#3FmSf

Udało mi się dostać na okres próbny jako asystent weterynarza. Na lecznicy była terierka Astra (imię oczywiście zmienione) po operacji i od kilku dni wyprowadzam ją co chwilę, aby się załatwiła. Na spacerze tylko lata z nosem przy ziemi i nic!

Dzisiaj znowu krążyłyśmy w parczku, ja już mocno znużona chodzeniem bez celu i stało się... Chwila nieuwagi i pies oddala się w stronę lasu. Panikuję i opracowuję szybki plan w głowie: dogonię psa i zatrzymam go przydeptując smycz. Więc lecę, Astra zadowolona przyspiesza, myśli, że to zabawa. OK, zbliżam się, ale jako że mamy prawie zimę, to jest już ciemno i ledwo widzę czarnego psa z czarną smyczą. Ale jest! Doganiam ją, wyciągam nogę, przydeptuję smycz. Odbija się niczym sprężynka, a ja się o nią potykam i przewracając się ją tratuję, przez co z piskiem ucieka w drugą stronę. Zbieram się szybko, pies tym razem wieje ode mnie gdzie pieprz rośnie. Oddala się coraz dalej, aż w końcu znika za rogiem... Myślę co robić, nie mogę wrócić i powiedzieć, że mi uciekła, w życiu po takiej akcji nie zrobią mi umowy.

Idę na poszukiwania i nagle widzę otwartą bramę i na podwórku Astrę. Zdecydowałam, że wejdę, no bo co innego mi pozostaje. Zbliżam się powoli do psa, wiedząc, że to moja jedyna szansa, a ten jak gdyby nigdy nic wszedł sobie przez otwarte drzwi do domu. Staję w progu i wołam kogoś, przecież nie wejdę do środka. Tymczasem Astra przeszła do następnego pomieszczenia. Decyduję się na wejście za nią cały czas wołając kogokolwiek, ale jak na złość nikt nie odpowiada, więc weszłam do jadalni i moim oczom ukazał się pies, który znalazłszy nareszcie chwilę spokoju zrzucał z siebie kilkudniowy balast...

Zobaczywszy mnie zaczyna oczywiście uciekać, stwierdziłam, że obejdę ja wokół stołu i zaskoczę, ale mnie spostrzega i uciekając zrobiła jeszcze siku... Sytuacja tragiczna, ale pomyślałam, że może ją złapię i wymknę się niepostrzeżenie. W końcu jest, dopadłam ją! Złapałam smycz i w tym momencie wydała z siebie krzyk jakby ją ze skóry obdzierali, a z pokoju obok wyszedł ubierający się chłopak (taki przypakowany koło 27 lat) z miną "co tu się urwa dzieje?!". W tym momencie z moich ust padła seria niczym z karabinu maszynowego, że mi pies uciekł, że przepraszam, ale musiałam za nim wejść i wołałam, ale nikogo nie było i cała historia mojego życia i tak na koniec, czy mógłby mi dać trochę papieru, bo pies zrobił kupę... I wtedy oczy chłopaka spostrzegły wielkiego klocka na środku podłogi. Wyglądała jak ludzka, a pies duży nie był. Powiedział krótko, że on to posprząta i dał mi do zrozumienia, że mam wyp... Pies oczywiście dalej skrzeczał jak zarzynany, a ja się ulotniłam...

Mój szef to taki śmieszek, ale o zaistniałej sytuacji słowem nie wspomniałam. Obawiam się tylko, że facet pojawi się kiedyś w lecznicy i mam przesrane...

#XqKBw

Historia miała miejsce kilka dni temu. Wracałem totalnie zjarany od kolegi i kierowałem się w kierunku dworca, skąd miałem wracać pociągiem do domu. Jako że muzyki słucham praktycznie 24/7, to i tym razem nie mogło być inaczej. Słuchawki na uszy, telefon w dłoń i długa rozkmina co puścić?! W końcu stwierdziłem, że włączę sobie coś śmiesznego, żeby można było sobie w głowie pośpiewać i żeby troszkę pobujało. Stanęło na piosence "Heyeyaayey what's going on?". Nie pytajcie, ale lubię posłuchać takich "hitów" xd

