Stałam sobie w sklepie w kolejce do kasy.
Nagle czuje silne uderzenie z pięści w plecy. Odwracam się zszokowana z grymasem bólu, a za mną kobiecina, około pięćdziesiątki, dobrze ubrana, zadbana, mówi:
- Najmocniej przepraszam, że Panią uderzyłam, ale jestem tak zestresowana, że musiałam się na kimś wyżyć.
Kasjerka w szoku, ja w szoku, nie powiedziałam kompletnie nic.
Na początku drugiej klasy liceum prowadziłam pamiętnik. W tamtym czasie byłam bardzo zakompleksiona, nieśmiała no i też zauroczona w pewnym chłopaku, który niestety nie odwzajemniał moich uczuć.
Minęły 3-4 lata. Teraz jestem w związku, studiuję. Niedawno znalazłam ten nieszczęsny pamiętnik i postanowiłam, ze odświeżę sobie stare czasy z moim chłopakiem.
Uśmiechnęłam się z politowaniem, kiedy czytaliśmy wpisy za czasów złamanego serca. Pisałam wtedy, że nie zasługuję na miłość bo jestem taka i owaka, za gruba/za brzydka i inne pierdoły typowe dla szesnastolatki, która została odrzucona.
W pewnym momencie trafiliśmy na fragment:
"Szkoda tylko, że każdy wpis do tego pamiętnika będzie mi przypominał o moich głupich nadziejach i o tym, jak zrobiłam z siebie idiotkę. [Imię Przyjaciółki] mówiła, że kiedyś znajdę sobie chłopaka, z którym będę czytać ten pamiętnik i oboje będziemy się z tego śmiać. Brzmi... Miło. Ale nie wierzę w to. Po prostu nie jestem typem osoby, w której ktoś może się zakochać".
Tak mnie jakoś ścisnęło w serduchu kiedy to przeczytałam, siedząc obok ukochanego chłopaka. Moja przyjaciółka to jakiś prorok :)
Mam dwie bliskie koleżanki i kolegę. Kolega jest naprawdę super, dlatego nie dziwota, że się w nim zakochałam.
Po jakimś pół roku naszej wspólnej znajomości, został chłopakiem jednej z koleżanek. Trochę czasu minęło, rozstali się. Po około trzech latach związał się z drugą koleżanką.
Ja nadal czekam na swoją kolej.
Pochodzę z rodziny ścisłowców. Króluje matematyka, fizyka, chemia itp. Każdy idzie do prestiżowej szkoły i na najlepsze studia powiązane z przedmiotami wymienionymi powyżej. W domu przy obiedzie ciągle mówi się o całkach i innych Pitagorasach.
Ostatnio moja młodsza siostra dostała 4 ze sprawdzianu z matematyki, więc dostała szlaban na komputer. Będzie mogła go używać dopiero wtedy, kiedy dostanie 5 z następnego sprawdzianu powiązanego z "królową nauk".
Boję się im powiedzieć, że jestem humanistką. Chyba mnie za to zjedzą... Już zastanawiam się jakie rzeczy wpakować w mój podróżny plecak.
Madagaskar to dobre miejsce na ucieczkę przed matematyczną rodzinką, prawda?
Mam 33 lata i wciąż nie znalazłem tej jedynej.
Pewnego dnia spokojnie przemieszczam się po galerii w poszukiwaniu garnituru, kiedy to niespodziewanie, młoda niewiasta w wieku około 22 lat. zaczyna szarpać mnie za ramię. Na nogach miała rolki, co nie pozwalało jej swobodnie się poruszać, nie radziła sobie w nich najlepiej. Kobieta szarpie mnie i mówi:
- Chodź!
- Dokąd? - Pytam.
Ciągnie dalej, jeszcze mocniej.
- Dokąd? - ponawiam pytanie, choć nadal nie uzyskuję odpowiedzi.
W mojej głowie zrodził się piękny scenariusz, miałem nadzieję, że owa kobieta wypatrzyła sobie mnie w tłumie, a teraz razem wypijemy herbatę, przekąsimy coś. Ale nie, minęliśmy knajpkę, przejechała tak ze mną pół galerii bez słowa, gdy ujrzałem chłopaka intensywnie machającego w naszym kierunku. Niewiasta pod mym bokiem, z uśmiechem przestaje ściskać kawałek mojej marynarki, po czym rzecze:
- No to tyle. To jest mój chłopak. Dzięki za odprowadzenie, bo sama bym się wywaliła w tych rolkach.
Po czym odeszli. Moje nadzieje odeszły jeszcze szybciej.
Jednak to nie była ta jedyna.
Kiedy miałam 12 lat, tata mi powtarzał, żebym skupiała się na nauce, a nie na chłopakach, bo to nauka jest najważniejsza.
Dziś mam już 20 lat, studiuję i nadal nie mam chłopaka.
Tato, możesz być ze mnie dumny.
