Swego czasu do babci mojego chłopaka ktoś wydzwaniał, a gdy podnosiła słuchawkę słyszała jedynie:
- Umrzesz...
(Super zabawa, nie?)
Pewnego dnia odwiedzał ją jej syn. Dzwoni telefon. Syn odbiera i słyszy:
- Umrzesz...
- Zesrasz się.
- Słucham?
Telefonów od tamtej pory brak ;)
Opowiem wam historię o dwóch Sebkach. Już się na anonimowych nauczyłam, że nie ocenia się dresa po dresie.
Idę ostatnio wieczorem z pracy przez boczną uliczkę mojego małego miasta. Widzę, że pod jednym blokiem stoi sobie dwóch, na pierwszy rzut oka groźnie wyglądających, Sebków. Innej drogi do domu nie mam, więc myślę sobie, że pewnie mi nic nie zrobią. Przechodząc koło nich, o dziwo grzecznie się przywitali i uśmiechnęli. Ja już spokojna, że trafiłam na kochanych dresów. A tu nagle widzę, że oni idą za mną.
Teraz jestem bez portfela, telefonu, laptopa i ze złamaną ręką.
Tydzień temu jechałem rowerem, przed zakrętem spadł mi łańcuch, więc zatrzymałem się na poboczu, żeby go założyć i po chwili zobaczyłem samochód, który uderza w barierki.
Potem przez 30 minut siedziałem i dziękowałem Bogu.
Idę sobie po drodze i nagle czuję, że stanęłam na coś miękkiego.
Myślę sobie "Oj. Wdepnęłam w gówno". Patrzę pod nogi...
Ja pier*olę. To był szczur...
Mam 19 lat, a mój brat 17. Jak to młodzi z miasta, większość wolnego czasu spędzamy na mieście, ze znajomymi itd.
Pewnej niedzieli brat miał iść grać w kosza z kolegami, a ja planowałam pójść do drogerii. Jednak przyszedł do nas nasz 50-letni ojciec i zaproponował nam pójście do parku, na lody, tak jak wtedy, gdy mieliśmy koło 10 lat. Po chwili namysłu zgodziliśmy się.
Spędziliśmy dzień jak za starych, dziecięcych lat. Rozmawialiśmy z tatą jak z najlepszym przyjacielem. Podczas spaceru zawsze był spokojny, szczęśliwy i szczery. Jego zachowanie wpływało też na nas, rozmawialiśmy normalnie o problemach, sukcesach.
Po trzech godzinach wróciliśmy do domu. Brat poszedł na górę, tata oglądać wiadomości, a ja chciałam zaparzyć sobie herbatę w kuchni. Była tam też moja mama. Wzięło mnie, i w sumie zastanawiałam się, dlaczego tata wyszedł z inicjatywą wycieczki.
[Ja] - Mamo, w sumie to czemu tata zechciał zabrać nas do parku?
[Mama] - Wiesz, Gosiu, ostatnio rozmawialiśmy z tatą o czasach, kiedy byliście jeszcze mali, i zwierzył mi się, że tęskni za tymi waszymi spacerami. Teraz każdy zajmuje się sobą i spędzacie razem coraz mniej czasu.
Nie byłam w stanie się odezwać. Sparaliżowało mnie, bo to wszystko to była prawda. Uroniłam łzę i poszłam przytulić tatę. Tak bardzo, my, młodzież, wciągamy się w wir miejskiego życia, że zapominamy o rodzinie, o osobach, które były z nami od samego początku. Weźcie rodziców gdzieś, zaproponujcie im jakąś wycieczkę. Niestety, oni nie będą z wami zawsze.
Ostatnio przeczytałam wyznanie kobiety, która przez swoich rodziców musiała w wieku 25 lat zapisać się do psychiatry itp. (Może ktoś wie o co mi chodzi?)
Dzisiaj mam 16 lat. Mam ojca alkoholika, mamę, która nie radzi sobie z dziećmi, tłumacząc się, że nie ma siły i 3 rodzeństwa. Jestem najmłodsza. Odkąd pamiętam w domu zawsze były awantury, tak naprawdę do dziś nie wiem co to znaczy "rodzinna atmosfera".
Gdy byłam mała, zaprzyjaźniłam się z Anią. Jak to zawsze robią dziewczynki, postanowiłyśmy nocować. Pamiętam, że gdy weszłam do jej domu, od razu czułam, że jest tu inaczej, bardziej przyjaźnie, zresztą do dzisiaj chodzę do niej, bo nie mogę znieść własnej rodziny.