Idąc sobie obok galerii i czując wielka miłość do całego świata, zacząłem nieświadomie nucić słowa owego hiciora. Idąc z błogim uśmiechem na twarzy i mijając powoli tłumy ludzi, nutka zaczęła powoli dochodzić do refrenu. Kiedy tak się stało, spojrzałem w prawo. Mym oczom ukazała się śliczna blondynka. Nieświadomie nucąc wciąż piosenkę spojrzałem moimi szparkami w jej piękne niebieskie oczy i w tym momencie z moich ust wypłynęły słowa refrenu: "Hey! What's going on?" . Po chwili w odpowiedzi usłyszałem: "Hej, u mnie w porządku, a jak tam u ciebie?". Po dobrych kilku sekundach, gdy wreszcie w pełni zrozumiałem co się właśnie stało, wybuchnąłem takim śmiechem, że opanowałem się dopiero po dobrych kilku minutach.

Nie zapomnę wystraszonej twarzy tej dziewczyny, gdy wyskoczyłem do niej z tekstem piosenki i jej pytających zdziwionych oczu, kiedy wybuchnąłem śmiechem. Gdy się opanowałem, wszystko dziewczynie wyjaśniłem i pogadaliśmy sobie chwilę :) Pozdrawiam Cię Z., jeśli to czytasz :D

#1hjbJ

Jestem uczniem klasy maturalnej w liceum. Uczę się bardzo dobrze, nauczyciele mnie lubią. Jestem również gejem, wierzącym gejem. Nikt w szkole nie ma z tym problemu.
 
Od początku roku na religii omawiamy sakrament małżeństwa. Ostatnio katecheta kazał nam napisał wypracowanie na temat wizji naszej przyszłości, na temat małżeństwa. Jako że nie należę do osób lubiących udawać kogoś, kim się nie jest, napisałem wszystko szczerze. Poruszyłem temat małżeństw par jednopłciowych. Zgadnijcie...
Dostałem ocenę niedostateczną. Katecheta skomentował to tylko słowami, iż homoseksualizm jest grzechem, za który powinno się pójść do więzienia. Co ciekawe, odbyłem również rozmowę z wychowawcą odnośnie mojego "skrzywienia" - jak to nazwał. Po jakimś czasie do szkoły zostali wezwani również rodzice, którzy wiedzą o mnie. Dowiedzieli się, że "Afiszuję się z sodomią na prawo i lewo, obrażając przy tym katechetę i innych uczniów".

Ludzie! Co jest z Wami!?
Czy wyrażanie swojego własnego zdania jest już zabronione?

PS: Na religię już nie chodzę - tak jak prawie połowa klasy, wypisałem się po tym incydencie.

#wDwai

Mój ojczym nie jest skory do napraw w domu i zawsze udaje, ze nie słyszy próśb o podreperowanie czegokolwiek. Co innego jest, jeśli chodzi o klienta. U innych zawsze chętnie się zjawia.

Kiedy zepsuła nam się zmywarka, obmyśliłyśmy z mamą pewien plan. Mama siedzi z ojczymem, a ja z drugiego pokoju dzwonię jako koleżanka byłej klientki z prośbą o pomoc.
No więc miał to być żart, nie spodziewałyśmy się, że facet się nie połapie. Ale jednak... podałam nazwę ulicy, nr mieszkania i dalej nic, nie pomyślał, że coś jest nie tak.
Dogadaliśmy kilka szczegółów i wierzcie lub nie, ale nazajutrz ojczym zjawił się w drzwiach z zamiarem naprawy owej zmywarki. Dopiero po otwarciu drzwi zrozumiał, że coś jest nie tak.

Czy to zmęczenie, czy coś innego - nie wiem. Ale zmywarka została naprawiona :D

#SHJjv

Historia sprzed chwili. Godzina 19, więc jest już ciemno. Siedzę sobie na peronie, gdy nagle podchodzi do mnie jakaś babcia i zadaje po kolei pytania:
- Wracasz ze szkoły teraz?
- Nie boisz się?
- Wyszłaś z domu bez pozwolenia rodziców?
- Ile ty masz tak właściwie lat?
Mówię jej, że 20.
- A to przepraszam, myślałam, że 12...

