#Nicwn

Spędziłem dziś pół dnia, składając zeznania w komisariacie policji. A wszystko przez moją chęć pomocy pewnej pani w opałach.
Jechałem sobie do pracy moim małym skrótem, z którego korzystam codziennie. Zamiast tłuc się ruchliwą ulicą, kluczę małymi, osiedlowymi alejkami, omijając wszystkie korki. Na jednej z uliczek musiałem się jednak zatrzymać, bo akurat ktoś usiłował zaparkować równolegle samochód, a nie było miejsca, abym mógł przeszkodę ominąć. Kierowcą wozu okazała się kobieta. I to akurat taka, która potwierdzała stereotyp „baby za kółkiem”. Mimo że miejsca było dużo, pani robiła jakieś przedziwne manewry, skręcała kierownicą w złą stronę, cofała, podjeżdżała, raz nawet dość mocno zahaczyła zderzakiem o słupek… Początkowo cierpliwie czekałem, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to spóźnię się do pracy. Ulica jednokierunkowa, więc zawrócić się nie da. Cóż, wyszedłem z mojego auta i zaproponowałem kobiecinie, że zaparkuję pojazd za nią. Babeczka o utlenionych blond-włosach, długich tipsach posypanych brokatem i cycku wypełnionym silikonem wyglądała niczym wyjęta z wiejskiej dyskoteki. Nie ocenia się jednak ludzi po wyglądzie! Niewiasta zgodziła się na propozycję pomocy i już 30 sekund później samochód stał, gdzie trzeba. Zanim zdążyłem ruszyć w dalszą podróż, drogę zajechał mi radiowóz. Zostałem wywleczony z wozu, zakuty w kajdanki i zawieziony do komisariatu. Posądzono mnie o próbę kradzieży i uszkodzenie cudzego mienia. Okazało się, że w momencie, gdy zajęty byłem parkowaniem samochodu, blondyna zadzwoniła pod 112 i wypłakała, że padła ofiarą napadu i że złodziej, usiłując uciec jej autkiem, przypierdzielił w słupek…
Genialny plan wymuszenia odszkodowania został jednak pokrzyżowany przez osiedlowy monitoring. Gdy przed godziną wychodziłem z komisariatu, minąłem się z dwoma policjantami prowadzącymi na przesłuchanie skutą i zaryczaną panią. Z tego co wiem, grozi jej parę miesięcy odsiadki w pierdlu.

#Tj3f0

Mam 14 lat i niedawno wykryto u mnie zaawansowany nowotwór węzłów chłonnych. Nie wierzę już w to, że wyzdrowieję. Wiem, że to niemożliwe. Ale bardzo ciężkie jest dla mnie to, że od moich przyjaciółek nie otrzymuję wsparcia.

Jedna z nich podczas jednej z naszych SMS-owych konwersacji wyznała, że się mną brzydzi. Było mi niesamowicie przykro. Nie mam już nawet siły walczyć z rakiem.

Wiem, że to siedzi we mnie i pewnego dnia po prostu pochłonie mnie całą. Zabije mnie. Chemioterapia nie daje dużych efektów. Póki co udaję silną, ale w środku jestem małą, przestraszoną dziewczynką, która strasznie się boi.
Bardzo boję się umierania.

#0HiVA

Tu 129 kg cielska, które jest toczone przez raka. Ostatnio było 134 kg, ale lekarze, łaskawcy, pozwolili mi zejść do 120. Korzystam, póki nie zmienią zdania ;)
Wiele osób pyta mnie, jak sobie radzę z tym ogromnym stresem, jakim niewątpliwie jest nieuleczalna choroba w stadium „żywy trup”. A mi wstyd się przyznać, bo... to nie jest takie proste.

Od dziecka byłam molem książkowym. Pochłonęłam więcej książek, niż większość śmiertelników widziała w życiu na oczy. Do tego moim ulubionym gatunkiem jest... fantastyka. No i stało się tak, że ugrzęzłam we własnej wyobraźni, we własnym świecie.
W mojej głowie jestem niewystępującą naturalnie hybrydą gatunkową. Mój tata to pół-demon, pół-elf, mama to nieświadoma niczego potomkini czarowników (stąd jej prorocze sny). W prostej linii jestem dziedziczką starożytnego królestwa... Tylko nikt nie chce się zgodzić, abym objęła tron.
Po pierwsze — jestem związana z upadłym aniołem (który niczego nie jest świadom, bo nie pamięta swojej przeszłości). Po drugie — mój były, wampir, szczerze mnie nienawidzi za to, że odkryłam jego intrygę mającą na celu przejęcie tronu. Po trzecie — mój drugi były, który próbuje się zemścić za to, że jego kobietę, sukkuba, zamieniłam w człowieka, regularnie atakuje moje włości.

