Jesteśmy z żoną już 12 lat razem. Około 3 miesięcy temu ukochana zaczęła podejrzewać, że ją zdradzam lub uprawiam hazard. Mamy wspólne konto od około 9 lat i zawsze to ja zajmowałem się wszelkimi finansami - rachunki, zakupy, oszczędności. Nie jesteśmy rozrzutni, ale też nie kontrolujemy każdego grosza wydanego ze wspólnych pieniędzy, a przynajmniej nie moja żona. Co miesiąc odkładamy pewną sumę pieniędzy na konto oszczędnościowe i jedynie czasami żona pytała, ile już mamy odłożone.
W pewnym momencie uznała, że czas spiąć poślady i zacząć odkładać większe sumy pieniędzy, ponieważ chce jak najszybciej wybudować własny dom. Dlatego postanowiła kontrolować dokładnie każde wydatki, każde wpływy na konto i to co idzie na zakupy. Ukochana spostrzegła wtedy, że co miesiąc brakuje nam nawet kilkuset zł, po opłaceniu wszystkiego i wyliczeniu zakupów. W historii przelewów nic się nie doszukała, a podejrzenie od razu padło na mnie, gdyż to nadal ja robiłem opłaty. Próbowałem się jakoś tłumaczyć, że gdzieś się musiała pomylić, zgubiła paragon, czy że pożyczyłem znajomemu. Widocznie nie byłem zbyt przekonujący, bo już po dwóch miesiącach żona oznajmiła mi wprost, że mam jej powiedzieć, jeśli wydaję pieniądze na hazard lub co gorsza na inną kobietę.
Nie chciałem tego dłużej ukrywać i trzymać jej w niepewności, bo i tak trwało to już bardzo długo. Przyznałem się jej, że owszem, ''okradałem'' nas, jednak nie wydawałem tych pieniędzy ani na hazard, ani na inną kobietę, a po prostu założyłem drugie konto w innym banku i odkładałem dodatkowe pieniądze. Od początku planowałem to jako niespodziankę, jednak nie sądziłem, że tak długo to potrwa i że taka suma się uzbiera. Początkowo sądziłem, że będę odkładać góra 2 lata i zabiorę ją na jakąś wycieczkę, jednak po 9 latach udało mi się ''na lewo'' odłożyć ponad 30 tysięcy. Byłem dyskretny, nie robiłem przelewów, tylko odkładałem przy okazji wypłacania gotówki na zakupy. Odkładałem więcej, kiedy mieliśmy niższe rachunki, mniejsze zakupy. Odkładałem dodatkowe premie, które dostawałem w pracy. Czasem nawet sprzedałem coś starego, nieużywanego z domu, a pieniądze oczywiście szły na to konto.
Po wyznaniu prawdy ukochana rozpłakała się ze szczęścia i ucieszyła się, że żaden z jej scenariuszy nie miał miejsca, a pieniądze czekają tylko, aby je wydać na nasz nowy dom.
Jestem zła jak diabli.
Mam przyjaciela, znamy się od dobrych siedmiu lat. Aktywnie poszukiwał dziewczyny, chodził na wiele randek. Jedna z nich skończyła się w łóżku, z tego co wiem, to była pierwsza randka z nowo poznaną dziewczyną. Na następny dzień przyszedł do mnie załamany i bliski płaczu, bo okazało się, że... dziewczyna zgłosiła na policję gwałt.
Przespała się z nim bez przymusu na pierwszej randce, a potem poczuła się winna i mówiąc, że to gwałt, próbuje oczyścić się z bycia "panią lekkich obyczajów".
Przyjaciel traci pracę, ona nie. BEZ WYROKU.
Niech nikt mi nie mówi, że tylko kobiety są dyskryminowane w naszych czasach!
Jestem młodą mamą małego stada - córki i 4 kotów. Cała sytuacja wydarzyła się gdy moja córka miała trochę ponad rok.
