#4S9NH

Kradzież boli, moi drodzy i to nie tylko ofiarę.

Jestem hobbystą robienia paznokci, więc posiadam aceton, który w wyniku pewnych losowych zdarzeń przelałam do butelki po płynie do demakijażu. Zasadniczo używam jednej konkretnej marki, a butelka była innej (w dodatku zakupiona na wakacjach w Serbii - więc nie do pomylenia), więc nie zawracałam sobie głowy zrywaniem wiecznej czy oznakowaniem opakowania (biję się w pierś - moja wina).

Dość istotnym jest fakt, że mieszkam w akademiku ze wspólną na sześć osób łazienką, ale każda z nas ma w niej swoją i tylko swoją szufladę na szpargały. Ja w mojej trzymam kosmetyki oraz właśnie nieszczęsny aceton.

Pewnego wieczora po mocno zakrapianej imprezie ktoś zechciał bez pytania "skorzystać" z mojego produktu (tak, dla mnie to zwykła kradzież) i nie wyczuł (sama nie wiem jak to możliwe) ostrego zapachu acetonu. Koleżanka po czasie wybiegła z krzykiem z łazienki z czerwoną, zapewne piekącą twarzą. A ja nie wiedziałam - pomóc, udawać, że nie moje czy skarcić.

#z8Gmr

Studia. 2003 rok. Byłem na 3 roku. W przerwach od nauki często robiliśmy sobie z kolegami kawały. Do naszego ulubionego repertuaru należało zabieranie ciuchów, gdy delikwent się kąpał.

Zabrałem koledze ciuchy, siedzę na korytarzu z "inżynierami" i się rechoczemy. Ktoś przyniósł piwo, inny fajki, jeszcze jakaś przybłęda karty. Po dwóch godzinach grania (tak, zapomnieliśmy o naszym koledze) wychodzi wkurzony na maxa Andrzej z pod prysznica. Kipi złością, wrzeszczy, klnie na nas... a dziewczyny jakby nigdy nic patrzą to na siebie, to na Andrzeja i zrywają boki. Nasz kolega stał jak go Pan Bóg stworzył. Zabrał ciuchy i pobiegł do pokoju. Wraca po 5 min już ubrany, siada obok, prosi o nowe rozdanie i speszony mruczy:
- skurczył się, bo dwie godziny stałem...
Wszyscy się popłakali :D

Andrzej oczywiście szukał zemsty, więc przez 2 dni starał się mnie namierzyć, jak pójdę pod prysznic, aby wywinąć mi ten sam numer. Jako spryciarz zabrałem zwinięty w ręcznik drugi zestaw ciuchów. Kumpel triumfalnie zabrał mi ciuchy z wieszaka, zwołał pół akademika, przygotował aparat, a wtem wychodzę ja - ubrany, wycierając mokre włosy mówię:
- oj Andrzej, słabo, słabo :)
Mina kumpla bezcenna.

Ale to nie koniec. Endrju tak się zawziął, że postanowił zastosować inny trick. Gdy zobaczył, jak idę do toalety z papierem w dłoni, pognał, jak szalony bardzo długim korytarzem do pokoju po... mąkę. Ja w tym czasie zapomniałem telefonu, aby móc przyswajać sobie najważniejsze wiadomości. Z trzech kabin tylko jedna była zamknięta, więc Andrzej bez wahania wysypał całą mąkę na głowę największego pakera na kampusie (taki jeden znany "zabijaka") :D Andrzej pobladł, łzy mu napłynęły do oczu, zapewne w myślach żegnał się już z najbliższymi.

Koksik cały uje*bany w mące wyskoczył jak torpeda, już Andrzeja trzyma za szyję. Naciąga prawą piąchę, a ja do niego (też przerażony):
- Ty stary, uderz go tylko, a wszystko powiem Marcie.
- A skąd znasz moją dupę?
- A bo studiujemy razem. Odpuść Andrzejowi, to powiem, kto do niej startuje.
Koleś coś tam posapał, pobluźnił i kolegę puścił. Sprzedałem mu opis jakiegoś typa, zmyślone imię itp.