Przyjaźniłyśmy się, a ja zobaczyłam co to jest prawdziwa rodzina. Moje rodzeństwo nigdy mnie nie rozumiało. "Po co idziesz do tej s*ki?", mama wyzywała ich, że są bogaci, że się do nich nie mogę zaliczać itp. A tata oczywiście w tle darł się na matkę, że zepsuła mu życie i nie ma na paliwo, żeby później wydać wszystko na wódkę.
Nigdy niczego mi nie brakowało, dlatego każdy myśli do dziś, że jesteśmy świetną rodziną. Z Anią pilnie się uczyłyśmy, chociaż w domu się ze mnie śmiali, że nic z tego nie będę mieć. Dziś co roku mam stypendium.
Jestem bardzo wdzięczna mojej przyjaciółce, bo gdyby nie ona, stałabym się jak moje rodzeństwo. Nienawistne, zazdroszczące wszystkim dookoła i wyzywające od bogaczy itp.
Zawsze byłam inna w rodzinie. Nikt mnie tam nie rozumiał i wyśmiewał. Zostało mi jeszcze 4 miesiące, a później wyjeżdżam dalej do szkoły, internatu. Zapisuję się do psychologa. I cieszę się, że w końcu opuszczę to piekło. Paradoks. Rodzice nie dają życia, tylko decydują, czy ten proces się rozpocznie, czy nie. Nie mogę być im wdzięczna za to co mi zrobili. Ale dam radę. Nikt za mnie życia nie przeżyje.
Możliwe, że kojarzycie konkurs organizowany jakieś 3 lata temu przez pewien sklep RTV AGD. Należało w nim odpowiedzieć na krótkie pytanie w jak najbardziej kreatywny sposób. Zwycięzca konkursu mógł spędzić w sklepie 2,5 minuty i brać, co tylko chce.
Brzmi fajnie, prawda?
Jako że jestem dosyć kreatywną osobą, chętnie wzięłam udział w konkursie. W wiadomości zwrotnej przeczytałam, że zwycięzca zostanie powiadomiony telefonicznie w następny poniedziałek o godzinie 11:00.
Owego dnia siedziałam na egzaminie, całkowicie zapomniawszy o ewentualnej wygranej. W pewnym momencie poczułam wibracje w kieszeni. Patrzę - nieznany numer. O Boże.
W tym momencie wyskoczyłam z ławki, niczym Małysz po złoto, piszcząc z niedowierzania. Wszystkie oczy na mnie, ale ja drąc się wybiegam z telefonem w ręku. Udało się! Wygrałam! Wyobrażacie to sobie?
A teraz wyobraźcie sobie kobietę, która ośmieszyła się właśnie przed ponad setką ludzi, odbierającą telefon od operatora sieci.
Historia z czasów, kiedy to byłem jeszcze berbeciem, nie wiem ile miałem wtedy dokładnie lat, ale z moich zaawansowanych obliczeń wynika, że musiało to być około trzech wiosen.
Cała sytuacja rozgrywała się w domu moich dziadków. Był to czas wakacji, a moi rodzice postanowili wyjść się zabawić ze znajomymi, więc podrzucili mnie do babci. Warto nadmienić, że uchodziłem za dziecko nadpobudliwe, którego wszędzie było pełno, choć generalnie byłem grzeczny i posłuszny, a w zestawieniu z kuzynami byłem wręcz uznawany za aniołka.
Mój dzień z babcią mijał bezboleśnie i mimo jej kreatywności zaczęła mi doskwierać nuda. Na szczęście wkrótce mieli mnie odwiedzić kuzyni. Kiedy w końcu zyskałem swoich oczekiwanych kompanów do zabawy momentalnie zapomniałem o jakiejkolwiek nudzie. Kuzyni ostro dali do pieca i nawet ja po 2 godzinach intensywnego wściekania się i ganiania musiałem odpocząć. Wziąłem swoje ulubione plastikowe krzesełeczko i usiadłem przed telewizorem.
W tym samym momencie akurat zawitała znajoma babci, która postanowiła ją odwiedzić. Okazało się, że nie ma kawy, więc babcia wyruszyła do sklepu, który był niedaleko po pożądany produkt prosząc powiedzmy, że panią Brygidę o zostanie z nami. Brygida, jako opiekunka-amator szybko odwiedziła nas w pokoju i wywiązał się taki dialog:
pani Brygida (B), Ja (J)
(B)- Dzień dobry łobuziaki!
Kuzyni zbyt zajęci nie zauważyli pani Brygidy, ale za to ja odwróciłem małą główkę i powiedziałem:
(J)- Dzień dobly!
