Gdy byłem w podstawówce, jak każdy dzieciak nieraz coś przeskrobałem. Mój ojciec uważał, że jedynym lekarstwem na moje wybryki jest jak porządnie dostanę po tyłku. Zazwyczaj obrywało mi się pasem lub ręką. Parę razy był to kabel, a raz nawet drewniana szczotka do ubrań. Nic dziwnego w tamtych czasach, z jednym wyjątkiem.
Mój staruszek miał specyficzne poczucie humoru, kiedyś wymyślił, że użyje do tego bambusowego kijka, takiego jak używa się do podtrzymywania kwiatów doniczkowych. Samo narzędzie nie jest niczym szczególnym, za to imię jakie mój staruszek mu nadał graniczyło z debilizmem i nadal nie wiem, co mu strzeliło do łba. Nazwał go mianowicie "WACUŚ". Imię z dupy, ale nie spodziewał się konsekwencji.
Pewnego razu w szkole nauczycielka chciała mi wstawić pałę czy uwagę do zeszytu, a ja świadomy potencjalnych konsekwencji zacząłem rzewnie płakać. Wśród moich wymówek padło między innymi coś w stylu "Proszę, nie, bo mój tatuś znowu będzie walił mnie Wacusiem po dupie...". Jak można się spodziewać, nauczycielka uznała to za sygnał alarmowy.... Policja, opieka społeczna, cały ten mechanizm już był na progu, na szczęście szkolna pedagog odkryła pomyłkę po szczerej rozmowie ze mną, która nastąpiła nieco później. Wolę się nie domyślać jakich konsekwencji nam zaoszczędziła, ale nigdy nie zapomnę tego jak nawrzucała mojemu ojcu, gdy wreszcie pojawił się w szkole, by wyjaśnić całą sprawę. ^^
Cierpię na poważną chorobę, pod tytułem "zespół nocnego żerowania". Oznacza to, że gdy porządni obywatele śpią, ja wyruszam na poszukiwanie żeru, którym nakarmię siebie i moje młode [narządy trawienne], gotowe w razie niepowodzenia zjeść nosicielkę. Wyznanie to jednak nie będzie o tuszy, bo figurę mam świetną. Będzie raczej o dość dziwnym związku sprowokowanym sałatką jarzynową... Tyle tytułem wstępu.
Żeruję nocą, bowiem nocą funkcjonuję. Gotuję, sprzątam, wieszam pranie (szanuję ciszę nocną, nie robię hałasu) i w międzyczasie pracuję jako graficzka. Mieszkam na skraju cywilizacji, tzn. obrzeżu dużego miasta, przez co z jednej strony z balkonu mam widok a'la New York, a z drugiej dzicz, dżunglę i jedno wielkie zoo. Dla tego zoo o wschodzie słońca często wychodzę na balkon, aby go słuchać, podziwiać i napawać nim zmysły.
Jakiś czas temu, ja jak to ja - czyli moje ciało, podkoszulek, majtki, micha sałatki jarzynowej, łyżka i mózg wychodzimy tuż przed wschodem słońca na balkon, w celu sycenia się widokiem dzikiego ptactwa łażącego 6 pięter niżej. Nagle odzywa się mózg: Hej, ale bajer, wszyscy śpią, a my tu czuwamy jak ten Mroczny Rycerz nad Gotham... Pamiętasz tę piosenkę Jacksona, coś tam o kryminałach?... Jestem pewien, że byłoby epicko zatańczyć moonwalka tu i teraz!...
Tak, ja i cała reszta uznaliśmy to za super pomysł. Zaczęłam odtwarzać choreografię Jacksona w podkoszulku, majtach i z michą sałatki jarzynowej (którą się faszerowałam, jakbym ludożercom chciała przysługę wyświadczyć) pod pachą na moim balkonie. W międzyczasie zaczęłam sobie cicho podśpiewywać i odprawiać coraz to "lepsze" szamaństwa.
Tylko ktoś mnie zobaczył. Akurat tej nocy sąsiad z prostopadłego bloku musiał wyjść o tej porze na balkon. Bez słowa postanowił się przyłączyć.
