Mam sporo zwierzaków w domu, w tym młodą suczkę i kotkę. Obie przed pierwszą rują. Jestem za sterylizacją zwierzaków, ale weterynarze zalecają zabieg dopiero po pierwszej cieczce. Głośno zastanawiałam się jak zwierzaki zniosą kilka tygodni oddzielania ich od siebie.
Pierwszą radę otrzymałam od starszej znajomej: "wypsikaj suczkę perfumami, zmienisz jej zapach i pies jej nie tknie, po co operację robić". OK, byłam w stanie zrozumieć tę radę, kobieta stara jak świat.
Ale druga rada mnie rozwaliła. Koleżanka - 30 lat - poradziła, że jak kotkę zaspokoić TERMOMETREM (!?), to jej się już nie będzie chciało iść do kota...
Ludzie, serio? Zamiast wysterylizować to masturbować kota termometrem, czy to już zoofilia? Nie chcę wiedzieć jak same siebie zabezpieczają przed niechcianą ciążą.
Wiele, wiele lat temu jak miałam 4 lata, mieszkaliśmy jeszcze z moimi dziadkami. Mój dziadzio miał zwyczaj nalewania do szklanki wody z kranu i stawiania jej w kuchni, aby woda się "ustała". Jak chciało mu się pić, to sięgał potem po tę szklankę.
Tego wieczoru miała odbyć się jakaś impreza. Powoli zjeżdżali się goście, moja babcia robiła jakieś ciasto na biszkopcie. Zawołano mnie już z dworu do domu, bo czas na kolację i spanie. Wbiegłam zdyszana i niewiele myśląc sięgnęłam po szklankę z dziadkową wodą. Gdzieś w połowie zaczęło strasznie boleć mnie gardło.
Tak, wypiłam ponad połowę szklanki.
Nie, to nie była dziadkowa szklanka z wodą. To w ogóle nie była woda.
Domowej roboty spirytus do babcinego ciasta.
Ostatnie co pamiętam, to że siedzę na kolanach wujka przy dużym stole i wszyscy się ze mnie śmieją.
Urwał mi się film.
(Dla tych, co zaczną o nieodpowiedzialnych rodzicach itp... w domu była pielęgniarka, a czasy były takie a nie inne i nikt się wtedy nie trząsł za bardzo nad dzieciakami).
Prowadzę sobie spokojne, no dobra, może to nie do końca poprawne określenie, lepiej byłoby to nazwać typowym. Więc prowadzę sobie typowe studenckie życie. Czyli wiecie, ilość wypitego piwa i imprez nie jest proporcjonalna do czasu, który poświęcam na naukę. Mimo mojego olewczego podejścia, udaje mi się zdać przedmiot za przedmiotem, nie mam żadnego warunku i średniej też nie mam najgorszej. Jak to mówią znajomi, zdolna bestia, tylko cholernie leniwa. Co prawda nie jestem na jakimś kierunku typu lekarski czy coś, ale też nie na takim, na którym łatwo jest się utrzymać.
Trzeba jednak coś wiedzieć. Wiadomo jak to jest, na każdym kierunku można podzielić ludzi na 3 grupy: kujony, przeciętniaki oraz tępaki farciarze. Na pierwszy rzut oka można mnie wrzucić do tego ostatniego worka, ale patrząc na oceny zdecydowanie bliżej mi do tej pierwszej kategorii. W związku z tym kujony na roku za mną nie przepadają i zwyczajnie działam im na nerwy. Wiecie, ja imprezy, alkohol, życie towarzyskie, a oni książki, książki, książki i żadnego życia poza uczelnią, a oceny podobne do moich. Ogólnie mam to głęboko tam gdzie słońce nie dochodzi, ale jedna sytuacja przerosła nawet mnie.
Mieliśmy do zaliczenia przedmiot, trudny przedmiot, mocno fizyczny, do tego ze złośliwym profesorkiem. Z samym dopuszczeniem do egzaminu było ciężko, a co mówić o samym jego zdaniu. Koleś zostawił ponad 30 osób na warunku, mimo 5 terminów poprawkowych.