Na początku muszę wspomnieć, że nie pochodzę z zamożnej rodziny. Rodziców było stać na utrzymanie domu i dwóch córek, ale na spełnianie moich nastoletnich zachcianek niekoniecznie. Jednakże moja chrzestna mieszkała za granicą i kilka razy do roku przyjeżdżała do nas i zabierała mnie na zakupy, żebym kupiła sobie coś ładnego.
Kiedy miałam 17 lat, również pojechałyśmy razem do galerii handlowej. Tym razem bardzo chciałam kupić sobie perfumy. Błądziłam po perfumerii w poszukiwaniu tego jedynego, kiedy podeszła do mnie pracująca tam pani i poleciła mi D&G Light Blue. Kiedy je powąchałam, to przepadłam. Ciocia oczywiście je kupiła, mimo moich protestów, bo przecież to zbyt drogi prezent. Przez cały następny miesiąc używałam ich codziennie. Byłam zachwycona ich trwałością, gdyż za każdym razem wchodząc do łazienki czułam ich zapach. Ręczniki były nim przesiąknięte. Byłam w szoku, przecież psikałam się nimi tylko rano, a wszystko tak pachnie... Jednak bardzo szybko ich ubywało. Po nieco ponad miesiącu z bólem w sercu psiknęłam się ostatni raz.
Kiedy wróciłam ze szkoły, moja siedmioletnia wówczas siostra, oznajmiła mamie podczas obiadu, że trzeba kupić nowy "odświeżacz do kibla", gdyż dzisiaj się skończył.
Tak, moja młodsza siostra używała moich ukochanych perfum jako odświeżacza :)
Teraz ma 18 lat i po wielu latach mojego wypominania jej tego, co zrobiła, postanowiła zaoszczędzić trochę i kupić mi ten zapach na urodziny.
Niestety, jestem w ciąży i wszystkie perfumy drażnią mnie niemiłosiernie. Dlatego moja młodsza siostra właśnie została posiadaczką chyba najdroższego na świecie odświeżacza do kibla ;)
Mieszkam w małej wsi i mam kumpla, z którym regularnie chodziłem na piwo. Do czasu kiedy obudziłem się 40 km od domu w stodole, w damskiej bieliźnie.
Miałam na studiach przyjaciela równocześnie lokatora, z którym opowiadaliśmy sobie co tam na uczelni, gdyż mimo że studiowaliśmy to samo, to byliśmy w innych grupach i mieliśmy innych wykładowców. Zawsze było o czym rozmawiać, posiadaliśmy różnych znajomych i zapraszaliśmy ich równocześnie, więc w dużym mieście tworzyliśmy sobie nawzajem okazje do poznania ciekawych ludzi.
Często zapraszałam na piwo „koleżanki” z grupy, które podobały się mojemu przyjacielowi i działało to wzajemnie. Piotrek cieszył się bardzo z tego powodu, bo lubił kobiety, kochał wszystko co kobiece i samo spędzenie czasu z kobietą dawało mu poczucie pewności siebie. Natomiast ja byłam bardziej wybredna, jak chodzi o chłopaków… On często mnie rozczarowywał, bo zapraszał jakichś imprezowiczów albo kujonów, z którymi nie miałam ochoty nawiązywać żadnych relacji.
Pewnego wieczoru, jak co piątek Piotruś przyszedł ze „swoimi”, tym razem to był tylko jeden Pan. Ogólnie miałam jechać w rodzinne strony, sytuacja losowa sprawiła, że zostałam… Przyszli, zaproponowałam herbatę (takową też piłam), więc usiedliśmy we trójkę i nawiązał się dialog. Począwszy od wszystkiego skończywszy na studiach. Dyskusja dotyczyła ostatniego egzaminu, że został ściągnięty z Internetu, a kto udzielił odpowiedzi poprawnych w 100% to oblał i takie tam. Dość burzliwy temat, jednak szybko ucichł.
Po herbacie było piwo jedno, drugie, trzecie… przyjaciel już dawno skończył kadencje przy stole i spał u siebie, aż w końcu jego kolega przyznał, że to on jest tym Panem, który wrzucił treść egzaminu do neta. I tu nastąpiło moje zdziwienie. Co się okazało? Piłam z własnym wykładowcą… nie zdawałam sobie z tego sprawy, gdyż ani razu nie byłam na jego zajęciach.
Ponad rok temu skończyłam studia inżynierskie, niedługo bronię tytułu magistra, a ten pan, co Piotrek go przyprowadził jest moim narzeczonym.
Jaki w tym morał? Prawdziwy przyjaciel wie kogo ci przyprowadzić do domu!
Gdy byłam mała, zastanawiałam się skąd nowożeńcy mają nowe nazwisko. No, bo przecież później podaje się nazwisko rodowe, które jest inne niż po ślubie. Oczywiście nie ogarniałam, że nazwisko zmieniają zazwyczaj kobiety na nazwisko męża. Co zatem wymyśliłam?
Że narzeczeństwo chodzi po cmentarzu, ogląda nagrobki, czyta nazwiska i wybiera sobie jakieś nowe dla siebie, które im się podoba.
Nie wiem skąd i jak to wymyśliłam...
Dodaj anonimowe wyznanie