Nie, nie jesteśmy razem... przynajmniej dosłownie. Od trzech tygodni kultywujemy tradycję wspólnego, dziwnego tańca między 4 a 5 nad ranem. Wskakujemy na nasze balkonowe meble (oboje mamy po podobnym, dosyć długim stole), nucimy te same piosenki i tańczymy, jakbyśmy latami ćwiczyli razem choreografię. Nie mam pojęcia jak on się nazywa, a on też raczej nie wie jak mi na imię.
Taka z nas para dziwaków. A dlaczego to sałatka jarzynowa to sprowokowała?... Szykując zawczasu mężowi śniadanie robiłam tę sałatkę i sypiąc do niej groszek przypomniałam sobie o bażantach łażących pod naszym blokiem. Uwielbiam na nie patrzeć, więc bez namysłu wybiegłam na balkon z sałatką i cóż... Jem ją niemal co noc, tańcząc z sąsiadem na swoich balkonach. Właśnie skończyliśmy po raz kolejny. Jest 5:31.
Witam! Jestem na anonimowych od jakiegoś czasu i postanowiłem podzielić się z Wami moją historią, która miała miejsce 5 lat temu.
Jestem 36-letnim ojcem i mężem, mam własną firmę, dom marzeń, ale nie o tym chciałem wam opowiedzieć. Historia będzie dotyczyć bardziej mojej żony (jest ona Ukrainką rok młodszą ode mnie). Moją małżonkę poznałem jak miałem 24 lata. Pracowała w salonie fryzjerskim, do którego raz przyszedłem. Piękna, wysoka brunetka z niebieskimi oczami. Po prostu idealna. Zagadałem do niej i dała się namówić na kawę następnego dnia. Siedzieliśmy w kawiarni chyba z 5 godzin, nie mogłem oderwać od niej oczu. I tak mijały dni, spotykaliśmy się (trwało to około pół roku), aż z czasem zrodziła się w nas miłość. Po 4 latach związku wzięliśmy ślub cywilny, tylko my, moi świadkowie i tylko moi rodzice. Po roku urodził się nam syn. Byłem najszczęśliwszy na świecie. Ola (nazwijmy tak moją żonę) od zawsze była bardzo tajemnicza, mało mówiła o swoim życiu zanim mnie poznała, ja też w sumie o wiele nie pytałem (teraz bardzo tego żałuję).
To była zima, pamiętam to, jakby było to wczoraj. Wracałem z pracy, było już dość późno... Wchodzę na swoją posesję i widzę mojego 2-letniego syna stojącego zapłakanego pod drzwiami. Otworzyłem drzwi do domu - stanąłem jak wryty. Moja żona leżała zakrwawiona na podłodze, wszystko było porozwalane - zadzwoniłem po pogotowie i policję. Przyjechała karetka - zabrali ją i małego. Od razu pojechałem za nimi. Ola była w krytycznym stanie, myślałem, że już ją straciłem na zawsze. Nie wiedziałem co się wydarzyło (syna zbadali i nie miał na szczęście żadnych obrażeń). Zadzwoniłem po rodziców, żeby zabrali go do siebie. Spędziłem przy jej łóżku całą noc, modliłem się, żeby z tego wyszła. Po jakichś dwóch tygodniach jej stan się ustabilizował. Obudziła się, ale gdy mi opowiedziała co się wydarzyło nie mogłem w to uwierzyć... Byłem przerażony.
Moja ukochana przed tym jak mnie poznała była prostytutką, zaczęła w wieku 17 lat, ponieważ jej rodzice pili i ją bili, więc uciekła... musiała jakoś zarabiać na życie. Jak miała 22 lata przyjechała do Polski (po prostu uciekła z tego burdelu), zaaklimatyzowała się tu, znalazła pracę i mieszkanie. Myślała, że przeszłość ma za sobą, ale jednak nie... Okazało się, że oni ją przez cały ten czas szukali i znaleźli ją w końcu.
