Podbiegam pod 30 i jestem wielką fanką filmów animowanych, szczególnie jednego filmu Disneya. Parę lat temu dowiedziałam się przypadkowo, że takich świrów jak ja jest więcej, ba, grupa osób rysuje swoje własne komiksy w większym lub mniejszym oparciu o ten film i umieszcza je w sieci. Zapaliłam się do tego pomysłu i zaczęłam rysować swój własny komiks.
Przez dłuższy czas nie szło mi najlepiej, nie łapałam proporcji, mało też osób zwracało uwagę na to moje małe dzieło. Nie to jednak było najgorsze, a zachowanie mojego faceta. Na każdym kroku próbował podcinać mi skrzydła. Często słyszałam, że zachowuję się jak dzieciak rysując te głupoty, powinnam wydorośleć, spędzam nad tym za dużo czasu marnując go i że w ogóle nic z tego nie będzie.
Dzisiaj ten człowiek już nie jest moim partnerem, a ja wciąż rysuję. Ten mój "głupi komiks" ma obecnie prawie 1000 obserwujących (co jak na komiks o jednej, okrojonej tematyce jest dobrym wynikiem), już po paru minutach od umieszczenia nowej strony zaczynają pojawiać się komentarze, co sprawia mi niesamowitą satysfakcję. Nie miałabym jej, gdybym dała się stłamsić.
Nie dajcie się zdołować. Warto robić co sprawia przyjemność i nic innym do tego, czy hobby jest "dorosłe" czy "dziecinne". Najważniejsze jest samodoskonalenie!
Moja mama wychowywała mnie sama, zawsze na nic nie było pieniędzy. Ledwo starczało na najbardziej podstawowe rzeczy. Jak byłem mały i na Sylwestra ludzie puszczali fajerwerki i odpalali petardy, to my zapalaliśmy i rzucaliśmy przez balkon zapałki...
Zacznę od tego iż nie mieszkam z biologicznym ojcem od 3 roku życia. Kiedy byłem mały zostałem ochrzczony, a ojcem chrzestnym został kolega mojej cioci (siostry ojca). Mama z tatą nie wzięli nigdy ślubu, rozeszli się bo nie pasowali do siebie, a mój ojciec chrzestny, który się o tym dowiedział zawsze pomagał mamie w wychowaniu mnie, a po dwóch latach się jej oświadczył. W ten sposób teraz mam ojczyma, który jest jednocześnie moim ojcem chrzestnym. Na koniec dodam, że jest zarąbistym tatą :)
Kiedy byłam mała i miałam około 5 lat bardzo byłam przywiązana do babci. Spędzałam z nią każdą wolną chwilę, więc kiedy wyjechała na tydzień do mojego wujka, a swojego syna, bardzo za nią tęskniłam. Pewnego ranka zostając w domu rano z tatą, kiedy on słodko spał, wpadłam na super pomysł, że spakuję się i pojadę do mojej babci. Muszę zaznaczyć, że w tym momencie była ona ode mnie oddalona o ok 200 km.
Wzięłam więc największą reklamówkę, spakowałam prawie same rajstopki i bieliznę, ukradłam drobne z kuchennej skarbonki, narzuciłam sobie krzywo płaszczyk, przysunęłam krzesło do łucznika i szczęśliwa wyszłam sobie świat. Gdy tak szłam w stronę PKSu (musiało to wyglądać dość komicznie, 4-letnia dziewczynka z wielką reklamówką i źle zapiętym płaszczykiem) stwierdziłam, że nie mogę tak przecież wyjechać bez pożegnania, więc wstąpię jeszcze do szkoły pożegnać się z starszą siostrą..
Gdy sobie tak maszerowałam szczęśliwa, nagle ktoś mnie zaczepił i zapytał gdzie sobie wędruję. Jak się potem okazało była to dobra koleżanka babci, która jako jedyna zainteresowała się samotnym dzieckiem spacerującym w centrum miasteczka. Wzięła mnie za rękę i powiedziała że zaprowadzi mnie do siostry, a później na PKS. Zgodziłam się.. ale zostałam oszukana! Przyjaciółka mojej babci zaprowadziła mnie nie do siostry, a do pracy do mamy..
To nie koniec historii bo najlepsze było potem. Po tym wszystkim moja mama postanowiła zadzwonić do taty i zapytać co robię, ten niczego nieświadomy powiedział że bawię się w swoim pokoju...
