#aE6JL

Jakiś rok temu pojechałam do pewnego baru mlecznego. Jako że zostawiłam u babci portfel, wzięłam zapasowy, w którym znajdowało się 20 zł.

Przed wejściem do jadłodajni zaczepił mnie bezdomny mężczyzna. Spytał, czy może dam mu kilka groszy, bo jest głodny. Nie chciałam dawać mu pieniędzy, więc zaproponowałam, że kupię mu zupę.
Wyciągnęłam portfel, aby sprawdzić, czy mi wystarczy (musiałam jeszcze kupić bilet powrotny).
W tym momencie on mi go zabrał i uciekł.

Musiałam wracać do domu głodna, ale na szczęście w portfelu nie było żadnych dokumentów, tylko pieniądze. Od tego czasu nie ufam bezdomnym proszącym o pieniądze.
I chciej tu być dobrym...

#pNTTM

Historia miała miejsce, kiedy miałem 5 lat.
Mam brata 15 lat starszego i siostrę 12 lat starszą. Pewnego dnia podsłuchałem ich rozmowę. Byli w kuchni i szeptali, ale ja mały szpieg - udało mi się usłyszeć wszystko.
Brzmiało to tak:
- Ty, wiesz co? Rodzice uprawiają seks na działce. Nakryłem ich wczoraj.
- O Boże, wolałam nie wiedzieć. Ty, a gdzie Tomek?

Zastanawiało mnie wtedy co to jest ten seks i czemu go uprawiają na działce. Wyszedłem z ukrycia i się spytałem ich co to jest ten seks.
- Yyy, no wiesz... To jest taki owoc i rodzice go uprawiają na ogródku.

Następnego dnia poszedłem do przedszkola. Pani zaczęła zadawać klasie dużo pytań. Jednym z nich było "Jakie są wasze ulubione owoce i czy jakieś uprawiacie".

Wyobraźcie sobie minę przedszkolanki, która usłyszała, że 5-latek bardzo lubi uprawiać seks z rodzicami.

#ZBbqh

Jestem osobą, na widok której wiele moherów robi oburzoną minę. Młoda kobieta z tatuażami na rękach, nogach, plecach... przez wiele lat się ich namnożyło. Należy również dodać, że posiadam wiele zwierząt i je wprost uwielbiam.

Mniej więcej w lipcu pojechałam odwiedzić rodziców do takiej niewielkiej wsi. Była sobota, zostałam wysłana po zakupy do Biedronki, która znajdowała się w pobliskim miasteczku. Przechodzę przez ryneczek i co tam widzę? Cztery umęczone, chude konie, a obok nich odpicowany wóz z napisami dotyczącymi Boga, Jezusa itp. Przy wozie stała uśmiechnięta zakonnica. Podeszłam do niej, żeby się spytać, czy to do niej należą konie. Odparła, że należą do człowieka, który jest też właścicielem wozu, ale on jest aktualnie w kościele. Postanowiłam pójść w końcu do tej Biedronki i sprawę wyjaśnić po powrocie. Idealnie się złożyło, bo gdy wracałam, przy wozie stali jacyś ludzie. Znów zaczęłam dopytywać się, czyje są to konie i zgłosił się typowy Janusz z wąsami i w skarpetach pod sandałami. Spytałam, czy mogę obejrzeć zwierzęta, zgodził się. Miały zniszczone zęby, popękane kopyta, jeden koń miał ochwat, wszystkie miały otarcia i wszystkim było widać żebra. Oznajmiłam, że tak być nie może i trzeba te zwierzęta zabrać do weterynarza. Janusz stwierdził, że nic im nie jest, że od początku wakacji ciągną wóz od wsi do wsi, dzieciaki je uwielbiają, owies dostają i w ogóle nie wie, o co mi chodzi.

Mój narzeczony to weterynarz, specjalista od dużych zwierząt, zadzwoniłam więc po niego i przyjechał. Stwierdził, że zwierzęta są w bardzo złym stanie, a koń z ochwatem musi zostać natychmiastowo poddany kuracji. Janusz na nas nawrzeszczał, że pakujemy nos w nie swoje sprawy i mamy spieprzać, bo inaczej naśle na nas policję. Narzeczony musiał szybko wracać do pracy, więc z fantem zostałam sama. Zadzwoniłam na policję, ale oczywiście pojawiły się dwie kluchy, które się na zwierzętach nie znają. Widzieli, że chudziny, że mają brzydkie zęby, ale co z tego, skoro Janusz momentalnie ich przekabacił na swoją stronę? Ostatecznie wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim mamie, która poradziła, żeby zadzwonić do jakiejś fundacji. Tak też zrobiłam.