Gdy ląduję w szpitalu, na chemii lub naświetlaniach, wyobrażam sobie, że jestem w Milczącej Twierdzy. Pielęgniarki to zjawy, lekarze to smoki w ludzkich postaciach. Czasami leczą mnie po bitwach (które są dość częste ;)), niekiedy uczą nowych zdolności magicznych lub ukrywają przed moimi wrogami. Woreczki z chemią to tak naprawdę płynny kryształ, krew aniołów, smoków lub elfów. Naświetlania to kuracja magią. Moje koty nie są kotami. To demony zaklęte w zwierzęce ciała — jeden leczy, drugi to ochroniarz, a trzeci to magazyn many. Pies to gargulec — wyczuwa zbliżające się siły nieczyste. A w akwarium pływają mi trzy smoki. Tak na wszelki wypadek.
Nawet na moje nagłe roztycie znalazłam wytłumaczenie. Muszę się ukrywać. Nikt mnie nie pozna w tak wielkim, poharatanym ciele. Blizna po operacji to blizna po pchnięciu zatrutym sztyletem. Guzy to małe, wredne robaczki, które miały mnie rozerwać żywcem zaraz po spożyciu. Jednak moja krew i dziedzictwo czarowników uniemożliwiły taki obrót spraw.

Czasami myślę, aby napisać książkę o walce z rakiem. Ale nie z poziomu rzeczywistości, a z poziomu mojej wyobraźni. Nikt by nawet nie zauważył, o czym ta książka tak naprawdę jest. Jak większość pacjentów onkologicznych, jestem pod opieką psychiatry. Pełna nadziei, że mnie wyleczy z mojej wyobraźni, wylałam to z siebie na jednej z sesji. Jako jej jedynej powiedziałam o mojej krainie magii... I co?
Stwierdziła, że to genialny sposób walki ze stresem. I będzie ją polecać innym swoim pacjentom.
Witki mi opadły.

Tak że tego, lecę polatać na miotle ;)

#bxXBJ

Historia zasłyszana od babci i w 200% prawdziwa. W tamtym okresie moja babcia była naprawdę zapracowaną kobietą, matką dwóch synów i osobą głęboko wierzącą w „coś więcej” po śmierci.

Był ranek, kiedy moja babcia zdecydowała się, że musi wyjść i załatwić ważną sprawę. Mój wujek, wówczas czteroletni, jeszcze spał, a ona nie miała serca go budzić i wlec się z nim po mieście. Jednak w domu nikogo nie było (mój tata w szkole, dziadek w pracy) i chłopak nie miał z nim zostać. Babcia stwierdziła jednak, że wszystko nie powinno zająć jej więcej niż pół godziny, więc zostawiła mieszkanie zamknięte na klucz, a w nim swojego czteroletniego, śpiącego syna. Kiedy wróciła, drzwi były zamknięte, tak jak je zostawiła. Jednak wchodząc do mieszkania, poczuła zapach jajek. Tak, jajek. Spanikowana wbiegła do pokoju swojego syna, spodziewając się najgorszego. Jednak na pewno nie tego, co tam zastała. Otóż jej syn był ubrany, jego łóżko było zaścielone, a on przeglądał zadowolony jakąś książeczkę. Babcia spróbowała się czegoś dowiedzieć.
B: Kto cię ubrał?
W: Babcia. Ubrała mnie i zrobiła pyszne śniadanko.
B: Jaka babcia?
W: Moja babcia. Babcia Agnieszka.

Agnieszka to imię mojej prababci, mamy mojej babci. Zmarła, kiedy moja babcia miała 2 lata.

No i faktycznie. W kuchni na stole stał talerz z niedokończonym posiłkiem, kromką chleba z masłem i jeszcze ciepłą herbatą.
Co mogła zrobić po tym wszystkim moja babcia? Podziękowała mamie za pomoc.

