Moja matka jest trochę toksyczna i lubi wymuszać na osobach z rodziny i otoczenia zachowywanie się i funkcjonowanie w taki sposób, jakiego akurat ona oczekuje. Jest skrajnie uparta, wykłóca się o najdrobniejsze pierdoły i zawsze szuka problemu.
Pominąwszy regularne kłótnie o drobnostki i zwykłe złośliwości, jest w stanie posunąć się do gróźb, szantażu i czystej podłości wobec losowych osób, rodziny itp. Zawsze, ale to zawsze musi być po jej myśli, wiele rzeczy trzeba ukrywać, by jeść to, co się lubi, spędzać czas po swojemu, kupować co się chce i mieć jakieś swoje poglądy na dowolny temat. Ma jeden bardzo upierdliwy i szczególnie wyróżniający ją nawyk: lubi zabierać rzeczy leżące w domu, psuć je, uszkadzać, często chować pod pozorem sprzątania, umieszczać przedmioty w dziwnych miejscach i udawać, że się nie wie, gdzie są. Zwykle nie są to jakieś szkodliwe kradzieże, po prostu przekładanie przedmiotów nawet czysto symbolicznie, aby „wymusić” stosowanie się do jej zasad. To jej sposób na wpływanie na innych. W dzieciństwie chowała bez śladu zabawki otrzymane od krewnych, które jej nie pasowały, i tłumaczyła, że zabawki zniknęły ot tak. Potrafiła chować przedmioty kupione, wyrzucać opakowania i nawet niszczyć niektóre rzeczy.
Za szczyt bezczelności długo uważałam odpinanie podczas mojej nieobecności peryferiów, np. myszki od PC i chowanie jej do szuflady w regale, ponieważ „za dużo gram”, ale ostatnio matka przebiła nawet to. Zaczęła mi przekładać okulary w najbardziej chamski możliwy sposób: kiedy zasypiam, ona zakrada się i przekłada je z blatu szafki nocnej do szuflady w szafce albo bardziej „wyrafinowanych” miejsc. Od niedawna chowa tak także leki i inne krytyczne rzeczy pod pretekstem porządków. Bo przecież to jasne, że jak odłożyłam okulary korekcyjne na blat szafki nocnej około północy, to one w wirze sprzątania przed porankiem teleportowały się na półkę w innej części pokoju.
Dochodzi już do tego, że ważniejsze rzeczy trzeba „zakopywać”, by móc je kiedykolwiek zobaczyć, a rutyna dnia codziennego zaczyna się od lokalizowania przedmiotów użytku codziennego po omacku i w nerwach.
Byłam ostatnio na zakupach i przypomniały mi się rozmowy z moim eks na temat bielizny. Gdy kupiłam lub zamierzałam kupić, padało pytanie: „Seksowne? Koronkowe?”. Gdy się widzieliśmy, często pytał, jakie majtki mam na sobie. Zaczęło mnie to denerwować, więc powiedziałam, że mam różne rodzaje majtek, np. bawełniane, bokserki, a nie tylko stringi czy koronki. Usłyszałam wtedy, że jeśli się widzimy, to mam zakładać „te lepsze”. Oburzył się okropnie, gdy któregoś wieczoru rozbierał się i usłyszał: „Znowu UOMO? Weź człowieku, im częściej to widzę, tym bardziej mnie odpychasz”.
W życiu przeżyłem wszystkie możliwe katastrofy transportowe. Wypadków samochodowych doświadczyłem 5, w tym trzy razy były to tylko drobne stuknięcia w słup czy zderzak innego auta. Dwa razy przeżyłem katastrofę lotniczą. Raz awionetka, którą leciałem podczas lądowania straciła koła, a za drugim razem samolot pasażerski się rozbił, kilka osób zginęło, ale reszta, w tym ja, przeżyliśmy. Pewnego razu jechałem pociągiem, który się lekko wykoleił. Nie wypadł z torów, ale same tory zostały uszkodzone na kilka godzin.
Na morzu także nie miałem szczęścia. Prom, którym płynąłem walnął w skały i rejs się skończył. Kiedy na rybach ze szwagrem wzięliśmy stary kajak dziadka, ten zatonął pośrodku rzeki. Bardziej byliśmy wściekli niż mokrzy.