Złapali ich. Ja przez dłuższy czas nie mogłem pogodzić się z tym wszystkim. Z tym, że przez tyle lat mnie okłamywała. Może to i też moja wina, że tak mało się wypytywałem o jej dawne życie... ale ona wiecznie milczała...
Po roku separacji zeszliśmy się. Kocham ją jak wariat, może i popełniła błąd w swoim życiu, ale była młoda i nie znała jeszcze życia.
Jesteśmy znowu szczęśliwi i mamy już trójkę wspaniałych synów :) PRZESZŁOŚĆ SIĘ JUŻ DLA NAS NIE LICZY!!
Większość pewnie wie, jak to jest z teściowymi.
W dużej części szału nie ma. Synowa to zło, nigdy nie będzie odpowiednia dla ukochanego synka.
Moja przyszła teściowa przeszła samą siebie.
Pomagała byłej mojego partnera do niego wrócić, ba, zapewniała ją nawet, że zrobi wszystko, aby jej się to udało.
Nawet zaoferowała jej wakacje u niej w domu, aby mogła być bliżej mojego chłopaka.
Ludzie są jacyś pomyleni.
Jako dzieciak często jeździłam na wakacje do dziadków. Uwielbiałam to, okolica była piękna, zawsze było coś do roboty i pełno dzieciarni, z którą można było się bawić.
Jednym z moich ulubionych miejsc była taka mała plaża tuż nad jeziorem, mało kto tam chodził, bo nie było molo, a i wody w tamtej części jeziora nie sprzyjały pływaniu, jednak dla samego podziwiania przyrody miejsce było idealne.
Któregoś razu, wcześnie rano, szłam sobie w moje ulubione miejsce. Niestety ktoś już okupował to miejsce. Była to najstarsza córka sąsiadów moich dziadków - Ulka. Dziewczyna miała 17 lat i uważana była za najładniejszą dziewczynę na wsi, wszyscy zazdrościli jej chłopakowi - Pawłowi. Uznałam, że nie będę jej przeszkadzać i usiadłam sobie na gałęzi drzewa, które stało nieco dalej od plaży. Siedzę tak sobie i patrzę na jezioro, kiedy nagle słyszę męski głos. Patrzę, a to ksiądz Marcel. Trochę mnie to zdziwiło, ale z drugiej strony wiedziałam, że Ulka śpiewa w scholi, więc może coś załatwiają. Co ja tam mogłam wiedzieć...
Nie minęło 10 min jak zobaczyłam, że ci tam dwoje w dole całują się namiętnie, a potem najzwyczajniej w świecie uprawiają seks. Dla 9-letniego dzieciaka taki widok to niezły szok. Bałam się ruszyć, bo wiedziałam, że na bank zauważą mnie jak zacznę złazić z drzewa. Jak skończyli, zwinęłam się i ja. Przez cały dzień chodziłam z oczami jak 5 złotych, bo co się zobaczyło, to się nie odzobaczy.
Na jakiś czas zrezygnowałam z chodzenia w tamto miejsce, ale potem jeszcze ze dwa razy przyłapałam Ulkę i księdza na całowaniu się w różnych okolicznościach przyrody. Nie przejęli się jednak tym jakoś szczególnie.
Z tego co się potem dowiedziałam, Ulka zaszła w ciążę, ponoć z Pawłem. Rodziny kazały im się natychmiast pobrać. Ślubu udzielał im jej ukochany ksiądz, służył również podczas chrztu ich córki - Marceliny.
Kim trzeba być, żeby okradać dzieci z domu dziecka?
Wychowawcą w takowej placówce.
Sobotnie przedpołudnie, podjeżdża ciężarówka z darami.
Była tego masa. Wszystkiego. Fotele obrotowe, hulajnoga, deskorolki, prostownice i maszynki do włosów. Buty jeszcze w pudełkach, słuchawki, bluzy, spodnie, kurtki. Wszystko nowe, jeszcze w foliach.
Wychowawcy zamknęli nas nas na stołówce i gdy wrócili, większości rzeczy już po prostu nie było. Wszystko przejrzane, przegrzebane.
