Kiedy chodziłam do podstawówki, to w szkole zawsze gdy np. zbliżała się Wielkanoc czy Boże Narodzenie, nauczyciele zabierali cała szkołę na spowiedź do kościoła. Więc ja też poszłam. Przyszła moja kolej, aby wejść do konfesjonału i się wyspowiadać.
Wszystko pięknie, ładnie, aż do momentu, kiedy powiedziałam wszystkie grzechy i wyszłam z konfesjonału. Cały kościół ludzi, a ksiądz wylatuje za mną i krzyczy "DZIECKO, WRACAJ, JA CI ROZGRZESZENIA NIE DAŁEM".
Nigdy nie zapomnę tych wszystkich twarzy zwróconych w moim kierunku.
Ta historia wydarzyła się, gdy byłam w podstawówce, prawdopodobnie 1 lub 2 klasa. Jako mądra dziewczynka wiedziałam już co to miesiączka i oczywiście bardzo jej oczekiwałam, między innymi sprawdzając ciągle czy rosną mi piersi, bo to przecież był największy wyznacznik tego, że niedługo pojawi się okres.
Pewnego dnia korzystając z toalety zauważyłam małą plamkę krwi na majtkach (prawdopodobnie od małego skaleczenia). Wiedziałam co to oznacza, w końcu stałam się kobietą!!! Wtedy myślałam, że okres pojawia się tylko jeden dzień w miesiącu, więc przez kolejny miesiąc czekałam na kolejny okres. Jednak wtedy bawiłam się często z chłopcami i gdy mój okres nie nadszedł, uświadomiłam sobie, że jestem w ciąży. Przez cały weekend bardzo na siebie uważałam, jadłam tylko zdrowe rzeczy i zaczęłam przygotowywać nawet miejsce w moim łóżku dla mojego dziecka!
Mama niestety popsuła moje marzenia o dziecku, uświadamiając mnie, że to nie był okres :( Tak skończyła się moja dziecięca ciąża i jednodniowy okres..
Mimo że jestem młodą osobą, dość często choruję. Ta historia zdarzyła się kilka lat temu.
W końcu dostałam się do specjalisty, na którego wizytę musiałam czekać kilka miesięcy. Jako że z wszystkich pacjentów byłam tym najzdrowszym okazem, lekarz przyjął mnie jako ostatnią.
Lekarz chciał zbadać moje węzły chłonne, musiałam więc ściągnąć też spodnie, bo węzły są nie tylko w szyi i pod pachami, ale też w pachwinach. Po badaniu ubieram spodnie, chcę zapiąć zamek, ale nie mogę, bo się zepsuł. Próbuję pociągnąć do góry, ale zamek ani drgnie. Gdybym miała jeszcze guzik, to olałabym sprawę i go zapięła. Ale w tych spodniach był tylko zamek. Środek zimy, z gołym pupskiem wyjść nie mogę.
Lekarz skończył wypisywać kartotekę i zainteresował się moim problemem:
- Co pani robi? - spojrzał dziwnie na moje krocze, przy którym coś majstrowałam. Roześmiałam się nerwowo (jak to ja, zawsze w stresujących sytuacjach muszę śmiać się jak wiejski głupek) i powiedziałam:
- Zamek mi się zepsuł.
Lekarz wstał od biurka.
- Nie może pani zapiąć guzika? - spojrzał jak na idiotkę. Uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Ale to takie spodnie bez guzika. Jak ja teraz do domu wrócę? - wizja chodzenia w śnieżnej zamieci z opadającymi gaciami sprawiła, że przestało mi być do śmiechu.
- Może agrafką by to spiąć?
Ale okazało się, że żadne z nas nie ma agrafki, nawet szpilki. W końcu, po kilku minutach mocowania z zamkiem zaproponował, że może jemu się uda. Ukląkł przede mną i zaczął majstrować przy zamku. Nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
W tym momencie do gabinetu, bez pukania, weszła pielęgniarka.
Jej mina...
Na szczęście miała szpilkę i mogłam wrócić do domu.
Gdy miałam trzy latka, rodzice zabrali mnie na coniedzielną mszę do kościoła.
Jak każda mała dziewczynka podczas lata miałam na sobie piękną, białą sukienkę z falbankami. Znudzona mszą, wraz z koleżankami wyszłyśmy na środek kościoła. Wszystkie podnosiłyśmy sukienki, falowałyśmy nimi udając księżniczki. Wtenczas lokalni mieszkańcy i cała reszta kościoła dowiedziała się, że matulka zapomniała założyć mi majtki.
Dziękuję mamo, że wówczas udawałaś, iż jestem dla ciebie obca.
Dziadek jest starym, schorowanym człowiekiem. Nie pracuję, nie uczę się, chociaż jestem młody, ponieważ muszę się nim opiekować 24/7.
Ostatnio będąc w sklepie kupowałem pampersy na nietrzymanie moczu. Będąc tam spotkałem moją starą znajomą, która od dłuższego czasu mieszka w Holandii. Pytając co u mnie zauważyła ona co kupuję. Zapytała dla kogo to. Po szczegółowym opisaniu mojej sytuacji popatrzała na mnie jak na kompletnego idiotę, wpatrywała się tak dłuższy czas. W końcu zapytała:
"To eutanazja jest u was nielegalna?"
Będąc nastolatką, bardzo uwielbiałam białe żele pod prysznic. Do dzisiaj nikt nie wie, że gdy brałam kąpiel, wylewałam na piersi lub brzuch pewną jego ilość, wyobrażając sobie, że to sperma.
