#f8MZq

Pisklakiem będąc, miałam pewną bardzo tajemną zabawę. Każda z moich zabawek była czymś w rodzaju lalki voodoo. Udawałam, że na przykład taki pluszowy niedźwiedź jest panem Zbigniewem spod trójki. Niedźwiedź był przeze mnie bity i zamykany w osobnym pudełku (izolatce), kiedy pan Z. był dla mnie niemiły. Wyobrażałam sobie, że człowiek odczuwa ten sam ból jaki zadawałam maskotce i przeciwnie - kiedy dbałam o pluszaka, człowiek był szczęśliwy.
Wyobraźcie sobie mój szok i przerażenie, kiedy maskotko-mamę pogryzł pies.

#vn1Zj

Mam 30 lat, w wieku 22 przeprowadziłem się ze wsi do miasta. Moja historia była dość prosta - tam gdzie mieszkałem jedyną perspektywą było zapieprzanie 10h dziennie u prywaciarza i wakacje raz w roku. Zero rozrywek, wszystko daleko, wszystko kręciło się wokół roboty i wódki.
W mieście złapałem pracę w jakimś magazynie. Szybko jednak zauważyłem że strasznie nudzi mi się kończąc pracę o 14. Miałem mnóstwo czasu a żadnego ogrodu, obejścia, pola... Wtedy koleżanka z pracy zaczęła narzekać że mąż w mieszkaniu nic nie umie zrobić. Że lampa nowa nie zawieszona od dwóch miesięcy, że kupiła nową baterię umywalkowa i że nadal nie ma kto założyć. Powiedziałem że wpadnę po pracy i zobaczę co da się zrobić.
Mieli w mieszkaniu podstawowe narzędzia jakąś wiertarkę i zestaw typu skrzyneczka wszystko w jednym. Wyglądało jak nowe.
Zamontowałem wszystko, nie chciałem kasy ale dała mi 100 zł za fatygę. Zajęło mi to raptem 2 godziny. Stawka 50zl na godzinę była dla mnie astronomiczna. Szybko podjąłem decyzję - kupiłem swoje własne podstawowe narzędzia. Wiertarka wkrętarka skrzynka z narzędziami typu kombinerki klucze... Wszystko nowe prosto ze sklepu - byłem zachwycony. W domu zawsze was było ale było albo stare albo bardzo stare.
Zaczęło się od poczty pantoflowej. Zarówno mąż koleżanki jak i ona sama zaczęli mnie polecać. Po trzech tygodniach miałem zarezerwowany każdy dzień po pracy. Zawsze po jednej usłudze żeby jednak z życia też korzystać. Po trzech miesiącach zacząłem też robić usługi w soboty. Po pół roku zrezygnowałem z pracy na magazynie, dostałem dotację na JDG kupiłem mnóstwo super sprzętu. Gdy pokazałem go tacie miał łzy w oczach. Nowiutkie szlifierki, wiertarka, piła ukośnica, odkurzacz przystawki no wszystko piękne. Z czasem wymieniłem też mojego starego Mondeo na większego Trafica. A teraz mam 30 lat. Własne mieszkanie bez kredytu. Jednego pracownika i zaklepany terminarz na pół roku. Pracuję po 8 - 10 h dziennie. Znalazłem kobietę jesteśmy razem szczęśliwi. Dostałem też diagnozę - Stwardnienie Rozsiane. Jestem drugi w rodzinie ale wiem że można z tym walczyć. Grunt to nigdy się nie poddawać.
Trzymajcie się - może kiedyś wam zmontowalem jakąś kuchnię albo zawiesiłem lampę !

#mpOw3

To było zeszłoroczne lato, na wakacje można było zostać w akademikach. Dziewczyna, która bardzo mi się podoba, dostała pokój blisko mojego. W tym akademiku jedna łazienka (toaleta, kabina, umywalki, prysznic) przypada na 4 pokoje i właśnie z nią m.in dzieliłem to pomieszczenie.

Podczas gdy myłem naczynia, ona postanowiła skorzystać z toalety. Wydobył się z niej dźwięk głośnego pierda. Nie zraziło mnie to, bo jestem wyrozumiały i sam miewam gazy. Ale po tym wydarzeniu usunęła mnie ze znajomych na FB i przestała odpisywać na jakiekolwiek wiadomości. Gdy mijamy się na uczelni, kończy się na zwykłym „cześć”. A znaliśmy się już około 2 lata. Żałuję, że nie nie podjąłem poważnych kroków  i nie powiedziałem jej o moim zainteresowaniu. Teraz już na to za późno.

Zawsze myślałem, że to moje gazy mogą odstraszyć potencjalne partnerki, ale to du*a dziewczyny pozbawiła mnie kontaktu z tak wspaniałą osobą.
Dziewczyny! Zdarza się, nie próbujcie utrzymywać mitu o niepierdzeniu, bo tracicie szansę na wspaniałe przeżycia i miłość. To nie wstyd.

#eZ2yx

Wojtek to moja wielka miłość -"ten mężczyzna na całe życie". Kiedy mu o tym powiedziałam, zamknął mnie w friendzonie. Z friendzona jednak do szczęścia długa droga, wiec postanowiłam pogodzić się z jego decyzję i moim przykrym losem. Kumple, ziomki- zakodować, przyjąć i żyć dalej. 

