Nie wiem, czy to był paraliż senny, czy co, ale ostatnio wybudziłam się o trzeciej w nocy, chrypiąc: „Ojcze Nasz” i płacząc.
Chyba ja 1, szatan 0.
Nie radzę sobie z moim życiem. Biorę antydepresanty, chodzę co jakiś czas na terapię, ale... oprócz tego, że jestem w stanie w końcu normalnie funkcjonować, to nadal czuję się nikim. Nie mam już myśli samobójczych, ale nie chce mi się żyć, bo właściwie nie mam po co. Obecnie jedyne to robię poza pracą, to spełniam oczekiwania innych ludzi. Wszyscy są zadowoleni, że wszystko ogarniam, że wszystko jestem w stanie załatwić, że jestem, jak czegoś potrzebują. Tylko że jestem w tym wszystkim sama i nie mogę liczyć na innych. Chce mi się płakać, jak o tym wszystkim myślę. Nie potrafię być z siebie zadowolona, dumna. W zasadzie to im więcej robię, tym ludzie więcej oczekują. Jestem już zmęczona życiem.
Mieszkam w mieszkaniu po dziadkach, na mojej wiosce w budynkach PGR-u gmina stworzyła lokale socjalne, została tam przeniesiona grupa ludzi, którzy zostali eksmitowani z miasta oddalonego o 10 km.
I zaczęły się kradzieże!
Hoduję na działce brojlery, średnio co 6 tygodni mam sobie dużo mięska, dobrej jakości, na karmie własnej. Dwa lata temu miałem włam, ukradli mi wszystkie brojlery było też parę włamów w okolicy i nie tylko ja byłem stratny.
Powiem to tak: ja sam jestem osobą niepełnosprawną, pracy nie mam, więc taki brojler wychodzi taniej, niż jakbym miał w sklepie kupować.
Ostra irytacja: Smutni Panowie umorzyli śledztwo dwa razy!
Mimo tego, że wystarczyło przejść się w miejsce, gdzie sąsiad znalazł ich czujkę, za co zapłacił miesięcznym pobytem w szpitalu, bo taki wpierdziel dostał, i to nie tylko on, potem każdy bał się w tamte rejony zachodzić. A muszę powiedzieć, że ta patologia potrafiła okradać ludzi z ciężkiej pracy w postaci koszy z jagodami/grzybami.
Ale policja umarzała każde śledztwo, a na naszą wioskę posypał się grad, że jacy ludzie w niej nietolerancyjni i że sami się okradamy, żeby pozbyć się biednych obcych. Jechali po nas w regionalnej gazecie, no i miarka się przebrała...
Powiedziałem sąsiadom, żeby w miejsca, gdzie złodziejaszki przebywają się nie zapuszczali, bo zastawię sidła, w postaci skrzynki nieco większej niż noga, w której to umieściłem deskę z gwoździami.
Na gwoździach wyciąłem zadziory, w których to umieściłem bonus w postaci mąki z proszkiem do prania i Domestosem, sidła zostały ukryte i czekały na złodziejaszka.
I złapał się złodziejaszek, jak trafił do szpitala ze stopą do amputacji... Pod naszymi blokami kręcili się jego ziomki, którzy grozili nam śmiercią, nawet bawili się w piromanów, podpalając altanki. Oczywiście policja, przesłuchania itd.
Nie złapali mnie, a ja się dowiedziałem, że ten złodziejaszek najpierw leżał u siebie na chacie tydzień, bo leczyła go rodzina. Potem było za późno, rany się nie goiły, poszła martwica, no i po stopie...
Przynajmniej kradzieże ustały.
A przez sąsiadów jestem zapraszany na imprezy, nie mam wcale wyrzutów sumienia.
Ostatnio zdarza mi się zasypiać w dziwnych miejscach i pozycjach. Raz usnąłem nawet przy filmie dla dorosłych, przy wiadomej czynności.
Skąd wiem? Znalazł mnie mój współlokator, rozebranego, z odpalonym filmem. Nie wiem, jaką miał minę, jak mnie zobaczył, ale rano obudziłem się przykryty kocem, na kanapie w salonie, a laptop zamknięty leżał na stoliku obok. Gdy ogarnąłem siebie i swoje ubrania, złożone w kostkę (czego zazwyczaj nie robię), poszedłem do kuchni, a Grzesiek tylko zapytał, jak się spało. I dodał, że mam dobry gust w dobieraniu filmów. Ale że jest w porządku lokatorem, to więcej do tej sprawy nie wracaliśmy.