Mam serdecznie dość na jedno życie tego wszystkiego. A szwagier z resztą rodziny, w tym głównie z teściową (kochana mamusia - żmija jedna), żartują sobie, że brakuje mi jeszcze do życiorysu wypadnięcia z balonu, uderzenia rejsowcem w górę lodową i podróży łodzią podwodną na samo dno oceanu.
Niedoczekanie. Jeśli popłynę w rejs na Karaiby czy w inne tropiki, to całą rodzinę specjalnie zabiorę ze sobą.
Będąc jeszcze dzieckiem (11 lat) uwielbiałam dokuczać mojej młodszej o rok siostrze.
Pewnego razu tak się na nią zdenerwowałam, że weszłam na drabinkę od naszego piętrowego łóżka, tak aby moje pośladki znajdowały się na wysokości jej twarzy. Siostra myślała, że chcę uciec przed nią na górę, więc ochoczo stanęła za mną. Jak wcześniej już zaplanowałam, postanowiłam puścić jej na twarz soczystego, śmierdzącego bąka...
Cóż, nie wyszło, zesrałam się na oczach siostry, brata i taty w spodnie... Spodnie od przeciążenia obsunęły się i pokazały światu mój jedenastoletni, obsrany tyłek ;')
Moja mama jest gospodynią domową. Nie zajmuje się tylko naszym domem, ale przychodzi także do innych rodzin i sprząta. Nie wynika to z przymusu, po prostu jest perfekcjonistką i czyszczenie sprawia jej ogromną przyjemność.
To także otwarta na nowości osoba. Z racji tego, że w niektóre dni siedzi cały czas w domu, postanowiłem pokazać jej najlepszy zabijacz czasu, jaki ludzkość wynalazła: Internet.
Krok po kroku, przez pocztę internetową i Fejsbuka doszło do... memów. Mama początkowo nie rozumiała sensu ich istnienia, ale z czasem zaczęły ją bawić i później niejednokrotnie widziałem ją oglądającą różnie kompilacje.
W czwartki mama zawsze wychodziła do państwa Iksińskich, pojawiała się tam o 15, a sprzątanie zajmowało jej około półtorej godziny.
I właśnie pewnego czwartku, wiedząc, że jestem sam w domu, postanowiłem rozluźnić się i oddałem się rozkoszom onanizmu przy pomocy masturbatora, który przyszedł do mnie w szarej paczuszce kilka dni przedtem.
Dla podkręcenia nastroju włączyłem sobie jakieś niszowe porno i swobodnie puściłem na maksymalnej głośności na słuchawkach.
Zabawiałem się tak przez dłuższą chwilę i kiedy już kończyłem... Oczywiście. Otwarły się drzwi od pokoju. Moja rodzicielka ujrzała mnie w trakcie przy akompaniamencie jęków dwóch Azjatek... I stała w progu, nie wiedząc, jak zareagować.
Okazało się później, że pani Iksińska wysprzątała poprzedniego dnia mieszkanie, gdyż miała gości, więc mama miała połowę mniej do roboty.
Po kilkunastu sekundach milczenia z kamienną twarzą powiedziała: "Co się zobaczyło, już się nie odzobaczy" i wyszła.
To była chyba najbardziej upokarzająca chwila w moim życiu, ale przynajmniej nie mogę mamie odmówić poczucia humoru...
Wieczorem wysłała mi na Messengerze "oczu kąpiel".
Cóż...
Mój tata jest z natury cholerykiem. Dosyć łatwo wyprowadzić go z równowagi, podczas napadów gniewu potrafi niszczyć różne przedmioty, co jest kluczowe w dalszej części opowiadania. Jednak jest też tym typem osoby, która na koniec kłótni duma nad swoimi czynami, po czym stara się wszystko naprawić, m.in przepraszając i odkupując zniszczone przedmioty.
Fakt ten wykorzystała moja siostra, która chciała, by rodzice kupili jej nowy telefon. Jako że nie mogła się tego doprosić, postanowiła podsunąć podczas jednej z kłótni swój stary telefon pod rękę taty. Ojciec niewiele myśląc w napadzie złości rzucił telefonem o ziemię.