Następnego dnia, w niedzielę, zjawili się wolontariusze, pokazałam im, gdzie są konie. Zaczęła się kłótnia z Januszem i zakonnicami, mohery stanęły po ich stronie, bo przecież ja i moje tatuaże to pomioty Szatana. Z perspektywy czasu widzę, że mnóstwo ludzi ocenia po wyglądzie, a nie po zachowaniu. Konie zostały odebrane Januszowi, który jako karę dostał jedynie dożywotni zakaz posiadania zwierząt.

Tym wyznaniem pragnę otworzyć ludziom oczy na cierpienie zwierząt. Boję się myśleć, co stałoby się z tymi końmi, gdybym nie interweniowała...

#72DmZ

Kolejny rok akademicki się zbliża, wróciłem więc wczoraj do wynajmowanego przeze mnie i dwóch moich znajomych mieszkania. Wspomniani znajomi są jeszcze za granicą.

Chciałbym po prostu wiedzieć, dlaczego po obudzeniu się rano zastałem w mieszkaniu trzy pralki, których na pewno poprzedniego dnia nie było...

#vUeAG

Kiedy zaczęłam pierwszą klasę liceum, moje życie obróciło się o 180 stopni. Zwykły dzień, rano wychodząc do szkoły pokłóciłam się z tatą o jakąś pierdołę. Nie było to nic dziwnego, często tak bywało.

Tego dnia od razu po szkole spotkałam się ze znajomymi i do domu wróciłam dopiero około 20. Przed klatką zobaczyłam samochód policyjny i żegnając się z kolegami śmialiśmy się, że ktoś pewnie urządził sobie imprezę w tygodniu. Weszłam do domu i zastałam zapłakaną mamę, która wydusiła, że ojciec miał wypadek samochodowy i jest w szpitalu w stanie krytycznym. Średnio docierała do mnie powaga sytuacji, wyobrażałam sobie raczej, że trzeba będzie się nim teraz opiekować i nadejdzie cięższy okres. No nie spodziewałam się, że aż tak. W szpitalu długo czekaliśmy na lekarza, który po zaproszeniu nas do gabinetu długo opowiadał o obrażeniach taty, o ilościach złamań itd, po czym ni stąd ni zowąd "Niestety pacjent nie przeżył operacji". Sekundę później identyfikowałam zwłoki własnego ojca, zakrytego od szyi w dół ze względu na tragiczny stan pozostałych części ciała.
Tego dnia pojechał na ryby kilkanaście km od miasta i wracając wieczorem zderzył się czołowo z innym wyprzedzającym kierowcą.

Niestety zakończeniem tej historii nie jest tylko fakt, że straciłam jedną z najważniejszych osób w moim życiu w zaledwie godzinę (zmarł zaraz po przyjeździe do szpitala), a fakt, że drugi kierowca (trzeźwy), przeżył ze względu na lepsze auto oraz ZOSTAŁ UNIEWINNIONY po 3 latach rozpraw, ponieważ miał lepszego prawnika i prawo jazdy jest mu potrzebne w pracy. Ojca już nie odzyskam, sprawiedliwości najwyraźniej też.

#RO0kM

No więc siema. Dodaję to wyznanie, aby się wygadać w końcu komuś. Myślę, że może gdzieś tam za górami, lasami są takie osoby jak ja.

A więc, czy znacie określenie "gay best friend"? Jeśli nie, to już wyjaśniam.
"Gay best friend" to najlepszy przyjaciel jakiejkolwiek kobiety. Zawsze doradzi co powiedzieć chłopakowi, co mu kupić na urodziny itd.
Przy tym broni jej tyłek przed typowymi dziuniami, niszcząc je ich bronią - ciętą ripostą a la teksty z Mean Girls.
Takie zachowanie jest zawsze przylepiane do chłopaka o orientacji homoseksualnej.

I tu się zaczyna mój problem, ponieważ mimo tego, że cały opis powyżej się zgadza z moim, jest jeden drobny szczegół - jestem hetero.