Hulajnoga i deskorolka zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach, chociaż widzieliśmy jak wcześniej były wnoszone. Prostownica nie uchowała się żadna.
Dla uzupełnienia obrazka zostawiam Was Anonimowi z fragmentem podsłuchanej rozmowy:
Schodzi jedna z wychowawczyń obładowana rzeczami.
- Były te takie fajne pidżamki?
- No niby były, ale nie w naszym rozmiarze.
- To nic, bierz.
Wszystkie pudełka czarodziejsko zniknęły, ale... udało nam się wyciągnąć ze śmietnika trzy. Dwa od prostownic, jedno od maszynki do strzyżenia.
Trzymajcie za nas kciuki, bo w poniedziałek idziemy zanieść je do dyrektorki!
Ciężko mi to napisać nawet tutaj. Mam rodzeństwo, zaczęłam niedawno szkołę średnią. Rodzice mają swoich ulubieńców, niestety brakuje miejsca dla mnie. Zawsze tak było, czułam się niechciana i niekochana. Zaowocowało to tym, że mam niską samoocenę, jestem chorobliwie nieśmiała (dzięki mamo za wyśmiewanie się ze mnie i wyzywanie od pań lekkich obyczajów), nie wierzę w miłość i to, by jakikolwiek chłopak mnie pokochał. To jak wpłynęła na mnie sytuacja w domu jest zatrważające, a mimo wszystko uchodzimy za rodzinę idealną. O mojej sytuacji wie tylko jedna przyjaciółka. Przedstawię wam kilka sytuacji.
1. Fajnie jest mieć przyjaciół, kolegów, koleżanki, prawda? No cóż, wszystkich ich trzymam na dystans, wiedzą o mnie tyle ile powinni, z moimi rodzicami nie mają praktycznie kontaktu, ale kiedy przychodzi do tego, że spotykają mnie z rodzicami panikuję lub chodząc z nimi po mieście i mijając mój dom, staram się, żeby jak najszybciej przeszli. Czemu? Codzienne awantury, które słychać non stop. Praktycznie nigdy nie przyprowadzam znajomych. Ostatnim razem, kiedy przyszła moja znajoma, o czym uprzedzałam matkę długi czas przed, zostałam przy niej zwyzywana (jak zawsze z przekleństwami), jak tylko weszłam do domu. Powód? Brak, po prostu fajnie jest się na mnie wyżyć. Jak się pewnie domyślacie, koleżanki więcej nie przyprowadziłam.
2. Sytuacja najnowsza, piję herbatę pewnej marki, której nie pije nikt inny, żeby mieć z nimi znikomy kontakt, po prostu zanoszę rzeczy do swojego pokoju i chowam (mój brat lubi niszczyć moje rzeczy, jedzenie itd.), jem w nim. Tak samo zrobiłam wczoraj, widział mnie mój brat, który rzucił się na mnie i zaczął szarpać w rękach pudełko herbaty. Byłam w szoku i nawet nie zdążyłam nic zrobić, kiedy doskoczyła do mnie matka i zaczęła robić to co synek. Jej późniejsze tłumaczenie, chociaż widziała doskonale sytuację? Rzuciłam się na swojego brata i poszarpałabym mu jego nowe ubrania i zbiłabym okularki, więc musiała zareagować. Wynik? Z herbaty praktycznie nic nie zostało, braciszek calutki, ja cała w siniakach i z podrapanymi rękami. A w szkole niedługo WF i nie mam żadnych długich spodni ani bluzki.
Dzięki, mamo, chciałam chociaż przed nowymi znajomymi, udawać, że jest OK i jestem normalna.
Jeśli dotarłeś/łaś do końca, to dziękuję. Niestety zbyt się rozpisałam, za co przepraszam. Uprzedzając: tak, o sytuacji wie praktycznie każdy z najbliższej rodziny, ale nikt nigdy nie zareagował.
Historię zacznę może od tego, że moja matka zawsze miała świra na punkcie kadzidełek, run, kart tarota, reiki i tym podobnym, magicznych rzeczy.