(B)- No pięknie pięknie! Ty to musisz być grzeczny!
(J)- Noo jak chuj!
Po czym wróciłem do oglądania telewizji.
Jest to historia mojej przyjaciółki. Ważną rzeczą w niej jest to, że od jakiegoś czasu zmaga się z bulimią, ale próbuje z nią walczyć stosując dietę i uważając na to, co je.
Pewnego dnia, jak co dzień wybrała się z przyjacielem do Starbucks. Podchodzi do okienka złożyć zamówienie i wywiązuje się dialog, mniej więcej taki:
- Poproszę [nazwa kawy] z bazą light.
- Bazą light - w tym momencie obczaja ją od stóp do głów - Mam nadzieję, że dla smaku, a nie z powodu jakiejś diety...
- Nie, nie, wmawiam sobie, że jak light, to zdrowsze...
- To dobrze, bo jesteś super szczupła.
Konsternacja i w ogóle, bo ONA nie uważa się za szczupłą, ale OK... Przychodzi czas odebrania zamówienia w innym okienku. Ona podchodzi, już bierze kawę, kiedy sprzedawca każe jej zaczekać, a spod lady wyjmuje torbę. Ona oczywiście próbuje to sprostować, że nic prócz kawy nie zamawiała, chłopak niezrażony tym mówi, że to na koszt firmy...
No OK, kawę i torbę wzięła, odchodzi do przyjaciela i zagląda do torby, a w niej donut i serwetka z napisem: Od Łukasza, smacznego :) PS Jesteś szczupła <3 :)
Łzy szczęścia i uspokajanie jej przez pięć minut mówi chyba wszystko.
Jeśli on to czyta, to chcę mu podziękować, że wywołałeś na jej twarzy uśmiech, a jeśli ONA to czyta, to mam nadzieję, że mnie za to nie zamorduje, bo ją kocham <3
Moją opowieść muszę zacząć od tego, że jako dziecko nie miałam zbyt wiele wolności. Moja mama ubierała mnie w piękne sukieneczki, w piaskownicy musiałam kucać, żeby nie pobudzić rajstopek i średnio co 10 minut miałam myte rączki ciepłą wodą z termosu, który zawsze zabierała na plac zabaw moja mama, na wypadek gdybym czasem się wybrudziła.
Natomiast gdy miałam coś około 5 lat, mój wujek, młodszy brat taty, poznał dziewczynę i się zakochał. Nowa ciocia była fantastyczna. Pochodziła ze wsi i tam też mieszkała aż do ślubu z wujkiem. Bardzo szybko skradła moje dziecięce serduszko swoimi zwariowanymi pomysłami, otwartością i ogólnie pozytywnym nastawieniem do świata, a wizja odwiedzin u cioci na wsi stała się marzeniem nie do ogarnięcia. Moja mama, jak można się spodziewać, w ogóle nie chciała o tym słyszeć, natomiast po jakimś czasie i jakimś niesamowitym sposobem babcia urobiła mamę i... pojechałam.
A tam jak dla mnie były same cudowności, podwórko, na którym mogłam uganiać się za kurami i dużo dzieci, z którymi mogłam się bawić do woli. Pomimo biało-żółtego dresiku, nikt nie stał nade mną żeby upomnieć, że na piasku się nie siada. Ciocia była totalnym autorytetem, bawiła się z nami, a ja byłam dumna, że mam tak fajną ciocię.
Problem zrobił się, gdy zachciało mi się siusiu. Strasznie zdziwiłam się kiedy okazało się, że na wsi toaleta znajduje się na dworze. Ale cóż to dla mnie, tego dnia pełnego przygód, gdzie wszystko było nowe, nie było w stanie popsuć mi to dobrej zabawy. Idę więc z ciocią za rączkę, dochodzimy, otwiera przede mną drzwi, a raczej kilka desek pionowo zbitych ze sobą, po czym przed oczami staje mi toaleta w niczym nie przypominająca tych, w których bywałam do tej pory. Ciocia oczywiście zaproponowała mi pomoc, ale ja odważna jak nigdy, kategorycznie odmówiłam, chcąc zaimponować cioci uznałam - tak, poradzę sobie sama.
Jak pomyślałam tak też zrobiłam, tyle że kucając na olbrzymiej desce poślizgnęła mi się noga, i wpadłam po pachy w zawartość wiejskiego wychodka...
Jak można się domyślić, cioci nie zaimponowałam, do dzisiaj się ze mnie naśmiewa, a mama prawie dostała zawału. No cóż, już nigdy więcej nie puścili mnie na wieś.
Dodaj anonimowe wyznanie