#0R6mL

Kiedyś pracowałem jako taksówkarz. Ciekawych historii z nocnej jazdy było dużo, oto jedna z nich:

Jeździłem wielkim starym Mercedesem z automatyczną skrzynią, która była niedawno wymieniona na nową, ale mechanik coś źle zrobił i w momencie wrzucania z trybu "parking" na "drive" olej nie dochodził od razu do skrzyni, tylko dodawało się gazu, silnik się kręcił, a samochód stał i dopiero po kilku dłuższych chwilach ruszał do przodu, trochę przy tym szarpiąc. Dlaczego o tym piszę? Bo zanim się do tego przyzwyczaiłem, a potem poprawiłem skrzynię, miała miejsce pewna sytuacja.

Wsiadło do mnie w sobotnią noc 3 Hiszpanów, jako że jedyny na postoju znałem angielski. Zażyczyli sobie podwózkę do jednej z dużych i obleganych knajp w Warszawie. Ruszyliśmy, jedziemy, gadamy, śmichy chichy, przyjemnie jest. Ja generalnie marnie widzę w nocy, a przejeżdżaliśmy przez słabo oświetlony plac w pobliżu lokalu i przeprosiłem panów, ale muszę na chwilę stanąć, żeby wysilić oczy, czy aby na pewno nie pomyliłem knajp, bo jest strasznie ciemno, latarnie uliczne nie świecą z jakiegoś powodu, potem dogadamy się z obniżoną stawką.
Panowie, w nastroju iście szampańskim, powiedzieli, że nic się nie dzieje, ciągle się śmiejąc i zagadując. Ja odpaliłem nawigację, żeby zobaczyć moje położenie względem lokalu, a zagraniczni goście, idąc za ciosem dobrego humoru, opuścili szybę, bo w ciemnym placu stał jakiś facet, może trochę dziwnie ubrany, jakby zniewieściały, ale mnie to nie interesowało, zająłem się mapą.

Amigos pytają pana po angielsku o drogę, a facet coś tam bąkając podchodzi do szyby, ja widzę kątem oka, że rozpina rozporek i wyciąga interes, chłopaki krzyczą przerażeni, ja w tym momencie wrzucam na skrzyni "D" chcąc ruszyć moim krążownikiem z piskiem opon - no i właśnie, wspomniana skrzynia - zareagowała wystarczająco późno, by nieznajomy smyrnął jednego z moich pasażerów siusiakiem po twarzy...

#mQ2NH

Przekaz będzie.

Wychodzę powoli na prostą, chociaż nie do końca. Jakieś 1,5 miesiąca temu, w fajny całkiem dzień pokłóciłem się dość ostro z rodzicami. Powodem była moja praca - według nich za dużo czasu w niej spędzałem, tym samym mniej poświęcałem go im. Kłótnia trwała może z 40 minut, więc po skończeniu jej trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Oczywiście do pracy.

Lubię nocne dyżury. Pracuje się inaczej niż w dzień. Pierwsze wezwanie około 23 - wypadek. Czołowe zderzenie dwóch samochodów, 4 osoby. Odpalamy więc błyskotki i lecimy. I teraz proste zobrazowanie. Wyobraźcie sobie faceta, 26 lat, 185 cm wzrostu, 85 kg żywej wagi, który po wyskoczeniu z karetki patrzy na wrak samochodu, zanosi się płaczem i pada na ziemię z drgawkami i nie może się podnieść.

W jednym z tych samochodów byli moi rodzice i 15-letni brat. Byli u dziadków na kolacji. Sprawca wypadku był pijany, pisał SMS-a w trakcie jazdy. On przeżył. Zabrała go policja.

Przekaz? Szanujcie najbliższych. Nie poświęcajcie się swojej pracy do tego stopnia, by nie mieć dla nich czasu. Ja to zrobiłem. Dopiero tragedia, która mnie spotkała uświadomiła mi to, co moja matka próbowała uświadomić mi od kilku miesięcy.

