#WIYK2

Dwanaście lat to wiek, w którym uświadamiasz sobie, że nie z samymi kolegami człowiek żyje, więc zaczynasz patrzeć przychylniej na dziewczyny.

Początek gimnazjum, pierwsza lekcja niemieckiego i wchodzi ona... Czarne włosy, figura świetna, w ogóle najładniejsza dziewczyna w szkole, lecz... Lecz to nauczycielka.

Cała nasza grupa (wtedy patola to nie było dobre określenie, więc może napiszę, że osoby, które rządzą klasą) siadła w pierwszym rzędzie ławek, aby mieć lepsze widoki.

Ale do rzeczy: wyobrażacie sobie, jak nauczycielka przyłapuje pięciu facetów masturbujących się na jej lekcji? Nie? My sobie tego wyobrażać nie musimy...

#auCRQ

Mój tata jest "kanarem".

Idiotycznych albo agresywnych zachowań osób w komunikacji miejskiej jest całkiem sporo. Dzisiaj przytoczę jedną z tych idiotycznych.

Rutynowa kontrola, trzech kontrolerów na tramwaj, tata podchodzi do dziewczyny, która siedzi i chłopaka, który stoi obok niej. Kolo daje bilet, wszystko się zgadza.
Czas na dziewczynę, "poproszę bilet do kontroli". Laska wielce zdziwiona, bo przecież chłopak pokazał! No, ale halo halo, tam był tylko jeden. No nie, były dwa! Po jakimś czasie chłopak zaczął go szukać, gdy drzwi od tramwaju się otworzyły, koleś wyskakuje, tata szok, drzwi się zamknęły, no nic. W momencie odjazdu przez szybę było widać wielce wiwatującego na cześć swojej wygranej z kanarami geniusza.

Inteligent jednak nie przewidział, że bilet, który miał on, przy wysiadaniu zabrał ze sobą.

Ja i wy możemy sobie tylko wyobrazić minę tego gościa, który musiał wrócić na przystanek po swoją dziewczynę, która dostała mandat.

Posiadajcie bilety ;)

#Xfsw5

Jestem mordercą.

Mój tata od dziecka kochał akwarystykę. Miał jedno duże akwarium - dla dorosłych rybek i małe - dla młodych. To duże miało wypasione wyposażenie, niestety w tym małym oprócz jednego zabytkowego filtru znalazł się tylko mały termometr i równie zabytkowa grzałka do herbaty... Tak, do herbaty. Taką grzałkę wsadzało się do wody, podłączało, na termometrze w akwarium kontrolowało się jaka jest temperatura, po czym się ją po prostu wyłączało. Była zima, więc trzeba było dbać o ciepełko rybek.
Jeśli chodzi o mnie to tak krótko, że kochałam (i nadal kocham) gry mmorpg. Jak już usiadłam do komputera, to świat dla mnie nie istniał. Zapominałam o wszystkim, niczego nie widziałam ani nie słyszałam.

Kiedy byłam w podstawówce, mój tata wyjechał do innego miasta na operację, więc odpowiedzialność za jego ukochane rybki spadła na mnie. Nie mogłam zawieść mojego ukochanego taty! Jednego z wieczorów jak zwykle zabrałam się do podgrzania kochanych maluszków. Podłączyłam grzałkę i sprawdzałam co jakiś czas jak tam temperatura, po czym odwróciłam się do laptopa i... No właśnie, odwróciłam się ponownie chyba po godzinie. Zobaczyłam prawie białą wodę, temperatura wyszła grubo poza skalę i setki małych rybek pływających do góry brzuszkiem... Serce mi podeszło do gardła. Tata nie krzyczał, kiedy dowiedział się, że ugotowałam jego małe skarby, za to ja... nadal mam na sumieniu setki żyć...

Spłonę w piekle...