Tydzień później zmieniłem akademik na kampusie. Nie znałem żadnej Marty :D

#e1LCL

Mam taką pracę, że trochę jeżdżę po świecie i zdarzyło się, że trafiłem do Arabii Saudyjskiej. Zdarzenie miało miejsce na lotnisku w Jeddah. Do lotu powrotnego miałem jeszcze trochę czasu i miałem straszne parcie na pęcherz. Szukałem w stresie toalety. 

Znalazłem odpowiedni znaczek który pokierował mnie w "to" miejsce. Gdy wszedłem do środka toaleta wydawała mi się dość dziwna, jako że to świat arabski, pominąłem ten fakt. Generalnie to była porcelanowa ściana po której spływa woda, co jakiś czas stały kamienne słupki [pomyślałem że są po to aby oddzielić panów załatwiających swoje potrzeby]. Miałem już rozpiąć rozporek i opróżnić pęcherz, gdy wszedł do pomieszczenia Arab. Usiadł i zaczął obmywać nogi... to nie była toaleta, to był Ablution Room - tutaj pobożni Arabowie przygotowywali się do modlitwy...

Zastanawiam się jak bym skończył, gdyby zastali mnie profanującego to święte miejsce...

Wejście do toalety było naprzeciw...

#DFQ0l

Jestem młodym kierowcą (jeżdżę regularnie od około 10 miesięcy) i mam pewien lęk związany z prowadzeniem samochodu. Otóż boję się, że zostanę ofiarą wypadku i radio wciąż będzie działać. Po prostu nie mogę znieść myśli, że ktoś znajdzie mnie umierającego przy akompaniamencie skocznej, wesołej muzyczki.

Mam nadzieję, że w razie czego radio spłonie.

#aBWAn

Zaprzyjaźniłam się z matką mojego gwałciciela.
Zabrzmiało nieprawdopodobnie, prawda?

W każdym razie nie będę się rozwodzić nad pierwszą częścią, po której dochodziłam do siebie, zmieniając co chwilę specjalistów i leki. Było ciężko, a każde potrzebne zeznania były dla mnie powrotem do punktu początkowego. Wszystko prowadziło mnie do błędnego koła - nawet miasto, w którym mieszkałam, uliczka czy nawet głupi różowy sweterek, który wtedy miałam ze sobą. A gwałcicielem był mi dobrze znany rówieśnik, więc policja przejęła sprawę i mimo wszystko udało się go ukarać, choć moim zdaniem jego kara jest śmiesznie niska jak na fakt, że zniszczył mi życie.

Ostatecznie po prawie roku zmieniłam miejsce zamieszkania i pod kontrolą rodziców spróbowałam żyć. I po pewnym czasie do mojej skrzynki zostały wrzucane koperty z najpierw drobnymi kwotami, a potem coraz większymi. Wszystko zbierałam, bo nie wiedziałam zbytnio o co chodzi i kto to może być. Po pół roku miałam na koncie paręnaście tysięcy od nieznajomej mi osoby, która nigdy przy pieniądzach nie zostawiła nawet liściku.

Dopiero po tym czasie przed moimi drzwiami stanęła kobiecina. Drobna, chuda, zmęczona ze łzami w oczach. Jej pierwsze słowa to "Jestem matką Michała". Wystarczyło tyle, abym zatrzasnęła jej drzwi przed nosem. Na następny dzień przyszła ponownie i wtedy dopiero niechętnie wpuściłam ją do środka.