#JB8G9

Jeśli chcecie poczytać o kupie lub dresach, to przewińcie ;)
To wyznanie o nieszczęśliwej miłości :D

Mając lat 4-5 zakochałam się w jednym ze swoich wujków (w zasadzie to był mąż dalszej kuzynki, ale mówiłam na niego "wujku"). Był moim dziecięcym ideałem - dowcipny, przystojny, ilekroć go widziałam stawałam się czerwona jak tampon podczas okresu.
Jak to jednak w życiu i w małżeństwie bywa - kuzynka zaszła w ciążę i urodziła synka. Moja duma została urażona, nie mogłam dopuścić, by mój kochany zajmował się dzieckiem innej, zapewne ze zdrady małżeńskiej (tak wtedy rozumowałam). Wymyśliłam, że jeżeli będziemy mieli razem dziecko, to porzuci tamto i będziemy już zawsze rodziną. Genialne!
Tak oto wzięłam wszystkie swoje lalki-niemowlęta, bawiłam je, opowiadałam o tatusiu, że lada dzień przyjedzie i już nigdy się nie rozstaniemy.
Jednak tak się nie stało. Nigdy nie przyjechał. Nie dowiedział się, że jest ojcem czworaczków :D

Morał z tego taki: kobiety, nie łapcie facetów na dzieci!

#6cPQF

Tyle się tu naczytałem anonimowych historii o wielkiej miłości, niczym z bajki. A to ktoś kogoś zaczepił, zagadał, a to ktoś postanowił się zabawić i więcej niż zagadał, a potem ślub i dwójka dzieci.. Cóż, ja postanowiłem, że znajdę swoją drugą połowę przez czat internetowy... A co, może się uda? Wejdę na czat, napiszę jakąś głupotę do pierwszej osoby, która się tam pojawi i bach: będzie ślub!

Wchodzę więc sobie na pewien znany czat, gdzie rozmawia się z losowymi osobami. Klikam start (och cóż, za emocje) i piszę do pierwszej wylosowanej osoby:
- To Ty będziesz matką moich dzieci!

Maciek, lat 20, nie był zadowolony z takiego tekstu...

#3iipi

No więc tak: mieszkam sobie w dość dużym mieście. Choć mam już dobre 20 parę lat, nadal mam fobię, która narodziła się w dzieciństwie. I nie, nie boję się pająków, węży, duchów... Boję się kur. Dla innych ludzi to normalne zwierzęta gospodarskie, ale boję się sposobu ich chodzenia, ich wzroku... Gdy tylko popatrzę... Nie! Nawet jak pomyślę o kurze, dostaję dreszczy. Dobra, ale przejdźmy już do historii.

Miałam chłopaka, nazwijmy go Jan, który oczywiście wiedział o mojej dziwnej fobii. Pewnego ciepłego lata Jan zaprosił mnie na wakacje na Mazury. Ale wszystko w ostatniej chwili zostało odwołane, bo w hotelu, do którego mieliśmy jechać, był remont. I co mój kochany luby zrobił w takiej sytuacji? Zaprosił mnie do swoich rodziców na kilka dni. Nie miałabym nic przeciwko, ale jego rodzice mieszkają na wsi. Nie to, że nie lubię jeździć na wieś, chodzi o to, że oni mają KURY.

Gdy tylko weszliśmy na podwórko, lekko zaczęłam się trząść, bo zauważyłam kilka kur, które chodziły sobie na dalszej części działki. No ale spoko, przez resztę dnia udało mi się ich uniknąć. Nadeszła noc.

Gdy ja starałam się zasnąć, Jan był w łazience, a jego rodzice spali. Już zamknęłam oczy, a tu nagle słyszę gdakanie. Natychmiast zerwałam się z łóżka, zaczęłam rozglądać się po pokoju, ale nie zauważyłam żadnej kury. Zdawało mi się - pomyślałam i dalej próbowałam zasnąć. Ale znowu usłyszałam gdakanie. Wstałam ostrożnie z łóżka i powtarzałam sobie w myślach "Spokojnie, jesteś bezpieczna", znowu gdakanie, ręce zaczęły mi się trząść, zaczęłam się pocić, odwróciłam się.

