Zawsze byłam typem indywidualistki. Unikałam towarzystwa i w konsekwencji moje życie uczuciowe było pasmem porażek i rozczarowań. Gdy poszłam na studia, postanowiłam się zmienić. Rzuciłam się w wir imprez i na jednej z nich poznałam Adama. Był niezwykle przystojny, dobrze zbudowany i szarmancki. Do tego miał w oczach ten błysk. Nie wiem, jak to ująć w słowa, ale wydawał się łobuzem. Spotykałam się z nim przez kilka tygodni, choć wiedziałam, że podobam się też koledze ze studiów. Kacper był cichy, trochę podobny do mnie z okresu liceum. Nie był jakoś szczególnie urodziwy - przy Adamie wyglądał jak zakompleksiony szczeniak, ale za to onieśmielał mnie swoim dobrym wychowaniem i inteligencją. Zawsze pomagał mi, gdy czegoś nie wiedziałam, a po zajęciach odprowadzał do domu. Zbliżyliśmy się do siebie, ale nie byłam gotowa na kolejny krok. Wciąż myślałam o Adamie.
Musiałam podjąć decyzję, z którym z nich chcę być. Byli tacy różni - jeden ekscytujący, tajemniczy, a drugi stateczny, taki zwyczajny. Nie wiem, co mną wtedy kierowało, ale postanowiłam dać szansę Kacprowi. Koleżanki pukały się w głowę, ale ja zaufałam przeczuciu.
Dziś ja i Kacper jesteśmy trzy lata po ślubie. Mamy śliczną córeczkę i synka w drodze. Kacper kocha mnie i dba o naszą rodzinę. Tymczasem Adam wciąż jest sam. Z tego co wiem, zmienia dziewczyny jak rękawiczki.
Czasem dobrze jest zaufać intuicji i nie oceniać książki po okładce..
Gdy moja mama miała około 4 lat, zbudziła się rano w niedzielę i zobaczyła, że jest sama w domu. W piżamie, wyszła na dwór i idąc wałem szukała rodziców, którzy byli w kościele. Zobaczyła ją kobieta mieszkająca nieopodal i zabrała ja do domu. Nie wiedziała czyja to córka, więc postawiła ją w oknie. Stwierdziła że jak ludzie będą wracać z kościoła to ją zobaczą i wezmą do domu.
Szczęście w nieszczęściu dziadek wracał rowerem i zobaczył córkę.
Takie rzeczy tylko 50 lat temu.
Studenci i każdy użytkownik Internetu zalewany memami na stronach z obrazkami i wallach swoich znajomych wie, że wielkimi krokami zbliża się nieprzyjemny okres w roku akademickim - sesja. Niektórzy w tym czasie znajdują dawno skrywane pokłady energii i sprzątają dokładnie całe mieszkanie (albo chociaż zmywają górę naczyń złożonych w zlewie od kilku tygodni), inni oglądają żubry online w Internecie, a jeszcze inni przysiadają do książek, gdy po całym semestrze sumiennego olewania nauki doznają olśnienia i cytują Sokratesa - ''Wiem, że nic nie wiem''. Ja zaliczam się do tej ostatniej kategorii. Każdego roku obiecuję sobie, że będę uczyć się na bieżąco, niestety z miernym skutkiem. W rezultacie przez cały okres zaliczeń śpię po dwie godziny dziennie, nie dojadam i ogólnie wyglądam i czuję się jak hatifnat z Muminków zasilany dużymi pokładami kofeiny.
Wracałam właśnie z uczelni, zupełnie wykończona po wpadnięciu w trans nauki, gdy minęłam mój ulubiony bar z tanim i smacznym domowym jedzeniem. Na widok szyldu poczułam, jak mój brzuch skręca się w rytm jakiegoś dzikiego plemiennego tańca, a ślinka sama napływała do ust. Zdjęłam czapkę i grube, wełniane rękawiczki od babci i włożyłam je do przednich kieszeni płaszcza, po czym sięgnęłam pewnym ruchem po klamkę. Zupełnie zapomniałam o tym, że nieważne, w jakiej porze dnia przekroczysz drzwi wspomnianego baru, zawsze staniesz na końcu kilometrowej kolejki, gdzie czas oczekiwania na dojście do kasy wynosi koło piętnastu minut. Tym razem nie było inaczej.