Z panią Marysią zaczęłam sporo rozmawiać. Kobieta łatwo znalazła mój nowy adres, ponieważ Michałek przyjaźnił się z moją dobrą koleżanką. I wtedy dowiedziałam się, że te pieniądze, które otrzymałam były przeznaczone na dalszą edukację jej jedynego syna, ale nie chciała ich mu dać po tym wszystkim i też nie chciała ich zatrzymać. Nie miałam nawet możliwości wcisnąć jej ich, więc aktualnie pieniądze dalej leżą na moim koncie i czekają na odpowiedni moment. 

W każdym razie pani Marysia okazała się bardzo miłą osobą, która sama zaczęła terapię, bo nie mogła uwierzyć, że wychowała potwora. Obwiniała się o wszystko, twierdziła, że jest wyrodną matką, a prawda była taka, że jej cudowny Michałek poszedł w nie to towarzystwo, w które powinien. Mógł zdobyć wykształcenie, nigdy niczego mu nie brakowało, dziewczyny leciały na niego, a on wybrał karierę narkotyki, alkohol i "dobra zabawa", do której dołączył gwałt. 

Ja opowiedziałam dużo o moich uczuciach pani Marysi, ona mi mówiła o swoich i płakałyśmy razem, nie raz, długie godziny. I mimo że dzieli nas różnica pokolenia, jesteśmy dla siebie podporą i dajemy sobie siłę, aby dalej żyć, starając się wyrzucić z pamięci taką przeszłość.

#lJY6V

"Moje 18. urodziny".

Jakiś czas temu, a dokładnie 21 lutego 2014 r. odbyła się moja urodzinowa impreza (dla rodziny). Huhu, 18 lat. To było dla mnie coś. Bawiliśmy, piliśmy, tańczyliśmy - typowa urodzinowa impreza. Jednak w pewnym momencie stwierdziłem, a niech będzie, zapalę sobie jointa. Poczułem się jak dorosły. Zbyt dużo nie poczułem, no nic - wracam do domu. 

Chwilę później, dostałem olśnienia. Muszę iść do arcy (klub w Poznaniu). Była już końcówka imprezy, gości już pożegnałem i ruszyłem w drogę. Na tej samej ulicy na której mieszkam, zaczepiło mnie dwóch gości. Już sobie myślę "będzie jazda", a tu nagle wyjmują odznakę policyjna. Tak, to było policja. Rutynowa kontrola. Sprawdzanie czy nie mam narkotyków. Ja zestresowany, upalony i napity starałem się odpowiadać na pytania. Dodałem, że mam dziś urodziny i jestem lekko podpity. Spisali mnie, wzięli legitymację i chcieli sprawdzić spójność między tym co mam w głowie a tym co jest na dokumencie. Pierwsze pytanie "imię i nazwisko", banał. Drugie, "data urodzenia" - banał. Trzecie pytanie było trudniejsze, "imię Ojca". W tamtej chwili popełniłem błąd. 

Otóż w chwili, gdy powiedział "imię ojca", zacząłem się żegnać i modlić się "imię Ojca, Syna i Ducha Świętego". Panowie nie wytrzymali, zaczęli się śmiać. Mi zrobiło się głupio. Co się stało? Zadaje sobie pytanie. Pośmiali się i jeden z nich rzekł do mnie "zmień dilera" po czym puścili mnie wolno z uśmiechem na twarzy. Przez pół drogi zadawałem sobie pytanie, co się właściwie stało. Wreszcie, tuż przed klubem dotarło do mnie co zrobiłem i wtedy zdałem sobie sprawę jaki ja głupi jestem :D

Na coś ta religia w szkole się przydała. Pozdrawiam :)

#1nJLd

Odnośnie nagonki na księży. 

Mieszkam w małej miejscowości, nie przelewa nam się w domu ale jakoś się trzymamy. 9 lat temu urodził się mój brat. Jest niepełnosprawny w dużym stopniu, rehabilitacja i lekarze to częsty a nawet codzienny wydatek.