A tam dwie kury chodziły za kanapą, na której mieliśmy spać. Krzyknęłam tak, jakby mieli zaraz mnie zabić. Stałam cała spocona, a ciało mi drżało. I wtedy mój luby wyszedł z łazienki i zaczął się śmiać. Tak, śmiał się. Patrzyłam na niego i gotowała się we mnie złość. A on aż zgiął się wpół przez ten śmiech. I właśnie w tym momencie jedna z kur podfrunęła w moją stronę, ja się cofnęłam, przy okazji wpadłam na jakąś roślinę i uderzyłam głową w coś twardego. Straciłam przytomność.

Obudziłam się w szpitalu, a obok siedział mój Jan. Powiedział mi, że upadłam na kaloryfer. Już miałam go opieprzyć za to co zrobił, a on uśmiechnął się tylko i powiedział:
- To ja wpuściłem te kury do domu. Chciałem sprawdzić, jak zareagujesz. I wiesz co? Wszystko sobie przemyślałem, nie będę spotykać się z kimś, kto boi się małej kury. Myślałem, że przy mnie przezwyciężysz ten strach. Ale myliłem się. Nara. - i po prostu wyszedł.

I wiecie co? Większego dupka w życiu nie spotkałam. Na szczęście znalazłam nowego, normalnego mężczyznę, który akceptuje moją fobię. Za 2 miesiące się pobieramy.

Pozdrawiam,
przyszła pani J. Kurczaczek :)

#yhe9o

W zeszłe wakacje pracowałem w Niemczech jako pomoc kuchenna. Ogólnie bardzo miła atmosfera, jedna Polka, kilku Niemców i Rumun. Oczywiście Polka niektórym się podobała, więc chcieli ją poderwać, ale tylko Rumun wpadł na pomysł, aby nauczyć się kilku zwrotów po polsku. A kto inny znał polski??? Ja.

Nauczyłem go jak mówić: „kwiatuszku”, „moje słoneczko”, ale w pewnym momencie zaczął mnie już wkurzać. Pracy pełno, nie ma czasu odsapnąć, a on mi truje tyłek o naukę polskiego. Miarka się przebrała, jak zapytał się jak jest „Kocham cię”.... Niesamowicie wkurzony, że traci mój cenny czas, odpowiedziałem: „Wyruchaj mnie w dupę”. Widząc skonsternowanie na jego twarzy wytłumaczyłem mu, że polski jest ciężkim językiem. Po niemiecku jest „Ich Liebe dich”, po angielsku „I love you”, a po polsku „wyruchaj mnie w dupę”. Już po chwili chodził po restauracji i powtarzał po cichu "wyruchaj mnie w dupę".

W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany moment, jako że dziewczyna stała dość daleko od niego, to zaczął krzyczeć na całą restaurację:
- Zuzia! - a gdy już przykuł jej uwagę dodał - Wyruchaj mnie w dupę!
Zuzia z niedowierzaniem w oczach odpowiada:
- Co?! Pocałuj?!

Gdybyście mogli zobaczyć akt desperacji w oczach Rumuna, miał wzrok niczym lis pogryziony przez królika, ale znając troszkę polski zaczął improwizować:
- Nie! Nie! Wyruchaj!

Do dzisiaj żałuję, że nie udało mi się tego nagrać :D

PS Już nie chciał, żebym go uczył polskiego :)

#N4af5

Pewnego słonecznego dnia udałem się do sklepu zoologicznego, gdyż siostrze marzyło się od dawna jakieś zwierzątko. Myślałem o śwince morskiej.

Jest sklep zoologiczny, no to wchodzę. Rozglądam się za świnką morską, ale wokół same chomiki, kanarki, papużki, nawet kilka szynszyli i jakaś fretka. Podchodzę do lady, za którą wgapia się w telefon jakaś młoda hipsterka (czapka w kształcie obwisłej skarpetki w lato, kanciaste okulary, tunele). No więc podchodzę i pytam, czy są może świnki morskie, na co ona odrywa wzrok od telefonu i pyta: Kawie?