#n0Nbw

Kiedyś, gdy byłem młodszy, dużo wędkowałem. Pewnego dnia o 3.00 rano z kilkoma znajomymi wybraliśmy się nad jezioro... Dla początkujących jest to dość wymagające łowisko, więc jak można się domyśleć wyniki były mierne, postanowiliśmy zmienić miejscówkę na taką, która pozwoli nam zrobić użytek z wędek.

Wybraliśmy się na mały stawek dla starszych wędkarzy, takich, którzy siedzą tam całymi dniami, niekoniecznie łowią, ponieważ zarzucenie wędki wiąże się z złapaniem ryby, oni chcą po prostu sobie posiedzieć, tak dla towarzystwa... A więc zmieniliśmy miejscówkę o godzinie 12.00. Miejsce ładne, trawka przystrzyżona, jednak z jednym minusem... Niedaleko był śmietnik, przez co latało dużo os i innej maści owadów, a ich się strasznie boję...
No dobra, ale nie o tym - słoneczko fajnie grzało, wyrzuciliśmy wędki. Po 5 minutach z racji tego, że wstaliśmy wcześnie, moi towarzysze zdążyli zasnąć, a i ja delikatnie przysypiałem. NO i PACH, akcja!!!! Wstaję na równe nogi i czuję, jak mi bzyczy pod wędkarskim ubraniem, bzyczy strasznie mocno, jakby diabeł opętał osę!!! Ja z moim wstrętem do tego typu owadów BACH, kurtka zdjęta, BACH, bluza zdjęta, a ONA dalej bzyczy jak szalona, BACH (wystraszony na maksa drę się ile sił i proszę o pomoc), zdzieram z siebie spodnie i stoję w majtach. Tyle ludzi się zleciało... Wszyscy wystraszeni, pytają się, czy mnie coś pożądliło, czy coś pomóc, ja mówię, że wszystko OK, nic mnie nie boli, ale nadal słyszę bzyczenie... I w tym momencie wyciągam z kieszeni spodni Nokię 3310 (na wibracji)...

Co tu dużo mówić... Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby tylu chłopa płakało ze śmiechu... Przez długi czas ze wstydu nie pojawiałem się nad stawem, a wspomnienie o ataku "OSY" po dziś dzień wywołuje uśmiech na mojej twarzy :)

#gw2m9

Mieszkam na prywatnym osiedlu na parterze. Jest tam wyjątkowy spokój, uwielbiam relaksować się na balkonie, ale niestety jest mały problem.

Codziennie rano, kiedy wychodzę z kubkiem kawy na balkon, widzę pod nim masę gówien dwóch psów mojego sąsiada. Nieraz go prosiłem, że kiedy nie ma zamiaru sprzątać, niech pójdzie sobie z nimi gdzie indziej.
Tak za trzydziestym gównem ostro się zdenerwowałem, w nocy wszedłem mu na balkon i... zesrałem się na nim. Drzwi od balkonu były uchylone, jeden z psów sąsiada podszedł do mnie, powąchał moje gówno i zesrał się obok.

Trawnik pod moim balkonem jest już czysty, a sąsiad ma przesrane na swoim :)

#DL4fB

Miałem jakoś 14 lat.
Pewnego dnia w środku tygodnia, gdy wieczorem siedziałem w domu, rozbolał mnie brzuch. Nie było to nic nadzwyczajnego. W owym czasie byłem pokłócony z rodzicami, nie pamiętam o co, w każdym bądź razie byli na mnie źli… Do teraz sam nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale postanowiłem „sprytnie” wykorzystać mój ból brzucha i wzniosłem alarm! „Aaa! Jak boli!! Boże! Jak kłuje, o tu! Mamo, nie wiem co mi jest! Ała!! Serio boli!”. Mama przerażona dzwoni do taty – jedziemy do szpitala.
 