Od kilku tygodni regularnie chodzę na siłownię. Zawsze zabieram ze sobą torbę sportową, w której mam ubrania na zmianę (chyba tak jak każdy). Jako że nie mam własnego samochodu, muszę posługiwać się komunikacją miejską. Jadę około 5 minut autobusem A, który zawozi mnie na "większy" przystanek, po czym przesiadam się w autobus B. Rzecz wydarzyła się wczoraj...
Oczywiście, standardowo, autobus A się spóźnił. Ale już wsiadłem, na luzie, nawet znalazłem miejsce siedzące. Jedziemy te 5 minut. Gdy zbliżamy się do miejsca mojej przesiadki, patrzę na przystanek i co widzę? Tył autobusu B. Myślę sobie "O k...!".
Autobus A zatrzymuje się na przystanku. Wybiegam z niego, po drodze prawdopodobnie tratując kilku ludzi :/ Biegnę dalej. Drzwi autobusu B jeszcze otwarte. Biegnę jeszcze szybciej. W końcu dobiegam do celu i wyciągam rękę, by złapać (wciąż otwarte) drzwi.
W tym momencie torba z moimi ciuchami zsuwa się z ręki i ląduje na podłodze w autobusie. Pół sekundy później drzwi się zamykają. Ja stoję z typowym "wtf" na twarzy, po czym klikam w przycisk otwarcia drzwi. Nope, nie tym razem...
I w ten oto sposób moja całkiem droga torba z całkiem drogimi ciuchami wybrała się na przejażdżkę po Warszawie...
Mam tylko nadzieję, że ludzie nie pomyśleli, że jestem jakimś terrorystą, który wrzuca im bombę do autobusu :|
Siedziałam w pociągu z laptopem na kolanach, gdy podszedł do mnie zdyszany, spocony chłopak i błagalnym głosem pyta, czy nie użyczyłabym Wi-Fi, aby mógł kupić szybko bilet. Widziałam, że ledwo zdążył, wytłumaczył, że to tak nagle wyszło i musi wrócić do domu - mniejsza z jego tłumaczeniem. Powiedziałam, że spoko, niech zeskanuje sieci i szybko wpiszę mu hasło.
Cóż, chłopak uśmiechnął się do mnie uroczo, pytając, czy Wi-Fi "ch*jciwd*pękradnącapiz*o" to moje.
Tak, to było moje. A hasło brzmiało "jpNA100procent", ale na szczęście to wpisywałam już ja.
PS Parę dni wcześniej żartowałam sobie z koleżankami, zmieniając nazwy i hasło i na śmierć zapomniałam, że coś takiego miało miejsce.
PS2 Chłopak usiadł koło mnie, pogadaliśmy, ale małżeństwo i dzieci są niemożliwe, bo on okazał się gejem. Ale jesteśmy z jednej miejscowości i utrzymujemy koleżeńską relację ;)
Od małego miałam dość biznesowy umysł oraz zawsze bawiłam się z chłopcami.
Wszystkie dziewczynki z mojej klasy płakały na widok martwej mrówki, więc razem z przyjacielem (nazwijmy go Michał) wpadliśmy na iście szatański pomysł.
Postanowiliśmy zabijać mrówki i ślimaki i je zostawiać w okolicach dziewczyn, a następnie ogłosić, że zakładamy dom pogrzebowy i za niewielka opłatę pochować nieszczęsnych braci mniejszych.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, dorobiliśmy się całkiem sporej sumki i wydaliśmy wszystko na słodycze i chipsy.
Trwało to z miesiąc i pół, aż na tym procederze przyłapała nas wychowawczyni :)
Mam znajomą, która skończyła bardzo dobre studia na jednej z najlepszych w Polsce uczelni. Wyjechała później za granicę do pracy w zawodzie. Poznała tam faceta, są ze sobą już od kilku lat. Nie afiszują się z tą miłością na portalach społecznościowych, najczęściej to ktoś ich "oznaczy" na swoim zdjęciu. I takim oto sposobem wieś dowiedziała się z kim spotyka się moja kumpela.
Okazało się, że facet jest od niej trochę starszy, ma już wyrośniętą córkę. Nie wiadomo jedynie, czy jest po rozwodzie, czy może nigdy żony nie posiadał. Po zdjęciach można wywnioskować, że ma dobrze płatną pracę i na brak kasy nie narzeka.
Na wsi jak to na wsi - plotki, ploteczki... Każdy uważa, że może się wtrącać w cudze życie i je komentować. Nawet moja matka się krzywiła, że jak to tak? Taka zdolna i młoda znajduje sobie TAKIEGO faceta?! Szkoda jej...
Sytuacja diametralnie się zmieniła podczas wizyty owego mężczyzny w okresie świątecznym. Para przyjechała w odwiedziny do matki mojej kumpeli. Jak to w takim czasie, poszli do kościoła. Oczywiście wielkie poruszenie, bo w końcu można go było zobaczyć na żywo, a nie tylko znać z opowiadań. Podczas zbierania "na tacę" facet rzucił banknot, nie pamiętam już czy 50 zł czy 100 zł. BANKNOT, nie MONETĘ!!! I to o wysokim nominale.
I jedyne co po tym słyszałam to:
- Eeee, fajny ten facet. Tak elegancko wygląda, tyle kasy dał na tacę.
Cóż, ja nie wiem jak to skomentować. Hipokryzja?
Dodaj anonimowe wyznanie