Zmieszałem się, bo nie wiedziałem za bardzo o co jej chodzi, poprosiłem żeby powtórzyła, więc spytała jeszcze raz - Chce pan kupić kawie?

Myśląc, że ma wadę wymowy, podziękowałem za "KAWĘ'' i chyba myśląc, że jest niespełna rozumu, powiedziałem coś w stylu "to przecież zoologiczny, a nie kawiarnia". Jej mina była bezcenna. Złapała ją głupawka, śmiała się chyba przez dobrych kilka minut, a ja już zaczynałem tracić cierpliwość. Gdy się uspokoiła, wytłumaczyła mi, że "kawia" to nowa nazwa świnki morskiej. Poczułem się bardzo głupio, przeprosiłem ją i wyszedłem ze sklepu najszybciej jak umiałem, po czym pojechałem gdzieś, gdzie nikt nie rozpozna mojej twarzy i kupiłem królika miniaturkę. Na szczęście dla mojej siostry liczy się puchatość, a nie gatunek zwierzaka, choć znam ją dobrze i wiem, że tak samo kochałaby brzydkiego łysego kota, jak i normalnego futrzaka, więc króliczek trafił w bardzo dobre ręce.

Dziewczynę z zoologicznego spotkałem jakiś miesiąc później. Rozpoznała mnie i dosiadła się do mnie... w kawiarni. Pokazała mi zdjęcia jej nowej świnki ekhem... kawii o kolorze brązowym, którą nazwała Coffee. Powiedziała mi, że to ja ją zainspirowałem. Okazało się, że tak jak ja jest na drugim roku studiów i się zaprzyjaźniliśmy. Nie jesteśmy parą i nie będziemy, mamy zbyt odmienne charaktery, ale mimo wszystko potrafimy się nieźle dogadać.
To już koniec tej pięknej historii, pozdrawiam wszystkich właścicieli zwierzaków :)

#nXzCB

Zacznę od tego, że dorywczo pracuję jako kelner na weselach i innych imprezach okolicznościowych.

Tym razem było małe kameralne wesele na 40 osób, "młoda" para miała ok. 60+ lat, więc i większość gości również była coś koło tego wieku.

Do sedna: zawsze mamy tak, że po złożeniu życzeń gość częstuje się kieliszkiem szampana, który stoi na okrągłym stole, gdzie stoję zwykle ja. Tym razem zauważyłem, że do jednego z kieliszków wpadła muszka, więc dyskretnie poprosiłem kolegę, aby poszedł ją wyciągnąć do kuchni. Gdy wracał czystym kieliszkiem zauważyłem, że bacznie obserwuje go pewna kobieta (jak wspomniałem, dość wiekowa). Obserwowała go aż do miejsca docelowego, tzn. stoliczka, na którym stała reszta kieliszków.

I ten moment, w którym wspomniana pani poinformowała resztę, żeby uważać, bo w szampanie może być tabletka gwałtu...

Widząc to, jak typowy osiedlowy monitoring ostrzega pól wesela z wielkim przekonaniem, zacząłem się chichotać jak głupi, zwłaszcza że wzięła inny kieliszek z drugiego końca stoliczka, bacznie mu się przyglądała i niepewnie piła. Chyba za dużo ogląda programów typu "Trudne sprawy" i "Dlaczego ja?"  :D

PS Pani jest cała, nikt jej nie wykorzystał :)

#uIqHk

Słyszeliście kiedyś o śmierci klinicznej?