Mała jadła wszystko co znalazła, różne paproszki, na dworze zdarzało jej się próbować zjeść np. kamień.
Któregoś dnia siedzę sobie na fotelu, mała na podłodze. Spoglądam na nią, a ta coś żuje i się krzywi. Podchodzę do niej i karzę jej to wypluć - nie chce. Wkładam jej palce do buzi żeby to wyciągnąć, a tam krew. Wystraszyłam się że dorwała gdzieś i zjadła kawałek szkła. Za chwilę jednak wypluła dziwny woreczek - zjadła opitego krwią kleszcza, którego musiał "zgubić" któryś z kotów.
Siedziałam sobie kiedyś wieczorem w domu, podgryzając frytki z majonezem i oglądając jakiś film. Nagle słyszę, że ktoś gmera kluczem przy drzwiach mieszkania. Przekonana, że któraś ze współlokatorek wraca z jakiejś grubej najeby i nie potrafi włożyć klucza do dziurki, podeszłam i otworzyłam (nie miałam judasza, wiec nie byłam w stanie wcześniej zweryfikować co to za petent).
Razem z drzwiami do domu wparował mi chłopak w okularach przeciwsłonecznych. Rzucił klucze na komodę i był już w trakcie ściągania laczków, gdy usłyszał moje niepewne "Panie, kim pan jest?". Popatrzył się na mnie (byłam w takiej piżamce pandy, wiec nieźle chłopu musiało siąść na banię, biorąc pod uwagę jego stan) i powiedział "eeeesiemsionjeden?". Wnioskując, że chodzi mu o numer mieszkania, wyprowadziłam go z błędu i mój ówczesny chłopak odprowadził go piętro wyżej, pod siemsionjeden.
Zapytacie co w tym anonimowego? To, że jesteśmy teraz całkiem szczęśliwą parą, ale rodzinka sądzi, że poznaliśmy się przez znajomą. I na trzeźwo.
PS Całkowicie nie pamięta naszego pierwszego spotkania, pijok jeden ;-;
Pewnego ranka, mając 7-8 lat, zdecydowałam, że ucieknę z domu. Nie miałam żadnych powodów, rodzice dbali o mnie jak mogli, ale wyobrażając sobie siebie mieszkającą w lesie i bawiącą się z wilkami, bez zastanowienia wzięłam ostatniego czekoladowego batonika z szuflady, zawinęłam w koc, a jako iż patyka nie mogłam znaleźć, wzięłam zawiniętego w materiał batonika i obudziłam mamę, mówiąc, że uciekam, żeby nie była smutna, że uciekam bez jej wiedzy.
I tak właśnie mała dziewczynka odziana w samą pidżamę wybiegła z domu, ale za mną wybiegła mama. Też w samej pidżamie i kapciach na nogach. Poinformowała mnie, że na obiad jest rosół, a ja słysząc to od razu porzuciłam pomysł zamieszkania w lesie i wróciłam do domu.
Mój pies mnie uratował.
Półtora roku temu rozstałam się z mężem po roku małżeństwa. Świat mi się zawalił, bo mimo, że rozpad tego małżeństw był po jego stronie, to jednak rozwód był dla mnie osobistą porażką. Były mąż zabrał mi praktycznie wszystko, ale zostawił mi psa. Zresztą na niczym mi nie zależało jak na mojej Suni, które odkąd ją adoptowałam była moją najwierniejszą przyjaciółką.
Niestety kiepsko to wszystko znosiłam. Zarabiałam dobrze, więc szybko ogarnęłam mieszkanie, meble, podstawowe sprawy. W dzień funkcjonowałam normalnie, praca, zakupy, sprzątnie. Gorzej było jak już wszystko ogarnęłam, nie miałam co ze sobą począć i zrzucałam maskę. Otwierałam wtedy wino. Praktycznie codziennie jedno. Przez 2 miesiące. Nikt nic nie zauważył, bo mieszkam daleko od rodziny, a jak z nimi się spotykałam to byłam trzeźwa. Od znajomych się trochę odseparowałam. Zresztą umiałam się świetnie maskować. Rano zielona herbata, jajecznica, 2 tabletki na ból głowy, kilo tapety, przyklejony uśmiech i nikt się nie zorientował.