No dobra, ale co ze mną? Oczywiście pykło w pierwszym terminie. Radość i euforia. Do czasu.
Po sesji oddaje się indeksy do dziekanatu, żeby je podbili i później przed kolejną sesją się je z powrotem odbiera. Problem wynikł w momencie, gdy chciałam odebrać swój, ale okazało się, że go nigdzie nie ma. Przekopany cały dziekanat - no nie ma. W końcu pada pytanie, czy może nie posiada pani warunku? Ja oczywiście zaprzeczam, ale gdzieś ten mój indeks w końcu musi być, więc pani z dziekanatu idzie poszukać w szafce z warunkami. I co się okazuje? Jest. W pierwszej chwili obie myślimy, że znalazł się tam przez pomyłkę, ale nic bardziej mylnego. Okazało się, że leży sobie tam razem z dokumentami do opłaty warunku i pismem podpisanym moim imieniem i nazwiskiem z prośbą o przyznanie warunku z tego przedmiotu. Kopara mi opadła. Fakt też jest taki, że nikt w dziekanacie nie sprawdził, czy jest konieczność wystawienia mi warunku z tego przedmiotu, ale bardziej rozwaliło mnie chamstwo i bezczelność ze strony ludzi z roku. Ktoś perfidnie złożył za mnie pismo. Sprawa czeka na wyjaśnienie, a ja całkowicie straciłam wiarę w ludzi.
Jestem tak zwanym lustrzanym odbiciem.
Co znaczy i o co chodzi? Nie mam osobowości ani stałego charakteru, wszystko zależy od tego z kim przebywam, jeśli jestem z kimś, kto jest ekstrawertykiem, też się taka staję, jeśli ktoś jest cichy ja też. Niby fajne, bo praktycznie nie mam problemu, gdy kogoś nowego poznaję, ale jak to bywa nic nie może być tylko dobre. Swego czasu chodziłam nawet z tym do psychiatry, zaczęło się niewinnie, jedna z osób które znałam miała myśli samobójcze, ja w sumie nie miałam powodów do tego, ale jak to bywa z tą przypadłością też się zaczęły myśli. Mam blizny, za sobą kilka wizyt na oddziałach zamkniętych, gdzie mój stan tylko się pogarszał przez otoczenie, w końcu zostałam zamykana w izolatce i tam dochodziłam do siebie.
Taki mój mały sekret, wiem to tylko ja, mój lekarz i lekarze z oddziałów. Cała reszta sądzi, że jestem po prostu zajebistą osobą, która zawsze pasuje do otoczenia.
Jako dziecko z chęcią chodziłam do kościoła (zdarzało się, że nawet codziennie), oczywiście do pewnego czasu.
Byłam może w 4 czy 5 klasie podstawówki, zbliżały się święta, więc kościół przepełniony był chętnymi do spowiedzi. Wśród nich byłam też ja. Rutynowe przesłuchanie, pokuta i "wracaj do ławki, zaraz msza". Grzecznie usiadłam w pierwszej ławce (aby być jak najbliżej Pana), gdy nagle nadszedł czas kazania. Ksiądz opowiadał jakie te grzechy są złe i takie tam. Wtedy usłyszałam cudowną litanię MOICH grzechów, które właśnie chwilę temu wyznałam i jeszcze lepsze zakończenie (plus wskazanie palcem) "a to wszystko ta mała Madzia, która codziennie chodzi do kościoła".
Wyobraźcie sobie jaki wstyd czuła mała dziewczynka, na którą spojrzały się wszystkie osoby w kościele jak na małego szatana. Udawałam, że nie wiem o co chodzi, ale od razu po mszy pobiegłam do domu opowiedzieć to mamie.
Mama zareagowała lepiej niż myślałam. Miesiąc później nastał czas kolęd. Ksiądz szczęśliwy z kolejnej porcji świeżych ploteczek i kopert wchodzi do mieszkania głośno śpiewając, gdy nagle przerywa mu mama, mówiąc "proszę tutaj do pokoju, musimy porozmawiać". Niestety nie udało mi się podsłuchać tej rozmowy, ale ksiądz zniknął z naszego domu szybciej niż się pojawił. Z tego, co słyszałam, podobna sytuacja już się więcej nie powtórzyła.