:D

#apb2L

Wieś, w której dorastałam nie należała do największych, większość mieszkańców znała się osobiście, reszta kojarzyła z widzenia. Każde mniejsze czy większe wydarzenie było głośno i szeroko komentowane przez tubylców. Co jakiś czas monotonię nudnego życia urozmaicały plotki, które za sprawą jedynego sklepu spożywczego rozprzestrzeniały się lotem błyskawicy i nieraz krążyły jeszcze długo w "ubogaconych" wersjach. Szczególny udział w wymyślaniu i rozpowszechnianiu plotek miała pewna kobieta o niezwykle bujnej wyobraźni, wówczas około 50-letnia. Pewnego razu padłam ofiarą jej długiego języka.

Byłam wtedy spokojną, grzeczną nastolatką, zawsze starałam odnosić się do innych z szacunkiem, nie sprawiałam problemów w domu, miałam równie spokojnych znajomych. Pewnego razu wracając ze szkoły do domu dowiedziałam się o sobie kilku ciekawych rzeczy. Między innymi o tym, że jestem w ciąży (nie miałam wtedy chłopaka, nie chodziłam na imprezy, a dziewictwo straciłam kilka lat później, ale mniejsza o to). Do tego doszły inne wymyślone "smaczki", których tu wolę nie przytaczać. Zabolało. Interweniowali moi rodzice, bez skutku. Kobieta dalej wymyślała ploty, na powątpiewanie innych ludzi odpowiadała, że "widziała na własne oczy" i dlatego o tym mówi. Było mi strasznie przykro.

Moi rodzice stwierdzili, że szkoda zdrowia i nerwów na tę kobietę, że wartościowi ludzie nie będą wierzyć w jej bajki, a ci, którzy uwierzyli nie zasługują na to, aby się nimi przejmować. Że kiedyś w końcu przestanie gadać i znajdzie sobie kolejną ofiarę. I rzeczywiście, po dłuższym czasie wszystko ucichło, nie było nowych plotek o mnie, kobieta zajęła się niszczeniem reputacji kogoś innego, ludzie zapomnieli. Ale ja pamiętałam.

Chciałam ją jakoś ukarać za te wszystkie oszczerstwa, w pewnym stopniu uprzykrzyć jej życie. Zrobić coś, co ją zdenerwuje i na co nie będzie miała wpływu.
Z zastrzeżonego numeru swojej komórki wykonywałam połączenia na jej stacjonarny telefon. Czekałam aż odbierze, ale nigdy się nie odezwałam. Po dwóch, trzech takich połączeniach kobieta była mocno poirytowana, ale zawsze odbierała. A ja dzwoniłam. I dzwoniłam. Robiłam kilka, czasem kilkanaście dni przerwy i dzwoniłam znowu. Po kilka razy dziennie. Dzwoniłam też w środku nocy. Świadomość tego, że nie może spać przez moje głuche telefony była dla mnie dużą satysfakcją. Bo ja też nie spałam po nocach płacząc w poduszkę przez jej głupie plotki. Czasem miałam przez to wyrzuty sumienia, ale wtedy mówiłam sobie, że ona przecież nie żałowała mnie wymyślając kolejne ploty.

Moje namiętne telefonowanie trwało kilka miesięcy, do momentu gdy stwierdziłam, że już nie czuję chęci zemsty.

Od tamtej pory wiem doskonale, że czasem jedyną prawdą w plotce jest to, że prawdziwa jest osoba, której dotyczy. Z tą wiedzą żyję już od kilkunastu lat.

#rxmPW

Witajcie, mam dla Was moją iście anonimową historię :)
Od kilkunastu lat zmagam się z problemem drżenia dłoni i nóg. Ręce mi drżą nawet przy podnoszeniu 2 kg ciężarka, co często wywołuje docinki w stylu "co, siły nie masz? he, he".
Spędziłem w szpitalu 8 dni, zbadano mi dosłownie każdy organ, wraz z układem nerwowym, ale nie znaleziono żadnych anomalii. Dowiedziałem się tylko, że drżenie będzie się rozwijać z upływem czasu, że są leki, ale nie pomagają w 100 procentach. No cóż, pozostało mi tylko nauczyć się z tym żyć. Mimo że ludzie czasem nazywają mnie narkomanem na głodzie patrząc tylko na dłonie (ludzie, serio?), mam problemy z pisaniem, ponieważ ręka nie może się uspokoić, mam skurcze mięśni, przez co potrafię wyrzucić telefon z ręki na sporą odległość, to nie tracę pogody ducha. Wiem, że po pewnym czasie będzie coraz gorzej, ale mimo wszystko zachowuję dystans do siebie, proponując na imprezach shake'i bez zbędnego wysiłku :)
Wydaje mi się, że właśnie nauczyłem się żyć z nieuleczalnym cholerstwem jak z przyjacielem :D
Życzcie mi szczęścia w karierze żywego shakera do drinków.