Na co dzień jestem nieśmiałym i cichym chłopakiem, który preferuje raczej swoje towarzystwo w czterech ścianach niż wypasioną imprezę w klubie, po której masz totalnego zgona i nie wiesz czy zrobiłeś to z dziewczyną, psem lub lampą. No wiecie o co chodzi.

Tym "gay best friendem" staję się pośród mojej paczki (co jest dowodem na to, że przyjaźń damsko-męska istnieje!).

Nawet ostatnio spodobała mi się pewna dziewczyna, z którą chodzę na zajęcia z rysunku. Postanowiłem się z nią zaprzyjaźnić, aby jakoś ta znajomość się dobrze zaczęła. Na początku wszystko było super. Nawet udało mi się ją wyciągnąć parę razy do kina lub na miasto. Ale niestety jak się domyślacie: GAY BEST FRIEND MODE: ON.

No i skończyło się na tym, że gdy w końcu zdałem się na odwagę i chciałem ją pocałować, padły te magiczne 4 słowa: Ty nie jesteś gejem?

Totalna porażka... Ktoś ma jakąś łopatę, bym mógł sobie wykopać dołek i zapaść się pod ziemię?

#4JuCf

23 grudnia, godzina 22:30. Musiałam napisać poprawkę i załatwić kilka spraw w mieście, gdzie studiuję. Gdy z wszystkim się uporałam, zostało niewiele czasu na ostatni PKP. Biegnę, kasy były albo zamknięte, albo za długa kolejka. Wiec wybiegam do pociągu i idę kupić bilet u konduktora. Kazał on mi zająć miejsce i czekać aż przyjdzie.

Zajęłam miejsce w przedziale, gdzie siedziały już 3 osoby. Kolejne stacje to jakieś niewielkie miasteczka. Przychodzi konduktor, ja szukam i okazuje się, że zgubiłam portfel. Konduktor każe mi wysiąść z pociągu. Jednak obcy ludzie złożyli się dla mnie na bilet normalny (bo legitymacja studencka była w portfelu) za około 50 zł i dzięki temu mogłam trafić do domu.

Dziękuję!

#gbaMz

Mam siostrę, prawie 20 lat starszą ode mnie. Według rodziny ona to wzór do naśladowania, a ja i moje zachowanie woła o pomstę do nieba. Jak można nie lubić takiej kochanej Zuzi? Przecież ona jest taka odpowiedzialna, energiczna, ma własny dom, męża w wojsku, piękną i grzeczną córeczkę, a ja? Mała, zazdrosna smarkula, która nie docenia szczęścia, jakim jest posiadanie takiej siostry.

Jest kilka powodów, dlaczego nie znoszę mojej siostry:
- wypłynęła ze mną (7-letnią) i ze swoją (7-letnią) córką na środek jeziora pontonem. Nagle rzuciła tekstem, że jakby ten ponton się przedziurawił i poszedł na dno, to ona uratowałaby swoją córkę, a mnie zostawiła (nie umiałam pływać) i że każdy by ją zrozumiał.
- wmawiała mi często, że widziała jakiś znak, który świadczył, że nasi rodzice umarli, np. wmówiła mi, że jeśli krowa na mnie spojrzy, to oznacza, że któryś z rodziców umarł, do dziś nie patrzę na krowy, mimo że wiem już o tej bzdurze.
- jeśli coś jej zniknęło w domu, to musiałam jej oddawać swoje kieszonkowe, bo na 100% ja to jej ukradłam i bezczelnie nie chcę się przyznać, rodzice jej ślepo wierzyli. Mimo że część "ukradzionych" rzeczy po czasie znajdowała gdzieś u siebie w domu.
- zabierała mnie do siebie na weekendy (mimo że nie chciałam, ale przecież rodzice kazali jechać, bo taka dobra siostra i dba o ciebie!), kazała mi wtedy pomywać, sprzątać, myć podłogi/okna i układać jej ciuchy w szafie.
- czasem mówiła, że jestem adoptowana, bo ona jest taka piękna, a ja nawet do pięt jej nie dorastam i takiego kaszalota nie mogła urodzić nasza wspólna mama.

Obecnie jestem dorosła, mieszkam ponad 2 tys. km od siostry i jestem szczęśliwa, z nią nie utrzymuję kontaktów, mimo że rodzice mają mi to za złe i traktują jako tę złą.