Stanęłam z tyłu, rozważając niemiłą perspektywę odczekania swojego w kolejce, a wizję pustej lodówki w mieszkaniu, nieświadomie przechylając ciężar ciała na tylną nogę i lekko wypychając brzuch do przodu. Westchnęłam ciężko. Osoby stojące przede mną na ten dźwięk odwróciły się w moim kierunku i... Zaczęły przepuszczać mnie w kolejce jedna po drugiej! Wydawało mi się, że od tej ciągłej nauki mam halucynacje, bo droga do wymarzonego jedzenia zmniejszała się w rekordowym tempie. W pierwszej chwili pomyślałam, że ludzie widząc moje pełne bólu oblicze klienci baru okazali mi miłosierdzie i dlatego pozwolili mi zamówić jedzenie przed nimi. Gdy po chwili stanęłam jako pierwsza w kolejce odwróciłam się do starszego pana za mną chcąc podziękować za tak miły gest. Uśmiechnął się do mnie pobłażliwie mówiąc: "W pani stanie nie powinna się pani przemęczać", po czym spojrzał wymownie na mój brzuch, w miejsce, gdzie schowałam swoją puchatą czapkę i rękawiczki. Spojrzałam w dół i zupełnie mnie zamurowało.
Wszyscy byli przekonani, że moje przemęczenie jest oznaką ciąży, którą znacząco uwydatniały zimowe dodatki.
W moim mieście, w kilku miejscach są poustawiane rzeźby różnych osobistości. Jedna z nich trzyma teczkę, do której można wrzucać kartki z marzeniami i tego typu sprawy. pracownicy radia wyciągają je czasem i czytają podczas porannej audycji.
Jakieś 6 lat temu, będąc w pierwszej liceum, jechałem z tatą samochodem do szkoły, gdy usłyszeliśmy w radiu jako jedną z próśb:
- Chciałabym aby (tutaj moje imię, nazwisko i szkoła) zwrócił na mnie uwagę, a najlepiej żeby się we mnie zakochał.
Byliśmy w lekkim szoku, dostałem kilka telefonów czy słyszałem co tam w radiu, ale nie dowiedziałem się kto to napisał.
Minęło 5 lat opowiadania tej anegdotki znajomym i od czasu do czasu zastanawianie się kto to mógł być. Ponad rok temu podczas wakacji poznałem wspaniałą dziewczynę, zakochaliśmy się w sobie po uszy. Podczas jednego ze wspólnych wieczorów, przy okazji wspomniałem jej tę historyjkę. Dziwnie zaniemówiła, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Po paru tygodniach, czerwona jak burak przyznała się, że to była właśnie ona!
Na moje szczęście życzenia się spełniają, a przeznaczenie miało na nas oko ;)
Moja babcia ma 82 lata. Podczas II Wojny Światowej miała I Komunię Świętą, a na niej piękną sukienkę uszytą przez jej mamę. Sukienka była zrobiona ze... spadochronu niemieckiego żołnierza.
We wrześniu wraz z rozpoczynającym się rokiem szkolnym (dla mnie już w innej szkole) poznałam przez koleżankę uroczego blondyna. Nie powiem, wpadł mi w oko, lecz jestem tylko kroplą w tym wielkim morzu. Tak czy inaczej zostaliśmy w strefie zwanej "przyjaźń". Tak zaczęły się przyjacielskie pogawędki i wypady do miasta.
Ano co do tych wypadów do miasta: Pewnego dnia wracaliśmy na przystanek przez niewielką uliczkę. Nagle z jego strony pada zakład "kto pierwszy dotrze do wybranego miejsca". Oczywiście wybraliśmy inne drogi, zanim się rozdzieliliśmy, Tomek upewnił się, czy na pewno sama trafię. Tak więc się zaczęło... odezwała się we mnie chęć wygranej. Szybko gnam do przodu, prawie gubiąc własne nogi. W mojej głowie odezwał się cichy głos - hej, spokojnie! Wygrasz, bo przecież tamten głupi człowiek wybrał dłuższą trasę. Uśmiechnęłam się do siebie i szłam już opanowanym krokiem.
Jest! Ja jestem pierwsza. Nie minęły dwie minuty, a dostałam od niego telefon. Z mojej buzi wydobył się głośny śmiech... Tak, mój najwspanialszy ziomek ZABŁĄDZIŁ!! Czekałam na niego 10 minut już zniecierpliwiona. Zaczęłam powoli wątpić, czy na pewno się dzisiaj odnajdzie, gdy ujrzałam jego boską czuprynę. Przyczłapał do mnie powoli i się uśmiechnął. Ja od razu zaczęłam zwijać się ze śmiechu, no bo przecież on mnie pytał czy trafię, a sam miał problem... Zaczęłam swoją piękną przemowę "o proszę, a któż to zabłądził? Pan Tomuś!". On tylko się uśmiechnął, po czym wyciągnął spod kurtki bukiecik róż i spytał, czy zostanę jego dziewczyną... Zamurowało mnie i długo nie mogłam wrócić do rzeczywistości.
