Gdy byłam mała, zastanawiałam się skąd nowożeńcy mają nowe nazwisko. No, bo przecież później podaje się nazwisko rodowe, które jest inne niż po ślubie. Oczywiście nie ogarniałam, że nazwisko zmieniają zazwyczaj kobiety na nazwisko męża. Co zatem wymyśliłam?
Że narzeczeństwo chodzi po cmentarzu, ogląda nagrobki, czyta nazwiska i wybiera sobie jakieś nowe dla siebie, które im się podoba.
Nie wiem skąd i jak to wymyśliłam...
Mój pies zawsze miał problemy z jedzeniem i nie miał apetytu. Po kilkunastu tygodniach, kiedy to bezskutecznie kupowałam mu najdroższe i ponoć najsmaczniejsze posiłki dla psów, wpadłam na pewien pomysł. Postanowiłam udawać przed psem, że sama zjadam tą karmę i o dziwo - zadziałało. Wiedział, że jeśli mi smakuje, to musi być to coś pysznego. Odtąd robiłam tak za każdym razem.
Kilka tygodni temu zaprosiłam chłopaka do domu. W pewnym momencie do pokoju przyszedł mój tata i poprosił, bym nakarmiła psa. Wyszłam więc i jak to moim zwyczajem, udawałam, że jem jego chrupki. Nie wiem, jak to możliwe, ale w tym samym czasie mama zaczęła otwierać drzwi, obok których aktualnie się znajdowałam. Wszystkie oczy skierowane na nie, a następnie na mnie - kucającą, jedzącą chrupki dla psa, który stał i patrzył na mnie jak na idiotkę. Z resztką godności próbowałam się tłumaczyć i obrócić w żart, jednak nie poskutkowało. Wszyscy myśleli, że naprawdę jem jego chrupki.
Od tego czasu w rodzinie mam miano osoby podbierającej psu jedzenie. :)
Miałam 19 lat jak urodziłam pierwsze dziecko. Tak, wiem młodo, ale nie żałuję.
Syn wcześnie nauczył się chodzić, miał 10 miesięcy. Mój tata skomentował to tak:
- Szybko się puścił - po czym patrząc na mnie, dodał - zupełnie jak jego matka.
PS. Syn jest oczkiem w głowie mojego taty. Tata czasem lubi się podrażnić ze mną ;)
Jakiś czas temu gdy byłam jeszcze kilkuletnią dziewczynką, wszystko mnie ciekawiło i po prostu umierałam jak nie mogłam dotknąć i pobawić się nową rzeczą.
Tak było również pewnego razu, gdy mama kupiła zestaw kubków, ja oczywiście jak tylko zobaczyłam coś nowego musiałam dokładnie obejrzeć okaz z bliska. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Po chwili do kuchni weszła mama, gdy zobaczyła że trzymam w rękach jej nowy nabytek, rzuciła jedynie "odłóż to na miejsce, bo zaraz pobijesz" i wróciła do swoich spraw. Ja tylko powiedziałam coś w stylu "mamo nie martw się, nic nie zepsuje".
No ale radość zabawy nie trwała długo, po kilku minutach rozległ się dźwięk tłuczonego szkła, mama jak tylko zobaczyła co się stało zaczęła iść w moją stronę, niczym kat na rzeź. Trybiki w mojej małej główce zaczęły się poruszać nadmiar szybko, aby jakoś wybrnąć z tej kryzysowej sytuacji, popatrzyłam tylko na mamę i powiedziałam:
- Mamo! Niech Ciebie Bóg błogosławi!
Tak ją to rozbawiło, że zapomniała o wszystkim i najzwyczajniej w świecie zaczęła się ze mnie śmiać. Od tamtej pory historię pod tytułem "Jak wybrnąć z opresji" znają wszyscy w rodzinie i większość znajomych :)
Oto historia pewnego zwyczaju.