Po rejestracji w izbie przyjęć siedzę na poczekalni i dalej gram… Kiedy zobaczyłem w drzwiach pielęgniarkę (ok. 90 lat, 150 cm wzrostu, 90 kg, okulary i ogromny pieprzyk), która wywołała moje nazwisko, poczułem, że to zaszło troszeczkę za daleko. Cóż, show must go one. Wchodzę do gabinetu, a moim oczom ukazuje się pan doktor i grupka 3 studentów, w tym jedna blond studentka 8,5/10. No nieźle, pomyślałem.

Podczas wywiadu doktor pytał o stolec, kiedy, ile, jak często, jaki kolor, jaka konsystencja. Odpowiedziałem na wszystko. Chcąc się popisać przed studentami jako 14-latek z burzą hormonów dodałem „kurcze, akurat ostatnio tylko smaku nie sprawdziłem”.
Pan doktor uśmiechnął się, kazał spuścić spodnie, bokserki i położyć w pozycji embrionalnej. „Sprawdzimy, czy nie ma zatwardzenia. Może pan?” rzucił do studenta. Ten nerwowo założył rękawiczki i zaaplikował mi swój chyba wskazujący palec… po prostu w dupę.
- Czy czuje pan na coś na końcu?
- Tak, czuję – i kręci tym paluchem.
- Możliwe, że to kał. Kończymy badanie. Tu będzie zatwardzenie, więc zapraszam na lewatywę…

Nie wierzyłem w to, co się dzieje. Tym razem zaszczytu dostąpiła wspomniana wcześniej pani pielęgniarka… Ta sama pozycja, butelka z jakimś płynem z takim dzióbkiem, dalej już znacie.
Wstałem, pochodziłem parę minut w odległości nie większej niż 5 m od łazienki i nagle… KRET U BRAM! Lecę, siadam i nie schodzę przez ok. 30 minut…

Po wyjściu z łazienki wręcz zmęczony, siadam na poczekalni… Tak sobie pomyślałem - Kurde, gorzej być już nie może, dwudziestoparolatek grzebał ci w tyłku, widziała to laseczka 8,5/10, potem starsza pani wlała w ciebie od niecodziennej strony chyba 400 ml jakiegoś czegoś, po czym siedząc na szpitalnym kiblu w 30 min schudłeś jakoś 4 kg. Teraz może być tylko lepiej.
Otóż nie do końca tak było. Ponownie otworzyły się drzwi od gabinetu, wyszła starsza pielęgniarka. Na poczekalni było sporo ludzi w przeróżnym wieku, a ona stojąc w drzwiach na cały głos „KTÓRY TU CHŁOPCZYK LEWATYWĘ MIAŁ ROBIONĄ?! NA KONTROLĘ!”.
 
Ja po cichu wstałem, z opuszczoną głową, obdarty z resztek godności, z wbijającym się jak igły w moje plecy wzrokiem ludzi na poczekalni, przegrany wszedłem do gabinetu…
Wnioski z tej historii?

1. Nigdy nie symuluj choroby.
2. Nigdy nie zadzieraj z lekarzem.
3. Nigdy nie popisuj się przed dziewczynami.

#d8R1I

Jestem studentką. Od dwóch lat wynajmuję z chłopakiem mieszkanie od pewnego miłego, 40-letniego pana, nazwijmy go Zenek. Jak to bywa pod koniec czerwca, Zenek odwiedził nas, by przedłużyć umowę wynajmu na kolejny rok. Dzień wcześniej robiłam pranie, które powiesiłam na sznurkach w łazience.

Właściciel przyszedł, gadka-szmatka, umowa podpisana, Zenek postanawia jeszcze pójść do łazienki załatwić potrzebę (łazienka i toaleta są w jednym pomieszczeniu). Nic się nie dzieje, Zenek wychodzi z łazienki, żegna się z nami i wychodzi z mieszkania.