Tak, jesteśmy razem i wiedzie nam się bardzo dobrze.
PS Po kilku tygodniach od tamtego wydarzenia dotarło do mnie, iż mój kochany głupek tak naprawdę się nie zgubił... lecz wrócił na rynek do kwiaciarni i stąd to małe opóźnienie.
Moi rodzice są małżeństwem od 20 lat. Myślałam, że po takim czasie ludzie po prostu przestają się starać, ostatnio zobaczyłam jak bardzo się myliłam.
Moja mama nigdy nie była fanką jakiegokolwiek sportu, po prostu ją to nie ciekawiło.
Mój tata zaczął niedawno pracę jako kierowca tira, więc w domu jest tylko na weekendy.
Parę dni temu w telewizji leciał mecz piłki ręcznej. Mój tata oczywiście chciał go obejrzeć, ale po prostu nie mógł, więc moja mama usiadła przed telewizorem, włączyła owy mecz, zadzwoniła do ukochanego i relacjonowała mu wszystko na żywo. Dzisiaj robi to samo.
Gdy to zobaczyłam prawie się rozpłakałam, bo chciałabym też kiedyś znaleźć taką miłość.
Krótko po pójściu do liceum poznałam chłopaka. Pochodzę z małej miejscowości, więc wcześniej jako tako go kojarzyłam, ale nigdy nie mieliśmy okazji porozmawiać. Wszystko uległo zmianie, gdy któregoś dnia dosiadł się do mnie w autobusie. Zaczęliśmy rozmawiać - okazało się, że nadajemy na tych samych falach. Później pisanie, spotkania, aż w końcu zostaliśmy parą. Wszystko ładnie pięknie. Do czasu aż nadszedł czas wyboru studiów.
Marzył mi się kierunek, który był "dostępny" jedynie w mieście oddalonym kilkaset kilometrów od naszego rodzinnego miasteczka. Ponadto, szczerze powiedziawszy, chciałam zaznać innego życia, tzw. wielkiego świata. Powiedziałam o tym mojemu ukochanemu. Jego reakcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania... Zwyzywał mnie od egoistek, karierowiczek. Jemu wystarczał etat w firmie budowlanej ojca i coroczne wakacje w Kołobrzegu. Kazał wybierać - on albo marzenia, za to bez możliwości dzielenia radości z ich spełniania. Wybrałam jego, a studia rozpoczęłam w mieście obok. Nie byłam szczególnie zadowolona z kierunku, ale w końcu czego nie robi się w imię miłości?
Czas płynął, zdarzały nam się chwile lepsze i gorsze, ale generalnie można nas było uznać za naprawdę dobra parę. Do czasu aż... mój mężczyzna oświadczył mi, że musimy się rozstać. Ponieważ on nie czuje się gotowy na założenie rodziny, musi się wyszaleć, żeby później niczego nie żałować. Załamałam się. Ostateczny strzał nadszedł, gdy któregoś dnia spotkałam go na ulicy. Z malowaną lalą uwieszoną na ramieniu. Decyzja zapadła natychmiast - pakuję się i jadę spełniać marzenia z przeszłości.
Dostałam się na wymarzone studia, krótko potem zaczęłam sukcesywnie piąć się po szczeblach kariery. Życie, które prowadzę niesamowicie mi odpowiada. Żałuję tylko jednego. Że nikt nie powiedział mi kiedyś, że nie warto rezygnować z samego siebie, aby zadowolić kogoś innego. Bo później może okazać się, że zostaliśmy z niczym. Mnie się udało i odbudowałam swój świat, ale przestrzegam - czasami warto być egoistą.
Było to w Halloween, koło godziny 20.
