#cZgMP

Na wstępie powiem, że jestem roztrzepana. I to ekstremalnie. Wszyscy moi znajomi z tego najbardziej mnie znają i jest to taka moja "cecha firmowa", że tak to ujmę. Poziom mojego roztrzepania, mimo tego, że mam już 20+ lat nie zmienił się od kiedy byłam dzieckiem i utrzymuje się na dość wysokim poziomie po dzień dzisiejszy. Chociaż kiedyś było nawet nieco gorzej.

Byłam wtedy w piątej klasie podstawówki. 1 kwietnia obudziłam się trochę wcześniej niż zazwyczaj. Od razu zorientowałam się co to za dzień i nasłuchiwałam czy rodzice jeszcze śpią. Trochę podekscytowana na szybko opracowałam sobie w głowie pewien plan i chciałam go zrealizować zanim się obudzą. Wyskoczyłam z łóżka i wyszłam z pokoju. Poleciałam najciszej jak mogłam do kuchni i napełniłam największy kubek jaki znalazłam wodą z kranu. Na paluszkach podeszłam do drzwi do pokoju rodziców. Cały czas spali. Gdy przybliżyłam się do ich łóżka, zbudzili się nagle, a ja szybko wylałam na nich cały kubek wody, krzycząc "Prima aprilis!!! ".

Ucieszyłam się, że mi wyszło, ale mina moich rodziców bezcenna. Orzeźwieni i cali mokrzy patrzyli na mnie wielkimi oczami. Oczywiście potem zdałam sobie sprawę, że święta mi się pomyliły. Jednak Prima aprilis to nie jest to samo Śmigus dyngus, co mi uświadomili od razu, gdy doszli do siebie.

Mój ojciec podsumował ostatecznie, że w zasadzie to całkiem udał mi się ten Prima aprilis, bo przez chwilę myślał, że już są święta...

#JavUL

To było dawno.. Miałam wtedy ok. 3 lat. Mieliśmy jechać w odwiedziny do babci. Moja mama w tym celu uszykowała mi piękną, kolorową sukienkę. Gdy właśnie miała zaczynać mnie ubierać okazało się, że ktoś do nas przyjechał. Mama zerwała się i pobiegła sprawdzić, to był jakiś kurier czy ktoś taki. Ja rozebrana czekałam, aż mama wróci i w końcu zacznie mnie stroić. 

Trochę to trwało, więc zaczęłam się denerwować. Postanowiłam, że pójdę do nich i zawołam mamę, lecz zorientowałam się, że jestem naga, a tak przecież nie wyjdę. Ubrałam jakoś buciki, pomyślałam że z kiecką też pójdzie w miarę łatwo. Myliłam się. Po wielu nieudanych próbach stwierdziłam, że przyłożę sukienkę do ciała, ale tak, by wyglądało jakbym miała ją na sobie. Wychylę się, zawołam mamę i ucieknę szybko do domu. Jak pomyślałam tak zrobiłam. 

Wyszłam z "ubraną" sukienką na dwór i krzyknęłam: "Mamooooo! Nooo chooooodź!". Mama zobaczywszy, że mam na sobie sukienkę zaczęła mnie chwalić, że ubrałam się sama, że pięknie wyglądam, bla, bla, bla... Poprosiła, abym poszła do domu i grzecznie na nią poczekała. Ja bez namysłu odwróciłam się i wtedy usłyszałam, jak się śmieją. Wszyscy zobaczyli moją kreację "od d*py strony".

#H9hlK

Może część z was pamięta jak w 2002 roku w USA ktoś strzelał do ludzi. Niektórzy uważali, że to jakiś "samotny wilk" wysłany przez bin Ladena. Potem okazało się, że to dwójka zwariowanych murzynów. No ale określenie "samotny wilk" bardzo mi się spodobało. Też chciałem taki być. Znaczy się, nie strzelać do ludzi, ale robić coś i nie ponosić za to konsekwencji. 

Uczęszczałem wtedy do podstawówki. Uczyłem się super i ogólnie nie sprawiałem rodzicom i nauczycielom żadnych kłopotów. Postanowiłem więc zacząć stwarzać takie problemy. Na porządku dziennym były szpilki powtykane w zamki i krzesła, klamki wysmarowane klejem czy papier toaletowy utopiony w kibelku. Wiem, że to głupie i szczeniackie, ale niezmiernie mnie to wtedy bawiło. A jeszcze bardziej gdy kumple zastanawiali się, kto podłożył szpilkę facetowi od matmy. Dobrze że nie mieliśmy jakiegoś psychologa w szkole, bo rozpracowałby mnie jak dr Strange Batmana i wylądował bym w pokoju bez klamek.

Minęło paręnaście lat. Z psychicznie niezrównoważonego smarkacza stałem się poważnym studentem. Otrzymałem zaproszenie na pięćdziesiątą rocznicę otwarcia szkoły. Możliwość zobaczenia się z dawno nie widzianymi kumplami i nauczycielami wydawała mi się ogromną frajdą. I rzeczywiście, było ekstra. Pokusa zaszkodzenia po raz ostatni okazała się jednak silna. Udało mi się na chwilę wymknąć i wetknąć szpilkę w zamek drzwi prowadzących na salę gimnastyczną, na której miała się odbyć cała feta z udziałem lokalnych watażków z gminy, a nawet samego biskupa. Nie przewidziałem tylko jednego: przez te kilkanaście lat od ukończenia przeze mnie podstawówki, zainstalowano w niej monitoring.

Wstyd jak c!@#.

#s75YX

To było 2 lata temu. Miałam wtedy 16 lat i na wakacje pojechałam z rodziną na wieś. Okolica względnie przyjemna - dom postawiony na dużym, otwartym podwórzu. Wokół pola, sady, rzeki i lasy, w których widywano węże i dzikie zwierzęta. Z tego powodu wycieczek do lasów unikałam. Jednak pewnej nocy to leśna fauna przyszła do mnie. 

Zbudziło mnie charakterystyczne chrumkanie. Otwieram oczy - cisza. Myślę, że mi się przesłyszało, więc poprawiam poduszkę i usiłuję zasnąć. Ale po chwili dźwięk chrumkającego węszenia znów się rozlega. Przeszły mnie dreszcze. Wnikliwa analiza po wielu seansach Animal Planet wskazała na obecność dzika. Po omacku docieram do okna, ale nic nie widzę. Wszędzie ciemno - zero świateł o tej porze, jak to na wsiach bywa. Odgłosy znów na chwilę ucichły. Myślę, że dzik może sobie poszedł, ale nie. Odezwał się ponownie. "Co robić... co robić?" - zastanawiam się. Może wyjdę i go spłoszę? Za ciemno, za strasznie. Lepiej położę się spać. Ale jeśli wczesnym rankiem jakiś domownik wyjdzie z domu i u drzwi zaskoczy go niebezpieczna, dzika świnia? Ta myśl mnie przekonała. Ostrzegę innych! 

Pewnym krokiem ruszam do przyległego pokoju, w którym śpi wujostwo. Już mam naciskać klamkę, gdy usłyszałam głośniejsze niż wcześniej chrumkanie. Wtedy dotarło do mnie coś ważnego: "dzik" znajdował się w tamtym pokoju i był nim chrapiący wujek.

#vEFPO

Nie wiem, czy znacie taka modę, że ludzie sobie stawiali różne pierdoły na ogródkach i myśleli, że teraz ze zwykłego ogrodu, wyczarowali polskie pola elizejskie (?).  

Moja św. pamięci babcia kiedyś na ogródku malowała "szprejem" krasnoludy, żeby było zajebiście (prywatny odstraszacz, żeby cyganie nie kradli...). Cóż za kolory tańcowały na tych krasnych ludach: niebieski, zielony i czerwony! Po skończoniu swojego arcydzieła, babcia schowała puszki z farbą do garażu i poszła na przysłowiową "cigarett pauza". 

W garażu stał srebrny samochód mojej mamy i wspomniane wcześniej puszki z resztkami farby. Taki rojber (łobuz) jak ja znalazł sobie świetną zabawę. Postanowiłam mojej kochanej mamie przemalować starego grata na dzieło sztuki! Awangarda wśród lakierników i motoryzacji. Srebrne Audi w końcu nabrało "rumieńców". 

Jakby tego było mało, miałam na sobie odświętny, wyjściowy komplet jeansowy, więc i jego przemalowałam. Oraz buzię, ręce i głowę. Powiem wam szczerze, byłam zadowolona z efektu, lecz mina rodziny? Niestety zostałam ukarana, a przecież chciałam dobrze. :D

#IlUtZ

Siedzę sobie ostatnio z moim psem w poczekalni w gabinecie weterynaryjnym. Ja się nudzę, pies się nudzi, w gabinecie jakiś dzieciak z chomikiem czy czymś takim więc cierpliwie czekamy. Wtem do przychodni wpada starsza pani, na oko coś pod 60 lat, sama bez zwierzaka i pyta się czy mogłaby wejść przede mną, bo ona chciała tylko coś się zapytać. Mówię, że nie ma problemu, nam się nie spieszy, my tylko na coroczny przegląd więc nie będzie problemu. 

Po pewnym czasie wychodzi z gabinetu dzieciak ze swoim pupilkiem, a z nim pani weterynarz. Babka do niej podchodzi i pyta się, czy może kupić tabletki na odrobaczenie dla swojego Maciusia. Pani weterynarz założywszy, że chodzi o kota pyta się, ile Maciuś ma lat i ile waży. Babeczka mówi, że ma 8 lat i waży jakieś 30 kg. Kopara mi opadła, wytrzeszczamy z panią weterynarz gały. Myślę, że albo kobieta trzyma w domu tygrysa, albo coś jej się potarabaniło na strychu od tych upałów... 

Ale pani weterynarz zaczyna dochodzić... Okazało się, że Maciuś to wnuczek, a po tabletki na odrobaczenie zgłosiła się, bo jej sąsiadka powiedziała, że dzieci jak zwierzęta trzeba raz na jakiś czas odrobaczać :D

#9LMkx

To było w gimnazjum. Zaczął się czas, w którym dojrzewałem i w moim przypadku wiązało się to z bardzo widocznym trądzikiem na twarzy, ramionach, plecach i klatce piersiowej. Wizyty u dermatologów, a było ich kilkanaście w ciągu prawie dwóch lat, nie przynosiły żadnych skutków. Kolejne maści, żele do smarowania, toniki do przemywania, czy w końcu różnego rodzaju antybiotyki w tabletkach nie pomagały prawie w ogóle. Trądzik się nie zmniejszał, byłem załamany. 

Osoby, które znały mnie wtedy sprzed trądziku, co prawda całkiem się ode mnie nie odwróciły, ale najgorsze było dla mnie to, że nie byłem w stanie poznać nowych ludzi. Chłopaki jak to chłopaki, dało się wyjść na boisko i pograć z innymi z osiedla w piłkę bez względu na to jak wyglądam, ale dziewczyny? Wszystkie omijały mnie raczej szerokim łukiem. A nie raz idąc korytarzem w gimnazjum słyszałem za plecami "patrz jakie on ma krosty na karku, blee!".

Ratunkiem dla mnie okazał się w tym czasie internet. Uciekłem do internetowego świata, w którym będąc anonimowym, nie ujawniając tego jak wyglądam, mogłem poznawać nowych ludzi. Miało to dla mnie zbawienny wpływ, rozmowy przez popularny w tamtym czasie polski komunikator internetowy sprawiły, że nabrałem pewności siebie. Uświadomiłem sobie, że z moim wnętrzem jest wszystko dobrze, a tylko wygląd zewnętrzny jest do poprawy. Umiałem rozmawiać z ludźmi i utrzymywać z nimi kontakt przez kilka tygodni.

Po kolejnym roku walki z trądzikiem w końcu zostałem skierowany do specjalistycznej kliniki dermatologicznej, gdzie byłem leczony najsilniejszymi lekami na trądzik jakie tylko są, jeśli to nie pomoże, to nie ma już ratunku. Zarówno ja jak i moi rodzice, musieliśmy podpisać specjalne zgody na leczenie, gdyż mogły występować różne skutki uboczne przyjmowania silnych antybiotyków np. osłabienie wątroby, nerek, osłabienie odporności, problemy z krwią... Jednak zdecydowaliśmy się podjąć ryzyko. 

W tym czasie zdążyłem już pójść do liceum. Nie wyglądałem nadal najlepiej, a byłem całkiem sam. Początki były trudne, z kolegami stosunki dobre, dziewczyny niespecjalnie chciały mnie poznawać... A internet? W internecie całkiem przypadkiem poznałem wspaniałą osobę. Osobę, z którą znakomicie się dogadywałem. To była dziewczyna z którą potrafiłem rozmawiać każdego wieczoru, zawsze znajdowaliśmy wspólny temat. 

Kuracja moimi lekami kończyła się, poprawa była wręcz ogromna. Z twarzy poznikało wszystko, mam tylko ślady na ramionach i plecach. Ta dziewczyna, którą poznałem po kilku miesiącach wyznała mi, że chciałaby mieć takiego faceta jak ja, w którym potrafi znaleźć przyjaciela i osobę z którą może swobodnie rozmawiać o wszystkim. Dzieliło nas 300km. Postanowiliśmy spróbować. Zaczęliśmy się spotykać. Warto było jechać 7 godzin pociągiem by się z nią zobaczyć. Spotykaliśmy się co 3-4 tygodnie, przyjeżdżaliśmy do siebie na weekendy. Jesteśmy ze sobą razem już kilka lat, planujemy się pobrać.

To co zaczęło się tragicznie - moim trądzikiem, ucieczką do internetu i mogło się skończyć odseparowaniem od społeczeństwa, skończyło się poznaniem mojej drugiej połówki. Nie mam już trądziku, nikt nie wytyka mnie palcem. Życie jest piękne, trzeba tylko przetrwać te trudne chwile, dni, tygodnie czasem lata i czekać na poprawę :)

#vzrS1

Kilka lat temu wracałam PKS-em z jakiejś imprezy. Było ciemno, a ja lekko zamroczona :-) Powstrzymując sen spoglądałam w szybę, żeby czasem nie przejechać przystanku, na którym miałam wysiąść. Pomimo wielu starań zasnęłam. 

Nie, nie obudziłam się 5 wiosek dalej, o nie! Ledwo otworzyłam oczy, spoglądam w szybę, wytężam wzrok i co widzę? Zaraz będzie mój przystanek. Zebrałam się w ekspresowym tempie i zamaszyście ruszyłam do przednich drzwi. Autobus się zatrzymuje, zapala się światełko przy drzwiach, patrzę, a tu jakieś inne domy. Myślę sobie: "Ocho...znów będzie gadanie rodziców, że po mnie muszą jeździć po kniejach, bo zaspałam". Nagle zaczynam te domy kojarzyć. Uzmysłowiłam sobie, że to wcześniejszy przystanek, tzw. "na żądanie". Nie załapałam wcześniej, bo po pierwsze rzadko jeżdzę tą trasą (ale tylko ten PKS tak późno wracał więc miałam wyboru), a po drugie, rzadko na nim ktoś wysiada. 

Kierowca czeka aż wysiądę, a ja zaciesz na twarzy i stoję na tym schodku. Kierowca w końcu wyrwał mnie z letargu "Wysiada pani czy nie?!". A ja: "Eee... nie, nie. Na następnym przystanku". Wymienił złośliwe spojrzenie z panem siedzącym na pierwszym siedzeniu, coś tam zamruczał i zamknął drzwi. 

Poczułam, że dobrze byłoby się usprawiedliwić, ale jedyne, co przyszło mi do głowy to "Przepraszam, przysnęłam, a koleżanki obudziły mnie mówiąc wstawaj, to twój przystanek, wysiadaj szybko, ale widocznie się pomyliły". Kierowca spojrzał w lusterko, a mój wzrok powędrował za panem z pierwszego siedzenia, obracającym się właśnie w stronę... zupełnie pustego autobusu... To ich spojrzenie pamiętam do dziś.

#GjqGh

Jak miałam 13 lat spędzałam wakacje u babci. Babcia była pasjonatką robienia na szydełku. Często siadywała na krześle przy oknie i zajmowała się robótką. Zdarzało się że ją tam też zostawiała.Tak się stało i tamtego feralnego dnia. Gdy popołudniu wróciłam do domu, zmęczona zabawą, ciężko usiadłam na krześle. Babcia próbowała mnie powstrzymać, krzyknęła, żebym uważała ale było już za późno.

Wstałam z krzesła i położyłam się na kanapie. Babcia podeszła do krzesła i zaczęła szukać szydełka. A tu nie ma... szydełko jakby wyparowało. Coś mnie zaczęło uwierać, gdy leżałam na plecach, więc przewróciłam się na brzuch i sięgnęłam ręką ku pośladkom. A tu szok - poczułam że coś wystaje mi z pośladka. Okazało się że to szydełko, pod wpływem siły z jaką na nie opadłam, wbiło się na 12 cm w pośladek! Moje przerażenie sięgnęło zenitu.

Babcia zaalarmowała ciocię i wujka, którzy mieszkali w drugiej połowie domu i zadzwonili po pogotowie. Pół godziny później byłam wieziona karetką, z dupą do góry przykrytą tylko ręcznikiem. Miny ratowników były bezcenne. 

Jakby tego mało to jak wieziono mnie na łóżku przez wejście do szpitala to jakiś chłopak przy drzwiach widząc mnie zapytał ratownika o mój numer telefonu. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię...

Późniejsze półgodzinne wyciąganie szydełka, miliony zastrzyków przeciwtężcowych i znieczulających i moje darcie papy na całą izbę przyjęć zostanie na zawsze w mojej pamięci. Lekarz do tej pory mnie kojarzy jak się wspomni o szydełku, to jedyny taki przypadek. A samo szydełko dostałam na pamiątkę :D
Dodaj anonimowe wyznanie