#1AWA4

Na Snapchacie jest funkcja „mapy”, na której widać aktualne położenie znajomych. Korzystam z tego namiętnie, dosłownie ich prześladuję. Mogę siedzieć godzinę i oglądać dokąd się przemieścili albo z kim aktualnie spędzają czas.
I oczywiście teraz zawsze wiem, na jakie imprezy ze znajomymi nie zostałam zaproszona.

Dzięki, Snapchat!

#bz6C8

Wpadliśmy na pomysł z kolegą, żeby kupić sobie dwukołowego przyjaciela. Dla przyszłych studentów taka maszyna do omijania korków to skarb. Skrupulatnie przeglądamy każde ogłoszenie na komputerze. Kumpel, chcąc włączyć następną zakładkę, niestety ją usunął. Żeby nie zmarnować być może super okazji, włączyliśmy historię. I wtedy przeżyliśmy ogromny szok...

W historii było pełno pornografii, sprzed kilku dni. Ale nie żadne standardowe strony z filmikami, tylko typu „ostre rżnięcie”, „r*chanie trupa” czy „butelka w c*pie”. Zorientowaliśmy się, że ostatnim użytkownikiem komputera był ojciec kumpla.

Niby pornografia normalna rzecz, ale ojciec kumpla to typowy katol. Od podstawówki mu wmawiał, że pornografia to dzieło szatana i nie ma prawa tego oglądać. Do dzisiaj pamiętam, gdy kolega dostał niezły opiernicz i szlaban, kiedy ustawił sobie na tapetę w telefonie kobietę w bikini. Zwykłą kobietę w bikini.

Pod biurkiem w koszu znaleźliśmy bardzo dużo zużytych chusteczek higienicznych. Kumplowi zrobiło się niedobrze, a mi jest okropnie głupio podawać rękę jego ojcu i patrzeć mu w oczy. Jednak nadal próbuję sobie na siłę wmówić, że miał uciążliwy katar i zużył wszystkie chusteczki do wysmarkania nosa. Ale coś mi nie wychodzi...

#nC793

Niedawno minęła pierwsza rocznica śmierci mojej narzeczonej. Niestety na zawsze pozostanie już narzeczoną, nie doczekała ślubu. Dzień jej śmierci był najgorszym dniem mojego życia, a jednocześnie dniem przełomowym. Musiałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości i to było cholernie ciężkie. Przez pierwsze kilka tygodni nie potrafiłem poradzić sobie z tym, że zostałem w naszym mieszkaniu sam z naszą córeczką. Rano po przebudzeniu szukałem mojej ukochanej i boleśnie odkrywałem, że jej nie ma i już nie będzie. Czasem ją wołałem, miałem wrażenie, że jest cały czas, choć jej nie było. W akcie rozpaczy zacząłem nawet wierzyć w Boga, bo malutką ulgę przynosiła mi myśl, że Jej gdzieś też jest dobrze, że świetnie się bawi, teraz wiem, że był to mechanizm obronny, mój mózg musiał jakoś poradzić sobie z przeszywającym bólem straty. Nigdy tak mocno nie cierpiałem, dlatego wylądowałem na terapii dla dobra mojego i mojej córeczki.

Pierwsza poprawa nastąpiła po pół roku, przestało mi towarzyszyć uczucie fałszywej obecności narzeczonej, po 11 miesiącach od straty dopiero uznałem, że to dźwignąłem i jakoś uda mi się iść dalej, z ogromną raną, ale dam radę, bo przecież muszę. Zacząłem funkcjonować normalnie. Aż do pewnego wieczoru, kiedy nie mogłem zasnąć. Córka już od dawna spała, a ja postanowiłem obejrzeć film. Po filmie wciąż nie mogłem spać, więc wyszedłem sobie na balkon, popatrzyłem na parking, na mój samochód i nagle poczułem, że zaraz zemdleję. Zobaczyłem moją narzeczoną. Podeszła do samochodu, pociągnęła za klamkę i odeszła. Tak, jestem bardziej niż pewny, że to była ona. To było najbardziej przerażające, a jednocześnie najpiękniejsze uczucie. Nie wiem, co to było, nie wiem, o co chodziło, ale chyba nie chcę wiedzieć. Pomyślałbym, że mi się przewidziało, że mam halucynacje, gdyby nie to, że moja ukochana bardzo często zapominała o zamknięciu samochodu i często schodziła na dół, by sprawdzić, czy auto jest zamknięte.