4-letnia ja, najedzona przedszkolnym obiadkiem, stałam sobie w takiej salce przejściowej. Z tego miejsca miałam widok zarówno na salę, gdzie resztka dzieciaków z mojej grupy była karmiona przez przedszkolanki, jak i na wejście główne do przedszkola.
Stojąc sobie dumnie w moim punkcie obserwacyjnym doszłam do wniosku, że dobrym pomysłem będzie sobie dyskretnie pierdnąc i tak też uczyniłam. Jak nakazywał zwyczaj, który sama sobie narzuciłam, musiałam sprawdzić poprzez włożenie sobie ręki do majtek, czy aby na pewno było to tylko pierdnięcie. Nie wiem skąd ten pomysł, nie wiem czemu i jak długo to praktykowałam, wiem jednak, że był to ostatni raz kiedy w ten sposób testowałam prawdomówność mojej pupy, ponieważ wtedy po raz pierwszy ręka wyjęta z majtek nie była czysta. Tak, dupa mnie oszukała!! I na dodatek miałam to czarno na białym (a właściwie na beżowym, bo tak chyba definiuje się kolor skóry).
Oczywiście jak zawsze bystra ja, zamiast pobiec do łazienki umyć tę nieszczęsną rękę, poszłam do sali i bez słowa wyciągnęłam dłoń wprost przed twarz pani Krysi karmiącej grupowego niejadka. Dziwnym trafem dziecko to się rozpłakało na widok mojej ręki, a pani Krysia wbrew logice, jeszcze przez kilka minut próbowała wmusić w to dziecko resztę obiadu. A ja upokorzona stałam z tą wyciągniętą ręką jak mały Adolf i czekałam, aż w końcu zostanę zabrana pod prysznic i umyta. Na szczęście kochana Krysia zabrała mnie w końcu do łazienki i umyła pod przedszkolnym prysznicem.
To uczucie, gdy korzystając z konta allegro ojca przy zamawianiu, zapomnisz zmienić adres na swój i rodzice otrzymują twoją paczkę... z 50 prezerwatywami.
Gdy miałam może 4-5 lat, rodzice zapytali mnie jaki jest mój ulubiony ptak. Bez zastanowienia odpowiedziałam, że smarki...
... tak, chodziło o gile.
Rzecz miała swoje miejsce w trzeciej klasie liceum. Odbywała się lekcja języka polskiego, ja jako uczeń klasy o profilu matematyczno-fizycznym, nie byłem bezgranicznie oddany zajęciom i prowadziłem dyskusję z kolegami z ostatniej ławki. Wtem, niespodziewanie dobiegł mnie głos nauczycielki i wywiązał się między nami taki oto dialog:
- Stanisławie, przesiądź się do pierwszej ławki.
- Ale ja nie chcę proszę Pani.
- A ja bym chciała.
- To proszę, śmiało.
Śmiechom nie było końca, oczywiście wszystko zostało odebrane jako żart.
W podstawówce kobietka od plastyki oceniała nam zeszyty, no ale Justyna geniusz akurat tego dnia zapomniała go ze sobą zabrać, myślę sobie "no nic", coś trzeba wymyślić.
Koleżanka z jednym z początkowych numerów poszła z zeszytem do cudownej Pani. I ta jej mówi:
- Piękny zeszyt, bardzo staranny, wszystkie notatki są, bla, bla, bla, ocena bardzo dobra, siadaj.
Z racji tego iż ja miałam numer bliżej końca, a nauczycielka nie wpisywała ocen do zeszytu tylko prosto do dziennika, to pomyślałam, że zanim do mnie dojdzie to zapomni, że miała taki zeszyt w ręce.
No to biorę ten zeszyt, mimo wszystko lekki stres, że się zorientuje, no ale idę do tego biurka. Nauczyciela otwiera, przegląda i co słyszę?