#4fR7Y

Kolega jest wysoko postawionym strażakiem w OSP. O drugiej w nocy dostał wezwanie — jakiś facet wyszedł z domu. A dokładnie to zabrał ze sobą linkę, ucałował dzieci, pożegnał żonę i wyszedł do lasu. Oczywiście wiadomo, że wszyscy spodziewali się najgorszego... 
Poszukiwania trwały trzy godziny. Znaleźli go i co się okazało? Facet siedział sobie przy ognisku z rozbitym szałasem, a na pytanie co robi, odpowiedział: „Siedzę sobie, pewnie bym wrócił jutro czy coś, a tak w ogóle, to po co mnie panowie szukali?”.

Survivalu mu się w nocy zachciało :D

#lwaYd

Kiedy miałam jakieś 12-13 lat, znalazłam sobie hobby, jakim było kolekcjonowanie opakowań cukru. Oczywiście nie tych kilogramowych ze sklepu, tylko saszetek, które rozdają w kawiarniach, restauracjach, samolotach i tym podobnych. Znajomi i część rodziny chętnie mi pomagali w zbieraniu i po dłuższym czasie moja kolekcja zamykana w drewnianej skrzyneczce liczyła w sobie okazy nie tylko z różnych części Polski, ale również całego świata: każde inne, mniej lub bardziej kolorowe, minimalistyczne lub bardziej „na bogato”.

Pewnego dnia wakacji wróciłam do domu z wycieczki rowerowej jak gdyby nigdy nic: zwyczajny obrazek, moja matka przy stole kuchennym czyta gazetę, kątem oka pilnuje gotującego się obiadu. Sielankowość zaburzył jednak fakt, że obok niej leżało kilkanaście rozdartych opakowań cukru. Co więcej, okazało się, że w śmietniku znajduje się porozrywana reszta kolekcji. Co się stało? Moja matka, nauczycielka, tego dnia w szkole miała szkolenie z bezpieczeństwa dzieci. Tematem były między innymi narkotyki wśród nieletnich. Czy normalny człowiek uznałby z góry, że w opakowaniach cukru znajdują się narkotyki? Zapewne nie: natomiast moją matkę naprowadziła na ten trop bardzo bezpośrednia informacja na opakowaniu. Napis „Brown sugar” na części opakowań to potoczna nazwa heroiny. Moja matka wyszła z założenia, że nie tylko w wieku 12-13 lat mam dostęp (i stać mnie) na heroinę, ale jeszcze rozdają ją w saszetkach z bezpośrednim napisem o tym, że w środku są narkotyki — to nie może być cukier, to musi być przykrywka dla mojego narkotyzowania się. Białego cukru też nie oszczędziła, bo a nuż też jest przykrywką. Każde z opakowań rozerwała i spróbowała językiem, aby się upewnić. Przy okazji uświadomiła mnie również, że niepotrzebnie robię sceny, bo zdarzyło się jej już zabrać mi kilkanaście opakowań, kiedy zabrakło cukru w cukierniczce, a jej się nie chciało iść do sklepu, i się nie zorientowałam.

W swoim zachowaniu nie zobaczyła nic niestosownego. Nie przeprosiła mnie, tłumacząc to tym, że był to jej rodzicielski obowiązek i nie ma sobie nic do zarzucenia. Zaproponowała mi tylko, żebym wyciągnęła sobie porozrywane opakowania ze śmietnika i skleiła, jeżeli tak bardzo mi na nich zależy. Porozrywane niedbale i zmięte już mnie jednak nie interesowały, z hobby zrezygnowałam. Szkoda mi tylko tego wysiłku wszystkich zaangażowanych w moją kolekcję osób, które potrafiły czasem specjalnie pójść do zagranicznej restauracji, żeby tylko zdobyć dla mnie cukier, którego jeszcze nie mam.

#ngivL

Do 21 roku życia nie interesowałem się specjalnie dziewczynami. Szkolne koleżanki traktowałem jak kumpli, a jakiekolwiek zaloty raczej ignorowałem. Pewnego dnia jednak idąc przez miasto, zobaczyłem najpiękniejszą kobietę, jaką mogłem sobie wyobrazić. Czytając wielokrotnie o tym, że ludzie nie mieli odwagi zagadać do osób, które im się podobają, postanowiłem działać. Biegłem jej w kierunku i krzyknąłem: „Hej!”. W tym samym momencie potrącił ją samochód. Prawdopodobnie nie zauważyła go przez przeglądanie w tym momencie telefonu.
Zapadła w śpiączkę. Odwiedzam szpital co jakiś czas, zostawiając jej kwiaty i przytulanki. Od tamtego momentu minęły dwa lata i dalej się nie obudziła. Wciąż czekam na swoją śpiąca królewnę. Trzymajcie za nią kciuki!

#RHBDM

Przez większość mojego życia myślałem, że jestem hetero, miałem już dwie dziewczyny, ale przyszły obecne czasy i w moim życiu pojawił się taki jeden kolega. Właśnie przez niego zacząłem kwestionować swoją seksualność. Zaczęła do mnie dochodzić myśl, że jestem biseksualny.

Pisząc to wyznanie, jestem po coming-oucie. Powiem wam, że czuję się jeszcze gorzej niż przed tym wszystkim, jak wiedziałem tylko ja. Przyjaciołom, którym to powiedziałem, nie potrafię teraz spojrzeć w oczy, czuję, jakby w tym momencie cała nasza przyjaźń zniknęła. Może to się jakoś ułoży w przyszłości, bo nie chciałbym stracić jedynych przyjaciół jakich mam.

#F0fDl

Wychowałam się w bardzo religijnej rodzinie. I nie chodzi mi o teatralny katolicyzm, w którym klęczy się w pierwszej ławce w kościele, a następnie wraca do domu i zmienia się w agresora. Moi rodzice zawsze starali się pokazać mi najlepszą stronę wiary i chyba im się to udało, skora zarówno ja, jak i dwaj moi bracia z własnej woli zostaliśmy ministrantami. I to nie z powodu kasy po kolędzie, ale dlatego, że chcieliśmy bliżej uczestniczyć we mszy. Razem z rodzicami modlimy się i chodzimy do kościoła. Dla mnie całkowicie normalne było to, że mogę usiąść przy stole i powiedzieć, że chcę odmówić różaniec za chorą sąsiadkę lub przyjaciółkę, której przytrafiło się kilka nieszczęść. Inni, jeśli mieli czas, przyłączali się, a jeśli mieli inne zajęcia, starali się nie przeszkadzać. Przez całe życie nie ukrywałam swojej wiary, ale także nie rzucałam jej innym w twarz. Było to mniej lub bardziej akceptowane przez moich rówieśników w różnych szkołach. Na przykład w podstawówce byłam dręczona za to, że nie chodziłam palić ze wszystkimi i nie chciałam pić alkoholu, a w liceum z kolei znalazłam ludzi innych wyznań, którzy z ciekawości chcieli rozmawiać o moim światopoglądzie i wyznawanych wartościach.
Przyszły też i czasy studiów. Na pierwszym roku większość mnie znała, ponieważ kopiowali ode mnie notatki. Chcąc się odwdzięczyć, ludzie zapraszali mnie na różne spotkania czy imprezy. Odmawiałam picia alkoholu i jedzenia mięsa w piątki oraz spotkań w niedzielę rano (chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego). Tak temat schodził na moją wiarę. Większość mojego roku deklarowała się jako niewierzący i dziwili się, jak mogę wierzyć, ale po pewnym czasie zapominali o rozmowie. Znaleźli się i tacy, którzy to wyśmiali, choć były to pojedyncze przypadki. Moja wiara odbiła się bez większego echa. Ale potem pojawiła się pandemia i tu pojawiła się najdziwniejsza sytuacja. Te same osoby, które wprost mówiły, że nie wierzą, zaczęły do mnie pisać. Pojawiły się prośby o modlitwę za mamę, babcię, kolegę... Nie miałam nic przeciwko spełnianiu ich, ale dziwiła mnie trochę postawa ludzi. Ja rozumiem, że przez złą sytuację tonący brzytwy się chwyta, ale jak ci ludzie się z tym czuli? Skoro nie wierzyli, to czy dla nich ja po prostu modliłam się w ich intencji do pustego powietrza? Rozumiem to od strony uczuciowej, ale nie światopoglądu. Czy po tej pandemii dalej uważają, że Boga nie ma i po prostu zapomnieli o wysłanych do mnie prośbach? Naprawdę jestem ciekawa, jak to dla nich teraz wygląda.
Dodaj anonimowe wyznanie