W rezultacie siostra krótko po tym zdarzeniu dostała nowy telefon :D
Bardzo cieszy mnie to, że nie urodziłam się kilka/ kilkanaście lat później, w czasach powszechności diagnozowania zespołu Aspergera. Dlaczego? Bo nauczyciele podejrzewaliby mnie o to, niesłusznie. Zastanawiałam się kiedyś, czy może nie mam ZA, ale wiem, że nie. Do diagnozowania trzeba mieć ileś cech z trzech rubryk - tak uczono mnie na szkoleniu z pracy. Ja mam bardzo niewiele, głównie problemy z zaprzyjaźnianiem się. Gdy relacje z innymi polegały na zabawie, było bardzo dobrze, ale gdy przyszło do rozmawiania w starszym wieku, już gorzej.
Uczyłam się najlepiej w klasie, a raczej najwięcej zapamiętywałam na lekcji, bo nie musiałam siedzieć w domu z książką i powtarzać. Wygrywałam konkursy plastyczne, recytatorskie i inne. Interesowałam się nauką po szkole, ale było to w postaci czytania tego, co mnie interesuje i oglądaniu programów, zwłaszcza o historii i archeologii. Wiele nauczył mnie dziadek, nawet nazw planet, nazw roślin po łacinie i łacińskich zwrotów. Wychowałam się z dorosłymi. Potem nie przeklinałam, nie paliłam, nie słuchałam i nie oglądałam tego, co inni, bo mnie to nie interesowało. Miałam swój styl ubierania. Na tej stronie często pisze się o osobach, które piszą o swoim wyróżnianiu się, że są płatkami śniegu. Liczę się z tym, że pod moim wyznaniem napiszecie to samo. A ja po prostu miałam swoje zainteresowania.
Rozumiem przenośnię i żarty, uwielbiam powiedzenia, bawiłam się tematycznie - miałam tysiące pomysłów, ale w tych czasach byłabym podejrzewana o ZA. Byłam po prostu spokojna, poważna i sztywna. Niektórzy śmiali się przez to, że byłam słaba z w - fu i nie szukałam chłopaka, będąc w klasach 4 - 6 - wiedziałam, że takie związki się rozpadną.
Ludzie się mnie czepiali i dokuczali. Bo to nie wolno nosić grubych rajstop, tylko cienkie. Spódnica ma być normalna, a nie bombka. Trzeba nosić bluzki z dekoltem. Nie można nosić sztruksowej czapki z daszkiem z modnego sklepu (mama ładnie mnie ubierała, ale nigdy z tego powodu nie wywyższałam), bo to beret. Buty nie mogą być różowe. Konflikty same mnie przyciągały. Umiałam się odgryzać.
Nie mam znajomych z dzieciństwa. Mieszkałam na odludziu, a jedyny kolega z dzieciństwa (syn koleżanki mamy), mieszka od lat za granicą. Widzimy się raz na kilka lat. Gdy byłam w liceum, było trochę lepiej, ale nadal czułam się samotna. Zawsze marzyłam o przyjaciołach. Na studiach miałam już znajomych, np. do wyjść na urodziny, z niektórymi przyjaźniłam się przez jakiś czas, ale ostatecznie zostało mi kilka koleżanek i kolegów. Oprócz rodziny, przyjaźnię się blisko z 3 osobami, ale i tak w każdym środowisku mam problem, żeby się dopasować i w nie wniknąć, nawet gdy jestem koleżeńska i zagaduję ludzi. Potrafię zachowywać się ekstrawertycznie. Analizowałam moje zachowanie wiele razy i nic. Po prostu jestem dziwna i kiedyś często to słyszałam.
Kiedyś jakiś chłopak zagadał do mnie na ulicy. Miło się rozmawiało, a gość wydawał się dość uroczy, więc dałam mu numer i wkrótce umówiliśmy się na randkę. Spotkanie szybko przerodziło się w przytulanie i namiętne buziaki. W pewnej chwili mój amant spojrzał mi głęboko w oczy i zapytał: „Wtedy, gdy zaczepiłem cie na ulicy… Czemu postanowiłaś dać mi swój numer?”. Uśmiechnęłam się szczerze i odparłam: „Miałeś taki miły uśmiech”... Po chwili postanowiłam odbić piłeczkę i zadałam to samo pytanie jemu. „Miałaś takie duże cycki...” - usłyszałam w odpowiedzi.
No cóż... Ten chłopak za parę dni będzie moim mężem, więc w sumie to cieszę się, że mój niemały biust zwrócił jego uwagę i mogliśmy lepiej się poznać.