Dodam tylko, że:
- moi rodzice nigdy mi nie wierzyli, gdy się skarżyłam, twierdzili, że zmyślam, bo zazdroszczę siostrze.
- wydaje mi się, że kochali mnie mniej, byłam wpadką parki po czterdziestce. Dobrze wiem, że już dzieci nie chcieli, ale stało się. Zawsze czułam, że siostra jest tą idealną, brat również, a ja to taka istota, którą trzeba wychować, bo "co ludzie powiedzą".

Nikt poza siostrą nie wie jaka jest prawda, nawet mój mąż nie wie, bo po co miałam mu mówić? Jakiś wewnętrzny strach czuję, że również stwierdzi, że zmyślam. Mimo że jest to irracjonalny strach, to nigdy mu o tym nie powiem. Ograniczenie kontaktu z siostrą do minimum jest dla mnie wystarczającym szczęściem.

#6Szm0

Moja mama pracowała kiedyś w pewnym liceum jako nauczycielka. Złożyło się tak, że musiała na chwilę pojechać do pracy i nie miała mnie z kim zostawić (miałam z 5-6 lat), więc zabrała mnie ze sobą. Zostawiła mnie w pokoju nauczycielskim na może 20 minut, które mnie wydawały się godzinami... Do tego dochodził strach, że ktoś tam wejdzie i mnie nakryje, będą kłopoty, dosyć skrępowana się tam czułam (śmieszne jest to, że reszta nauczycieli dobrze wiedziała kim jestem).

Siedziałam tam jak na szpilkach też z jeszcze jednego powodu - właśnie wtedy poczułam, że niemiłosiernie zachciało mi się siusiu. Pęcherz jęczy i płacze, nawet gdybym wtedy wiedziała, że tuż obok jest toaleta, bałabym się wyjść. W końcu nie wytrzymałam i nasiusiałam do kosza na śmieci (z workiem), oczywiście po cichutku, żeby szelest folii mnie nie zdradził... Dużo, naprawdę dużo tego było.

Nie, nikt nie wszedł tam wtedy. Kiedy powiedziałam o tym mamie po prawie 20 latach, mało nie umarła ze śmiechu. Przez te wszystkie lata miałam (i dalej mam) ogromne wyrzuty sumienia na myśl o pani sprzątającej. Nie chcę też chyba wiedzieć (jeśli to co tam zostawiłam zostało zauważone), jakie teorie i podejrzenia zrodziło...

#taSmT

O tym wydarzeniu dowiedziałam się przypadkiem.

Zdarzyło się to, kiedy miałam dwa latka. Razem z rodzicami wracałam samochodem z rodzinnego spotkania. Jako że bardzo źle znosiłam podróże, spałam na tylnym siedzeniu. Bez pasów. Pech chciał, że w samochód moich rodziców uderzyło inne rozpędzone auto. Im nie stało się nic, a ja w wyniku uderzenia wyleciałam przez przednią szybę. Reanimowano mnie w karetce oraz jeszcze ok. godziny w szpitalu, po czym lekarz orzekł zgon. Rodzice w kompletnej rozsypce, poinformowali już rodzinę o tym co się stało. Mnie przez ten czas zawieziono do szpitalnej kostnicy. Podobno ksiądz, który przyszedł dać ostatnie namaszczenie dostał zawału, kiedy usłyszał i zobaczył płaczące ze strachu i zimna dziecko.

Rok później zaczęłam opowiadać mojej mamie historie, o których śniłam. We śnie widziałam różne sytuacje, które moja mama miała kiedy była ze mną w ciąży. I które jak się okazało były prawdziwe.W późniejszym okresie w snach odwiedzała mnie dziewczynka starsza ode mnie o parę lat. Czesała mi włoski, bawiła się ze mną, a kiedy byłam chora czułam obecność mojej "koleżanki" przy moim łóżeczku i jej dotyk na mojej buzi. Okazało się, że tą dziewczynką była moja starsza siostra, która zmarła przy porodzie. Rodzice trzymali to przede mną w tajemnicy, ponieważ był to dla nich przykry temat. O wszystkim powiedziała mi siostra mojej mamy, kiedy po śmierci jej męża powiedziałam jej, że wujek pożegnał się ze mną we śnie.
Bardzo często śnią mi się sytuacje z mojego życia, które prędzej czy później stają się prawdziwe. Bliscy kiedy odchodzą na "tamten świat" przychodzą do mnie w snach i się żegnają.
Takie ot paranormalne wyznanie:)
Dodaj anonimowe wyznanie