#jaKUq

Mój kot ma tendencję do pakowania się w karkołomne tarapaty. Dwa raz wyskoczył mi przez balkon z czwartego piętra, trzykrotnie wpadł pod samochód, raz zaklinował się w oknie rozszczelnionym do góry i kilkukrotnie został pogryziony przez psa. Za każdym razem nie miał nawet draśnięcia i wychodził ze swoich problemów praktycznie bez szwanku.
Wczoraj zasnęło mu się na parapecie, w wyniku czego spadł z wysokości 60 cm na dywan. Złamał sobie łapę i wybił kieł...

#2JX3O

Będąc dzieciaczkiem, takim do 8-9 roku życia, bardzo fascynowały mnie sceny czy akty krzywdzenia ludzi, przekładało się to oczywiście na sposób, w jaki się bawiłam. Raz przy okazji oglądania z babcią telewizji zobaczyłam scenę, w której kobieta za karę zostaje zbiczowana. Tak mi się to spodobało, że później wieszałam lalki na sznurku i okładałam je drugim sznurkiem. Innymi moimi zabawami było m.in. wcielania się w różnych wymyślonych przeze mnie bohaterów, gdzie jeden był charakterem dobrym, a drugi jego zaciekłym wrogiem, który to robił wszystko, żeby uprzykrzyć mu życie – od porywania jego bliskich (maskotek) do mordowania ich, gdzie oczywiście później urządzałam im pogrzeby i miałam minicmentarze w kącie pokoju. W późniejszym okresie życia (tak do 13 roku życia) zaczęły interesować mnie zmyślone historie o seryjnych mordercach (creepypasty). Byłam tym tak zafascynowana, że na pamięć znałam każda pojedynczą historię, wyobrażałam sobie, jak do nich dołączam, a w plecaku (w szkole też) nosiłam scyzoryk, wymyślając różne sceny, jak to kogoś pozbawiam życia. 
Aktualnie mam 21 lat i studiuję kryminalistykę i z moją psychiką (poza ADHD i stanami lękowymi) jest wszystko w porządku. Nie wiem, co poszło nie tak na etapie mojego dorastania, ale bawi mnie to, jak teraz o tym myślę, i to, w którą stronę to wszystko poszło.
Byłam pojebanym dzieckiem :))

#E1Z2e

Jestem bardzo wysoka, już jako dziecko byłam większa od rówieśników, ba, byłam najwyższa w całym przedszkolu. Oprócz wielkiego wzrostu miałam również wielkie zamiłowanie do gry aktorskiej, występowania przed publicznością, odgrywania głównych ról w przedstawieniach – do czasu...

Pewnego razu pani przedszkolanka powiedziała, że zagramy przedstawienie dla rodziców  – „Calineczkę” Andersena. Bardzo chciałam być tytułową Calineczką, gdyż właśnie tę historię czytywała mi babcia na dobranoc, bardzo ją lubiłam i miałam do niej sentyment. Niestety roli nie dostałam. Pani powiedziała, że jestem za duża na główną bohaterkę, ale za to świetnie się nadaję do roli złej, dużej, brzydkiej ropuchy. Co miałam zrobić – rolę odegrałam. Byłam tak zła i zazdrosna, że wszyscy byli zachwyceni moją grą aktorską, bo całe przedstawienie siedziałam skulona w kącie w przebraniu i pozycji ropuchy ze złowrogim wyrazem twarzy, lustrując zawistnym spojrzeniem Calineczkę w przepięknej sukience.

Zdjęcie uwieczniające tamto przedstawienie jest moim ulubionym zdjęciem z dzieciństwa.

#Iuug9

Przez wakacje pracowałam w miejscu, gdzie nigdzie w pobliżu nie było toalety. Kiedy miałam okres, to bałam się, że podpaska nie wytrzyma sześciu godzin bez zmiany, a tampon był zbyt ryzykowny. Co więc zrobiłam? Podkradłam małej siostrze pampersa i przymocowałam go do majtek. Wytrzymał i nigdy nie miałam na sobie wygodniejszej podpaski, serio.