Żyłam dalej, poznałam Marka, który obecnie jest moim narzeczonym. Świetny facet, udany związek i szczęśliwa ja. I tutaj po paru latach pojawia ON!
Wojtek przyjeżdża jak gdyby nigdy nic by powiedzieć ze jednak jestem ta która kocha i o której nie może zapomnieć. "Musiał mi tylko o tym powiedzieć", "niczego nie oczekuje" "chce to z siebie wyrzucić" i "nie chce mieszać mi w życiu".

Teraz zwracam się do Was friendzonowi hipokryci. Ten "brat", ta "siostra" to nie jest wasze kółko adoracji żeby podnieć sobie samoocenę, wasza własność czy osoba do wykorzystania. Chcecie być przyjaciółmi to zachowujecie się jak przyjaciele i cieszcie się szczęściem drugiej osoby. Ale przede wszystkim bądźcie pewni co do swoich uczuć. Naprawdę nie łatwo kiedy kochasz osobę, która tego nie odwzajemnia.

To okropne uczucie, zdaje sobie sprawę ze mężczyzna którego kocham, z którym będę żyć, zakładać rodzinę, nie jest jedyny. Mam w głowie teraz tez tamta miłość, która odeszłaby w zapomnienie. Teraz tli się, ale tak naprawdę nigdy nie zapłonie wielkim płomieniem. Moje miejsce jest przy tym cudnym facecie, który śpi obok. A za to myślenie mam potworne wyrzuty sumienia...

A Ciebie Wojtek niech dotnie ogień, ale piekielny. Nu pogadi Wojtek, nu pogadi!

#DN1YR

Kiedyś założyłam się z moim szwagrem, że w ciągu 90 minut wypiję 6 piw. No i wypiłam. Gdy dotoczyłam się do swojego pokoju, zrobiło mi się okropnie niedobrze. Myślę sobie – łazienka za daleko, ja ledwo chodzę, a ciul, wyjdę na balkon i zrobi mi się lepiej. Sytuacja potoczyła się dosyć przewidywalnie – porzygałam się i nasikałam sobie obok, bo za daleko było przecież do toalety, a kto by szedł. Dwie godziny po zdarzeniu obudził mnie wschód słońca, a ja, leżąca na wycieraczce z ogromnym bólem głowy, wróciłam do łóżka. No nic, stało się.
Rano budzi mnie krzyk mojej mamy, która od najgorszych wyzwisk przeklina wszystkie sarny, które to wtargnęły nam na podwórko w nocy, zeżarły tuje i inne roślinki, a w dodatku... obrzygały pelargonie. No masakra. Jak taka sarna mogła wejść i wyrzygać się na nasze kwiatki stojące pod balkonem?! A to leśne pasożyty mało mają w lesie liści? I jeszcze rzygają wszędzie!

Do dzisiaj nikt nie wie, że to ja obrzygałam te kwiatki, które później były do wyrzucenia.

PS W ramach podziękowania w tym roku odpimpowałam paśnik wszystkim ziomeczkom sarnom i tak dalej, coby głodne nie chodziły i więcej nie jadły nam krzaków. Fakt faktem uratowały mnie przed moją mamą, która pewnie by mnie ukamienowała.
Niech żyje natura i dzikie zwierzęta!

#sOn3c

Nie cierpię wszelkich świąt, podczas których dostaje się prezenty. Z jednego powodu. Od rodziny mojego męża zawsze dostaję piękne, przemyślane prezenty. Coś, co rzeczywiście mi się przyda, a przy okazji jest ładne. Nie są drogie, w granicach do 100 zł (zależy, jaka okazja), ale zawsze się z nich bardzo cieszę. Widać, że ktoś pomyślał, zadał sobie trud, a przecież w dawaniu prezentów o to chodzi. Sama też staram się słuchać, co inni mówią i dawać prezenty, które mogą się komuś przydać, a wiem, że sam sobie ich nie kupi, bo np. żal mu trochę pieniędzy. Przy okazji są też ładne.
Moja rodzina to zupełnie inna bajka. Ja i mąż zawsze dostajemy coś „na odczepne”, np. pierdoły z Pepco, niezapakowane, z częściowo oderwanymi metkami. Zawsze jest mi przykro, jak widzę, gdy mąż dostaje laczki w nie swoim rozmiarze albo zasłonę, która nie pasuje na nasze okna. U mnie to wygląda podobnie. Uprawiam rośliny ozdobne, częściowo z tego żyję, sprzedając szczepki roślin kolekcjonerskich (taki sposób, aby połączyć hobby z pracą). Mam tego sporą kolekcję, o której rodzina wie (przecież mnie odwiedzają), jednak nie przeszkadza to mojej mamie, by na urodziny kupić mi spory zestaw sztucznych roślin (które niemal od razu wywaliłam na śmietnik, bo nie mam na to miejsca, zostawiłam tylko osłonki).
Swego czasu, podsuwałam im jakieś niedrogie, przydatne prezenty dla nas obojga, np. nowy garnek albo czajnik elektryczny czy piżama w odpowiednim rozmiarze, ale to nic nie dało. I tak mieli to gdzieś i na urodziny mąż dostał znowu jakiś badziew. Po prostu strasznie mi przykro. Nie dość, że mają nas gdzieś, to jeszcze trzeba wyrzucać albo wydawać gdzieś te wszystkie niepotrzebne rzeczy. Przecież to marnotrawstwo pieniędzy.

Dodam tylko, że nie chodzi o problemy finansowe u mojej rodziny. Rodzice dobrze zarabiają. Czas też nie jest problemem (mama pracuje w urzędzie na 3/4 etatu). Więc ilekroć zbliża się gwiazdka czy urodziny, to aż krew mnie zalewa.
Dodaj anonimowe wyznanie