Wybrałam się z rodzicami do Castoramy. Mama jak mama, poszła popatrzeć na żyrandole, ozdóbki itp. Ja za tym nie przepadam, więc chodziłam sobie z tatą. W pewnym momencie zauważyliśmy mężczyznę, na oko 30 lat z 6-letnim synem. Między nimi nawiązał się taki dialog:
- Chodź, Maciuś, musimy kupić jeszcze blaszkę.
- Tatuś, a co to jest blaszka?
- Widzisz, synu. Blaszka to jest blaszka.
Śmiech mój i mojego taty pewnie śni się temu panu po nocach.
Pewnego razu, był sobie student medycyny szukający wielkiej przyszłości, mający dokładną wizję swojego bytu, również idealną wizję swojej rodziny:
- żona, koniecznie skończony "przyszłościowy kierunek", podobne zainteresowania, wyglądająca jak człowiek
- dwójka dzieci, syn i córka, najlepiej wzorowi uczniowie, których osiągnięciami mógłby się chwalić kolegom w pracy
Student wchodzi do busa. Wszystkie miejsca zajęte, ale jedno wolne. Obok dziewczyny. Dziewczyna ma tatuaże i koszulkę Metalliki. Oczywiście, to tylko wygląd, ale student jeszcze nieco głupi, więc bardzo niechętnie, ale jednak siada obok niewiasty. Stara się patrzeć na starszą panią siedzącą po drugiej stronie. W końcu - przystanek studenta. Wychodzi. Za nim dziewczyna. Okazuje się, że idą w to samo miejsce - do sklepu spożywczego ...dziewczyna zalicza glebę, a raczej mokrą podłogę w sklepie. Student - bufon przechodzi jak niewychowany, ale jakaś pani 55+ zwróciła się do studenta, mówiąc mu prosto w twarz, że zachował się jak idiota i skończony palant.
Student pomaga dziewczynie i "coś zaiskrzyło". Jedna rozmowa, druga, piętnasta, któraśtam...
...i student zrozumiał, że:
- przeciwieństwa się przyciągają
A później także, że:
- lekarzem nie będzie
Dziś student jest wdzięczny tej "pani 55+".
Studentem byłem ja, a dziewczyna to moja obecna narzeczona. Teraz mam inne wyobrażenie o kobietach, tatuażach, nawet o sklepach spożywczych, które kojarzą mi się świetnie, "lekkich" studiach, medycynie, którą rzuciłem i chyba nawet Bóg nie wie o czym jeszcze.
Moi rodzice są po rozwodzie i aktualnie mieszkam z tatą. Nigdy jakoś specjalnie nie dopytywałam się mamy, z kim aktualnie się spotyka, etc. Ale o tym w dalszej części, zacznijmy od początku.
Od dawna podobał mi się chłopak z mojej szkoły. Raz niechcący wpadłam na niego na korytarzu i tak zaczęliśmy gadać. Wszystko pięknie, często gadaliśmy aż w końcu zaprosił mnie na randkę. Następnego dnia miałam się spotkać z mamą, wybrałyśmy wspólnie kawiarnię na starówce. Chciałam jej opowiedzieć, że w końcu jestem szczęśliwa i takie tam. Okazało się, że mama też ma dla mnie jakąś wiadomość.
Więc zaczęłam jej opowiadać, jak cudownie było na randce, że Wiktor jest taki, taki, taki. Kiedy już skończyłam mama zaczęła mówić. Powiedziała, że bierze ślub. Był zaplanowany już dawno, ale jakoś nie było okazji, żeby powiedzieć. Pierwszy raz wtedy spytałam o nazwisko jej wybranka. Nawet nie wyobrażacie sobie mojej miny, gdy dowiedziałam się, że wybranek mojej mamy ma na nazwisko "X". No nic, pomyślałam, że to może tylko zbieżność nazwisk.
Zadzwoniłam do Wiktora i spytałam się, czy pójdzie ze mną na ślub mojej mamy, który odbędzie się za 2 tygodnie. Niestety stała się najgorsza rzecz na świecie. Powiedział, że niestety nie może, bo jego ojciec też bierze ślub za 2 tygodnie.
Okazało się, że moja mama bierze ślub z ojcem mojego chłopaka.
Dawno temu, jeszcze w poprzednim tysiącleciu, byłam sobie mała, trzy, a może dwuletnia ja. W domu mieliśmy wówczas pieska, starszego ode mnie o jakieś 12 lat Puszka. Był to mój ukochany zwierzak, stróż i obrońca, który nikogo nie dopuszczał do mnie i był gotów zamordować napastnika... mimo że sam był wielkości moich pluszaków.