Gdy miałam około 6-8 lat, bardzo często, gdy mnie coś bolało, "modliła" się o siłę Reiki i przykładała dłonie w miejsce, które mnie bolało, czarując coś rękami, że odciąga ból i tak dalej i tak dalej. Ale prawie zawsze kładła ręce na moim kroku i robiła to samo, mimo że nic mnie tam nie bolało, z reguły nawet robiła to w tym miejscu dłużej niż wszędzie indziej.
Innym razem (nie potrafię dokładnie określić, kiedy to się działo - wiem, że na pewno wtedy, kiedy jeszcze nie miałam dużych piersi i później, kiedy już nosiłam normalne staniki, z fiszbinami), gdy jeździłyśmy nad wodę i pływałyśmy obie w kółku, ściągała mi stanik i kładła ręce na biuście. Wtedy myślałam, że to jest całkowicie normalne i wszystkie mamy tak robią.
Często chciała brać ze mną kąpiel i dotykała mnie w miejsca intymne mówiąc, że jak dorosnę, to będę piękną dziewczynką. Mówiła, że gdy będę troszkę starsza, to będę miała tu włoski, przy czym ciągle trzymała tam ręce i trzymała przez bardzo, bardzo długi czas, bawiąc się mną tam na dole.
Cóż, teraz mam 25 lat i wiem, że to co robiła nie było normalne. Traumy nie mam, aczkolwiek z biegiem czasu nie żałuję, że przestała utrzymywać ze mną kontakt od momentu pierwszej miesiączki i cieszę się, że wyjechała do pracy za granicę i tyle jej było widać.
Jako nastolatek przez prawie całe wakacje pracowałem w piekarni, był to chyba mój 4 dzień w pracy. Koledzy z zakładu w pewnym momencie dali mi dwa wiadra i powiedzieli żebym poszedł do sklepu naprzeciw po bułkę tartą.
Tak. Poszedłem po nią.
Ekspedientka z bananem na twarzy zapytała, czy jestem nowy w piekarni :D
Nigdy tego nie zapomnę...
Pracuje sobie na infolinii sieci komórkowej.
Dzisiaj jestem wyjątkowo zmęczony życiem, czternasty dzień jestem w pracy. Każdego dnia pracuje od 10 do 12 godzin (ani jednego dnia wolnego od 14 dni)
Trochę już zblazowany tym, że już 9 godzinę jestem w pracy i w dodatku jest to niedziela i perspektywa wrócenia do domu i robienia sobie jeszcze kolacji przerasta mnie tak samo jak roczne dziecko wiązanie butów.
Teraz wracając do tematu:
Zadzwonił do mnie "trudny klient"
Wymagający bóg wie czego praktycznie za darmo.
Teraz streszczę wszystko co do mnie mówił. Ja oczywiście jako osoba kulturalna słuchałem wszystkiego i odpowiadałem jakby nie był skończonym bucem tylko normalna miła osoba.
Pan Janusz (imię wymyślone) oczywiście krzycząc:
Pan Janusz: Jestem od początku istnienia klientem waszej sieci!(2005 r., a istniejemy od 1990 r.) i nie mam żadnych usług dodatkowych u was (co by mu mocno obniżyło abonament) i wy mi nie proponujecie atrakcyjnej oferty za pół darmo!? Przecież nie wezmę samsunga 6 jak jest już samsung 7edge! To jest śmieszne i jesteście żenujący! Powinniście zniknąć z rynku! A Pan jest wyjątkowym szmaciarzem! Kto pana w tym kurestwie zatrudnił!
Żona Janusza odzywa się w tle: Janusz jak mogłam się związać z tobą?! Jesteś niewychowanym nieudacznikiem! Drącym się na bogu ducha winnym pracowniku! Dobrze jednak zrobiłam, że złożyłam już papiery rozwodowe.
Janusz: Kaśka jak mogłaś mi coś takiego zrobić?!?!
Ja: panie Januszu, życzę miłego niedzielnego wieczoru.
Nie wiem czy jest mi go bardziej szkoda czy żal. Ludzie powinni bardziej zwracać uwagę na to co mówią.
Dodaj anonimowe wyznanie