#aqRQc

Parę miesięcy temu zerwała ze mną dziewczyna. Mój najlepszy przyjaciel stanął na wysokości zadania i wyciągnął mnie do baru, aby zapić smutki. Jako że zapijanie skończyło się w środku nocy, a ja nie miałem już autobusu do domu, to wybrałem się spać do niego. Łóżko miał jedno, ale spoko, położyliśmy się razem.

Przebudziłem się nad ranem, jeszcze pijany. Leżał odwrócony do mnie plecami, a ja przyzwyczajony do spania z dziewczyną niewiele myśląc, wtuliłem się w niego, ręką zacząłem gładzić po brzuchu i zjeżdżać niżej. Zorientowałem się, że to nie moja dziewczyna, w chwili gdy moja ręka natrafiła w jego majtkach na jego przyrodzenie.

#XQkvv

Sytuacja miała miejsce niedawno. Od początku cieplejszych dni i kiedy słońce zachodziło już w późnych porach, wszystkie wieczory spędzałam w stajni i na treningach. Jeżdżę konno od dobrych 9-10 lat, tak więc mogę sobie pozwolić na samodzielne treningi. Tak też było tamtego dnia. Skończyłam pracę ze swoim wierzchowcem i jako miły koniec chciałam wyjechać na spacer na okoliczne pola. Stajnia, w której wtedy stacjonowałam, mieściła się na uboczu większego miasta. Tak więc kręciło się tam wiele ludzi z dziećmi, którym zachciało się spacerów przy rzece. 
Kierowałam konia już w stronę wyjazdowej furtki, kiedy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Jakaś kobieta darła się wniebogłosy. Godzina 20, ciepło — idealna pogoda na wyjście z domu. Nawet widziałam sąsiada za płotem, który krzykiem się nie przejął. Mimo końca treningu popędziłam konia do szybszego chodu i wyjechałam na ścieżkę. Moim oczom ukazała się kobieta zgięta w pół, prawie leżąca na ziemi, a nad nią jakiś mężczyzna. Nie zastanawiając się zbyt dużo, popędziłam kobyłę, jak tylko mogłam i szarżą ruszyłam na faceta. Nie myślałam nawet o konsekwencji, co by było, gdyby wpadł pod kobyłę... Na szczęście to był jeden z lepszych dni, kiedy mój zwierz postanowił mnie słuchać, a podłoże nie rozsypywało się pod kopytami. Mężczyzna przestraszony wizją zdeptania przez konia zwiał, zostawiając swoją ofiarę. Kobieta zapłakana i roztrzęsiona nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Wybrała się na spacer. Nie spodziewała się takiej sytuacji. 

Co mnie przeraziło najbardziej? To, że zaraz obok jest pseudo budowa. Cały czas są tam ludzie, robotnicy. Sąsiedzi, którzy doskonale słyszeli jej krzyk, kilkoro ludzi na rowerach, którzy minęli mnie kilka sekund, zanim kobieta została zaatakowana... Nikt, dosłownie nikt z tych ludzi nie zwrócił na to uwagi, nie starał się pomóc lub nawet jakoś zareagować na akt agresji!