Pewnego wieczoru gdy spędzałam czas z moimi dwoma braćmi do drzwi naszego domu ktoś zapukał. Zdrowy brat poszedł otworzyć i po krótkiej chwili wrócił do pokoju z białą kopertą którą położył na stole. W kopercie znajdowała się spora kwota pieniędzy. Okazało się, że to nasz proboszcz prosząc żeby nikomu nie mówić podarował ją mojemu choremu bratu przychodząc na kilka dni przed Wigilią do naszego domu. Dowiedziałam się o tym, gdyż w mojej miejscowości żyje też kilka biednych rodzin lub rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem do których proboszcz pojechał w ten sam wieczór i prosił żeby tego nie rozgłaszać.

Piszę o tym, bo czuję, że skoro mówimy o tym co złego dzieje się wśród niektórych księży dlaczego ludzie mają nie wiedzieć o tym gdy dzieje się dzięki nim dobrze?

#fvwDY

Jakiś czas temu szłam przez rynek jednego z większych miast w Polsce, by spotkać się ze znajomym. Nagle zatrzymał mnie jakiś chłopak i pyta, jak mam na imię. Pomyślałam, że to kolejna osoba, która będzie chciała mi opowiedzieć o Amnesty International albo innej organizacji, dlatego odpowiedziałam i ruszyłam dalej, ale on poszedł za mną. Powiedział, jak sam się nazywa, co studiuje i że jak na mnie spojrzał, to uznał, że chce mnie poznać. W międzyczasie zatrzymał nas inny chłopak, który rozdawał kadzidełka na szczęście (przy czym mojemu nowemu znajomemu powiedział, że mając taka dziewczynę, on chyba więcej szczęścia nie potrzebuje). Ostatecznie musiałam już iść na wcześniej umówione spotkanie, dlatego nowemu koledze dałam swój numer i się pożegnaliśmy.

Po paru dniach napisał mi SMS-a, że jest bardzo nieśmiały, dlatego żebym wzięła na to poprawkę, ale chciałby mnie zaprosić na randkę, długo nie myśląc zgodziłam się, bo czemu nie.

Umówiliśmy się w tym samym miejscu na rynku, od razu pocałował mnie w dłoń, wziął mnie pod rękę i poszliśmy na piwo. Rozmawiało mi się z nim cudownie, cały czas mówił, że jest nieśmiały, ale zachowywał się zupełnie inaczej. Byłam nim wtedy bardzo oczarowana, ponieważ uwielbiam jak ktoś prowadzi takie ''gierki'', gdy umie tak czarować. Ostatecznie mnie pocałował, na co zareagowały nawet od dawna uśpione motyle w moim brzuchu.

Odprowadził mnie na przystanek, umówiliśmy się, że za niedługo powtórzymy spotkanie. Nie mogłam się doczekać. Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy, nie doszło do niczego poza pocałunkami i kolejnymi małymi rozmowami.

Na koniec trzeciego spotkania nowy kolega zaskoczył mnie kolejną rzeczą. Myślałam, że jest szansa, byśmy byli razem, wydawał się mi bardzo pociągający (i z wyglądu, i charakteru), mieliśmy pełno wspólnych zainteresowań (w tym zamiłowanie do gierek psychologicznych), a tu niespodzianka. Oznajmił, iż sądził, że będę łatwiejsza i że dalsze spotkania nie mają sensu.

Dzięki.

Tracę wiarę w to, że istnieją przystojni, inteligentni i sympatyczni faceci, którzy są w porządku względem kobiet.

#lsM4O

Studentką byłam bardzo zdolną. Kierunek był ciężki i czasochłonny, ale ja nie narzekałam, bo był spełnieniem moich marzeń. Rodzina pękała z dumy. Byłam ich złotym dzieckiem, od którego wiele oczekiwano. Moja starsza siostra natomiast to taka nasza maskotka - a to kierunek zmieniała, a to zaoczne, a to zamiast pójść do pracy wybrała sobie przyjemny staż niezwiązany z jej studiami, bon vivant. Rodzice na początku się frustrowali jej życiem, ale są majętni, więc ostatecznie pozwolili jej na fanaberię.