Historia jednak nie dotyczy stricte Puszka, lecz raczej mojej pamiętliwości - otóż pewnego pięknego, słonecznego dnia, kiedy bawiłam się w piaskownicy, Puszek wylegiwał się na trawie, a moja mama wieszała pranie, zachciało mi się słodyczy i poprosiłam: "Mama, daj ciuciu!". Moja mama odpowiedziała lekceważąco: "Nie ma, Puszek zjadł" i uznała to za koniec tematu. Jednak ja tej zniewagi zapomnieć nie mogłam.
Parę dni później mama, poszukując babci zajrzała do mojego pokoju i spytała, gdzie jest babcia. Co odpowiedziałam? "Nie ma, Puszek zjadł."
Opowiem wam historię mojej prababci, która wydarzyła się na początku XX w. Jako młoda dziewczyna z bogatej jak na te czasy rodziny, była ona bardzo rozpieszczana (była jedyną i najmłodszą córką w rodzinie, miała 5 starszych braci) zakochała się w przystojnym i również bogatym facetecie, za którego wyszła za mąż.
Po jakimś czasie zrozumiała że był bardzo wredny, skąpy i chamski. Zrozumiała to za późno, bo mieli już 2 synów. W tej rodzinie była zasada, że jeśli kobieta się rozwodzi to dzieci zostawia z ojcem, dlatego mimo coraz gorszego zachowania swojego męża nie decydowała się na rozwód. Miarka się przegrała w dniu, w którym ten człowiek bez wstydu przyprowadził do domu swoją kochankę i oznajmił, że będzie ona z nimi mieszkać. Wtedy babcia zabrała swoje dzieci i wróciła do braci, z którymi żyła przez pewien czas.
Bardzo cierpiała z powodu rozstania. Po jakimś czasie jej starszy brat oznajmił, że znalazł dla niej nowego męża i nie przyjmie odmowy, gdyż to bardzo dobry człowiek itp. Dał jej bilety w dwie strony do miasteczka, w którym mieszkał jej były, żeby odwiozła dzieci do ojca. Dodam, że wszystko działo się w czasie zaborów i na terenie Rosji zdobycie biletów poprzedzały czasem nawet 3-4 miesiące czekania. Zabrała więc dzieci i wyruszyła zabierając po kryjomu wszystkie swoje oszczędności.
Gdy dotarła rzuciła się przed byłym na kolana i błagała o to by pozwolił jej u niego mieszkać, chociażby na prawach służącej. Zapewniła, że ma własne pieniądze i umie sama zarabiać na swoje życie, nie musi więc jej nikt utrzymywać. Chciała tylko zostać ze swoimi dziećmi i je wychowywać. Jak się pewnie domyślacie nie zgodził się na to i kazał jej wracać do domu.
Jednak jego siostra bardzo lubiła babcię i obiecała, że wraz z mamą postara się go namówić i da jej znać czy się zgodził. Babcia uprzedziła ja, że ma bilet na drogę powrotną i jeśli on się zgodzi to musi wiedzieć o tym najpóźniej o 9 rano, gdyż potem musi biec na pociąg. Całą noc babcia nie mogła zasnąć, modliła się, żeby się zgodzili itp. Czekała aż do godz. 9.10, nikt jednak się nie zjawił, więc bardzo zdołowana babcia wróciła do domu i ostatecznie wyszła za mąż za mojego pradziadka. Urodziło im się dwoje dzieci. Potem urodziła się jej wnuczka czyli moja mama.
Pod koniec jej życia odnaleźli ją jej synowie, już dorośli po czterdziestce. Opowiedzieli jej, że tego dnia gdy babcia wyjechała na pociąg ich ojciec w ostatniej chwili zgodził się ją przyjąć. Dzieci wraz z ciotką biegli za pociągiem przez kilkanaście metrów krzycząc, żeby się zatrzymała. Było już jednak za późno. Niby tylko 5 minut spóźnienia, a zmieniło życie tylu osób i zadecydowało o tyłu nowych narodzinach. Jak o tym myślę to mi jej szkoda, ale gdyby nie ta historia to mnie by nie było.
Siedzę w kawiarni, w moim ulubionym, domowym swetrze (który ma sporą dziurę z boku). Trochę mi wstyd, bo to naprawdę niewyjściowy sweter, ale narzeczony namówił mnie na wpadnięcie na kawę przed zakupami dopiero jak weszliśmy do galerii. Stolik obok siedzi matka z ok. 4-letnim chłopczykiem. Nagle dzieciak wyciąga rączkę, wskazuje na dziurę na moim swetrze i pyta:
- Co to mamo?
- Moda, synku - odpowiedziała poważnym tonem.
Dodaj anonimowe wyznanie