Wracałam z pracy, aby sobie skrócić drogę przez słabo oświetlone osiedle, dosyć ponure. Dookoła mnie garstka ludzi, cisza i spokój
Przede mną (jakieś 20-30 metrów) szła młoda kobieta na oko około 27 max. 35 lat. Widać było, że bardzo jej się śpieszyło, była poddenerwowana, co chwilę się chwiała na wysokich obcasach. (Szłam już za nią jakiś czas). Zza rogu tunelu, którym akurat szła, wyskoczył w zakrwawionym przebraniu i maską typu "krzyk" jakiś nastolatek z takim wrzaskiem/piskiem, że nawet ja oddalona od niego się przestraszyłam. Kobieta ze strachu bardzo głośno piszczała, zaczęła się trząść. Grupa nastolatków rozanielona udanym wystraszeniem kobiety uciekła, aby nie ponieść żadnych konsekwencji, gdy kobieta już ochłonie.
Stała w miejscu, a gdy już miałam przejść obojętnie obok niej, spojrzałam na jej twarz - była blada jak trup - nie przesadzam. Gdy podeszłam by zapytać czy nic jej nie jest właściwe osunęła się na mnie. Spanikowana nie wiedziałam co mam robić. Kobieta była ledwo żywa i trzymała się w miejscu serca. "Boże, zawał" - pomyślałam. Zaczęłam krzyczeć pomocy, ale jak na złość tych kilku ludzi, którzy jeszcze chwilę wcześniej było w okolicy, gdzieś wcięło. Przerażona, wygrzebałam jakoś telefon z torebki. Szybko na 999.
Po podaniu danych i lokalizacji, dyspozytorka poinstruowała mnie, abym kobiecie pomogła usiąść, bądź ułożyła ją w pozycji półleżącej, poluzowała ubranie, zapewniła chorej ciepło itp. Gadałam do niej jak idiotka, żeby tylko nie straciła przytomności. Czekałyśmy na karetkę jakieś 15 minut, które mi się wydawało wiecznością.
Kobiecie nic nie jest :) Miała zawał, ale w porę dostała się pod opiekę specjalistów. A ja po upływie czasu pisząc to, nadal trzęsę się ze strachu, emocje wciąż są silne.
Piszę to wyznanie, nie aby się pochwalić, bo takie zachowanie powinno być naturalne. Piszę aby uświadomić niektórym jak nasze nieprzemyślane do końca poczynania mogą zadziałać na innych. Droga młodzieży, trochę rozwagi.
Od tamtej sytuacji zrobiłam kurs pierwszej pomocy, aby już zawsze wiedzieć jak się zachować i polecam go wszystkim. :)
Mam 29 lat. Mieszkam w warszawie - przeprowadziłam się tam sama zaraz po maturze. Całe życie mieszkałam na wsi, takiej małej zabitej dechami. Na początku było mi ciężko, mieszkałam po tanich hostelach, znajomych, zanim znalazłam mieszkanie. Pracowałam dorywczo po jakieś 18 godzin dziennie. Roznosiłam ulotki, pracowałam w restauracjach, sprzątałam.
Poznałam dużo ludzi - najgorszy typ to typowe mieszczuchy, dla nich człowiek ze wsi to wieśniak, wychował się w gównie krów, smród, brud i ubóstwo. Z czasem znalazłam mieszkanie, poznałam osoby, które pomogły mi otworzyć własną firmę. Ani wcześniej ani teraz nie czułam się gorsza, że jestem ze wsi, Wręcz czułam się lepsza.
Moje "koleżanki", takie co najwięcej szczekały, że jestem wieśniara, nie potrafią zrobić nic oprócz malowania paznokci, dalej łapią się prac dorywczych, bo nie potrafią znaleźć nic stałego. Ja potrafię sama sobie zrobić "słoiki", którymi moi prawdziwi przyjaciele są zachwyceni i mówią, że żałują iż nie mają mamy czy babci, która by im takie słoiki dawała. Jestem szczęśliwa że "Wieś ze mnie nie wyszła" i nie starałam się dorównać tym mieszczuchom za wszelką cenę, bo nie ruszyłabym się z miejsca.
Jestem szczęśliwa, że tata nauczył mnie jak naprawić cieknący kran, jak układać panele czy inne no typowo męskie czynności. Jestem szczęśliwa, że bracia nauczyli mnie grać w piłkę, dać komuś w ząbki w razie potrzeby (przydało się parę razy - idąc sama nocą zostałam napadnięta - dałam radę).
Proszę o nie krytykowanie mnie za używanie słów typu mieszczuch, bo to dotyczy się TYLKO tych osób o których wspomniałam, takich którzy wsi się brzydzą i czują się lepsi, bo mieszkają w MIEŚCIE.
I taka też mała rada dla tych którzy chcą wyjechać/wyjechali i boją się, że sobie nie poradzą - uwierzcie w siebie, DACIE RADĘ.
Dodaj anonimowe wyznanie