Jestem uczniem technikum na terenie Śląska. Szkoła jest rozwinięta pod pewnymi względami: mamy uczniów z Ukrainy (gdy byłem w pierwszej klasie, był pierwszy nabór Ukraińców), wiele zaczętych międzynarodowych projektów, pełno pomocy z Unii, co chwilę gościmy ważne i ważniejsze osobowości w auli, gdzie są wywiady, spotkania, jakieś ustalenia, kolejne podpisy i przedsięwzięcia. Szkoła w tym aspekcie jest dość popularna - w braniu kolejnych i kolejnych udziałów gdziekolwiek i zapraszaniu przeróżnych gości.
Obecnie jestem w ostatniej klasie i ogromnie się cieszę, że niedługo zrywam z tą placówką na dobre. Ten wielki galimatias, to, co się tu odprawia, jest nieco nie na miejscu, a przynajmniej twierdzę tak ja - polski uczeń.
Nie jestem rasistą i nie pałam nienawiścią do Ukraińców (i innych). Wręcz przeciwnie. Gdy dowiedziałem się, że jest nabór dla nich, byłem ciekawy. Myślałem nawet, że zakoleguję się z kimś młodszym, nauczy mnie języka, kultury itp. Przeliczyłem się. Obecnie Ukraińcy wkurzają mnie jak mało kto.
- przyszli z wielkim mniemaniem o sobie,
- śmieją się z Polaków,
- WSZYSCY traktują ich lepiej i z ulgami. Nauczyciele mają ich za gwiazdeczki, za pupilków, za atrakcję,
- Uczeń z Ukrainy jest lepszy od ucznia z Polski w POLSKIEJ szkole: pełno nie fair sytuacji, czy z ocenami, czy z innymi. Mają przywileje.
Nie to, że mam coś do nich, jednak gdy widzę, że na mnie nauczyciel się potrafi wyżyć, a uczeń z Ukrainy dostanie uśmiech, zero uwagi, jakiejś choćby zaczepki - coś we mnie pęka. Nauczyciele nas Polaków gnoją, a Ukraińców wychwalają. Ukrainiec jest nietykalny. Robi co chce i mu wolno. Polakowi natomiast, wygląda na to, że wolno niewiele, a i tak dostanie po tyłku.
Szkoła ciągle się chwali, że ma "tutaj" Ukrainę. Śpiewają hymn na zebraniach, mówią niektórymi słowami z ukraińskiego języka. Nawet dobierają dekoracje czy ubrania pod ukraińskie "wymogi". Sami Ukraińcy nie zamierzają uczyć się polskiego, więc i wszystkie informacje czy plakaty są dwujęzyczne, gdzie polski jest mniejszymi literami i pod spodem. Zjechało się też pełno nauczycieli z Ukrainy, którzy tak samo dupę mają wyżej, niż srają.
Tak jak byłem zaintrygowany Ukrainą, nowością, tak mi się cholernie zbrzydło. Czuję się traktowany gorzej niż przedmiot. I ciągle mam przed oczami te "lepsze" uśmieszki Ukraińców oraz słyszę tę ich niezrozumiałą gadkę.
Proszę bardzo, zlinczujcie mnie.
Robię kupę tylko siedząc po turecku.
(Może mało fascynujące, ale prawdziwe.
I ten nawias piszę tylko dlatego, że kazali dać ponad 40 znaków)
Jestem cholernie zazdrosna o byłe partnerki swojego chłopaka i mimo że wiem, że nie bez powodu są byłymi, to nie daje mi to spokoju. Porównuję się do nich na każdym kroku, chociażby pod względem zachowania (kiedyś usłyszałam, że jego była wiecznie była uśmiechnięta i zawsze pierwsza wyciągała rękę po kłótni, a ja taka nie jestem). Od dzieciństwa leczę się na depresję i mam niską samoocenę, wystarczy błahostka czy wspomnienie o którejś eks, a ja od razu łapę doła. Jest w tym ogromna wina mojego chłopaka, ponieważ nieraz po alkoholu potrafił mi powiedzieć, że tęskni za byłą, z którą wychowywał jej dziecko i czy byłabym zła, gdyby odnowił z nią kontakt. Taka sytuacja powtórzyła się kilka razy, od tamtej pory mam paranoję i cały czas ją stalkuję na Instagramie. Aktualnie jestem w ciąży i na każdym kroku mam myśli, że pewnie jej też mówił, że ich kocha i głaskał ją po brzuchu, jestem zazdrosna, że przeżył coś takiego z inną, a nie ze mną pierwszy raz. Tak samo ostatnio w łóżku była sytuacja, gdzie powiedziałam, że jak jestem na górze, to nie da się szybciej, a on odpowiedział, że się da, ale ja nie potrafię. Zabolało.
Wchodząc w ten związek, wiedziałam, że mieliśmy tyle samo partnerów, ale potem krok po kroku dowiadywałam się, że miał też jednorazowe przygody, co mnie dobiło. Wiem, że problem leży we mnie i nie powinnam zaprzątać sobie głowy tym co było, ale nie potrafię.