Parę tygodni temu ojciec wrócił do domu uchachany jak nigdy. Okazało się, że jego pacjentka urodziła się jako mężczyzna, przeszła jednak procedurę zmiany płci tak dobrze, że nie było nic po niej widać aż do czasu tomografii jamy brzusznej. Biednemu, skonfundowanemu radiologowi ukazały się nie macica, jajniki i inne kobiece cuda, a prostata. Pacjentka skonfrontowana z tym wynikiem przyznała się do tego, dostała lekki ochrzan, że nic nie powiedziała (w wywiadzie są zadawane pytania m.in. o bycie pod opieką poradni psychiatrycznej obecnie lub w przeszłości i o przebyte operacje - oba zanegowała), ale właściwie nic się nie zmieniło.
Parę dni temu była przyjęta na oddział na kolejny cykl chemii. I zaczęły się problemy. Dwa dni przed planowanym przyjęciem pacjent ma mieć zrobiony wymaz w kierunku Covida (onkologia bardzo nie lubi jakichkolwiek zakażeń, nawet "głupia" grypa może się źle skończyć dla pacjentów). Miała do wyboru przyjechać na oddział albo do szpitala jednoimiennego - oba w jednym mieście, w którym mieszka, więc do wyboru. Nie, bo ona nie będzie jeździć i się narażać - a ma samochód. Po wytłumaczeniu, dlaczego jest to ważne i zagrożeniu nieprzyjęciem (mają takie prawo), łaskawie się zgodziła. Po uzyskaniu wyniku ujemnego zjawiła się razem z jakiś gościem, który patrzył z podejrzliwą miną i co chwilę coś zapisywał. No, może mąż/partner? Nie, on jest z jakiejś organizacji broniących przed dyskryminacją. To słowo stało się jej ulubionym, używała go, kiedy tylko się dało. Musiała chwilę poczekać na pobranie krwi? Dyskryminacja. Nie może wychodzić na korytarz (ograniczenie ewentualnego zakażenia między pacjentami, łazienki mają w pokojach)? Dyskryminacja. Pielęgniarka zapytała jej się, czy nie chce przyjąć sakramentu namaszczenia chorych (standardowe pytanie przy przyjęciu, ksiądz jest zabezpieczony jak reszta personelu)? Dyskryminacja, bo przecież wiadomo, że nie wierzy w te brednie.
Ojciec miewał już trudnych pacjentów, wiadomo, nowotwór to straszna choroba i ludzie różnie reagują. Kilku skończyło na oddziale psychiatrycznym. Ale takiego podejścia nie spotkał nigdy.
Wszyscy wiemy, że publiczne toalety to z natury miejsca niebezpieczne i nieprzyjazne użytkownikom. I o tyle, o ile wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do takich atrakcji jak porozrzucany papier toaletowy, tajemnicze dziury w drzwiach, mocz dookoła ubikacji i tym podobne ślady bytności ludzi pierwotnych, to jednak owemu przybytkowi udało się mnie zaskoczyć.
Toaleta była płatna, a cały mechanizm polegał mniej więcej na tym, że wrzucało się dwa złote, by móc się tam zamknąć na najbliższe 15 minut. Po upływie tego czasu, drzwi automatycznie odblokowywały się, a nad nimi ponownie wyświetlał się napis "wolne".
Zachęcona takim oto widokiem, wrzuciłam swoją dwójkę i otworzyłam drzwi.
Widok, jaki ukazał się moim oczom w następnej kolejności, był o wiele mniej zachęcający. Pewien starszy mężczyzna, stojący nad ubikacją, spokojnie oddawał się urokom masturbacji. Na mój widok odwrócił się i bez skrępowania oświadczył:
- Dobrze, że pani wrzuciła, bo w tym wieku to trochę ciężko dojść w piętnaście minut.
Stałam w drzwiach; mój mózg się nieco zawiesił. A ów starszy pan, wyglądem przypominający milutkiego dziadziusia, który daje dzieciom cukierki, dodał (nadal trzymając swój sprzęt w rękach):
- Ale niech pani zamknie te drzwi. Z jednej albo z drugiej strony. Ja tu zaraz zwolnię!
Wybrałam jasną stronę toalety i wyszłam. Moje dwa złote pozostawiłam w prezencie.
Dodaj anonimowe wyznanie