Do tej pory nie wiem co się ze mną stało na ostatnim roku studiów. Z dnia na dzień stałam się markotna, aż pewnego dnia obudziłam się i byłam otępiała - ani nie mogłam wstać z łóżka, ani spotkać ze znajomymi, ani pisać pracy mgr. Być może zwoje w mózgu mi się przepaliły, być może sobie wmówiłam, że nie dam rady. Z pogodnej dziewczyny stałam się zombie.

Starałam się mimo to dawać radę, ale nie wszystko mi się udało. Kiedy we wrześniu okazało się, że moje opus magnum nie zostanie obronione, rodzina wpadła w szał. Ja mimo wszystko na spokojnie starałam się im wytłumaczyć, że to nie koniec świata. Miałam plan, żeby iść na płatny staż do instytucji zgodnej z moimi studiami. Zarabiałabym niewiele, bo ledwo 700 zł na rękę, ale tylko przez 3 miesiące. Potem, jeżeli mnie przyjmą, dostanę tyle, że będzie mnie stać na samodzielność, a jeżeli to nie wypali, to poszukam czegoś innego. Prosiłam ich tylko o 3 miesiące niedużej pomocy finansowej, żeby spełnić swoje (i ich marzenia). Odmówili.

Nie chciałam dać za wygraną. Żeby ograniczyć koszty, poprosiłam chłopaka o wspólne mieszkanie na te 3 miesiące stażu. Odmówił. Uznał, że rok związku to za krótko na takie decyzje i przedwczesne wspólne mieszkanie nas zniszczy. I zniszczyło. Byłam w czarnej dupie, a on mi nie pomógł. Rzuciłam go.

Idea kariery w instytucje padła. Zatrudniłam się w jakimś call center, bo tylko taka praca była "na już". W moim życiu miałam różne prace, ale ta była najgorsza. Wieczorami pisałam pracę, w weekendy latałam do laboratorium robić badania do części eksperymentalnej. W Wigilię zostałam zbesztana za to, że mam prace poniżej moich kwalifikacji, a moja siostra złapała się na kolejny świetny bezpłatny staż. Ich logika mnie załamała.

Obroniłam się z wyróżnieniem, a potem upiłam - głównie z żalu. Musiałam się wygadać. Pierwszy numer pod jaki zadzwoniłam - Laura. Australijka, kumpela, którą poznałam na Erasmusie. Wypłakałam jej wszystko, jedną z rzeczy, którą mi powiedziała było "nie martw się i przyjedź, pomogę ci". I tak też zrobiłam. To była najlepsza decyzja mojego życia. Rodzina i chłopak się na mnie wypięli, ale osoba, z którą łączyło mnie jedynie studenckie życie, wycieczki i parę prac w grupie pomogła mi w najgorszym momencie. W końcu odbiłam się od dna i jestem jej dozgonnie wdzięczna. :)

#A5OoZ

Opowiem wam historię, która przydarzyła się w moim dzieciństwie a dokładnie w przedszkolu. Pewne wydarzenie utkwiło mi w pamięci, było to rozdanie nagród w konkursie plastycznym. Wzięło w nim udział parę osób w tym ja i pewien kolega. Gdy jury zaczęło czytać wyniki, wszystkie dzieci zgromadziły się w kręgu i czekały ze zniecierpliwieniem na nagrody.

Po wyczytaniu trzeciego i drugiego miejsca przyszła kolej na pierwsze. Mój kolega zajął pierwsze miejsce i jego nagrodą była deskorolka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że po nagrodę podjechał na wózku inwalidzkim.
Dzisiaj wydawać się wam może to smutne, lecz ja piszę to z uśmiechem na twarzy wiedząc, że kolega jest pełnosprawny ;)
Dodaj anonimowe wyznanie