- Za dużo korektora, nie starasz się, momentami takie bazgroły, że nie idzie się odczytać, -4 siadaj.
Noż kurde, to jest sprawiedliwość w szkole, tak właśnie jesteśmy oceniani. Brawo dla tych wszystkich nauczycieli!
Działo się to w zeszły piątek, koleżanka poprosiła mnie o popilnowane jej córeczki. Jako osoba lubiąca dzieci, zgodziłam się, gdyż nie miałam nic do roboty. Dodam iż z córką koleżanki widywałam się często - blok obok - i nigdy nie zachowywała się wobec mnie niegrzecznie, nie pyskowała ani nic.Więc kiedy koleżanka (nazwijmy ją Marta) poprosiła mnie o zajęcie się "małą" 9-letnią dziewczynką, powiedziałam tylko aby się nie martwiła, dam sobie radę, nie pierwszy raz pilnuję dziecka.
Godzina 7 rano, robię śniadanie. Narzeczony wychodzi do pracy, zostaję sama, 30 minut później Marta podrzuca mi swoją pociechę. Z radością przyjmuję małą, która od razu kieruje się do kuchni, siada przy stole. Idę do kuchni, patrzę, a mała rysuje widelcem po nowo zakupionym stole, więc zabieram jej narzędzie zbrodni i w tym momencie słyszę... przeraźliwy pisk... walenie w stół, wywracanie krzesełek nogami, kopanie mnie. Nie powiem byłam zaskoczona, bo nigdy się tak nie zachowywała. Po dość długiej chwili uspokajania jej, podaję śniadanie, które niby przez "przypadek" ląduje na podłodze, a mała siedzi i z szerokim uśmiechem na twarzy patrzy jak sprzątam po niej jedzenie.
Kolejną porcję podaję już bardziej uważnie, obserwując ją, aby niczego nie wywinęła, bierze kęs i wypluwa go na sam środek podłogi odsuwając talerz i głosem stanowczym mówi "Zamów mi pizzę", po czym idzie do salonu i włącza telewizor, rozsiadając się na całej kanapie, w tym na mały szklany stolik. Nie powiem, zdenerwowałam się, idę do pokoju i oświadczam, iż pizzy nie zamówię, a nogi ze stolika mają zniknąć, bo ja nie toleruję takiego zachowania. Z moich słów nic sobie nie robi, także podchodzę, ściągam nogi ze stolika... po czym dostaję dość silnego kopniaka w głowę, więc wyłączam tv i natychmiast pouczam młodą iż damie takie zachowanie nie przystoi.
Nie wiem, nie pamietam już jakim tonem to mówiłam, ale na parę godzin miałam "spokój" bez żadnych akcji, dopóki nie zadzwonił mój narzeczony z informacją, że dzisiaj zapowiada się "mala imprezka".
Jako gosposia, nie mogę zostawić gości na "pusty" żołądek z alkoholem, więc biorę małą do sklepu na "małe" zakupy spożywcze.
Chodzę miedzy półkami, ładuję produkty do koszyka i kątem oka widzę młodą pakującą do koszyka "swoje" rzeczy. Co robię? Wykładam je z powrotem na półki, młoda wpada w szał, zaczyna mnie kopać, płakać, pluć, wrzeszczeć na cały sklep, wstrzymywać powietrze i widząc że to nie działa... wywraca towar z półek, śmiejąc się przy tym w najlepsze. Żadne prośby, groźby nie działają, rozhisteryzowana wrzeszczy na mnie "ty k*rwo, natychmiast to kup", tak wiec odkładam koszyk, biorę ją za rękę, usiłuję wyjść ze sklepu, na co zostaję mocno ugryziona, rzec mogę aż do krwi. Nie wytrzymuję i daję jej klapsa w tyłek na uspokojenie (wiem nie powinnam).
Powiem szczerze, bezstresowe wychowanie to zagłada XXI wieku.
Dodaj anonimowe wyznanie