Wiele jest zdań na temat zjawisk paranormalnych lub dziwnych niewyjaśnionych sytuacji. Niektórzy w nie wierzą, inni zaś wręcz przeciwnie. Ja należę raczej do tej pierwszej grupy.
Słowem wstępu musiałabym powiedzieć, że moja rodzicielka jest tak jakby trochę "nawiedzona". Dlaczego?
Czytałam ostatnio wyznanie dziewczyny, co za szafą znalazła lalkę, która nie należała do niej, w dodatku działy się u niej w pokoju różne i dziwne rzeczy.
Kilkanaście lat temu, kiedy byłam malutka, mieliśmy w domu pozytywkę, taka lalka, która po nakręceniu grała różne melodie.
Muszę również zaznaczyć, że owa pozytywka ze względu na swoje lata była już dość stara i ciężko było ją nakręcić żeby cokolwiek zagrała, więc została ona położona na szafce i nikt jej nie ruszał, po prostu taka ozdoba.
Niby nic nadzwyczajnego, lalka jak lalka, stała sobie i się kurzyła. Do czasu.
Mama miała znajomego, który dość często nas odwiedzał, ogólnie rodzice mieli z nim dobry kontakt. Pewnego dnia wieczorem (było to gdzieś ok. 22), kiedy to kolega rodziców wracał z pracy samochodem, zasnął za kierownicą, zjechał na przeciwległy pas ruchu i uderzył w inne auto jadące z naprzeciwka. Zginął na miejscu.
Od tamtego czasu co wieczór, kiedy wybijała godzina, w której miał miejsce wypadek, wyżej wymieniona pozytywka po prostu zaczynała grać, pomimo iż była nieruszana przez nikogo. Dodatkowo mama opowiadała, że w kuchni wtedy stał tapczan i za każdym razem, kiedy pozytywka grała, rodzicielka słyszała, że ktoś krząta się po kuchni, po czym po prostu siada na tapczan. Mówiła również, że czuje w domu czyjąś obecność.
Dlaczego na początku napisałam, że moja mama jest nawiedzona? Dlatego, że to nie był jedyny przypadek, słyszałam już wiele podobnych historii od niej, które uwierzcie, powodują ciarki. Dodatkowo usłyszałam od niej ostatnio tekst "No córcia, może ty odziedziczysz to po mnie? W sumie ja odziedziczyłam to po twojej prababci".
Uwierz, mamo, że naprawdę Cię kocham, ale jednak podziękuję.
Historia, którą chcę przytoczyć, przydarzyła się parę dni temu. Otóż byłam razem z chłopakiem na dniach pobliskiego miasta. Było klasycznie - taka sobie muzyka, takie sobie piwo, taki sobie klimat.
Koło godziny 23 postanowiliśmy wracać, więc poszliśmy w kierunku przystanku autobusowego. W pewnym momencie podeszła do nas kobieta koło 30 lat, blondynka, delikatnie przy kości. Pytała o najbliższy postój taksówek, jednak mówiła to w towarzystwie tak silnych emocji, że pomyślałam sobie, że pewnie trafiliśmy na jakąś wariatkę. Jako że miasteczko, w którym byliśmy nie należy do największych, powiedzieliśmy jej, że postoju taksówek tu nie znajdzie, jednak możemy dla niej zadzwonić po taksówkę. Dziękowała nam niezwykle wylewnie. Zaczęła opowiadać, że przez wiele lat pracowała na emigracji, lecz parę dni temu wróciła do Polski. Chciała się zabawić sama i odpocząć, więc zostawiła dzieci pod czyjąś opieką. Niestety niedawno dostała telefon, że dzieciom stała się jakaś krzywda. Będąc w szoku, zostawiła gdzieś komórkę, wiec prosi, żebyśmy zadzwonili z własnego telefonu. Uznaliśmy, że to żaden problem, a jeśli kobieta okaże się nienormalna, to przecież nie jest nasza sprawa, a zawsze warto pomóc. Wtedy ona zaproponowała, że zapłaci nam za połączenie. Nie chcieliśmy się zgodzić - bez przesady, żyjemy w erze darmowych minut, a zresztą połączenie trwało około 15 sekund. Kobieta jednak nagle wepchnęła coś do ręki mojemu chłopakowi mówiąc, że to za dobre serce i dobro wraca, po czym odbiegła.