#9rywh

Zwykły szary dzień, jak zwykle nie chciało mi się wstawać. Cztery budziki nastawione kolejno na 6:50, 7:00, 7:10 oraz 7:20. Miałem ochotę spać nadal, więc pospałem jeszcze do 7:25 (usypiam w 30 sek o tej porze). Dobra, czas wstawać, migiem robię wszystko co trzeba (pomijając śniadanie).

Planowany przyjazd autobusu 7:51, także na 8 jestem w drzwiach szkoły. Jednak autobusy jak autobusy, a właściwie to ich kierowcy - są jacy są... Zazwyczaj się spóźnia, tym razem przyjechał wcześniej o 2-3 minuty. Byłem może 150 metrów od przystanku, a czekały mnie jeszcze pasy do przejścia. No to rura, już jestem pod pasami, ale sznur samochodów nie pozwala przejść. Zatrzymała się przede mną jakaś osoba i machnęła ręką, żebym leciał. No to lecę, wystawiając kciuka i szczerząc zęby w ramach podziękowania. Po przejściu przez pasy miałem jeszcze ze 30 metrów do przystanku, ale co widzę? Autobus wbija kierunek w lewo i próbuje się włączyć do ruchu.

Wiecie co zrobiła osoba, która przepuściła mnie na pasach? Zajechała drogę panu złośnikowi w autobusie, uniemożliwiając mu wyjechanie z zatoczki. Pan złośnik trąbił i patrzył na zmianę to na tamten samochód, to na mnie - parasola pukającego w przeszklone drzwi. Ale chyba nie za bardzo chciał ustąpić. W końcu jednak, nie widząc możliwości przejazdu otworzył te drzwi i na wejściu rzuca pytanie ''Co chciałeś?'' Ja mu tłumaczę i pokazuję godzinę na zegarku ''Jest 7;49, 2 minuty przed czasem, więc nie rozumiem o co pan się złości...'' Pan złośnik chyba się wkurzył, bo krzyknął, że ja mu czasu nie będę ustalał.'' Poszedłem usiąść komentując to jakoś, ale już sam nie pamiętam co mówiłem, wiecie, emocje, zmęczenie po biegu i nie tylko :D
Niby nie śpieszyłem się do szkoły, no bo w końcu tego kwiatu jest pół światu, więc któryś autobus mnie w końcu zabierze, a spóźnienia jakoś specjalnie mi nie przeszkadzają..(w końcu luźny chłopak ze mnie).

Mimo to - bardzo miły gest ze strony kierowcy (w ogóle to było auto za około 200 tys. złotych, a ludzie w takich autach zazwyczaj na takie coś czasu nie mają, albo nie szukają). No ale.. Dziękuję mocno, cieszyłem ryja przez całą drogę do szkoły, czyli jakieś 8 minut: D (w sumie w szkole też)
Swoją drogą to ciekawi mnie, co takiego złego przydarzyło się panu złośnikowi? (obstawiam, że pan około 35-45 lat) Czy załapał się na PMS żony, czy po prostu taki jest?

#bsm9R

Z serii "rzeczy, o których nie ma okazji komukolwiek powiedzieć".

Prawie zawsze, kiedy słucham muzyki i chodzę gdzieś w mieście, przed przejściem przez ulicę, gdzie jest duży ruch lub gdy jest brzydka pogoda, zmieniam piosenkę na taką, za którą bardziej przepadam.
Tak na wszelki wypadek, jeśli jakiś z przejeżdżających pojazdów miałby mnie potrącić. Nikt chyba nie chciałby umierać do piosenki, której nie lubi.
Dodaj anonimowe wyznanie