#UGlyg

Tegoroczny festiwal w Trójmieście przypomniał mi przepiękne czasu z moją ówczesną przyjaciółką. Gosię poznałam piętnaście lat temu właśnie na festiwalu, pojechałam tam z chłopakiem, który na miejscu stwierdził, że musi wracać do domu. Na szczęście znałam tam sporo ludzi, przedstawiono mi Gośkę i szybko złapałyśmy wspólny język.
Nigdy wcześniej nie miałam tak bliskiej osoby, po powrocie do domu Gosia praktycznie cały czas do mniej przyjeżdżała, zaczęłyśmy razem imprezować, rozumiałyśmy się bez słów. Nigdy wcześniej nie miałam z nikim tak super kontaktu, nie spędzałam z nikim tyle czasu. Chodziłyśmy razem na zakupy do galerii, na lody, do kina. Nawet na pierwszą wizytę do ginekologa umówiłyśmy się jedna po drugiej, żeby było raźniej.
Termin do fryzjera też robiłyśmy razem. Kiedy robiłyśmy prawo jazdy, też poszłyśmy do jednego instruktora i umawiałyśmy się na egzamin tuż po sobie. Ludzie czasem brali nas za parę. Kiedy potrzebowałam pogadać, tylko napisałam, a ona zaraz była. Naprawdę się dobrałyśmy, nigdy nawet się nie pokłóciłyśmy. Po napisaniu matury stwierdziłyśmy, że pojedziemy razem nad morze, zarezerwowałyśmy pensjonat, spakowałyśmy walizki i pojechałyśmy. Na miejscu oczywiście restauracje, imprezy, alkohol, faceci. Nie brałyśmy pod uwagę, że coś może pójść nie tak, ja byłam zajęta zapoznawaniem się z nowo poznanym Chorwatem, kiedy Gosia poszła gdzieś z jakimś chłopakiem. Już wtedy byłyśmy mocno wstawione, później wszystko pamiętam dosyć chaotycznie, pamiętam, że Gosia przyszła do mnie, zanosząc się płaczem, że ten koleś ją zgwałcił i że chce wracać do domu. Byłam przerażona całą tą sytuacją, oczywiście wróciłyśmy do pensjonatu, a nazajutrz wyruszyłyśmy do domu. Gosia w ogóle nie chciała rozmawiać i ciągle płakała. Wciąż nie mogłam uwierzyć, jak to się mogło wydarzyć. Jak na przyjaciółkę przystało, codziennie przychodziłam do niej z jedzeniem, radami i milczałam przed jej rodzicami, tak jak kazała. Nie rozumiałam tych facetów, jak można tak zniszczyć kobiecie życie.
Po jakimś czasie wyjechałam nad to samo morze z siostrą, musiałam tam coś załatwić i przy okazji zrobiłyśmy sobie wolne. Już w drugi dzień przy barze poznałam przystojnego bruneta, siedzieliśmy, gadaliśmy, robiłyśmy sobie fotki, wygłupialiśmy się i wylądowaliśmy u niego w pokoju. Na drugi dzień uciekłam z jego pokoju o świcie, a po śniadaniu na szczęście musiałyśmy wracać. Kiedy na drugi dzień pokazałam Gośce zdjęcia, Gośkę zamurowało, zrobiła się blada. Okazało się, że ten przystojny brunet to właśnie ON. WTEDY byłyśmy naprawdę wstawione, ja go nawet nie widziałam... Później gadałyśmy, odwiedzałyśmy się, ale jednak wyczuwałam ten dystans. Ona nigdy nie wygarnęła mi tego, że przespałam się z gwałcicielem, ale obie wiedziałyśmy, jak jest. Nie mamy kontaktu do dziś...

#OADhc

Opowiem historię, którą usłyszałem od pradziadka.

Podczas wojny miał nieszczęście trafić do jednego z pomniejszych obozów koncentracyjnych, w którym katowano ludzi przymusową pracą. Podczas kolejnego dowozu nieszczęśników niemieccy strażnicy zaczęli przeglądać ich po kolei, aż w końcu wyciągnęli z szeregu młodego siedemnastolatka, którego już wcześniej oznakowano różowym trójkątem. Do końca nie wiem, dlaczego to zrobili (chyba dla czystej satysfakcji), ale zaczęli grupowo gwałcić chłopaka. Pradziadek miał nieszczęście wraz z innymi więźniami przyglądać się scenie, słysząc krzyki i płacz chłopaka. Ponoć trwało to bardzo długo, aż w końcu biedak stracił siły by krzyczeć, tylko szlochał i jęczał. Po wszystkim odsunęli się od niego, plując na jego poranione, zbrukane ciało, szydząc i obsypując piachem.
Wtedy chłopak zrobił coś nieoczekiwanego. Z bólem i płaczem podniósł się z ziemi i chwiejnie stanął na nogach. Potem zaczął iść w kierunku ogrodzenia, a za nim strażnicy, śmiejąc się i drwiąc. Wiedzieli, że nie ucieknie, bawiło ich to, że tak rozpaczliwie stara się tego dokonać. Nie próbowali go zatrzymać, bo była to świetna zabawa. Jakież było ich zdziwienie, kiedy zamiast w stronę bramy, skierował się w stronę ogrodzenia. Nie planował uciec, nie miał zamiaru. Z rozdzierającym krzykiem: „Przebacz mi, Boże” rzucił się na ogrodzenie pod napięciem. Jego ciałem wstrząsnęły drgawki, a po chwili zwisał już bezwładnie z jednego z drutów. Strażnicy byli w szoku, długo gapili się na martwego chłopaka. Nie było im już do śmiechu, ostatni raz sprofanowali zwłoki, kopiąc je butami, a potem kazali je spalić.
Znam tę historię, bo to dziadka zmusili do przeniesienia ciała do krematorium. Zawsze wspomina to z płaczem, bo choć nie znał tego chłopca, jego odwaga, ta siła woli sprawiła, że dziadek czuł podziw wobec niego. Zdawało się, że obdarto go z resztek honoru, a tymczasem zachował go do ostatniej chwili.