Wieczorem postanowiłam zebrać pranie. Wszystko pięknie, ładnie poukładane, a mi wpada do głowy, że zaskoczę dziś swojego chłopaka, założę moje (i jego) ulubione koronkowe majtki i spędzimy miło wieczór. Przejrzałam zebrane pranie, majtek nie ma. Sprawdziłam szuflady, szafki, zajrzałam do pralki, nie ma. Spytałam mojego chłopaka, czy ich nie widział - owszem, widział, że wisiały na sznurku w łazience.

Wniosek?
Zenek ukradł mi majtki...

#5UnIZ

Czytam sobie anonimowe i w pewnym momencie natrafiam na wyznanie o braku reakcji na wypadek. Należę do osób dość agresywnych i wrednych. Większość gdy mnie widzi za wszelką cenę próbuje nie nawiązać kontaktu wzrokowego (a nie jestem brzydka, po prostu mam taki wzrok). Dlatego też większość się dziwi, kiedy wspominam o tym, że w przyszłości chcę ratować ludzi.
Moi rodzice to naprawdę gorliwi katolicy, i to tyle słowem wstępu.

Jechaliśmy do babci - ja, mój tata i moja siostra. Siedziałam z przodu ze słuchawkami w uszach, ignorując kolejną piosenkę zespołu ABBA puszczaną ze starej kasety taty. Mijamy kolejne zakręty. Czekam na koniec jazdy (mam chorobę lokomocyjną) i wtedy widzę to. Mężczyzna około 50. leży na ścieżce dla rowerzystów nieprzytomny.

Pierwsza reakcja: mówię do taty "zatrzymaj się!". Niemal krzyczę nie odrywając wzroku od nieprzytomnego. Mijamy go bez słowa. Odwracam się w stronę mojego rodziciela i co widzę? Cholerny szeroki uśmiech. Krzyczę już prawie płacząc, żeby się zatrzymał - w zamian otrzymuję śmiech. Mój własny ojciec, upominający mnie w kościele gdy rozmawiam, mówi mi w twarz, że nie stanie, bo przecież nikt nie staje, to on nie będzie inny. Już we mnie buzuje, ze łzami w oczach mówię mu, że więcej się po nim spodziewałam, życzę, żeby mu też to się stało.

Jedziemy dalej, mój rodziciel szczęśliwy jak nie wiem co zerka co chwilę w moją stronę. OK, może ktoś inny okaże się bardziej ludzki (nie mówcie, że mogłam zareagować, bo zareagowałam).
Już się uspokajam, odwracam wzrok do okna. Mijamy chłopaka, widocznie zmęczonego pracą, z głową położoną na kolanach. Wtedy usłyszałam coś tak okropnego, że chyba nigdy tego nie zapomnę - "Co? Jemu też chcesz pomóc?" i śmiech, tym razem połączony z parsknięciem mojej siostry.

Trzęsę się cała na myśl o tym, co się stało. Wróciliśmy od babci po 2 godzinach, faceta nie było. Mój tata miał ze mnie ubaw cała drogę.

Człowiek, który zakazał mi kłamać, nauczył mnie chodzić, zabierał mnie do kościoła, upadł tak nisko. Mój ojciec potępia wiele osób. Jest rasistą  i homofobem. Potrafi obrazić każdego na drodze (robi to najczęściej epitetami typu "zejdź mi z drogi, głupia kobieto"). Jest gorliwym katolikiem, który uczy mnie nienawiści do ludzi.

Dalej chodzę do kościoła, dalej chcę być lekarzem.
Wierzę w Boga, nie wierzę w ludzi.

#ot8kS

Niektórzy nienawidzą policji tak po prostu, bez konkretnego powodu, ponieważ inni ich nie lubią. Ja też ich nienawidzę, ale z zupełnie innego powodu.

Historia miała miejsce jakieś 8 lat temu, kiedy miałam 9 lat.

W podstawówce byłam strasznie gnębiona przez rówieśników, rzucali mnie kamieniami, popychali na korytarzu, przygniatali ławkami. Miałam tylko jednego prawdziwego przyjaciela - Sebastiana. Byliśmy od małego nierozłączni.