W autobusie okazało się, że było to 300 dolarów. Następnego dnia poszliśmy do kantoru, prosząc o sprawdzenie autentyczności banknotów. Wyszliśmy bogatsi o ponad 1000 złotych. Do teraz ciężko mi w to uwierzyć.
Hej, przed wami kolejne wyznanie o miłym dresie :).
Otóż nie jestem zbyt ładną dziewczyną, więc jak widzę zaloty chłopaków, to NA PEWNO się ze mnie wyśmiewają lub NA PEWNO są one skierowane do mojej przyjaciółki.
Wracając do tematu, idę z ową przyjaciółką przez park do miasta. Cisza, spokój, ptaszki ćwierkają. Aż tu nagle na zakręcie widzę grupkę dresów. Rozkmina z Anką, co tu zrobić? Jak ich obejść? Po pewnym czasie przemyśleń uznajemy, że przejdziemy obok, przecież to normalni ludzie. I tak sobie przechodząc jeden z sebków, który z przejęciem wymachiwał rękami przy opowiadanej przygodzie, uderzył mnie z pięści w twarz. Ja od razu mroczki przed oczami, czuję, że krew z nosa cieknie strumieniami, zaczynam mdleć, strach, panika, niedowierzanie.
I w tym momencie chwila, której nigdy nie zapomnę, sebuś w zawrotnym łapie mnie, ratując przed bolesnym upadkiem. W tym czasie drugi dzwoni po karetkę. Gdy karetka mnie zabiera, jestem nieprzytomna, w szpitalu budzę się, a obok mnie z jednej strony siedzi koleżanka i mama, z drugiej sebuś. Co on tu robi? Patrzę na niego ze zdziwieniem i próbuję ogarnąć co się stało. Przypomina mi akcja z parku. Gdy sebuś zauważa, że się obudziłam, daje mi kwiaty i przeprasza oraz pyta, czy nie umówiłabym się z nim na kawę.
Dzisiaj mija rocznica tego wydarzenia, a za tydzień rok, od kiedy jesteśmy razem ;) Dodam, że nie wyobrażam sobie bardziej czułego i kochającego mężczyzny.
Zacznę od tego, że ja i mój narzeczony mieliśmy wieloletniego przyjaciela od czasów gimnazjum, z którym spędzaliśmy każdy możliwy wolny czas aż do grudnia 2015. Ja i mój narzeczony zdecydowaliśmy w końcu zamieszkać razem. A jak mieszkanie, to wiadomo, wydatki, więc nie było kolorowo.
Mateusz (przyjaciel) poprosił mnie pewnego razu o przysługę dla swoich rodziców, ponieważ wyjeżdżali na urlop (last minute) i będą mieli problem ze znalezieniem pracownika do swojego sklepu spożywczego za zwykłą stawkę,12h dziennie i nieokreślony termin podjęcia pracy z racji last minute. Zgodziłam się na tę propozycję z szacunku do jego rodziców.
W sklepie nie było ogrzewania, kasy fiskalnej ani czytnika, więc trzeba było strzelać cenami z pamięci i stać w zimowej bluzie, dlatego Mateusz stwierdził, że będzie mi początkowo pomagał.
Po paru dniach już część cen zapadła mi w pamięć, jednak i tak ciężko szło z mniej popularnymi produktami. Mój przyjaciel zaczął mnie wyzywać przy klientach, każde trudności z dostawą (ciast, mrożonek, wędlin i bułek) były oczywiście moją winą.
Robił mi awantury przy klientach, że ktoś chciał okraść jego sklep, a ja akurat się tam nie patrzyłam, więc sobie nie radzę. Wysyłał mi SMS-y, że to nie on tam pracuje tylko ja, więc jak mam na 6 do pracy, to o 5:30 powinnam już być na miejscu. Dwa tygodnie stał nade mną i sapał, a ja cierpliwie znosiłam jego humorki.
Przyszedł dzień wypłaty... Jego mama uśmiechnięta i opalona podziękowała mi za pomoc i dała jeszcze stówę premii, a resztę miał dać mi jej mąż, czyli w sumie 1100 zł.
Dostałam SMS-a od Mateusza, że on mi da wypłatę i ma dla mnie 600 zł, ponieważ klienci się na mnie skarżyli, że nie pamiętałam wszystkich cen i byłam powolna, a skoro dostałam 100 zł od jego matki, to jesteśmy kwita. Po burzliwej rozmowie i zabraniu swojej ''wypłaty'' w sumie cieszyłam się, że ten koszmar się skończył.
Dzisiaj byłam po swoją książeczkę sanepidowską u jego mamy... Domyśliła się, że Mateusz był chamem, że się wyżywał i traktował jak służącą. Ale zdębiała, jak powiedziałam, że dostałam od nich 600 zł, bo ona dała mu 1000 zł dla mnie...
Widziałam jak było jej wstyd, przepraszała mnie i postanowiła, że odetnie synusiowi pieniądze, skoro nie ma szacunku do uczciwej pracy i sam za pracę się nie bierze.
Nasz ''najlepszy przyjaciel'' sprzedał nas za 400 zł, bo zbierał na samochód (który skasował na lampie tuż po świętach wielkanocnych).
Morał każdy może sobie dopowiedzieć, a ja uważam, że za 400 zł opłacało się ''kupić'' jego prawdziwy charakter.
Cześć, mam 23 lata i jestem studentką mieszkającą z rodzicami. Nigdy nie mieliśmy jakiegoś dobrego kontaktu ze sobą, po prostu moi rodzice nie mieli dla mnie czasu, a szczególną niechęcią darzyła mnie mama. Nie miałam pojęcia dlaczego tak bardzo mnie unika, a na każdą moją próbę nawiązania z nią kontaktu reagowała złością. Mniej więcej miesiąc temu dowiedziałam się całkiem przypadkiem dlaczego.
Przyjechała do nas rodzina z Poznania od strony mamy na jej urodziny. Cały dzień wraz z nią przygotowywałam obiad, sprzątałam itd. Widziałam po zachowaniu mamy, że jest bardzo zdenerwowana, ale uznałam, że jest to spowodowane tym, że parę lat nie widzi swojej rodziny i w końcu ma okazję to zrobić. Przyjechali do nas dziadkowie, ciocia z wujkiem oraz siostra mamy. To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam jej siostrę. Przez całe spotkanie mama nie odezwała się do niej ani słowem, wręcz unikała jej.
Rodzina została na noc. Kiedy było już bardzo późno, cała rodzina już spała, a ja ze względu na swoją bezsenność czytałam książkę. Nagle zachciało mi się pić, więc poszłam po wodę do kuchni. Tam zastałam siostrę mamy z moim ojcem rozmawiających przy papierosie. Z tego co udało mi się usłyszeć, mój ojciec pytał ją, czy wciąż nic do niego nie czuje. Ona odparła, że nie i że nie chce nic mieć z nim ani z (tu wymieniła moje imię) wspólnego. Koniec końców przerwałam ich rozmowę z pytaniem o co chodzi.
Oboje wymigiwali się od odpowiedzi, w końcu jednak pod moim naciskiem wyznali, że dawno temu mieli romans ze sobą, siostra mamy zaszła w ciążę, przez co urodziłam się ja. Jako że siostra mamy była wtedy bardzo młoda, uznała, że nie chce mnie i oddała mnie pod opiekę ojca. Moja mama wybaczyła ojcu, wzięła mnie pod opiekę, ale tak jak to powiedziała mi później, nienawidziła mnie i wciąż nienawidzi przez to, że przypominam jej o tych najgorszych chwilach.
Dodaj anonimowe wyznanie