W wakacje byłam z narzeczonym w Turcji, gdzie zwiedzaliśmy Efez. Szliśmy po schodach amfiteatru. Były śliskie, więc narzeczony podał mi rękę. Szliśmy brzegiem, a niżej był dość duży spadek. Pomyślałam wtedy, że gdybym popchnęła narzeczonego, to by spadł i może nawet się zabił. Tam było dosyć niebezpiecznie i wysoko. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Nie wiem dlaczego. Niczego się nie spodziewał. Upadł na sam dół. Zobaczyłam, jak tam leży z nogą wygiętą pod dziwnym kątem. Widziałam też krew. Nie wiem, czy żył, nie ruszał się. Nie jestem pewna ,czy miał otwarte oczy, nie zauważyłam. Zaczęłam krzyczeć, przerażona. Z góry schodów zaczęli biec do nas ludzie - reszta naszej grupy wycieczkowej. Słyszałam głos przewodniczki, była najbliżej mnie. Odwróciłam się i widziałam w jej oczach szok, niedowierzanie, panikę i obrzydzenie do mnie. Co ja zrobiłam? Właściwie dlaczego? Zabiłam go? Nie wiem.
Budzę się. Serce mi wali jak oszalałe. Jestem przerażona. Narzeczony śpi obok. To się nigdy nie wydarzyło, to był tylko sen. Wszystko jest w porządku.
Tylko wiecie co? Naprawdę byliśmy na wakacjach w Turcji. Zwiedzaliśmy Efez i szliśmy po tych schodach. Dokładnie tak samo. Była tam też ta przewodniczka i reszta grupy turystów. Tyle że nie zepchnęłam narzeczonego ze schodów. Dlaczego miałabym to robić? Nie mam żadnego powodu. Kilka miesięcy po powrocie zaczął mnie jednak nawiedzać ten sen. Powtórzył się już kilka razy. Śni mi się średnio co kilka nocy. Zawsze tak samo. Zawsze bardzo realistycznie. Dokładnie widzę twarz tej przewodniczki i mojego narzeczonego, jak leży tam na dole. Nigdy nie mam jednak pewności, czy żyje, czy nie. Czuję moje przerażenie tym co zrobiłam, ale wcześniej bardzo wyraźnie czuję CHĘĆ zepchnięcia go z tych schodów. I to przeraża mnie jeszcze bardziej. We śnie chciałam to zrobić. Bardzo. Mimo to potem było mi żal, że jednak mi się udało.
Nie wiem dlaczego mi się to śni. Bardzo kocham mojego narzeczonego i nie wiem co to wszytko oznacza.
Nikt o tym nie wie. Nikomu nie powiedziałam.
Kiedy miałam 5 lat siostra wmówiła mi, że królowa mrówek jest wielkości naszego kota i nie wychodzi nigdy spod ziemi.
Pewno dnia w przedszkolu podsłuchałam rozmowy kolegów o tym jak brat jednego widział owego owada i mówił, że nie różni się niczym innym od pozostałych mrówek, tylko skrzydełka. Ja oczywiście ufając mojej o 5 lat starszej siostrze, wpadłam w szał i powtarzałam wszystkim, że on ich oszukuje.
Powstała z tego niezła kłótnia, aż w końcu pani przedszkolanka musiała nas rozdzielać. Nigdy więcej się do siebie nie odezwaliśmy, a ja dopiero po roku poznałam prawdę o mrówkach.
Jestem mężatką już od kilku ładnych lat, nie mamy dzieci. Wiadomo, że jak małżeństwo nie ma dziecka w niedługim czasie po ślubie, to rodzina musi zacząć interweniować i ich ponaglać swoimi pytaniami "kiedy dzidziuś?". I tak słucham przez ostatnie kilka lat. Każde spotkanie rodzinne: "kiedy dzidziuś?". Życzenia urodzinowe...? "Dzidziusia życzymy!". Świąteczne? No dzidziusia! Dostałam umowę o pracę na czas nieokreślony... "No to teraz czas na dzidziusia!".
Mamy w domu kota, ale według rodziny nie powinniśmy go mieć, ponieważ jak przyjdzie na świat dzidziuś, to kota będziemy musieć wyrzucić... (wtf?!).
Hitem był tekst pewnej osoby z rodziny, że skoro mój mąż nie umie zrobić dziecka, to niech wpadnie zobaczyć jak to robi kogut z kurą.
Powiedzcie mi o co chodzi z tym wpieprzaniem się w łóżko innych? Czy ktoś mi potem pomoże z utrzymaniem dziecka?
I jeszcze jedno: nawet nie wiecie jak to boli, kiedy poroniło się po ślubie i musi się słuchać takich tekstów...
Dodaj anonimowe wyznanie