Rodziłam poprzez cesarskie cięcie, byłam pod wpływem narkozy, nagle wszystko zrobiło się jak sen. Stałam obok pielęgniarki, widziałam wszystko, reanimację, każdy szczegół widziałam i słyszałam. Po chwili nastała ciemność, widziałam jedynie przytłumione światło i słyszałam dziwne odgłosy, straszny wiatr. Na końcu tunelu zobaczyłam kołyskę, a w niej malutkiego chłopczyka, wzięłam go na ręce, w tym czasie podeszła starsza kobieta, zwracając się do mnie po imieniu, że to mój synek. Wyśmiałam ją, gdyż powiedziałam, że mam mieć córeczki - bliźniaczki, po czym ona bez słowa odeszła. Zerwał się ogromny wiatr, nagle zapadła ciemność. Jak otworzyłam oczy, okazało się, że leżę na łóżku szpitalnym, lekarz przekazał mi informację, że córeczka jest zdrowa, natomiast z przykrością informuje, że synek zmarł.

Jak to możliwe, skoro jeszcze dzień przed cesarką były DWIE córeczki ZDROWE? Może Bóg dał mi przynajmniej na chwilę zobaczyć żywego synka i przytulić do siebie? Spoczywaj w Pokoju Kochanie [*]

#NXsRH

Na czwartym roku mojej przygody ze studiowaniem wynajmowałam pokój w centrum miasta. Jedną z lokatorek była dziewczyna rozpoczynająca pierwszy rok medycyny. Szczerze się z tego cieszyłam, bo przecież na medycynie nie ma czasu na imprezy, więc w spokoju będę mogła się uczyć.

Już w pierwszym tygodniu zajęć X wybrała się na integrację ze swoją grupą. Niby OK, gdyby nie zapomniała kluczy. W efekcie o 4 nad ranem obudził mnie natrętnie dzwoniący domofon i okrzyk: "Lekarz wraca z dyżuru!".
Po południu oczywiście były przeprosiny, stwierdziłam, że w końcu miała prawo się wyszaleć i pewnie na tym koniec jej wyskoków.

Od listopada do mieszkania zaczęli wpadać po notatki jej znajomi. Standardową formą powitania było: "Dobry wieczór, pani doktor!". Sygnałem dzwonka w telefonie każdego z nich była muzyka z czołówki "Dr. House'a", a ulubioną rozrywką licytowanie się kto pamięta więcej diagnoz z tego serialu lub jaka specjalizacja najbardziej by im odpowiadała.

Na porządku dziennym było narzekanie X na to, że nie zabierają ich na zajęcia do szpitala i że nie widziała jeszcze operacji na żywo, a przecież po obejrzeniu "Greys Anatomy" i House'a mogłaby już asystować chirurgowi. Zawsze zostawiałam te uwagi bez komentarza, bo nie będę nikogo przywoływać do rzeczywistości wbrew jego woli.

Najciekawiej było jednak po jednym z jej zdanych kolokwiów. Pani doktor postanowiła zrelaksować się przy kilku odcinkach swojego ulubionego serialu. Przy okazji wysłuchałam komentarza, że kupiła już sobie nici chirurgiczne, żeby ze znajomymi ćwiczyć szycie, bo niestety nie mają jeszcze zajęć, na których mogliby opatrywać prawdziwych pacjentów. Wróciłam do swoich spraw, ale po chwili ze świata skryptów i notatek wyrwał mnie krzyk dobiegający z kuchni. X siedziała na krześle z ręką owiniętą ręcznikiem. Okazało się, że skaleczyła się nożem podczas przygotowywania kolacji. Wyciągnęłam z szafki plaster i wodę utlenioną, ale X oznajmiła, że rana na sto procent nadaje się do szycia. Usłyszałam, że nie znam się na chirurgii, to jest bardzo głęboka rana naruszająca mięsień i duże naczynia krwionośne, a ona powinna natychmiast znaleźć się w szpitalu. Prawie zemdlała na widok kilku kropli krwi, kiedy próbowała zrobić dla znajomych zdjęcie dokumentujące jej obrażenia. Uspokoił ją dopiero jej ojciec, do którego zadzwoniła chwilę później, żeby poinformować o tym wypadku.
X spędziła cały weekend leżąc w łóżku z książkami, oceniając stan rany co godzinę i panikując, że na pewno wda się zakażenie.

Żaden z lokatorów nie śmiał powiedzieć jej, że ma w szansę na wypróbowanie swojej serialowej wiedzy :D
Dodaj anonimowe wyznanie