#xWBcu

W gimnazjum w połowie drugiej klasy do mojej klasy dołączył nowy chłopak. O ile na początku pierwszego dnia wyglądało, że ma dobry start, o tyle pod koniec już oberwał od miejscowej patologii i stał się popychadłem. Stopniowo cała klasa zwracała się przeciwko niemu. Wydawało mi się na początku, że po prostu źle zaczął — próbował się skolegować z dziewczyną, która tylko udawała miłą na początku i kiedy w jej rozumieniu przekroczył granicę koleżeństwa (zapytał o nr tel.), nasłała na niego kolegów, a potem już się samo napędzało. Nie odrzuciłam go, kiedy próbował ze mną nawiązać kontakt, ale w miarę jak go bliżej poznawałam, przekonywałam się, że gość jest prześladowany nie bez powodu. Wszystko, co on miał w danym momencie, było lepsze od tego, co mieli inni. Przeprowadził się do nas z miasta B, w mieście B było o wiele lepiej. Tak się złożyło, że do liceum poszłam do miasta B, on do miasta O, nagle miasto O (wcześniej zadupie) jest dużo lepsze. Niby mu zaimponowałam, że się znam na jego zainteresowaniu, ale moja opinia jest śmieszna, jak można lubić tę markę itd. Ilość pogardy w jego sposobie bycia była zatrważająca. Każda koleżanka, która go nie gnoiła, stawała się obiektem westchnień i naprawdę trzeba było się namęczyć, żeby gościowi wytłumaczyć, co znaczy „nie”. Pod koniec szkoły unikałam kontaktu, potem gdzieś tam się przewinął w szkole średniej. Regularnie do mnie pisał za każdym razem, jak znalazł nową dziewczynę, zazwyczaj z hasłem: „A Ty co, ciągle sama? :D”. Został zawodowym kierowcą i kłócił się pod zdjęciami, która marka ciągników jest lepsza, oczywiście najlepsza była ta, którą aktualnie jeździł. Można się było cofnąć trzy zdjęcia wstecz żeby zestawić komentarze typu „Volvo jest super” i „Schowaj się z tym Volvem wieśniaku”. Wszystkie związki po kolei mu się rozpadają, co i rusz wynajduje nowe hobby i dodaje się do grup, gdzie szuka kontaktu z kimkolwiek, bo wiecznie zostaje sam. Dalej nie rozumie, jak to się dzieje, to przecież wina wszystkich dookoła. Już do mnie od dawna nie pisze, statusy kolejno związku i małżeństwa go chyba odstraszyły, bo usunął mnie ze znajomych. 
Anonimowe jest to, że czasem, jak mi się bardzo nudzi albo źle się czuję ze sobą, wyszukuję jego profil i posty na różnych grupach, żeby się pośmiać. Przypomina mi to, jak czasem łatwo ocenić po okładce, ale w drugą stronę — czasem ktoś, kto jest „tępiony” w szkole, ma to na własne życzenie. I jakoś tym ludziom jest niebywale trudno zauważyć, że problem tkwi w nich.

#T7xsr

W pracy miałem pewną koleżankę, która drwiła z mojego nazwiska. Co istotne, koleżanka ma ponad 30 lat i oprócz sporadycznych „oganiaczy” nie wiąże się z nikim na stałe, a i perspektywy raczej nie wróżą w tej kwestii zmiany. 
Pewnego razu, gdy znów rozpoczęły zaczepki, zapytałam ją grzecznie:
–  Kasiu, a czy ty wiesz, co łączy nasze nazwiska?
– No co?
– Ty i ja na zawsze zostaniemy przy swoim...

Kasia nie odzywała się później przez trzy miesiące, ale więcej już nie było drwin :)

#SAeWA

Gdy miałem 4 lata, mój ojciec kupił Xboxa. Ten pierwszy, wytrzymały i toporny model z 2001 roku. Spędziliśmy przy nim setki godzin, grając razem w różne gry, aż do śmierci taty dwa lata później. Nie potrafiłem dotknąć tej konsoli przez następnych 10 lat, ale gdy to w końcu zrobiłem, zauważyłem coś.

Zwykliśmy grywać w RalliSport Challenge – dość niesamowitą jak na czas, w którym powstała. Gdy odpaliłem ją po latach, spotkałem… ducha. Dosłownie. W czasie wyścigu najszybszy przejazd jest bowiem zapisywany, i w ten oto sposób duch taty wciąż jeździ po tym torze.

Więc grałem i grałem, dopóki nie byłem w stanie pokonać ducha, aż pewnego dnia wyprzedziłem go i zatrzymałem się tuż przed metą, aby mieć pewność, że go nie skasuję.

#fczdD

Kiedyś, kiedy jeszcze na świecie funkcjonowały telefony stacjonarne, gdzie nie wyświetlał się numer, ja i mój brat bardzo lubiliśmy się nimi bawić. A mianowicie szukaliśmy w gazecie ciekawych ogłoszeń i dzwoniliśmy do ludzi, chcąc kupić świnie.
Nieważne, jakiej treści było dane ogłoszenie, my zawsze chcieliśmy kupić świnie. Zawsze mieliśmy z tego ubaw, a kiedy ktoś faktycznie chciał nam sprzedać, pytaliśmy o np. kolor albo czy reagują na komendy. A największy ubaw miałam, kiedy brat zmieniał swój dziecięcy głos, by brzmieć bardzo dojrzale i męsko, a wszyscy zwracali się do niego per „pani” :)

#UV30M

Na roku mam niewidomą koleżankę — fajna, sympatyczna dziewczyna, która ma dużo cierpliwości... Właśnie. Cierpliwość. Uwierzcie, że trochę ciężko się przestawić w codziennym życiu na to, że ona nie widzi tego co my, ale staramy się. Czasem jednak wychodzą takie sytuacje:

1. Poszłam z nią do baru, często razem jemy. Powiedziałam jej, że kupię wszystko, a ona niech usiądzie. Pyta mnie gdzie. Odpowiedź? Tam – pokazuję palcem. Yyy... – Przy oknie! Znaczy się... Na lewo!
To w końcu była zrozumiała wskazówka i koleżanka usiadła.
2. Wyszłam z zajęć. Zawsze wtedy idę na przystanek autobusowy, patrzę – ona też czeka na autobus. Już z uśmiechem na twarzy podchodzę do niej i mówię: „Cześć, Ala! Dawno się nie widziałyśmy!”.
3. Czasem mówię do niej: „Patrz!”.
4. Kiedyś zabrałam ją autobusem do stajni, żeby nakarmiła konie, pogłaskała, miała jakieś odbicie od rzeczywistości. Wszystko fajnie wyszło, tylko w drodze powrotnej okazało się, że nie ma żadnego PKS-u. Łapiemy więc stopa. Burza zaczyna grzmieć, pada deszcz, a ja stoję z nią i koleżanką i machamy łapami.
Wyobrażacie sobie, co to jest dla osoby, która nie widzi? STRACH, że zaraz walnie cię piorun, że ktoś porwie cię w tym aucie itp., itd. Na szczęście trafiłyśmy na miłe małżeństwo i Ala się trochę uspokoiła. Ja za to stwierdziłam, że moja nieodpowiedzialność czasem sięga granic. :D

Na szczęście koleżanka jest bardzo wyrozumiała i śmieje się z mojej głupoty i nieogarnięcia. :D

#JXArb

Miałam wiele operacji, ponieważ moje nogi odmówiły posłuszeństwa i nie chodziłam. Straciłam przyjaciół, bo nie chcieli zadawać się z kaleką. To mnie rujnowało, bardzo. 

Gdy miałam pierwszą operację, mama wzięła psa ze schroniska. Młody, ale po przejściach pitbull. Miał problemy z łapkami, ponieważ był katowany przez właściciela i chodził jak pijany, często się potykał i wywracał. Stąd nazwaliśmy go „Alkoholik”. 
Wydawało mi się, że mama wzięła specjalnie psa po przejściach, ponieważ ja też byłam po nieprzyjemnych przejściach i też miałam problemy z nogami. Alkoholik chodził na badania i ja też. Ja wstałam z wózka po paru operacjach, a on zaczął lepiej chodzić. Strasznie się z nim zżyłam i był dla mnie bardzo ważny. Chodziłam o kulach z nim na spacery, pomimo bólu wiedziałam, że muszę, chciałam z nim chodzić na te spacery. Chodził cudownie przy kulach i nigdy mnie nie szarpnął. 

Raz postanowiłam, że pójdziemy dalej i poszliśmy nad rzekę, puściłam swojego przyjaciela, ale on nie chciał biegać, nadal był obok mnie. Po chwili zobaczyłam podpitych facetów z dwoma bokserami. To była chwila gdy psy, chyba przestraszone moich kul, rzuciły się na mnie. Wyszłam z paroma zadrapaniami, ale mój przyjaciel był w ciężkim stanie. Do końca walczył za mnie, żeby mi się nie stała krzywda. Mężczyźni próbowali jakoś rozłączyć dwie bestie od mojego kumpla, ale było za późno. 

Mama przyjechała i zabrała nas oboje. Weterynarz uznał, że trzeba go uśpić. Zgodziłam się, bo nie chciałam, żeby bardziej się męczył, ciągle go przytulałam i całowałam po łebku, strasznie piszczał i to mnie bolało. Gdy weterynarz go uśpił, kolejny raz podziękowałam mojemu psu, że był moim aniołem, pilnował mnie i zawsze był blisko, aż poświęcił swoje życie w mojej obronie. Mój Alkoholik stracił życie za mnie, będę mu do końca życia wdzięczna. 

Każdy swój mały postęp zawdzięczam temu psu. On mi pokazał, że nie człowiek może być najlepszym przyjacielem. Że pies nigdy nie zostawi. Byliśmy razem 3 lata, najpiękniejsze lata mojego schorowanego życia. Nigdy nie zapomnę tego pięknego i dostojnego psa. 

Dostałam nowego psa, nie chciałam go wcześniej, ponieważ nie wiedziałam, czy umiem się na nowo przywiązać do innego zwierzęcia. Młody dostał na imię „Alkoholik Junior”, w rodowodzie wygląda to prześmiesznie. Na dzień dzisiejszy jesteśmy razem ponad rok, minęły dwa lata od śmierci Alkoholika. Jednak od tamtego czasu gdy mój kumpel zginął, wiele się zmieniło. Nie mam kul, jestem silniejsza i zawsze z odstraszaczem przy sobie.

Pies jest cudownym stworzeniem, jeżeli postępujemy z nim dobrze, to zwierzę nam się odpłaci miłością i wiernością. Te słodkie oczka, pyszczek, ta wdzięczność jest najcudowniejszą rzeczą na świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie