Chciałam na szybko usmażyć kotlety schabowe. Patrzę do lodówki - nie ma jajek na panierkę. Do sklepu za daleko, w dodatku jestem chora, a na myśl o tradycyjnych schabach już ślinka mi ciekła. Nagle wpadłam na genialny pomysł. Przecież weganie nie jedzą jajek, to jak robią panierkę?! Wpisuje w google: "kotlety schabowe dla wegan", niestety nie znalazłam tego czego szukałam, więc spróbowałam innego hasła: "panierka bez jajek". Bingo!
Właśnie zajadam swojego kotlecika i dopiero do mnie doszedł absurd pierwszego wyszukiwania. Mam nadzieję, że moje myślenie zostało przyćmienione przez lekką gorączkę, a nie że jestem jeszcze bardziej beznadziejną wersją Lloyd'a i Harry'ego z filmu "Głupi i głupszy".
Któregoś lata mój ojciec razem z mamą wybrali się do rodziny do Niemiec. Jako że pogoda dopisywała postanowili spędzić czas na świeżym powietrzu, więc wzięli rowery i pojechali do parku. Trzeba wspomnieć, że mój tata niezbyt dobrze mówi po niemiecku, ale zawsze próbuje pokazać jak dobrze mu idzie (nawet jeśli ma to być coś w stylu "Kali jeść, Kali pić"). Było tam dużo ludzi spacerujących ze swoimi psiakami. I tak mój ojciec jadąc sobie spokojnie napotkał na pewną przeszkodę. Otóż przypadkowo wjechał w psa, a dokładnie mówiąc zajechał go od tyłu wjeżdżając mu w tyłek. Chciał przeprosić właścicielkę za zaistniałą sytuację i zabłysnąć swoim niemieckim, ale zamiast powiedzieć "Entschuldigung" (przepraszam), wymsknęło mu się "Überraschung"... co oznacza "niespodzianka". Tak oto zrobił psu niespodziankę wjeżdżając mu kołem pod ogon.
Sytuacja ta miała miejsce prawie 10 lat temu w czasach gimnazjum. Na wszystkich przedmiotach siedziałem w ławce z moim przyjacielem z podwórka. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że geniuszem to on nie był. Każdego roku był zagrożony z wielu przedmiotów, tradycyjnie z matematyki, fizyki czy chemii. Nie, nie był to umysł humanisty... z polskiego też był zagrożony. Natomiast ze mną było wręcz przeciwnie, nigdy nie miałem najlepszych ocen w klasie, jednak dosyć regularnie zdobywałem świadectwo z czerwonym paskiem. Byliśmy prawdziwymi skrajnościami, on średnia w porywach do 2,5 ja 4,8. On z zachowaniem często nagannym, dlatego do ulubieńców rówieśników czy nauczycieli nie należał. Z kolei ja zawsze wzorowe. Jednak to nam nie przeszkadzał w byciu prawdziwymi przyjaciółmi.
Koniec roku się zbliżał, a przyjaciel w dalszym ciągu był zagrożony z matmy. Przychodzi decydujący sprawdzian z geometrii, który musiał zaliczyć co najmniej na 3 żeby zdać do następnej klasy. W tym czułem się wyjątkowo mocny, więc miałem pewien plan.
Dostaliśmy kartkę z zadaniami, z podziałem na 2 grupy. Swój test rozwiązałem w 10 min, zabrałem koledze jego test, a dałem mu swój, żeby nie było że siedzi bez żadnej kartki. Jego test również rozwiązałem bez problemu i pozostało tylko czekać na wyniki do następnego tygodnia.
Co się okazało? Nauczycielka oznajmia, że klasie poszło bardzo dobrze i że są nawet dwie 6. W tym momencie już wiedziałem do kogo należą. Moje nazwisko nikogo w klasie nie zdziwiło. Ale że mój przyjaciel również otrzymał 6 było już sensacją. Klasa o naszej akcji nie wiedziała, wszyscy mieli ubaw po pachy, że dziwnym zbiegiem okoliczności tylko dwie 6 z całej klasy znalazły się właśnie w naszej ławce. Na szczęście nauczycielka była bardzo w porządku, pewnie domyślała się kto pisał oba spr, jednak tylko powiedziała, że nikogo na ściąganiu nie złapała i nie będzie robiła afery. Dzięki temu przeszedł do następnej klasy. :)
PS. W szkole średniej nasze drogi się rozeszły, a mój przyjaciel w II klasie musiał kiblować.
Moja córka w wieku trzech lat przybiega do mnie i mówi:
- Mamo, chcę zrobić wymiot!
Jako że od kilku dni cierpi na biegunkę, biegnę po nocnik, aby wymiot zrobiła do niego zamiast na dywan.
- Boli cię brzuch? Będziesz wymiotować? - pytam.
- Nie, chcę tylko zrobić wymiot.
- Masz tu nocnik.
- Nie, ja chcę tylko wymiot z tobą zrobić! Nie wiesz? Taki z koca! - tłumaczy z przejęciem córka.
Chodziło jej o namiot.
Miałam kiedyś przyjaciółkę idealną. Wszystko układało się między nami świetnie, dopóki nie pokłóciłyśmy się o jakąś głupotę. Nie odzywałyśmy się do siebie trochę czasu i było mi z tym źle.
Po jakichś 3 tygodniach w końcu się zaczęłyśmy rozmawiać. Do czasu. Powiedziała mi, że zaczęła ze mną rozmawiać tylko dlatego, że brakowało jej jednego lajka do dwustu przy zdjęciu na facebook'u.
No cóż. Ja nie mam przyjaciółki, ona nie ma lajka.
Działo się to w Sylwestra. Nie piłam alkoholu (bo nie jestem pełnoletnia), nie byłam na imprezie, nie oglądałam Sylwestra z (tu wstaw swój ulubiony kanał telewizyjny). Zwyczajnie nie świętowałam Nowego Roku, poszłam spać jak zwykle - o północy.
Obudziłam się bez życia. O 16. Czułam się jak na kacu. Boli głowa, boli wszystko. Jakim cudem.
Byłam dzieckiem niezwykle wrażliwym na krzyki i na kary cielesne, a jednocześnie grzecznym i rzadko robiłam coś umyślnie. Ale ojciec wychowywał nas twardą ręką, uważał, że tylko tak się czegokolwiek nauczymy. Dostawaliśmy więc pasem, kablem, w tyłek, w twarz, w głowę... Mój brat mógł dostać lanie, ale po chwili już mieć dobry humor, ale dla mnie to był dosłownie koszmar! Bałam się panicznie, że znów dostanę, nigdy nie wiedziałam za co, bo ojciec rzadko kiedy to uzasadniał. Także dzieciństwo spędziłam w strachu przed przemocą i słowną i cielesną.
Pewnych wakacji rodzice wysłali mnie do wujostwa, miałam może z 7 lat. Pojechałam z nimi nad morze, bawiłam się świetnie! Rzadko kiedy czułam się tak swobodnie i bezpiecznie. Stoję sobie z wujostwem na takim tarasie, patrzę w piękne morze, słucham szumu fal i myślę sobie, że mogłabym cały czas tak siedzieć i patrzeć... Ale coś mi nagle nie pasuje... Wstaję, a wujostwa nie ma! Muszę wspomnieć, że miałam wtedy niezdiagnozowaną krótkowzroczność - nie wiedziałam, że źle widzę.
Oczywiście moja paniczna natura się odezwała i biegnę szukając ich na chodnik, muszę podjąć szybką decyzję: biec w lewo, czy w prawo? Gdzie oni mogą być? Zdecydowałam, że w lewo, biegnę więc. Mijam mnóstwo ludzi, coraz bardziej płaczę, coraz bardziej panikuję, bo ich nigdzie nie ma. W końcu staję i totalnie się załamuję. Odwracam się, a za mną biegnie wkurzony na maksa wujek i daje mi dramatyczne lańsko na oczach wszystkich mówiąc, że jestem okropna, że UCIEKAM przed nimi i w ogóle. Ja oczywiście totalna rozwałka, nie byłam w stanie powiedzieć nawet słowa. Moja idylla się skończyła i znowu zaczęłam się moczyć i budzić w nocy z krzykiem.
Przez resztę wakacji bałam się co będzie ze mną jak ojciec się dowie. Kiedy mnie przywieźli oczywiście wszystko powiedzieli i dostałam drugie największe manto w swoim życiu.
Wiele razy dostawałam lanie za coś, co nie było moją winą, ale tamta sytuacja była źródłem mojej traumy przez lata. Na szczęście teraz nie mam kontaktu z ojcem i późną część dzieciństwa spędziłam z dala od przemocy. Ale nadal mnie wzdryga, kiedy widzę jak ktoś daje nawet klapsa dziecku. Domyślam się, że mam skrzywiony obraz przez ojca, lecz mimo to popieram minimalizowanie takich metod na ile to możliwe.
Historia miała miejsce na lekcji WOS-u. Mój średnio inteligentny kolega rozkładał właśnie telefon na części bez konkretnego celu.
Nauczyciel spytał się go:
- Co ty robisz, chłopcze?
- Rozbieram telefon - stwierdził kolega.
- Ha! To jedyna rzecz jaką będziesz w życiu rozbierał! - podsumował nasz nauczyciel.
Ciągle czytam na Anonimowych epickie historie brzdąców, które bały się zastrzyków. Nie uwierzycie, ale... Jak byłam mała, uwielbiałam zastrzyki. Naprawdę! Po prostu od zawsze kojarzyło mi się to z nagrodą - dostawałam lizaka albo naklejkę dzielnego pacjenta, co szczególnie lubiłam, bo wszystkie zdobyte naklejki przyklejałam na szafie w moim pokoju. Nigdy nie płakałam, tylko z dumą wystawiałam rękę, czekając na igłę. Do tego stopnia to lubiłam, że gdy z jakiejś okazji byłam w wieku 10 lat w przychodni dla dzieci zdrowych z mamą, spytałam, czy nie mogą mi zrobić szczepienia. ;)
Byłam chyba jedynym dzieckiem, które lubiło igły.
Jakieś 3 lata temu.. zima, sobota, klub. Kurtki do szatni i jazda na parkiet. Świetna zabawa - do białego rana. Ale jakie było moje zdziwienie, gdy odbierając nad ranem kurtkę z klubowej szatni, zauważyłam starannie przyszytą niebieską nitką "pętelkę" do wieszania kurtki, która wcześniej była przeze mnie urwana.
Albo moja odzież wierzchnia tak denerwowała Panią Szatniarkę, co chwilę spadając z wieszaka, albo niektórzy naprawdę sumiennie podchodzą do swojej pracy. Miło.
Dodaj anonimowe wyznanie