Po dwóch miesiącach chlania zauważyłam, że moja Sunia w ogóle do mnie nie przychodzi na pieszczoty, zabawy i bardzo przytyła. I ruszyło mnie. W swoim pijackim egoizmie zapomniałam o mojej przyjaciółce. Dawałam jej jeść, szybki spacer i to wszystko. Zaniedbałam ją i nie poświęcałam jej w ogóle czasu.
Przestałam pić, ogarnęłam się. Z wieczornego chlania przerzuciłam się na bieganie z nią. Obydwie schudłyśmy i świetnie się przy tym bawiłyśmy. Zaczęłam również wychodzić do ludzi i razem z Sunią jeździłyśmy na wybieg dla psów.
Od ponad roku nie piję alkoholu praktycznie w ogóle. Za każdym razem, gdy mam doła (a zdarza się to już bardzo rzadko) wołam moją przyjaciółkę, widzę jak biegnie do mnie z merdającym ogonkiem, wtulam się i świat od razu jest lepszy. :)
Po chorobie mój głos był niski i jeszcze dość zachrypnięty. Na przystanku podszedł do mnie jakiś typek i powiedział "cześć", no to "cześć" - odpowiadam moim chorobogłosem i słyszę "a sorki, myślałem, że jesteś dziewczyną". A ja właśnie jestem dziewczyną!
Jak byliśmy z rodzeństwem młodzi, prawie całe dnie spędzaliśmy u babci z dwoma innymi kuzynkami. Albo oglądaliśmy bajki, bo tylko u babci była satelita, albo rozmawialiśmy o różnych rzeczach z babcią, albo wpadaliśmy na głupie pomysły. O jednym z tych głupich pomysłów będzie wyznanie.
Mój brat geniusz wpadł na pomysł, żeby stworzyć boga. Zostało nim... jabłko. Chodziliśmy po polach jak głupi, z jabłkiem nabitym na strzałę i mówiliśmy "święte jabłko jest najświętsze".
W końcu ja i jedna kuzynka obraziłyśmy jabłko, za co groziła kara. Udaliśmy się więc wszyscy do stodoły. Na środku stał wóz (miejsce dla oskarżonych), a po jednej stronie była masa siana, na którym jeszcze były stare meble (ława sędziego).
I tak sobie siedzieliśmy w stodole i prowadziliśmy rozprawę sądową za obrażenie jabłka.
P.S. Nie trafiłam do więzienia, brat w końcu zjadł jabłko.
Często jeżdżę pociągami i lubię dyskretnie zaglądać ludziom w telefon albo w książkę.
Niedawno mój tata zrobił mi „rodzicielski” wykład na temat narkotyków i niebezpieczeństw związanych z ich zażywaniem. Jako że nie jest on hipokrytą, szczerze wyznał, że za młodu zdarzało mu się spróbować tego i owego. Wkrótce monolog o szkodliwości dragów stał się spowiedzią mojego ojca ze wszystkich głupot, które zrobił pod wpływem różnych środków odurzających. I tak na przykład dowiedziałem się, że kiedyś dachował motorówką po wypaleniu z wujkiem sporej ilości haszyszu, a innym razem zjadł grzybki i wytarzał się w zupie na pewnym wiejskim weselu. Finał tego wykładu był jednak prawdziwym ciosem dla mnie. „A kiedyś wziąłem LSD z twoją mamą i zostałeś poczęty…” - rzekł mój tatko. Następnie zmrużywszy oczy spojrzał na mnie i przez parę chwil gapił się intensywnie. „W sumie to by wiele tłumaczyło…” - mruknął i wyszedł z mojego pokoju.
Cholera, co się właśnie odwaliło?
Dodaj anonimowe wyznanie