#35F0p

W pracy w lunchroomie toczyła się dyskusja na temat szczepień, słuchając jednej z koleżanek zażarcie broniącej antyszczepieniowców wdałem się z nią w polemikę. Zapytałem:
- No ale czemu nie zaszczepić dziecka, jak to ma je ochronić?
- To moje ciało i krew i ja decyduję.
- Czyli jak twoja matka by ci kazała je zaszczepić, to byś to zrobiła - w końcu ty jesteś jej ciało i krew i ma prawo za ciebie decydować.
- Nie no, to bez sensu, ja jestem dorosła.
- Hmm, czyli tylko za niepełnolatka matka może decydować, czyli bronisz tej matki, co prostytuowała swoją 13-letnią córkę. Bo miała prawo za nią decydować.
- Nie, to co innego, to było przestępstwo.
- Czyli jak zrobią ustawę o obowiązku szczepień, w której nieszczepienie będzie przestępstwem i będzie np. grzywna, to zaszczepisz?
- Nie, to by było bezsensowne prawo.
- Niby czemu?
- Bo niepoparte badaniami.
- Chwila. O szkodliwości szczepień była jedna (dosłownie jedna) praca naukowa, która cały ruch antyszczpieniowców zapoczątkowała, która została obalona, a jej twórca trafił przed sąd, bo mu udowodnili, że manipulował danymi liczbowymi, żeby poprzeć swoją teorię, wywalili go z pracy i pozbawili tytułu po tym, jak sąd go skazał, ba, sam przyznał się do oszustwa. Z drugiej strony jest wiele prac naukowych, które potwierdzają skuteczność szczepionek. I ta jedna praca przeważa?
- Ty się nie znasz. A co jak faktycznie będą powikłania? Zaryzykowałbyś?
- Przecież ryzykuję, weź sobie dowolny lek i przeczytaj ulotkę. Praktycznie zawsze jest jakaś minimalna szansa, że będą niepożądane efekty. Tak człowiek jest zbudowany, że niektórzy czegoś mogą nie tolerować.
- Odczep się, nie jesteś matką, to nie zrozumiesz.

Tu skapitulowałem, bo argument był tak pojechany, że stwierdziłem, że zaraz mnie oskarży o seksizm, szowinizm i nazizm...

I tylko jedno mnie dziwi. Jak można tak wybiórczo patrzeć na sprawy? Dopasowując sobie, że jakaś zasada w danym momencie działa a w innym już nie tylko dlatego, że to pasuje lub nie do mojej teorii.

#BUXvg

Kiedyś pracowałam jak kelnerka. Czasem był tak duży ruch, a byłam sama na zmianie, że nie miałam czasu zjeść ani skorzystać z toalety, a trzeba było posprzątać stoliki, pozmywać naczynia. Prosiłam szefową, żeby zadzwoniła po kogoś do pomocy, bo klienci się niecierpliwią i powoli kończą się naczynia.

Kiedy zbierałam naczynia, często coś zostawało z obiadów, trochę zup, jakieś ziemniaki, sałatki, mleko w dzbanuszku, gdy ktoś chciał białą kawę.

Pewnego dnia byłam tak głodna, że tylko spojrzałam, czy szefowej nie ma w okienku i zanim pozmywałam... wypiłam resztkę zupy i dojadłam po kimś ziemniaki z talerza... Byłam tak głodna, nie jadłam pół dnia.
Mam nadzieję, że nie było żadnych zarazków po kliencie.

#Dvohp

Moja matka ma wujka. Wujek, kiedy ja miałam lat piętnaście, był już po siedemdziesiątce. Ma on zwyczaj dzwonić do mojej matki w Wielkanoc, zaraz po zakończeniu okolicznościowego śniadania. I jak te piętnaście lat miałam, też zadzwonił i zapytał:
– A Ola już narzeczonego ma?
– Nic mi o tym nie wiadomo – odrzekła zgodnie z prawdą moja rodzicielka.
– Ahaa, to chce iść do zakonu... Cóż, bywa i tak.
– O tym też nic mi nie wiadomo.
– Jak to? To CO ona chce zrobić ze swoim życiem? Starą panną zostać?!

Poprosiłam matkę, żeby następnym razem na takie pytanie odpowiedziała, że mam dziewczynę. Minęło kolejnych 15 lat, a on, kurcze, nie zapytał.
Dodaj anonimowe wyznanie