Któregoś dnia moje "koleżanki z klasy" kazały mi ukraść z salonu kosmetycznego po kilka kolczyków do pępka, wargi czy nosa. Z racji tego, że byłam kiedyś boidupą, bałam się odmówić. Poza tym obiecały, że się ode mnie odczepią. Miałam to zrobić następnego dnia po szkole.
Seba od razu zobaczył, że coś mnie dręczy. Płakałam jak głupia. Zaproponował, że mi pomoże, skoro to ma oznaczać koniec prześladowania mnie w szkole i poza nią. Nie chciałam się zgodzić, ale w końcu uległam, za co nienawidzę samej siebie.

Dzień później, po szkole, weszliśmy do salonu. Na początku wszystko spoko. Widziałam kilka pudełek z kolczykami. Kosmetyczka patrzyła na nas podejrzliwym wzrokiem, bardzo się bałam. W końcu razem z Sebą postanowiliśmy zaryzykować - oboje szybko biegamy, a poza tym byliśmy mali i zwinni. Wzięliśmy do rąk po kilka pudełek i uciekliśmy. I razu pani wstała zza lady i wybiegła za nami. Na nieszczęście akurat wtedy przechodził policjant. Kosmetyczka powiedziała szybko policjantowi o co chodzi, a on ruszył za nami. Nie przemyśleliśmy tego, że starszy od nas, wyższy i silniejszy facet może nas dogonić. Gdy nas dogonił, wyciągnął pałkę. Akurat biegliśmy obok budowy. Uderzył nią Sebastiana, a ten upadł i nabił się na pręt lekko wystający z gruzów. Krew lała się wszędzie. Ja myślałam, że umrę, policjant uciekł, przechodzień wezwał karetkę, wyciągnął Sebie telefon z kieszeni i zadzwonił po jego mamę, z którą miałam lepszy kontakt niż z własną. Płakałam, krzyczałam... Ale nic to nie dało. Karetka się spóźniła...
Pogrzeb był kilka dni później. Policjant oczywiście nie poniósł konsekwencji.

Z jego mamą kilkadziesiąt razy w roku chodzimy na cmentarz, gdzie jest pochowany Sebastian. Kiedy piszę to wyznanie, płaczę. Ryczę jak małe, głodne dziecko.
Teraz mam 17 lat, a pamiętam wszystko, jakby stało się to wczoraj.

#lPkhF

Mam piętnaście lat i problem z odżywaniem. Chociaż nie wiem, czy można to nazwać problemem. Po prostu mało jem, rzadko kiedy zjem coś konkretnego, zazwyczaj żyję na kanapkach. Często zdarza mi się żyć na samym chlebie, zupełnie z własnej woli. W domu zawsze jest jedzenia pod dostatkiem, spokojnie. Moja mama dorabia sobie z robienia paznokci, "klientki" przyjmuje w domu. To tyle w ramach wstępu.

Wróciłam ostatnio ze zlotu harcerskiego. Trzy męczące dni, podczas których praktycznie nie odpoczywałam strasznie odbiły się na moim wyglądzie. Można by powiedzieć, że wyglądałam jak żywy trup.
Po powrocie do domi zaszyłam się na parę godzin w pokoju. W końcu stwierdziłam, że wypadałoby poczłapać do kuchni i coś zjeść. W kuchni siedziała mama z klientką. Przywitałam się grzecznie, trochę głos mi się załamał, byłam zmęczona. Wzięłam dwie kromki chleba i poszłam do pokoju, gdzie siedziałam przez resztę dnia.


Jak ogromne było zdziwienie mojej mamy, gdy następnego dnia do naszych drzwi zapukała policja z przedstawicielem opieki społecznej, twierdząc, że mama mnie głodzi i przetrzymuje w mieszkaniu.
Dodaj anonimowe wyznanie