowały wątek przemytu narkotyków ukrytych w produktach firmy Kinder. Na szczęście sprawa rozeszła się po kościach, nie znaleziono żadnych innych trefnych jajeczek, pani Jadzia nie usłyszała zarzutów, a jedynym pozytywnym efektem całego zamieszania był nagły wzrost zainteresowania jajeczkami z niespodzianką w osiedlowym sklepiku. Przez dobry miesiąc łakocie te sprzedawały się niczym świeże bułeczki.

Niestety, żaden z małolatów pragnących wejść w posiadanie owocu zakazanego nie znalazł ukrytego w czekoladce zawiniątka z upragnionym suszem.
A solenizant był wkurzony. Na siebie. Nie dość, że narobił kłopotów pani Jadzi, to jeszcze pozbył się wyśmienitego prezentu. Pluł sobie w brodę, twierdząc, że kac zabrał mu połowę rozumu i kazał twierdzić, że wręczony mu przez przyjaciela prezent jest zwykłym, czekoladowym jajeczkiem z jakimś bublem w środku.

#KCRDI

Jestem tak chorobliwie nieśmiała, że czasami nie mogę wydusić z siebie nawet słowa. Kilka razy miałam sytuację, że nie mogłam zamówić sobie jedzenia w restauracji, albo poprosić o podanie czegoś w sklepie.

Na szczęście wymyśliłam sposób, aby obejść system. Nauczyłam się języka migowego i ludzie zwyczajnie myślą, że jestem głuchoniema :)

#V1sqF

Będąc małą dziewczynką uwielbiałam eksperymentować. W związku z tym pewnego dnia wzięłam jedną z podpasek mojej mamy i poszłam za dom zobaczyc jak chłonne są te "pampersy dla dorosłych". 

Niewiele się zastanawiając przytrzymałam ją sobie i zrobiłam siku. Kobiety na pewno wiedzą, że podpaska ma swoje granice chłonności. Ta nie była wyjątkiem i wszystko czego nie wchłonęła oddała wprost w moje ręce. Można sobie wyobrazić minę mamy gdy usłyszała, że musi strasznie mało sikać, że te pampersy jej starczają.

#loMoI

Kilka lat temu gdy chodziłam jeszcze do szkoły, porannym rytuałem przy śniadaniu było słuchanie radia. O 6.oo rano do sklepu, świeże bułeczki, kawa i włączam radio Eska. Radio zwykle mnie rozbudzało więc i nie było dnia bez niego. 

Pewnego razu, zajadając bułkę, pijąc kawkę słucham jakiejś polskiej piosenki. Słyszę ją pierwszy raz. Wsłuchuję się. Próbuję zrozumieć logikę. Piosenka skończona, spiker wkracza na antenę. Siedzę zamulona, rozkminiam, co on gada, mam wrażenie że jeszcze śpię, bo coś jest nie tak, ale nie wiem co. Szykuję kanapkę do szkoły. 

Mija chyba 15 minut, wchodzi siostra do kuchni i wali tekstem: "Czemu słuchasz czeskiego radia?!". 

PS. Pozdro dla wszystkich z okolic Nysy i osób którzy znają problem Eski - Czechy.. :)

#I05bl

Mam w rodzinie siostrę zakonną, która ostatnio bardzo przegięła i pod przykrywką nawracania obraziła mnie i moich bliskich. Normalnie nie reaguję i się nie przejmuję, ale bliskich nie dam obrażać.

Przed Wielkim Postem złożyłam intencję o modlitwę za nią, z podkreśleniem miłości do bliźniego i takie tam, żeby było wiadomo, co zrobiła. W jej zakonie oznacza to, że wszystkie siostry łącznie z nią modliły się w tej intencji codziennie przez 40 dni.
Dodaj anonimowe wyznanie